Secrets of London
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Perseus Black - 17.11.2022

Grymas bólu wpełznął na jego twarz, gdy Eunice wspomniała o brataniu się z mugolami. Dorastał bowiem wśród przekonań na temat wyższości czarodziejskiej rasy i czystości krwi, chłonął je, a z czasem zaczął się z nimi utożsamiać. Nie znał przecież nic innego.
Absolutnie obrzydliwe — odparł krótko, kręcąc przy tym głową z dezaprobatą. Tym samym uciął temat ewentualnego wydziedziczenia.
Próżnym było doszukiwanie się w Perseusie choć cienia irytacji; był raczej zaskoczony i rozbawiony całą sytuacją, aniżeli wściekły na zachowanie Elliotta. Wiele można było zarzucić Blackowi (na przykład wysyłanie rodzeństwu swej żony zdjęć zwierząt bez kontekstu, co uznawał za ARCYZABAWNE i we własnej głowie mianował się królem komedii), ale na pewno nie brak cierpliwości i wyrozumienia. Tych zdawał się posiadać nieskończone pokłady, zwłaszcza, jeżeli chodziło o Malfoyów. Dlatego też odwzajemnił jego uśmiech, a zaraz potem jego wzrok spoczął na żonie. — Zegar będzie nasz — potwierdził skinieniem głowy. Nie mogąc się powstrzymać, złożył na jej skroni kolejny pocałunek.
Och, gdyby z ich dwójki to Elliott był aurowidzem — ujrzałby wówczas jak poświata wokół Perseusa zmienia kolor, gdy patrzy na Eunice, jak silnymi uczuciami ją darzy. Wystarczyło jednak posiadać parę sprawnych oczu, by zauważyć, że w jego zachowaniu nie było sztuczności, że właściwie, to był pod wpływem jej uroku. Dostrzegł, że Eunice komuś macha. Podążył więc wzrokiem w kierunku, w który patrzyła i dostrzegł Eden oraz Williama. On również uniósł dłoń w geście powitania i świadom tego, że szwagierka za nim nie przepada, posłał tej dwójce najsłodszy uśmiech, na jaki było go stać. Nie wiedział przecież, że jest przez tę dwójkę obgadywany.
Gdzieś rozbłysnął flesz. Odruchowo spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał dziennikarkę, której posłał uśmiech. Szturchnął też dyskretnie Elliotta, delikatnie zwracając mu uwagę na obecność kobiety. Zakręć się koło niej, zdawały się mówić jego oczy.
Kto był na balu o Longbottomów, ten w cyrku się nie śmieje — tymi słowami będzie relacjonował w przyszłości to, co wydarzyło się chwilę później. Początkowo uznał licytację kolacji z Erikiem za żart ze strony Brenny i w osłupieniu wpatrywał się w scenę, ale kiedy niejaka Prewett podbiła jego cenę do tysiąca galeonów, Perseus nie wytrzymał, a z jego ust wyrwało się westchnienie. Współczuł jej, bo przecież jak ubogim (w przyjaźnie) i samotnym człowiekiem trzeba być, aby płacić tak ogromne sumy za to, aby ktoś zabrał cię na kolację? Och, jakże smutna i żałosna kobieta.
Parsknął śmiechem, gdy Elliott i Eden podbili cenę o jeden galeon, lecz uśmiech ten prędko przeobraził się w wyraz trwogi, gdy Nora, u której kupował ciastka przez które niektóre koszule nie leżały już na nim tak dobrze, podbiła cenę do 1500 galeonów.
Wprowadzimy trochę chaosu, najdroższa? — szepnął do ucha Eunice. Zamierzał dołączyć do zabawy i nie planował odpuścić tak łatwo.  Za bardzo bawiła go wizja walki o kolację z Erikiem Longbottomem, zupełnie tak, jakby był co najmniej gwiazdą quidditcha, albo synem byłego Ministra Magii.
1501 galeonów! — podbił cenę.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Eunice Malfoy - 17.11.2022

