Secrets of London
[26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy (/showthread.php?tid=3497)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Basilius Prewett - 30.07.2024

Rozmawiam z Isaaciem I Severine, reaguję na słowa Agnes, próbuję zaciągnąć Lorien po alkohol

Tak, zdecydowanie nie jestem niczyim sponsorem – powiedział na potwierdzenie słów Isaaca, bo co jak co, ale nawet jeśli Isaac przyszedl tutaj dzięki niemu, to swoich pieniędzy nie zamierzał mu oddawać. Co najwyżej potem rzeczywiście mógł postawić mu obiad o ile skończy z głupimi zdrobnieniami jego imienia. Przeniósł swoje spojrzenie na Severine, chcąc się spytać, czy na pewno wszystko dobrze i czy może nie chciałaby się przewietrzyć skoro już i tak stali tutaj I czekali, kiedy podeszła do nich Lorien i nawet nie zdążyła dokończyć zdania, bo Agnes zaczęła mówić rzeczy. Basilius kilka razy bardzo mocno zamrugał. Fundacja jakiej rodziny przeciwko czemu przepraszam? A może chodziło jednak nie o wspieranie ofiar magicznego rasizmu, a o walkę z antyrasizmem, tylko Agnes się przejęzyczyła? To by miało więcej sensu patrząc na historię tej rodziny w Ministerstwie Magii? Zaraz... A może to jednak o to dalej chodziło? Może Mulciberowie byli święcie przekonani, że to oni byli ofiarami magicznego rasizmu, a tym atakiem był mugolak w rolii Ministra Magii? I jeszcze postanowili promować to Alexandrem.
Spojrzał na zaciskającą palce na jego ramieniu Lorien i zgodnie z jej prośbą nic nie mówił, ale jego twarz mówiła naprawdę wiele i było to coś pomiędzy zaskoczeniem, a złośliwym rozbawieniem. Nie, jednak musiał coś powiedzieć.
Ale... – zaczął szeptem, tak by tylko ona mogła go usłyszeć. – Oni wiedzą, że jeśli ktoś ich raz nazwał czystkiem, to nie oznacza, że są ofiarami rasizmu, prawda? – Rozejrzał się po okolicy, by zobaczyć reakcje innych, a potem ponownie przeniósł spojrzenie na Lorien. Może ktoś powinien był krzyknąć nie zgadzam się na jej ślubie z Mulciberem? A najgorsze, że nawet jeszcze nie usłyszeli tego, co miał do powiedzenia Alexander.
Może chodźmy się czegoś napić? – zasugerował kuzynce, bo czarownica wyglądała, jakby zdecydowanie tego potrzebowała.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Anthony Shafiq - 30.07.2024

Ruszam po pomoc lekarską dla Eden, zgarniam pod ścianę/w kierunku balkonu Basiliusa i Lorien

Nie miał pojęcia co opętało Agnes, zastanawiał się jak krótką pamięć, nie! to nawet nie o pamięć chodziło, a o obecny stan rzeczy w którym ćpun, półcygan, skandalista, głowa rodziny, która sama wypisała się z wysokich sfer i skazała na biedowanie, przemawiał na oficjalnym przyjęciu śmietanki towarzyskiej o swojej pożal się bogowie fundacji, ewidentnie pralni brudnych pieniędzy. Żeby jeszcze ów szczytny cel pokrywał się jakkolwiek z przekonaniami dla których pozbawili się wszystkiego tych kilka lat temu. Żeby jeszcze zbierał na małe osierocone kotki. Z niedowierzaniem obserwował zebranych, doceniając lata praktyki politycznej, w której zdarzało się słuchać większych głupot na przyjęciach. Chociaż to zdecydowanie tworzyło nową skalę.

U nas jak widać nie mają zamiaru się sprzątać same. Wręcz przeciwnie, pchają się ku górze – odpowiedział Morpheusowi, choć nie dawał słowom wybrzmieć w przestrzeni między nimi. Popatrzył na krztuszącą się Eden, mając w pamięci ślub Blacków i maskaradę, która chyba nawet znalazła odbicie w artykule w Czarownicy. Maskaradę w której Alexander udawał Williama, podając się za męża Lestrange. Nie znał zażyłości między nimi, nie oceniał tego wtedy, w końcu sam bawił się w takie zabawy, daleko nie szukając, dzisiejszy wieczór stanowił na to doskonały przykład. Robił to jednak z osobami, którym ufał i które były jego przyjaciółmi. A to oznaczało, że należało być ostrożnym. Kruchy lód.

Tymczasem reakcja Lorien wskazywała również na jej dyskomfort. Ona, obok Richarda i jego synów byli jedynymi Mulciberami z którymi utrzymywał jakikolwiek kontakt. Wiedział, że kobieta nie potrzebuje jego litości, ale to właśnie to uczucie zacisnęło jego serce i przede wszystkim sprawiło, że ostentacyjnie nie opuścił sali jeszcze przed przemową kolegi z pracy Longbottoma. Jak to było? W Departamencie Tajemnic nie istniała emerytura. Ludzie stamtąd jechali wprost do Lecznicy Dusz, albo na własny pogrzeb. Albo nawet nie. Czasami wpadali za zasłonę i nie można było ich nawet pochować. Los nie był sprawiedliwy.

Obok przyjaciółki dostrzegł swojego lekarza rodzinnego i momentalnie podjął decyzję.
– Eden? Co się dzieje? Proszę, wesprzyj się o Aryamana i spróbuj uspokoić oddech, może wyjdźcie na balkon, tam jest chłodniej, łatwiej oddychać. Już idę po lekarza – poinformował ją z pozorną troską i ruszył przez tłum do obu Prewettów.

– Pilnie potrzebujemy pomocy, pani Lestrange ma chyba atak astmy, albo jakiejś magicznej alergii – poinformował w pełni powagi Basiliusa wskazując krztuszącą się Eden, a zaraz potem przekierował całą uwagę na Lorien, którą zgarnął opiekuńczym skrzydłem i też pociągnął w tył, do ściany gdzie wcześniej pełnił dyżur, lub na balkon jeśli Eden i Morpheus zdecydowali się wyjść.

W skali od zera do dziesięciu jak jest źle moja przyjaciółko?– zapytał szeptem, pochylony ku niej, od razu przechodząc na włoski.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=b8F1MSA.png[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Lorien Mulciber - 30.07.2024

aktualnie podpieram ścianę z Anthony'm, oddałam Basiliusa w ręce Eden i czekam na przemówienie Alexandra.