- Miło mi poznać – skinęła głową w stronę Atreusa. Narzeczonego Elaine, jak się okazało, co sobie odnotowała w pamięci na wszelki wypadek – niby nic, a jednak dobrze wiedzieć, co w trawie piszczy. I gdzie dokładnie. Z równą skrupulatnością odnotowała również, skąd dokładnie jej mąż znał Delacour – jakoś do tej pory nie miała świadomości, że Black najwyraźniej miał swój udział w zamieszkach. Ale i też nie było potrzeby, żeby wyciągać takie tematy, istniały inne, głównie bieżące.
  Teoretycznie zdawało się, że ta rozmowa potrwa dłużej, ale okazało się, iż Atreus najwyraźniej miał inne plany. Toteż w paru gładkich słówkach zapewniła, że jak najbardziej wybaczone, żaden problem, po czym mogła z powrotem w pełni skupić się na mężu. I bracie.
  Aha, licytacji również, a jakże.
  Wygrana zegara miała słodki posmak zwycięstwa; wprawdzie zapewne słono za niego przepłaciła niż gdyby dorwała go w sklepie, ale jednak, doliczając do tego wizerunkowe aspekty, można było uznać, że jednak wart był swej ceny. Spinka zaś? Cmoknęła męża w policzek – wszak publicznie nie wypadało inaczej – w nagrodę (i podzięce zresztą też) za pozyskanie kolejnego klejnotu do kolekcji biżuterii.
  O tak, z dumą go będzie nosić, to pewnie tak samo, jak to, że po zachodzie słońca w końcu następuje również i jego świt.
  Jako córka (byłego) Ministra Magii na dobrą sprawę była przyzwyczajona do fleszy, więc ich błysk nie zrobił na niej żadnego wrażenia; mało tego, gdy zorientowała się, kto stał po drugiej stronie obiektywu, posłała Daisy całkiem uroczy uśmiech. I puściła oczko.
  Uniosła brew, gdy okazało się, że na licytację został wystawiony sam Erik Longbottom. Zaraz dołączyłaby i druga brew, gdy zorientowała się, co jej szanowne rodzeństwo odwala, a wcześniej – gdy padła naprawdę kosmiczna oferta za kolację. No, no, zrobiło się… ciekawie, bardzo delikatnie mówiąc.
  - Mhmm, wprowadzimy – zgodziła się równie cicho z Perseusem. Jak licytować, to licytować, a przy okazji sierotki będą miały stypendium. Zaś rodzina – dobrą prasę. Zerknęła na męża z ukosa, rozważając pewną kwestię. Hm.
  A niech się dzieje, co chce.
  - Tysiąc pięćset jeden galeonów i jeden knut! – podbiła ofertę, wychodząc z założenia, że skoro już się tak bawią, to…
  … to chyba można wprowadzić jeszcze większy chaos. Czy też tam podnieść poziom absurdu, bo takie podbicie z pewnością zaliczało się właśnie do absurdów.

370/1539



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Brenna Longbottom - 17.11.2022

TLDR:
-> Erik jest ostro licytowany, a rodzeństwo między sobą szepce na scenie
-> pada suma tysiąca galeonów
-> Brenna ogłasza, że za niedługo występy i pierwszy taniec, na chwilę zeskakuje ze sceny, zostawiając tam samego Erika
-> kolejna tura 20.11, ogłoszenie wyników + albo występ muzyczny będzie, albo pierwszy taniec, zależy jak pójdzie rozgrywka występującej.