Każdy człowiek w życiu potrzebował swojej małej, bezpiecznej przestrzeni. Basilius Prewett miał to nieszczęście, że przestrzeń Lorien pokrywała się z jego przestrzenią. Plus minus jakieś dwa metry. Dlatego w każdej chwili, gdy czuła, że sobie z emocjami może po prostu nie poradzić, szukała towarzystwa kuzyna. Lepsza sroka w garści niż... coś tam coś tam. Jak kogoś będącego całkiem literalnie ptakiem niekoniecznie pamiętała za wiele ornitologicznych przysłów.
Nie wiedziała już czy się śmiać czy płakać, gdy Prewett nie utrzymał języka za zębami. Ale hej, rozbawił ją. Naprawdę rozbawił.
- To brzmi jak dobre pytanie od publiczności.- Wydukała w odpowiedzi do Basiliusa siląc się na słaby uśmiech. Zawsze dobra mina do złej gry. Nawet kiedy przegrywasz nawet sznurówki z butów.- Dziesięć galeonów, że go o to nie zapytasz.- Dodała jeszcze, kiwając głową na propozycję alkoholu. Musiała się napić. Wznieść toast za Alexandra Mulcibera.


Widząc krztuszącą się blondynkę, natychmiast puściła jednak Basiliusa. Jasny sygnał, żeby się nią natychmiast zajął. Ona miała się przecież całkiem dobrze. Mogła tu postać sama, choć… Najwyraźniej nie było jej to dane.
Była jak w letargu, po części zbyt skupiona na Agnes, by w ogóle zareagować na to, że jest gdzieś zabrana. Cała ta zapowiedź odbijała się echem w jej głowie jak paskudna mantra. Dlatego w pierwszej chwili nawet nie zwróciła uwagi kto ją odciągnął kawałek dalej od centrum wydarzeń. Od tłumów, który mogłyby się im w tym momencie przyglądać. Dopiero pytanie zadane w języku, który miał jej przynieść odrobinę komfortu i większą prywatność, ściągnęło uwagę czarownicy z powrotem na ziemię.
- A jak myślisz?!- Prychnęła cicho po włosku, na bogom ducha winnego Anthony’ego. Zreflektowała się dokładnie w tej samej sekundzie, gdy ostatnie słowo opuściło jej usta.. Nie był niczemu winien. I faktycznie tutaj był. Przy niej. Spojrzała na przyjaciela przepraszająco i samo to spojrzenie musiało mu wystarczyć, bo krótkie “Chiedo scusa” utkwiło jej w gardle. Westchnęła za to niemal bezgłośnie, kręcąc bardzo powoli głową. Bywało gorzej. Z pewnością bywało też w jej życiu lepiej, ale nie tego dotyczyło pytanie.

W takich chwilach wychodziły lata pracy w Ministerstwie. Ból, na który sobie przez ten ułamek sekundy pozwoliła, zniknął, zakorkowany bardzo głęboko razem z poniżeniem i złością. Wyprostowała się w tych swoich szpilkach jak (dość krótka) struna z twarzą skierowaną ku centrum sali - ich gospodyni, Alexandrze, który prawdopodobnie zaraz pogrzebie resztki ich honoru. Pieprzony magirasizm. Co następne? Adoptuj własnego mugolaczka?
Zacisnęła dłonie przed sobą w wyuczonym geście i tylko Shafiq mógł dostrzec jak kobieta nerwowo dłubie paznokciami przy pierścionku, który nosiła na palcu wskazującym. Wyjątkowo dobrze znanym mu drobiazgu, którego czarownica zdawała się nie ściągać z lewej dłoni od niemal ośmiu lat.
- E per favore, non andare.- Wymamrotała. Nie odchodź. Na wszelki wypadek. Jakby… Jakby co? Jakby miała się niczym dama w opałach osunąć w jego objęcia? Albo co gorsza na wypadek, gdyby emocje w jakiś sposób striggerowały przemianę, a Prewett był zajęty ratowaniem życia pani Lestrange?- Nie patrz na mnie.- Dodała już po angielsku. Nienawidziła, kiedy ją obserwowano w takich chwilach - kompletnie bezbronna, osądzana pewnie przez wszystkich za nie swoje winy.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Viorica Zamfir - 30.07.2024

Stoję przy barze, klaszczę i rzucam przemyśleniami

Czy poczuła coś na fakt zignorowania przez Celine, na której reakcję najbardziej czekała? Może. Zapewne pewną irytację i mały uszczerbek na dumie. Nie dała jednak tego po sobie poznać, podobnie jak ona maczając usta w alkoholu.
Słuchała więc całej reszty, nie odzywając się praktycznie, a jedynie uprzejmie kiwając głową, trochę się nudząc słuchają ploteczek, wbijania szpilek w czyjeś ego i wymuskanych opinii.
Jedynie gdy usłyszała komentarz Mathiasa o obróżce, nie mogła się powstrzymać przed szerokim uśmiechem.
- Skłonna jestem stwierdzić, że to zależy od towarzystwa. - W jej oczach na chwilę coś zabłyszczało, musiała jednak za chwilę zdusić westchnienie. Incydent świeczkowy powinien jej uświadomić jak sztywna była w pewnych kwestiach większa część czarodziei, teraz jednak rozumiała to jeszcze mocniej.
Czasami zastanawiała się, czy to tylko gra pozorów, czy naprawdę wiedli tak nudne życie.
Sytuację na szczęście uratowało pojawienie się Lorraine.
Na ustach Vior nagle pojawił się szczery uśmiech. A potem teatralnie przyłożyła wierzch dłoni do czoła, przyjmując niezwykle zmartwioną minę.
- Moja droga Lorraine, niestety nie mam dziś dobrego dobrego dnia. Na razie. Powiedz, że chociaż u ciebie wkroczyła dobra passa. - Przestała odgrywać biedną damulkę i dokończyła drinka, który jednak wcale nie poprawił jej humoru.
Poprosiła więc ponownie o zwykłą ognistą, nie chcąc marnować czasu na bawienie się w nikłe procenty. Jak nie mogła wynieść z tej imprezy nic dobrego, to najwyżej ją wyniosą a ona będzie się przy tym świetnie bawić.
A potem nadeszła ta cała niespodzianka, która może i trochę wzbudziła jej ciekawość, choć zdecydowanie wolałaby w tym momencie dalej przegrywać pieniądze przy stoliku.
I może spodziewała się czegoś niezwykłego, ale na pewno nie takiego teatrzyku.
Zwróciła się w stronę Agnes, gdy zaczęła mówić, a każde jej słowo sprawiało że chciało jej się coraz bardziej śmiać. Sucho i oschle.
Zamaskowała to jednak kaszlnięciem, które zabrzmiało przez to niezwykle sztucznie i dziwnie, nie miała jednak zamiaru się tym przejmować, patrząc ile osób właśnie zakrztusiło się drinkami.
Jeśli jakikolwiek Mulciber pomoże kiedykolwiek jakiejś ofierze magirasizmu, to chyba pójdzie do konwenu i złoży cholerne śluby czystości. Dałaby sobie rękę uciąć, że pieniądze te trafią na Nokturn i po wypraniu zasilą jakąś mniej legalną działalność.
Spojrzała na Lorraine, potem na Atreusa, a potem zaklaskała, z uśmiechem, który zdradzał jak bardziej ją bawi ta sytuacja.
- Nielegalne artefakty czy nielegalne usługi, na co myślicie pójdzie ta kasa? O, wiem, może nowe warianty świeczek z afrodyzjakiem? Może wspomogą ofiary magirasizmu oddając im stare zapasy i każą im się nimi wypchać? - zapytała się tej dwójki cicho, choć pewnie nie na tyle, by ktoś nie usłyszał jej słów. Czuła jednak panujący wokół niej nastrój i jakoś się tym nie przejmowała.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=h4yJ4hH.png[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Atreus Bulstrode - 30.07.2024