Miotłę wygrała Geraldine - wisiorek zaś: Gio. Sukienkę - Atreus rękami Florence.
- Pójdziesz po prostu na kolację do najlepszej restauracji w Londynie, to takie straszne? - mruknęła Brenna kącikiem ust, tak cicho, że musiała pochylić głowę ku bratu, by mógł ją usłyszeć. - Jakby trzeba było, wystawiłabym siebie albo Adelarda, ale on ma żonę, a kolacją ze mną nikt o zdrowych zmysłach nie będzie zainteresowany. Chyba że mógłby mnie po niej utopić. I kilka dni temu zostawiłam na twoim biurku listę fantów na licytację, żebyś ją przejrzał i wszystko jest tam wpisane....
Stało tam jak byk. W ostatnim okienku. Pod informacją o karnecie na kolację. Erik Longbottom.
Chociaż była możliwość, że Erik to przeczytał, a po prostu uznał za żart. Albo wziął za informację o tym, że ma ogłosić koniec licytacji, błędnie wpisaną w tabelce.
Choć tu nie mogła się usprawiedliwiać, że sądziła, że wiedział. Domyśliła się, że nie przeczytał wszystkiego, skoro nie protestował. Istniała całkiem spora szansa, że wkrótce obudzą się w niej wyrzuty sumienia i będzie przepraszać brata, że nie uprzedziła go wyraźnie, zadawalając się tylko wpisaniem odpowiedniej listy.
Erik nie musiał jednak się obawiać, że nikt nie przebije oferty startowej. Brenna już wcześniej poprosiła Norę, aby - jeśli nie zrobi tego nikt inny - zalicytowała "finałowy przedmiot licytacji", a ona odda jej pieniądze. Zresztą, szybko okazało się, że nawet za zapobiegliwość była niepotrzebna.
Tysiąc galeonów.
Nawet Brenna szeroko otworzyła oczy - spodziewała się maksymalnie pięciuset. Chyba nawet ona nie doceniała swojego brata. Ewentualnie tego, za jak zabawną sytuację uznali goście.
- Chyba ufundujemy stypendia na naukę w Hogwarcie dla wszystkich wychowanków sierocińca na najbliższe siedem lat, a także fundusze na naukę poszkolną dla najbardziej utalentowanych absolwentów tego rocznika - oświadczyła zarówno do tłumu, jak i do Erika, gdy licytacja nabierała zaciętości. Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że wszystkie inne przedmioty były niepotrzebne.
Odwróciła się do niego, spoglądając mu w twarz i... cóż, chyba zrobiło się jej głupio, bo po prawdzie z jednej strony tak ostra licytacja była pozytywna dla fundacji, z drugiej, spodziewała się raczej wyjścia z jakimś znajomym (albo fanką), które nie wywołała... aż takiego zamieszania.
- Masz rację, powinnam była ci zostawić kartkę z zapisaniem tego dużymi literami. Przez najbliższy tydzień będę robić za ciebie raporty i wezmę na siebie wywiad do Proroka. W ramach zadośćuczynienia - mruknęła bardzo cicho, bo nienawidziła wywiadów, ale on też ich nienawidził, a to on właśnie pobił wszelkie rekordy na licytacji. I pewnie mógł spokojnie wyciągnąć od niej potem sporo więcej...
A wtedy...
...głos Nory.
Tysiąc pięćset galeonów.
Merlinie.
Brenna zamarła, a na jej twarzy - na szczęście niewidoczna dla tłumu, bo była odwrócona tyłem do nich, a przodem do brata - pojawił się wyraz paniki. Figg się spiła, chciała podnieść cenę, jeszcze coś innego? Źle zrozumiała prośbę o "zalicytowanie za sześćdziesiąt galeonów, jeśli nikt inny się nie zgłosi"? Nie miało to znaczenia, bo Brenna wiedziała jedno: kobieta nie miała tysiąca galeonów. Oczywiście, Brenna wyciągnęłaby tyle z rodowego skarbca... ale potem musiałaby swoje przecierpieć. Wysłuchać matki, dziadka, ojca, w tej właśnie kolejności, a w finale przez kolejne dziesięć lat żyć jak skrzat domowy, bo wyrzuty sumienia, że tak uszczupliła rodzinny majątek, wymagałyby szybkiego oddania sumy... Życie jak skrzat to jedno, ale nie mogłaby wtedy kupować pączków!
Chyba że namówiłaby Erika na tę biografię. Ciekawe, za ile poszłoby wydanie kolekcjonerskie.
- Licytacja trwa, a już wkrótce zaczniemy występy i potem tańce! - zawołała, niedorzecznie radośnie, odwracając się do gości, znów uśmiechnięta. I tylko aurowidz mógł dostrzec, jak bardzo była wzburzona. Zeskoczyła ze sceny, przy okazji dając pokaz sprawności fizycznej, bo nie zabiła się w sukni i butach, wprawdzie nie na dużym obcasie, ale jednak nie adidasach. I ruszyła w stronę Figg, przedzierając się ku niej przez tłum.
- Nora, kochanie, nie podbijaj już ceny - szepnęła cicho, pochylając do ucha przyjaciółki. Bardzo łagodnym tonem, bo nie była pewna, co się działo (choć oczywiście zamierzała to potem sprawdzić). - Niech ktoś inny dostanie przyjemność pójścia z Erikiem na kolację, ty możesz wpaść, kiedy tylko zechcesz.
Na szczęście dla Brenny i Nory - licytujący byli bardzo zdeterminowani. Na tyle, że zaczęła istnieć szansa, że licytacja potrwa do białego rana, a przynajmniej jedna fortuna mocno ucierpi. Longbottom miała wrażenie, że przyjdzie im to przerwać, inaczej będą licytować się o jednego knuta ze dwie, trzy godziny...