z Vioricą, Camille, Celine, Lorraine

Nie był pewien co właściwie chciał dostrzec w aurze otaczającej Marcusa, ale kiedy już zobaczył mieniące się tam kolory, zupełnie się nie zdziwił. Facet wydawał się w pewien sposób z siebie zadowolony, w ten sposób w który czasem zdawało mu się widzieć Vioricę, albo innych, którzy próbowali złapać okazję i jakimś cudem im się to udawało. Atreus jednak grzecznie odwrócił wzrok - ani to nie była jego impreza, ani tym bardziej jego pieniądze czy przedmiot, który wylądował w łapach Flitwicka.

Uśmiechnął się do Urlett grzecznie, kiedy ta również mu się przedstawiła. Ta, kiedy spojrzała na jego dłoń, mogła zobaczyć że mężczyzna nie posiada żadnej obrączki, która świadczyłaby o małżeństwie. Ale kiedy Viorica spojrzała na niego, udzielając odpowiedzi Camille, ten chętnie uśmiechnął się do niej w jakiś porozumiewawczy sposób.

Celine akurat miała rację, nie musiała się przedstawiać. Jedną kwestią był fakt, że była zwyczajnie popularna, i ładna, a Atreus szczególną sympatią zdawał się darzyć piosenkarki obdarzone wilim urokiem. Dobrym przykładem tego była chociażby Faye Longbottom, której fanem pozostawał. Oprócz tego jednak, przynajmniej część członków rodziny Delacour kojarzył ze zwykłej potrzeby, bo przecież jego była narzeczona nosiła właśnie to nazwisko.

Zerknął na Camille zaintrygowany, kiedy zaczęła tym swoim niewinnym tonem. A potem znowu uśmiechnął się, tak samo zadziornie jak poprzednim razem.
- Ledwo. Tym bardziej kraja się moje serce, kiedy widzę ją na dzisiejszym wydarzeniu - odpowiedział, niby to faktycznie poruszony tą sytuacją z poprzedniego miesiąca. - Najwyraźniej jednak ta młoda dama już o mnie zapomniała, a szkoda. Wie pani co jest najgorsze? Że uciekła z człowiekiem, którego niegdyś uważałem za swojego najlepszego przyjaciela - rozłożył ręce bezradny, absolutnie nieświadomy tego, co łączyło młodą Mulciberównę i Matthiasa.

- Jest tak ostentacyjna, że oddanie jej pod zastaw właśnie tutaj wydaje się wręcz specjalną zagrywką - wtrącił w temacie obroży, kiedy Zamfir zaczęła się rozwodzić nad całym procesem zastawiania jej i wyceniania. Uśmiechnął się też lekko, samymi kącikami ust, bo zaniżona cena pewnie nie była tylko wynikiem tego, że Marcus musiał ją potem dalej sprzedać.

Widząc Lorraine, nic nie powiedział, zamiast tego wypuszczając z rozbawieniem powietrze nosem, a potem upijając swojej ognistej. Z resztą, zaraz poczuł jak Agnes kładzie mu dłoń na ramieniu, na co odwrócił twarz w jej stronę i uśmiechnął się do niej.
- Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Wspaniała zabawa, ale niczego innego się po tobie nie spodziewałem - rzucił, całkiem szczerze z resztą. Sam Atreus nie był pewien, jak długo się znali - dla niego było to praktycznie od zawsze. Szczególnie, że miał tendencję do wybierania towarzystwa tej części rodziny, która lubiła tego typu rozrywki, co tylko mocniej zakorzeniała w nim matka, samej grając z nim w karty, albo zabierając do rodzinnych kasyn i na wieczorki towarzyskie, nawet kiedy był na to za młody.

Kiedy ich gospodyni odeszła, by zwrócić na siebie uwagę reszty gości, Atreus posłusznie powiódł za nią spojrzeniem, a im dłużej jej słuchał, tym uśmiech znajdujący się na jego twarzy zdawał powiększać. Najpierw był zwyczajnie zdziwiony, może odrobinę niepewny, a potem już rozciągnął się w całej złośliwości. Fundacja Mulciberów była obrzydliwą farsą i kiedy się o niej dowiedział, pierwsze co przyszło mu do głowy, to z kim Alexander przegrał zakład. Mulciberowie z resztą, wyrobili sobie odpowiednią reputację dumnym odejściem z Ministerstwa, więc Bulstrode domyślał się, że sporo osób miało dość ugruntowane zdanie na temat ich podejścia do mugoli. A teraz, kiedy wywoływano Alexandra do tablicy, wystarczyło czekać aż zacznie pierdolić jakieś idiotyzmy, które wcale tych wszystkich wątpliwości nie wymarzą.