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Alice Selwyn - 17.11.2022

Alice rozłożyła ramiona w geście przeprosin i skruchy za historię z urodzinami nestora Prewettów sprzed lat. Mogła sobie wyobrazić reakcję kochanej ciotki, zapewne nie tak odległej od wyrzutów, do których była zdolna Persefone, kiedy oczywiście przypomniała sobie o swoim, dowolnie wybrany, dziecku, które nie sprostało jej wymaganiom, a zawsze nie było w stanie im dorównać. Nie było tutaj sposobności rozgrzebywać tematu, poza tym szkoda było to wyciągać i jeszcze może budzić echo jakiś przykrych emocji. Alice była świadoma, że zawdzięczała sporo Florence i mimo wszystko Sacharissie, choćby dlatego nie wyrosła na całkiem zdziczałego i rozkapryszonego dzieciaka w skórze dorosłego.
- Och, - wyrawało jej się westchnięcie na widok kolejnej sukni na licytacji, - chyba zaczynam żałować, że nie bywam na salonach. Flo, licytuj, koniecznie - zagrzała kuzynkę do boju, ale wszyscy skupili uwagę na Eriku.
- Można handlować ludźmi? Może zastaw jednego brata albo obu, będzie na suknię i może dorzucą jeszcze jakąś wazę i ile byś miała spokoju - uśmiechnęła się krzywo, gdyby wiedziała gdzie podziewa się jej brat, to by go dorzuciła do zasobów Bulstrode, raz w życiu okazałby się pożyteczny i przydatny.
- Interferencja i do tego pewnie sprzężona, to bardzo zawsze zawęża narzędzia możliwe do użycia. Nie myślałaś, że zacząć publikować takie przypadki, pod postacią naukowej monografii to tylko dla grupki zapaleńców pewnie, ale taki przystępniejszy artykuł - spojrzała na Florence, czarodzieje bardzo lekko podchodzili do zaklęć i efektów klątw. Pewnie mieli rację, wypadek może im się zdarzy raz czy dwa, następstwa, jeśli się utrzymają, raczej szybko miną. Za to uzdrowiciele i łamacze siedzieli nasiąkają stopniowo, a potem iskry im strzelały z palców na zmianę pogody.
Kiedy podeszła do nich znajoma czarownica Florence, Alice przełożyła kieliszek do lewej ręki i lekko uścisnęła dłoń Astorii.
- Alice, miło poznać - dodała z uśmiechem. - Hmm, niby tacy majętni, a będą podobijać o knuty - prychnęła w rozbawieniu, szczególnie gdy Nora wykazała się brawurą w myśl "kto biedn(iejsze)mu zabroni żyć bogato."
Gdy obejrzała się na pannę Figg, dostrzegła, że Atreus również musiał widzieć gest wykonany przez małą Wood.
- Stawiacie, że między przegranymi a zwycięzcą dojdzie do rozruchów już teraz czy krew się poleje na parkiecie?


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Elliott Malfoy - 18.11.2022

Nie powstrzymał się przed rozciągnięciem ust w uśmiechu słysząc jak inni przebijają cenę w ten sam sposób, co on, ciągną grę. Spojrzał na Eden, ale nie z nienawiścią czy zirytowaniem, rzucił jej rozbawione spojrzenie, zachęcił do kontynuowania, przecież o to chodziło, aby podjudzić innych w imię... akcji charytatywnej, oczywiście. Niesamowicie dziwił go fakt, że ktokolwiek w ogóle był skory, aby zapłacić aż tysiąc galeonów, aby zjeść kolację z drugim człowiekiem, w wypadku Seraphiny - czy była to samotność, czy desperacja? Dla Elliotta było to nieistotne, lubił sprawdzać gdzie leży granica, a w tym wypadku też miał wystarczająco środków, aby to zrobić. Jego niebieskie oczy, zazwyczaj na takich uroczystościach przysypane pudrem neutralności zaiskrzyły w rozbawieniu, duchu czysto złośliwej rywalizacji. Oczywiście, gdyby przedmiotem licytacji była kolacja z kimś innym być może nie sprawiało by mu to aż takiej radości, ale w wypadku Erika... cóż. Nawet jeżeli nie zamierzał płacić ogromnych cen tylko po to, aby usiąść z nim przy stole londyńskiej restauracji to liczył się sam proces walki, chwilowej adrenaliny, która ciągnęła za sznurki kończyn.
Czekając na kolejne, niewyobrażalnie wielkie - lub niewyobrażalnie zabawne - kwoty skupił się na swoim towarzystwie, a przede wszystkim siostrze z mężem. Przyglądał się im pare dłuższych sekund rozpoznając bardzo dobrze troskę... nie, coś więcej, uczucie w ruchach Blacka. Poczuł jak ambiwalentne uczucia zalewają jego głowę jak zazdrość staje w szranki z ulgą. Nie życzył Eunice źle, wręcz odwrotnie, nie był przekonany co do jej małżeństwa z Perseusem i to wcale nie dlatego, ze ten był złym człowiekiem. Elliott miał do niego pare zastrzeżeń, swoich, prywatnych, które wiązały się z historią ich relacji romantycznej, niepozornych spojrzeń, delikatnych dotyków upragnionych westchnień. Niestety, każde upojenie ma to do siebie, że kiedyś się kończy, tak samo było w ich przypadku. Może gdyby Black nie odciął się tak gwałtownie, nie wyjechał... dość. Nie mógł pozwolić, aby przeszłość złapała go w swoje szpony, zwłaszcza, że młodsza siostra wydawała się zadowolona z uwagi mężczyzny, nie mógł zrobić niczego innego jak cieszyć, się że jej mężem jest ktoś tak bliski i zaufany oraz ktoś, kogo, dzięki starej, dogłębnej znajomości, tak łatwo przejrzeć - nawet jak skupiał się na szczęściu najbliższych musiał mieć wszystko pod kontrolą.
Z zamyślenia wyprowadził go charakterystyczny dźwięk aparatu gubiący się w głosach, nagle pobudzonego, tłumu i blask flesza. Był do niego przyzwyczajony, więc nie zmrużył oczu ani się nie wzdrygnął, spojrzał jedynie z którym dziennikarzem oraz gazetą będzie musiał mieć do czynienia, aby zatroszczyć się o to, aby zdjęcia nie podsumowały niepochlebne opisy. Zaraz też poczuł szturchnięcie, więc spojrzał ponownie na Percyego, z początku z lekkim zdziwieniem, a dopiero potem widząc, że on też spogląda na dziennikarkę. Uśmiechnął się odrobinę pobłażliwie, ale doceniał troskę.
- Wiem. - odparł jedynie, niezbyt wiele wyjaśniając, ale chcąc dać przyjacielowi do zrozumienia, że zbyt długo wykonuje swoją pracę i żyje na tym świecie, aby nie zaplanować wystąpienia przed prasą na takim wydarzeniu. Nie dość, że był to po prostu mus z jego statusem społecznym to jeszcze, często, wywiązywały się z tego ciekawe relacje z samymi pracownikami gazet. Czy poprawne, czy nie to już inna kwestia, której Malfoy nie poruszał. Nie zrobił nic więcej, bo komunikacja wzrokowo-gestowa z Blackiem musiała teraz trochę poczekać - trwała licytacja.
- Pięć tysięcy galeonów - wypowiedział te słowa pewnie, poniekąd radośnie, zwłaszcza po tym jak niezbyt trzeźwa kobieta podbiła cenę o pięćset galeonów powodując, ze Longbottom opuszczając scenę pognała do niej z ratunkiem. Nie spodziewał się tutaj takiego chaosu, ale musiał przyznać, że skutecznie sprawiał, że serce zabiło mu szybciej. Chyba dlatego postarał się złapać wzrok Erika, który teraz zestresowany? Być może zmartwiony? Albo poniekąd nie chcąc okazywać rozbawienia tą farsą? Stał na scenie sam.
- Ufundowanie stypendiów to bardzo chlubny cel, nie mogłem się powstrzymać, mam zbyt dobre serce, zwłaszcza jeżeli chodzi o dzieci i ich edukację, to nasza przyszłość. - odparł w stronę Eunice oraz Percy'ego. Szczerze liczył, że ktoś go przelicytuje, aby mógł wykrzyknąć jeszcze bardziej absurdalną kwotę.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Patrick Steward - 18.11.2022

Bywały takie odpowiedzi, które padały tylko po to, by przekierować rozmowę na inne tory. Informacja o byciu nudnym aurorem należała do takich. Jeśli wychodziło przez to, że się przez nią umniejszał, robił to tylko po to, by wydać się mniej ciekawym. Patrick posłał Mavelle bezbronny uśmiech, gdy ta dała mu kuksańca. Nic nie mógł poradzić na to, że jej próba obrony go przed nim samym rozbawiła go.
Biorąc pod uwagę to, ile sam zużywał papieru i atramentu (a w trochę mniejszej ilości również farb), chętnie dowiadywał się o dobrym sklepie z takimi rzeczami. Nie musiał nawet kupować ich w niższej cenie. W życiu nie miał aż tylu wydatków by oszczędzać na przyborach artystycznych.
Mimo wszystko, dla Patricka – fakt, że Seraphine ziewała okazywał się jakąś formą porażki. Zawiódł jako mężczyzna. Okazał się nie dość ciekawy, by skupić na sobie jej uwagę. Szczęście, że zrobił to w sali pełnej ludzi a nie podczas randki lub w sypialni. To by dopiero było poniżenie.
Przez to, że gdy rozpoczęto licytację Erika, stał przy stole i wybierał alkohol oraz wspomniane przez Mavelle muffinki a’la pizza (to drugie dość nieufnie, kojarzyły mu się bowiem z jedzeniem, które można było znaleźć na domówkach, ale nijak z wystawnymi balami). Usłyszawszy kwoty, które przy tym padały, strzelił sobie nawet kieliszek czegoś mocniejszego – czym zarobił pełne uprzejmej dezaprobaty spojrzenie kelnera. Tego też wykorzystał do pomocy w przyniesieniu wybranego przez siebie jedzenia dla Mavelle i Seraphine. Alkohol niósł sam.
- Dżin – wręczył wybraną szklaneczkę pannie Prewett. Dla siebie wziął podwójną porcję whisky. – Usłużny kelner mi pomógł – rzucił beztrosko, wskazując na mężczyznę niosącego tacę z muffinkami (ale również z kilkoma innymi rodzajami przystawek). – Jakkolwiek uwielbiam Erika, cena kolacji z nim zaczyna się robić irracjonalna – zauważył.
Wpatrywał się intensywnie w Brennę, uważnie obserwując jej zmieniającą się aurę. Najwidoczniej miała na ten temat podobne zdanie do niego. Jeszcze najwidoczniej nie zauważył, że to Seraphine tak mistrzowsko rozpoczęła licytację.