- Niestety nie. Na stoisku ze świeczkami Mulciberów została wystawiona puszka na datki. Fundacja imienia Donalda Mulcibera, to oficjalna nazwa. W czerwcowym proroku pojawiło się ich oficjalne oświadczenie, gdzie ogłosili powstanie tejże fundacji, w odpowiedzi na toczący się proces Juliusa Mulcibera - wyjaśnił, zwracając się po trochu do Camille, a po trochu do każdego z ich grupki kto wydawał się też zainteresowany tymi informacjami. Gdyby chcieli to pewnie i mógłby im więcej opowiedzieć, bo przecież zajmował się sprawą Alexandra po wypadku Donalda, ale na ten moment ograniczył się do ważniejszych punktów. - Nie chodzi tyle o niepopularność takich organizacji, to powiązanie z takimi tej konkretnej rodziny - uśmiechnął się do Urlett grzecznie, ale gdzieś w kącikach ust kryła się jakaś złośliwość względem wspomnianego rodu. Albo raczej samego Alexandra. - Może na jego nową żonę? Nie wiem czy wiecie, ale krążą plotki, że Alexander Mulciber nie tylko ostatnio rozstał się ze swoją poprzednią żoną, Lorettą Lestrange, ale też równie szybko znalazł sobie nową. Niestety, chyba jej dzisiaj ze sobą nie przyprowadził - prychnął, spoglądając znowu na Agnes, unosząc na moment szklankę z ognistą w jej stronę i upijając łyk, i ewentualnie Alexandra, o ile ten już do niej podszedł.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Lorraine Malfoy - 31.07.2024

Odchodzę od Vior, Camille, Celine, Atreusa i Urlett w trakcie przemowy Agnes, aby ratować kuzynkę. Stoję razem z Eden, Aryamanem (Morpheusem) i Basiliusem.

Powiodła wiedzącym spojrzeniem po twarzy Viorici, próbując się nie roześmiać, kiedy ta zaczęła teatralnie narzekać. Nie odpowiedziała na jej pytanie – nie musiała – Zamfir wystarczył przecież widok wypchanej żetonami sakiewki w jej rękach. Nie chciała zresztą tłumaczyć się przy wszystkich ze swojej sytuacji materialnej ani dzisiejszych przetasowań przy stole do pokera. Jedynie  westchnęła z emfazą, naśladując z rozbawieniem manierę Viorici i pokręciła przecząco głową: tylko dłoń, zamiast dramatycznie przyłożyć do czoła, oparła na piersi, blisko serca. Dobrej passy nie miała, ale…

Lubię przynosić szczęście innym. – Delikatną dwuznaczność wypowiedzianych słów zatuszowała natychmiast niewinnym uśmiechem, a głodny błysk w oku pokryła słodyczą wiły, ale jej spojrzenie usytuowało się stategicznie na ustach kobiety, na dłuższą chwilę zatrzymując się na jej pełnych wargach – równie dobrze mogłaby się zbliżyć, zniwelować dzielący ich ciała dystans, w oczekiwaniu na coś więcej przejechać pieszczotliwie kciukiem po tych samych ustach, które kiedyś całowały Maeve, scałować z nich szminkę – ale nie chciała przecież zwodzić Viorici swoim czarem. Znów patrzyła jej w oczy, znów, to był tylko żartobliwy flirt, zblazowany żart, na który mogły sobie pozwolić po latach znajomości – flirt, który mniej przypominał romantyczne czułostki, a bardziej wyciągniętą przyjaźnie dłoń. Lubiła Vioricę. Ale obecność Atreusa u jej boku przypomniała Lorraine, że jest trochę zazdrosna, choć nie było dzisiaj u jej boku Maeve, z którą obie kobiety łączyło coś więcej. Była po prostu ciekawa. Czuła się też wyjątkowo odważnie: może dlatego, że obok niej stały dwie inne wile, a Lorraine musiała powstrzymać się całą siłą woli, by nie uciekać cały czas spojrzeniem w ich stronę. 

Delacourowie znani są z mieszania się z wilami, tłukło się w jej głowie jak mantra, co za abominacja, stwierdziła radośnie Lorraine – nawet nie drgnął jej policzek, nienawiść do samej siebie silnie wpisana była w krwiobieg półwiły, była równie naturalna jak oddychanie – przysłuchiwała się francuskiemu szczebiotowi Celine i Camille, niemal nic nie rozumiejąc z niego nie rozumiejąc. W obecności innych wił czuła ekscytację. Czuła jak jej serce dostraja się w rytm jakiejś dzikiej pieśni, której pamięć krążyła w żyłach Lorraine z krwią jej matki. Czuła potrzebę bliskości, siostrzeństwa, czuła się przerażająco wolna, a nie lubiła się tak czuć, nie lubiła tracić kontroli, czuła w sobie zew starszy od niej samej.

Zapewniła Urlett, że jest jej niezwykle przyjemnie poznać zamorską arystokratkę (gardło ścisnęło się jej jednak, gdy uświadomiła sobie, że innych Nordgersimów poznała przecież na Lithcie), ale szybko wciągnęła się na powrót w rozmowę z Celine i jej kuzynką. Wiedziała już, co powinny zagrać razem.

Może Jeux d’eau Ravela – pstryknęła nagle palcami, podejmując przerwaną myśl. – Podobno podpisał oryginalny manuskrypt cytatem z wiersza de Regniéra… ”Bóg rzeki, łaskotany przez wodę, zaniósł się wodospadem śmiechu”. Piękny. Częściowo inspirowany też Lisztem, zwłaszcza… – Umilkła, kiedy Agnes poprosiła o uwagę. Koncert mógł poczekać, choć zaproponowany przez Lorraine utwór był frywolnym mrugnięciem okiem do wszystkich tu zgromadzonych, do wszystkich, którzy wiedzieli, że wiły ukochały rzeki, jeziora, i pląsały po ich taflach w wietrznych korowodach przypominając mgłę unoszącą się o poranku nad wodą. Patrzyła na Agnes. Wiedziała, kiedy ktoś rzucał urok wiły, wiedziała, nie tyle dlatego, że sama to świadomie robiła, nie, ona widziała to tysiące razy we wspomnieniach ludzi, których umysły mogła eksplorować za pomocą legilimencji, czuła nadnaturalne przyciąganie bijące od gospodyni, czuła, jak domaga się, by zwrócić na nią oczy. 