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - William Lestrange - 18.11.2022

Przyglądał się żonie nad wyraz czujnie. Może nie w ten sam sposób, w który analizował ruchy Perseusa - ciągniecie za sobą nogi, opieranie się o lasce -, ale było w spojrzeniu ciemnoniebieskich oczu coś badawczego; zawsze towarzyszyła mu nuta uporczywości, która wierciła w świadomości rozmówcy dziurę, że William bezpardonowo po prostu analizuję każdą część zdania, ruchu i osobowości. Nie robił tego w sposób, w jaki inni by się spodziewali. Raczej szukał sensu i znaczenia w małych gestach wykonywanych przez tych, którym się przypatrywał. Składał je w jedną całość tak, aby móc się samemu wypowiedzieć. Nie zawsze jego logika odnajdywała zrozumienie w świecie zewnętrznym, więc gdy był młodszy powstrzymywał się od wyrażania opinii czy opisywania swoich procesów myślowych podczas przebywania w dużych grupach ludzi. Stopniowo się tego oduczył, gdy zaczął wychodzić z Eden, ale też przez rożne konferencje naukowe, gdzie ludzie doceniali go za jego osiągnięcia, a nie oceniali po źle zawiązanym krawacie i koślawo skonstruowanym zdaniu.
- Może nie powinnaś, ale w razie czego będę cię prowadzić do domu. - odparł z przedziwną pewnością, raczej sobie obcą i wychylił kolejny łyk z kieliszka opróżniając go i odstawiając na bok, został mu w dłoni drugi, w którym bąbelki szampana topiły się w złotym napitku z każdą sekundą coraz bardziej.
Po tylu latach zdążył się nauczyć, który kieliszek żony powinien być tym ostatnim. Być może obydwoje mieli sporą tolerancje na alkohol - ona, bo młodość spędziła na wykwintnych kolacjach i bankietach; on, bo podczas konferencji naukowych nie wylewało się za kołnierz - ale fakt, ze był wyższy i cięższy od blondynki dawał mu pewną przewagę w tym kontekście.
- Nie powinienem nawet być zdziwiony, że uważasz coś, na co nie miałaś wpływu swoim niepowodzeniam i swoją słabością - ton jego głos był gładki, łagodny, trochę jakby właśnie tłumaczył zależność pomiędzy zmianami pogodowymi - Przez głowę mi nie przeszło w pierwszym momencie, że można obwiniać się czymś takim. Raczej skupiam się na rzeczach, które zależą od tego, co zrobię, a nie, co robią inni.- zamyślił się na chwilę, gdy to mówił i nie spuścił z niej wzroku. Miał w spojrzeniu coś, czego prawdopodobnie jeszcze pare lat temu na marne było w nim szukać, bo było głęboko schowane pod warstwą niewinności i młodzieńczego nierozgarnięcia - pewną zadziorność, być może większą pewność, co do wypowiadanych słów.
Licytacja Erika była dla niego farsą, wystawą dumnych pawi, którym wydawało się, że okrzykami i słowami mogą przyciągnąć uwagę innych. Nie pokazał po sobie dziwnego zniesmaczenia, które przełknął wraz z kolejnym łykiem szampana. Z lekkim rozleniwieniem zaczął rozglądać się za kolejnym alkoholem, który mógłby w siebie wlać. Czerwone wino nie było dobrą opcją, szampan był w porządku, ale od musującego trunku będzie miał niestrawności. Czując jak Eden go objęła sam położył ramie na jej ramionach, chciał się oprzeć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, deka wybity z rytmu, gdy blondynka postanowiła włączyć się do licytacji. Z początku nie wiedział jak na to zareagować, więc wpatrywał się w nią oniemiały.
Nie spiął się nawet pozwalając pewnej buńczuczności wziąć górę i złapał dłoń małżonki, gdy ceny licytacji zaczynały podchodzić pod absurd.
- Zamierzasz czy nie, wydawało mi się, że masz trochę więcej klasy niż ta kobieta, którą właśnie próbowałaś podsumować nieprzychylnym komentarzem. - nie puścił dłoni blondynki ściskając ją lekko za nadgarstek, stanowczo - Jeżeli to jakaś aluzja, ze chcesz wyjść na kolację to nie ruszam się z Londynu przez następny miesiąc, albo jak wolisz Paryż to zabrali nas w ciekawe miejsce na ostatniej konferencji, myślę, że by ci się spodobało. - uniósł brwi, bo naprawdę nie rozumiał. Tysiąc galeonów to była spora kwota, nie twierdził, ze kobieta jej nie ma, ale branie udziału w tej farsie wydawało mu się poniżej jej godności. Pomijając już fakt, że poczuł się poniekąd urażony, że wydałaby tak dużo pieniędzy aby pójść-nie pójść z kimona kolację. Po ostatniej rozmowie, która mieli niekoniecznie ufał jej intencjom w tej kwestii. Może to był właśnie podprogowy przekaz, że  powinien był jej coś wylicytować i dać na tej kolacji, na którą miał ją też zaprosić?
Po co ludzie byli tacy trudni?


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Heather Wood - 18.11.2022

Heather miała wyśmienity humor, wszystko jak do tej pory szło po jej myśli, nie mogła się doczekać na dalsze atrakcje tego balu, bo pewnie było ich jeszcze sporo. Jak na razie raczyła się smakiem tego wybranego przez gospodarzy szampana. Wygrana licytacji sprawiła, że zeszły z niej wszystkie emocje, które jeszcze chwilę wcześniej mogły nieco zmoczyć towarzystwo.

- W sumie, nie wyglądają na takich, ale ciekawi mnie, czy czasami wyciągają kija z dupy.- Brenna w pracy była bardzo profesjonalna, tutaj również. Ciekawe, czy w każdej dziedzinie życia tak miała. Nie była z nią na tyle blisko, aby się tego dowiedzieć, choć trochę ją to ciekawiło. - Słońce, ja też biorę od dziecka udział w bankietach, nie pamiętasz?- Zwróciła się do przyjaciela. Tyle, że rodzicom nie udało się jej okrzesać. Mogła ubrać piękną suknię od najlepszych projektantów, pić nie wiadomo jak drogie trunki, jednak nikt nie był w stanie spowodować, że panna Wood zacznie zachowywać się jak dojrzała i ułożona osoba. Nadal była dzieciakiem, który potrzebowało ogłady. - Wydaje mi się, że możesz mieć rację, kto urodził się pojebem, ten zostanie pojebem do końca swoich dni!- Odparła z entuzjazmem i wypiła za te słowa kolejny kieliszek szampana.

Rudą wcale nie tak łatwo było obrazić, chociaż może zależało to też od tego, kto do niej mówił. Cameron nie musiał się przejmować jej reakcją, bo nie była w stanie się na niego złościć, za bardzo go lubiła, a niewiele było takich osób. Na komentarze rodziców reagowała zdecydowanie dużo bardziej nerwowo, nie ma się, co dziwić, że ich mieszkanie było zalewane kilka razy w tygodniu. - Zastanawiam się w sumie, wiesz, kiedy nasi starzy się od nas odczepią.- Bardzo dobrze rozumiała problem Camerona. - Przecież my jesteśmy dorośli, chyba powinni nam już dać spokój.- Nie, żeby nadal z nimi mieszkała i korzystała z ich majątku, to na pewno nie przez to.

Wood w przeciwieństwie do Camerona nie znała czegoś takiego jak ograniczanie siebie. Jakoś tak wyszło, że nigdy nawet przez myśl nie przyszło, aby się dostosowywać do ogólnie przyjętych norm, bo po co? Najwyżej kogoś urazi, czy pierwszy raz? Nie. Czy ostatni - na pewno nie. Uważała, że taka szczerość jest wskazana, nie przejmowała się tym, jakie konsekwencje przynoszą jej czyny.

- Aua, kurde ktoś kto je rzucał musiał się nieźle postarać.- Imponowało jej takie czarowanie, że nawet medycy nie radzili sobie z konsekwencjami. - Pewnie jutro Ci opowiedzą, jak wyszło.- Miała nadzieję, że nie żałował, że nie mógł tego zobaczyć, bo jeszcze by się przejęła tym, że to ona go tutaj wyciągnęła.

- Co tak mało entuzjazmu, nie dobra, świetna!- Skromna to ona była niesłychanie. Nawet nie zauważyła, że Daisy w między czasie zrobiła jej zdjęcie, tak bardzo była zaaferowana swoją wygraną. Nie powiązała tego uścisku dłoni z tym, że Cameron zapobiegawczo próbował ją unieruchomić.

Przyjemny dreszcz przeszedł jej po ciele, kiedy Cameron odgarnął kosmyk jej włosów za ucho, kiedy zauważyła, że się do niej nachyla, również się do niego zbliżyła. - Oczywiście, jak mogłam zapomnieć o naszym najwspanialszym Charliem, co trzy głowy to nie jedna, zdecydowanie. - Zresztą chyba od zawsze przyswajali wiedzę razem, jak mogłoby być inaczej w tym przypadku.