Przez chwilę nie dowierzała temu, co słyszy.

Wszystkiego, co wiedziała na temat  Alexandra Mulcibera, dowiedziała się wbrew swojej woli. 

Lorraine z mściwą satysfakcją obserwowała pochód dziedzica Mulciberów, odprowadziła go wzrokiem niczym skurwiały karawan, za którym nie ustawił się żaden żałobnik, tylko psy – psy, które zawodziły dziko, lamentując, że nie oddano im na pożarcie truchła, że nie mogą rozwlec ciała i obgryźć go do kości, Agnes, proszę, to znęcanie się nad zwierzętami, stwierdziła z lubością, od razu wychwytując subtelne detale, które świadczyły o degeneracji Mulcibera. Wyliczała jego grzechy z taką samą precyzją, z jaką odmawiałaby kolejne wezwania litanii: drżenie rąk, którego nie można było wytłumaczyć tylko tremą, cienie pod oczami, niezdrowy koloryt skóry. Tylko pieniądze i nazwisko wybawiły go od losu narkomanów ze ścieżek, ledwo słaniających się na nogach żebraków, którym dawała knuta, kiedy czuła się wyjątkowo wspaniałomyślnie.

Zawsze powtarzała Ambrosii, że nie jest jej wart. 

Gdyby zanurzyła się w odmęty jego umysłu, znalazłaby tylko ciemność. Ale Lorraine nie chciała wiedzieć o nim absolutnie niczego. Do jego wspomnień wdarłaby się subtelna niczym siedem plag egipskich, nie zwracając uwagi, ile szkody czyni. Jasnowidz, Ambrosia mówiła, że jest jasnowidzem, och, może pośród tej ohydy zalałyby ją wizje przyszłości, wywróż sobie, kiedy zdechniesz, szepnęłaby mu na ucho. Jasnowidzowie byli pośród czarodziejów bogami – pijani złotym ichorem przeznaczenia, sączyli transcendecję z kielichów, które wręczył im los – ale Alexander Mulciber był tylko obmierzłą pijawką, opitą trującą juchą z arterii fatum. 

Lorraine znała mężczyzn takich jak on – mężczyzn, dla których nie było w życiu żadnej świętości. Mężczyzn, którzy myśleli, że świat należy do nich, więc dopuszczali się najgorszych niegodziwości, mężczyzn, którzy czerpali przyjemność z destrukcji, najpierw niszcząc innych a potem – samych siebie. 

Najchętniej zgniotłaby go obcasem. Zapewne by jej za to podziękował – może nawet czerpałby z tego jakąś chorą satysfakcję, wyglądał na kogoś, kto ma dość życia, że skrócenie jego cierpień wydawało się wybawieniem. 

To wrak człowieka – stwierdziła beztrosko Lorraine, odwzajemniając uśmiech Viorici, choć zrobiła to w lekko wymuszony sposób: uśmiech, który wykwitł na jej ustach nie sięgał oczu. – Nieważne jaki kurs obierze, pójdzie z tymi pieniędzmi prosto na dno. 

Zawsze była uprzejma, zawsze mówiła pięknie i dyplomatycznie, nawet jej złośliwości były okraszone słodyczą, zawoalowane grzecznością, ale teraz, Lorraine Malfoy była szczera. Szczerość napędzał gniew. Kochała Ambrosię. Kochała ją, szczerze, nieustępliwie, bezwarunkowo. Nie osądzała jej wyborów. Chciała jej szczęścia, pokazywała to zawsze najlepiej w przestrzeni umysłu Rosie, który zalewała czułością, kiedy ta wpuszczała ją do swojej głowy – a nie wierzyła, że ten mężczyzna jest w stanie dać jej przyjaciółce cokolwiek poza bólem.

Niewielu zostało na tym świecie dobrych ludzi, jeszcze mniej dobrych mężczyzn. Lorraine pomyślała, że nie zna żadnego. Nim to sobie uświadomiła, jej spojrzenie powędrowało jednak w stronę Atreusa. Uśmiechnęła się delikatnie – trochę kpiąco, trochę z zadumą  – niemalże wbrew sobie. Niemalże. Chyba za dużo czasu spędzała w towarzystwie kobiet z rodu Chang.

Przepraszam – wymówiła się uprzejmie. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, odwróciła się na pięcie, by jak duch, jak piękna zjawa przemknać między gośćmi – przynajmniej raz mogła być niewidzialna, wtedy, kiedy wszyscy skupieni byli na Agnes roztaczającej wokół czar wili – i zmaterializować się u boku krztuszącej się kuzynki. 

Eden, kochanie… – Zaraz znalazła się obok, gotowa ją podtrzymać razem z Aryamanem, szczerze zmartwiona poklepując ją delikatnie po plecach. [inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Alexander Mulciber - 31.07.2024

Umieram w środeczku nie budźcie mnie

Ludzie, którzy nie mają nic na sumieniu, śpią spokojnie w nocy – wycedził, odwracając wzrok. 

Ja wcale nie sypiam, Lorien.

Nie musiał tego mówić na głos. Lorien wiedziała. Spędzili razem wiele bezsennych nocy, snując się po ulicach oświetlonych neonami kasyn, spędzali je na rozmowie, na grze, znajdując pewne ukojenie w tym, że na obojgu ciąży klątwa, a mimo to, żyją dalej. Nie wiedział, dlaczego był wobec niej taki szorstki, nie wiedział, dlaczego tak strasznie irytowało go jej zachowanie względem małej kuzynki, nie wiedział, jakie były motywacje – ale przyjaźnił się z Lorien Mulciber od dziecka, znał ją – wiedział, że choć obleczona była w błyszczące, eleganckie piórka, posiadała też ostry dziób, którym mogła wydziobać mu oczy, i pazurki, którymi niczym dzierzba, chętnie nabijała na kolce dzikich krzewów ofiary swoich manipulacji. A od manipulacji była uzależniona prawie tak samo mocno, jak od hazardu. Nie rozumiał, dlaczego wciąga w swoją grę nieopierzoną jeszcze pannicę. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu to przeszkadza, przecież zawsze spoglądał ze zblazowanym znudzeniem na te igraszki. Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo mu zależało.

To byłoby bardzo miłe... Sophie. – To nie było ważne, że znał Paryż lepiej niż własną kieszeń, że znał zamorską ojczyznę swojej matki tak jak linie na swojej dłoni, nieważne, że nie do końca wiedział, co myśleć o jej dziewczęcym szczebiotaniu. 

Skrzywił się, widząc uśmiech chłopaka, którego przyprowadziła na przyjęcie. Nie mógł nic mu zarzucić. Wyglądał jak każdej czystej krwi laluś z dobrego domu, a w jego głosie pobrzmiewał wyraźny obcy akcent. Delacour, tak? A więc zatoczyli dyskusją pełne koło i powrócili do tematu wyjściowego: Francji. Ale zamiast zobaczyć w przyszłości Sophie francuskie bezdroża, które nieodłącznie kojarzyły mu się ze szczęściem – które kojarzyły mu się z miłością – zobaczył łzy, płynące warto jak Loara, zobaczył ból i zobaczył kłamstwo, wiele kłamstw, wszystko miało zostać stworzone na fundamencie kłamstwa.

Alexander Mulciber nienawidził kłamców. 

Nie potknij się tylko o własne nogi. –  poradził młodzieńcowi, tak samo spokojny jak wcześniej, nie zwracając prawie wcale uwagi na Lorien, która opuściła stolik. Zagniewał ją, wiedział o tym. To też go irytowało. – Trzymasz w rękach skarb Mulciberów.

Nie pamiętał nawet imienia tej dziewczynki, ale była dobra i miła, a Alexander, który sam nigdy nie był ani dobry ani miły, nagle zrozumiał, że nie chce, aby ktoś zniszczył jej dziecięce złudzenia. Chciał dodać coś więcej, ale głos zabrała Agnes.

To się nie dzieje naprawdę. Pomyśl, że to sen, pomyśl, że to wszystko to tylko sen. Miał ochotę wyłupić sobie wszystkich troje oczu. Miał też ochotę zabić Roberta, ale nie miał na to czasu, musiał wstać i iść do Agnes, bo nie miał innego wyjścia.

Zamknij się. – Usta Alexandra poruszyły się w bezgłośnym szepcie. Nie mógł nawet patrzeć na tego głupiego skurwysyna, który zaczął skandować jego imię. Cały się spiął, spanikowany, a jego oczy musiały przez chwilę przypominać oczy zaszczutego zwierzęcia: cholera, był jak pies złapany we wnyki, gotowy odgryźć sobie łapę, by umknąć. Z Robertem jednak miał policzyć się później. Spokojnie podniósł się z krzesła. Zdusił w sobie chęć wzięcia kieliszka, który zostawiła na stoliku Lorien, i wychylenia jego zawartości jednym haustem.

Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Przejechał naprędce ręką po twarzy, idąc w stronę Agnes, przechodząc między gośćmi tak, by namierzyć Eden... Zaraz się udławi ze śmiechu, pomyślał cierpiętniczo, jak tylko usłyszy te głupoty, co gada Agnes, udławi się, i... I nie mylił się: w tym samym momencie Eden zaniosła się ciężkim kaszlem. Czy nie mogłaby kasłać ciszej? Jak on miał się skupić na wciskaniu ludziom kitu o fundacji brata, który wegetował w Lecznicy Dusz? Albo, czy przynajmniej mogłaby pomóc mu wymyślić, co właściwie powiedzieć na temat fundacji noszącej imię człowieka, którego nienawidzisz równie mocno, co się go boisz?

I’m looking respectfully at Eden.
[roll=PO]

Nie, nie mogła. Kurwa mać. Rosie wiedziałaby, co powiedzieć.

Dziękuję, Agnes. To… prawdziwy zaszczyt – skłamał, zszokowany. Z trudem rozwarł zaciśniętą ze stresu szczękę. – Przepraszam cię… Nie umiem przemawiać. Posada niewymownego zobowiązuje. – Twarz Mulcibera wykrzywił na chwilę lekki grymas zażenowania, ni to z żartu, którym usprawiedliwił się po cichu do Agnes, ni to z całej tej sytuacji. Odchrząknął, zanim zwrócił się do wszystkich. – Te brawa należą się nie mnie, tylko Agnes – mojemu kuzynowi, Robertowi, który odpowiada za realizację całego  przedsięwzięcia, i jest tu dzisiaj ze mną, z żoną i z córką – i wszystkim wspierającym tę fundację. 

Mówił szybko, nieco urywanie, nie znajdując w tych słowach zbyt wiele sensu, przez chwilę błądził wzrokiem po sali, wiedział, że politycy tak robią, gdy przemawiają, starają się ogarnąć wzrokiem jak największą grupę ludzi, ale wtedy zobaczył na sobie złote oczy Urlett, zrobiło mu się niedobrze z gorąca, nie chciał patrzeć na Roberta – swoją drogą, Robert wyglądał i zachowywał się jakoś dziwnie, ale nie miał czasu o tym myśleć – zaczepił wzrok na nieznajomym Hindusie, ale znów zobaczył w obcych złotych ślepiach błysk złotych oczu Mildred Moody, i szybko przeniósł spojrzenie z powrotem na Eden, która konała tuż obok. 

Pomyśl, że to sen. – Słowa wydostały się z jego ust, szybciej niż zdołał je powstrzymać. Odetchnął spokojnie. – Tak od wieków brzmi motto naszej rodziny. Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie. 

Skinął krótko głową. Nic więcej nie przedostałoby się przez jego zaciśnięte zęby. Został obok Agnes, pozwalając jej uścisnąć sobie dłoń, przytulić, wcisnąć do ręki kopertę, co tylko chciała, bo prawdziwy Alexander był już daleko, skryty za bezpieczną zasłoną iluzji, skupił się na chwilę tylko na gospodyni, na jej magnetyzującej aurze, na blond włosach, na oczach – które na szczęście nie były złote – i pozwolił się ponieść kolektywowi, jak zawsze zdystansowany, jak zawsze obojętny, bo nikt nie znał przecież dróg, którymi chadzało serce Cygana.

Wpatrywał się w Agnes, czekając aż nadarzy się stosowna okazja, aby przeprosić towarzystwo i umknąć do toalety. 

[roll=PO]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 31.07.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BGV5PJj.png[/inny avek]

Poza jej bratem, poza Ambroise’em, niewiele osób traktowało Agnes poważnie. Trzeba im było jednak oddać, że przecież mieli ku temu solidne podstawy. Żyła z dnia na dzień. Niewiele było kwestii, którymi zawracała sobie głowę; którym poświęcała uwagę. Przez lata dorobiła się wielu łatek, ale… bliskie kobiecie osoby doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że była to w znacznej mierze maska. Maska, która przybierana była świadomie i z rozmysłem. Swoje poglądy zachowywała dla siebie. Rozmowy na tematy polityczne? Te nie miały miejsca. Tematy zmieniała sprawnie. Skupiała się na plotkach. Na luźnych rozmowach. Na zabawianiu innych. Aż można było się zastanowić – dlaczego teraz poruszyła ten temat? Dlaczego się na ten krok zdecydowała? Wypowiedziała się? Chciała wesprzeć tę… godną pochwały inicjatywę?

Uśmiechając się do Alexandra, to właśnie na nim skupiła swoją uwagę. Czekała aż podejdzie. Aż odegra swoją rolę w tym przedstawieniu. Bo z pewnością to zrobi. Zrobi to należycie. Odnośnie tego nie miała wątpliwości. Wszak jakie posiadał alternatywy? Nie interesowało jej zarazem, co na ten temat myśleli pozostali. Nie zaprzątała sobie tym głowy. Mogli szeptać cokolwiek. Mogli cokolwiek zakładać. Dla niej było to bez różnicy. Co bowiem mogła stracić? Czym ryzykowała?

Dobrej reputacji nie posiadała przecież od bardzo dawna.

Uścisnęła go i ucałowała w obydwa policzki. Nie dała szansy na to, żeby Mulciber tego uniknął. Dopiero po tym cofnęła się i pozwoliła mu mówić. Ona. Naiwna. Głupiutka. Nie mająca do tych spraw głowy. Nie tracąca czasu na przemyślenia z tym związane. Nieprawdaż?

Słuchała go. Słuchała, jednocześnie zerkając od czasu do czasu na pozostałych. Byli tutaj. Były osoby, które… nie, to dopiero za chwilę.

- Nie szkodzi, kochany. – zareagowała na jego przeprosiny. Na próbę wytłumaczenia się. Częściowo w to wierzyła. Częściowo w pewne kwestie wierzyła. Jako rasowa plotkara, wiedziała jednak sporo. Wiedziała znacznie więcej.

Albo przynajmniej tak sądziła.

Pozwoliła mu dokończyć. Pozwoliła aby na spokojnie przekazał tych kilka słów. Nie zajęło mu to wiele czasu. Po prawdzie… mógł postarać się bardziej. Trochę na to liczyła. Wiedziała jednak, że najostrzejszą kredką w piórniku Alexander Mulciber nie był. Tak samo jak i nożem w szufladzie.

Nic na to nie wskazywało.

- Dziękuje Ci za tych kilka słów. Mam szczerą nadzieje, że niebawem faktycznie obudzimy się wszyscy w lepszym świecie. – podsumowała jego przemowę, sięgając chwilę wcześniej po kopertę. Ponownie trzymając ją w rękach. Była gotowa ją przekazać. – Zanim to jednak nastąpi, chciałabym oficjalnie okazać moje wsparcie tej cudownej inicjatywie. Należyte wsparcie. Tutaj, wewnątrz koperty znajduje się coś, co niewątpliwie będzie pomocne na początku. Podczas stawiania pierwszych kroków, ale… - tutaj oderwała spojrzenie, odnajdując wśród zgromadzonych kolejno Matthiasa, Camille oraz Atreusa. – …to nie jedyne, co chciałabym zrobić. Camille, Matthiasie, Atreusie? – odezwała się, kierując słowa do tych, których znała od dawna. A przynajmniej tak mogli założyć zgromadzeni, nieświadomi przecież tego, jak wyglądała relacja łącząca Agnes i Matthiasa. – Wiem, że to dużo, ale pozwoliłam sobie założyć, że w tej sytuacji nie będzie to dla was stanowiło problemu. Jeśli to ma działać, jeśli to ma odnieść sukces, potrzebni są odpowiedni ludzie. A czy mogłabym naszemu Alexandrowi zaproponować coś lepszego niż wasze wsparcie? – zadała pytanie. Pytanie retoryczne? W zasadzie odpowiedzi nie potrzebowała. Posłała przy tym uśmiech.

Wybór był nieprzypadkowy. Camille, która miała mocny charakter. Matthias, któremu ufała. Atreus, który na pewno zauważyłby, gdyby coś było tutaj nie tak. Nie w porządku. Choć tak po prawdzie… to nie był on pierwszym wyborem Agnes. Raczej opcją rezerwową. Na samym początku bowiem, chciała w to wszystko zaangażować Lorien. Lorien Crouch z całym jej tym umiłowaniem do prawa. Gdyby tylko nie to cholerne małżeństwo. Gdyby nie nazwisko Mulciber, którym obecnie się przedstawiała. No cóż – prawda była taka, że nie dało się wszystkiego zaplanować. Przewidzieć. Zwłaszcza, kiedy nie było się jasnowidzem. Musiała z tym żyć.


***

Alexander, jeśli zdecydował się zajrzeć do przekazanej koperty, w środku znalazł kilka dokumentów oraz klucz. Klucz, którego nie dało się nie zidentyfikować. Prowadzić musiał do jeden ze skrytek Banku Gringotta. Czyżby łatwy dostęp do pieniędzy? Tak można było pomyśleć w pierwszej kolejności. Dołączone do tego klucza dokumenty mówiły bowiem jasno. Możesz z tego skorzystać, ale tylko pod warunkiem obecności jednej z trzech osób, które zostały wymienione z imienia i nazwiska.

Czy w świetle tegoż, zdecyduje się odmówić przyjęcia wsparcia zaoferowanego przez Agnes?


Urok wiły odpuszczał. To zaś sprawiło, że kolejne osoby coraz mniej uwagi poświęcały Agnes oraz Alexandrowi. Może był to efekt myśli, które w przypadku Viorici pobiegły w kierunku Nokturnu, może był to przypadek… kątem oka kobieta wychwyciła jednak, że kiedy wszyscy skupieni byli na przemówieniu Agnes, Marcus Flitwick coś robił. Czymś się zajmował. Niewiele była jednak w stanie wychwycić. Coś chował? Porządkował? Przekładał z miejsca na miejsce? 

Kolejka - postanowiłam jednak ją od tej pory wprowadzić.
Kolejny mój post pojawi się w niedziele.

Terminy odpisów
- do czwartku, godziny 15 - Eden, Richard, Sophie, Matthias
- do piątku, godziny 15 - Lorraine, Camille, Erik, Urlett
- do soboty, godziny 15 - Geraldine, Morpheus, Isaac, Basilius
- do niedzieli, godziny 15 - Lorien, Anthony, Viorica, Atreus, Alexander

Informujcie, jeśli ktoś z was się nie wyrobi w terminie, żeby nie czekać niepotrzebnie.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 31.07.2024

Nadal stoi przy stole z alkoholami i się krztusi, potem idzie do łazienki

Z każdym kolejnym słowem Agnes Camille czuła, że świat coraz bardziej ucieka jej spod stóp. Musiała aż złapać się krawędzi stołu, po raz któryś tego wieczoru, by nie stracić równowagi. Zbladła trochę, lecz czerwone od zakrztuszenia się policzki nadawały jej jakiegoś takiego uroku i sprawiały, że przynajmniej nie wyglądała jak trup. Gorzej z makijażem - bo chociaż Delacour postawiła na naturalny make up no make up, to jednak pociągnęła rzęsy maskarą, a na linii wodnej znalazła się kredka. Jasnobrązowa, żeby podkreślić oko, tak samo jak na górnej powiece. Ta kredka odrobinę się rozmazała, gdy w oczach Camille pojawiły się łzy, spowodowane tą krótką utratą tchu. Próbowała je odgonić, mrugając szybko. Oddychała płytko i wiedziała, że na szczęście jeszcze kilka sekund, i jej organizm wróci do normy.
- Agnes... Co ty wymyśliłaś - szepnęła do siebie po francusku, wzrokiem starając się odszukać Celine oraz Matthiasa. Ta pierwsza stała obok, na niej więc zawiesiła pełne szoku spojrzenie. - Nie wiem o co chodzi.
Powiedziała również po francusku. Matthiasa nie dostrzegała, ale w sumie to dobrze. Tylko czy słyszał tę radosną nowinę? Zaraz jednak spojrzała na Atreusa i posłała mu słaby uśmiech.
- To... Ogromne wyróżnienie ze strony mojej ciotki - powiedziała już po angielsku, uśmiechając się nerwowo. - Wybaczcie mi na moment...
Camille odstawiła kieliszek na stół, kiwnęła ciotce głową na znak, że się zgadza, a potem jak najdyskretniej umiała udała się do łazienki, żeby poprawić makijaż i trochę ochłonąć.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Eden Lestrange - 31.07.2024

Jestem eskortowana przez bardzo wiele osób (Anthony, Aryaman, Lorraine, Basilius, czy ktoś jeszcze?) na balkon i tam sobie dochodzę do siebie.

Walczyła o powietrze zaciekle, bo nie mogła pozwolić sobie na śmierć w imieniu Alexandra. Nawet jeśli wielokrotnie marzyła o ukróceniu własnego trudnu na tym padole łez i rozpaczy, nie miała zamiaru umierać z powodu mężczyzny. Nie, mężczyzna było zbyt dużym słowem w kontekście tej ludzkiej pokraki; taka przyczyna zgonu urągałaby jej na tyle, że najlepszy egzorcysta nie potrafiłby jej duchowi pomóc spocząć.
Słyszała zmartwione słowa wokół siebie, polecenia wypowiedziane tonem niecierpiącym zwłoki. Wszystko docierało do niej w pełni, więc nie miała problemu z cynicznym komentowaniem tego wszystkiego w swojej głowie. Gdyby nie fakt, że wykrztuszała francuskie wino z tchawicy, z chęcią podzieliłaby się z Anthonym przemyśleniem, że owszem ma alergię - alergię na pieprzenie trzy po trzy. Ma uczulenie na pustogłowych chłopców, którzy nigdy nie dorośli, którzy mają wszystko, a nie zasługują na nic. Na takich, których nawet diabeł by nie chciał bez podwójnej opłaty, ale jakimś cudem czytali z ciebie jak z otwartej księgi.
Niechętnie, ale z braku laku wsparła się na ramieniu Aryamana. Chyba za bardzo zaczęła przesiąkać narracją płynącą z drogich ust Moody'ego, bo poczuła zniesmaczenie, słysząc jego tekst o śmieciach. Nie miała jednak teraz nic do powiedzenia, miała za to dużo cieczy do wykrztuszenia, więc zostawiła reakcję dla samej siebie. Przyciągnęła już wystarczającą ilość spojrzeń, nie musiała się jeszcze obnosić z nowonabytym zalążkiem empatii.
Pozwoliła się wyprowadzić na balkon, choć w drodze na zewnątrz chcąc nie chcąc nawiązała spojrzenie z przemawiającym Alexandrem. Miał niebywałe szczęście, że nie była teraz w stanie rzucać zaklęć, bo nigdy w życiu nie siadłoby jej tak Langlock jak teraz.
Wiedziała, że Mulicber splótł z nią spojrzenia, by zajrzeć jej do łba - był do bólu przewidywalny. Nie omieszkała się więc skusić na refleksję, że przemawiania nie utrudnia mu bycie niewymownym, a bycie niedojebanym. Epitety mu się poplątały.
Pomyśl, że to sen, powtórzyła za nim w głowie. Miała wrażenie, że wszyscy zebrani tutaj towarzysze jej niedoli bardzo chcieliby, żeby to był tylko sen.
Świeże powietrze pomogło, choć pokasływała jeszcze dosyć regularnie, kiedy dołączyła do nich Lorraine, a następnie Basilius, który ledwie wczoraj poznał ją w niecodziennych okolicznościach, a dziś miał ratować ją od zepsucia przyjęcia swoim zgonem. Eden puściła się Aryamana, by następnie wesprzeć się na barierce otaczającej balkon. Przechyliła się lekko i spuściła głowę, mając wrażenie, że to ułatwi jej pozbyć się wina z płuc. Uniosła tylko na chwilę rękę, by pokazać im kciuk w górę; chciała dać znać, że może jeszcze po niej tego nie widać, ale będzie żyć.
- Złego diabli nie biorą - wydusiła ściśniętym głosem i ponownie zaniosła się kaszlem. Był nieco mniej siarczysty, co powinno oznaczać poprawę, ale najlepszym jej znakiem było to, że Eden wciąż trzymał się charakterystyczny cynizm.