-Jak widać nawet w pozornie dobrej rodzinie dochodzi do patologii. Szkoda mi go trochę.- Chciała nawet wylicytować biednego Longbottoma, ale najwyraźniej nie było takiej potrzeby, bo była tu spora liczba gości, która najwyraźniej mogłaby się o niego pobić. -Nie spodziewałam się, że będzie takie zainteresowanie kupnem sobie swojego niewolnika, myślałam, że te czasy dawno mamy już za sobą.- Szepnęła jeszcze do Camerona. -Ciekawe, kto to wygra.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Florence Bulstrode - 18.11.2022

- Mam nadzieję, że ta sukienka spodoba się jej przyszłej właścicielce – powiedziała do Alice Florence, przyjmując karteczkę, potwierdzającą wygraną.
Omal nie roześmiała się na propozycję Alice co do „handlu braćmi”. Powstrzymała ten odruch, nie chcąc zwracać na siebie uwagi, ale uśmiech rozbawienia – rzadki w Mungu, bo w sytuacjach w pracy Bulstrode bardzo pilnowała, aby odpowiednio się zachowywać – przemknął po jej ustach.
- Zdaje się, że chodzi tylko o kolację, nie stałą sprzedaż, obawiam się. Nie wyobrażam sobie zresztą, żeby ktoś chciał kupić Atreusa. Musiałabym jeszcze dopłacić. A z kolei Orion nigdy nie podpadł mi na tyle, żebym chciała go sprzedawać – stwierdziła, a jej spojrzenie przesunęło się po sali, gdy próbowała wypatrzeć brata. W przeciwieństwie do kuzynki, nie dojrzała go, za to zobaczyła Elaine. Doprawdy, czy on właśnie zostawił tu swoją narzeczoną samą?! Chyba powinna zmyć mu za to głowę. I nic a nic jej nie obchodziło, że miał już ponad dwadzieścia pięć lat i starsza siostra nie powinna się wtrącać…
- Zwykle je opisuję, żeby zaprezentować stażystom. Myślę, że jeśli już, to chyba prędzej podręcznik dla uzdrowicieli…
Przywitała Astorię, gdy ta podeszła bliżej. Kobiety sama się sobie przedstawiły, więc nie było potrzeby dokonywania prezentacji.
– Obawiam się, że gdybym pojawiła się w tym stroju w Mungu, kilka osób wezwałoby BUMowców. Bo ktoś podszywa się pod Florence Bulstrode – odparła jej z cieniem uśmiechu na ustach. – Poza tym w tych butach na oddziale bardzo szybko wyzionęłabym ducha – dodała jeszcze z zastanowieniem, wskazując na szpilki, które do jej metr siedemdziesiąt wzrostu dodawały dobre pięć centymetrów.
Na pytanie Alice zamyśliła się wyraźnie, wodząc spojrzeniem między licytującymi. Przez moment miała chęć uruchomić jasnowidzenie, ale nie, to była zbyt błaha sprawa…
– Nie fascynuje was, że poza Seraphiną, tym mężczyzną, który zaczął licytację i tą blondynką, licytują go bliźniaki oraz mąż i żona? – spytała z pewnym zaintrygowaniem, gdy zrozumiała, kto wykrzykuje coraz większe kwoty.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Bard Beedle - 18.11.2022

Na bal, rzecz jasna, zaproszono także reportów. Daisy nie była jedyną przedstawicielką prasy na sali.
Coirean dotąd krążyła po sali na swoich niebotycznie wysokich obcasach, dodających nieco wzrostu do jej marnego metr pięćdziesiąt wzrostu. Z nieodłączonym notatnikiem w ręku, nad którym unosiło się samo notujące pióro. Za nią postępował fotograf, z bardzo nieszczęśliwą miną, robiący zdjęcia, wskazanym przez nią osobom - oczywiście przede wszystkim tym najsłynniejszym i najbogatszym.
Gdy Coirean dostrzegła najpierw gest Heather, potem Camerona łapiącego ją za rękę, a wreszcie kolejne, czuła zachowania, na jej ładnej, piegowatej, odrobinę pulchnej twarzy pojawił się taki uśmiech, jakby Boże Narodzenie nadeszło pół roku wcześniej. Stawiając drobne kroczki przemknęła przez tłum, prosto do Heather.
- Panno Wood! - oświadczyła, przy okazji dając znak fotografowi, aby zrobił zdjęcie Erikowi na scenie. - Nasi czytelnicy po prostu muszą wiedzieć. Czyżby to był pani narzeczony? - spytała, odnośnie Camerona, oczywiście, uśmiechając się jeszcze szerzej, aż mogłoby się zdawał, że jej twarz zaraz się rozpęknie. Pióro wisiało w powietrzu, drżąc lekko, jakby już nie mogło doczekać się zanotowania odpowiedzi...
*

Tymczasem do Ashling podeszła pani Longbottom, matka Erika i Brenny. Zdawała się ich popisy ze sceny przyjmować z mieszaniną rezygnacji i rozbawienia. Zaskoczona nie była, bo ona akurat przeczytała opis fantów, chociaż pewnie zakładała, że jej syna jednak poinformowano.
Była znacznie niższa od swoich dzieci, ale we włosach i oczach kryło się pewne podobieństwo do syna.
- Może drinka? - spytała uprzejmie, podsuwając jej jeden z dwóch kieliszków, które trzymała. - Nie widziałaś przypadkiem mojego męża? Byłam pewna, że stał dokładnie tutaj, ale wygląda na to, że zdążył gdzieś umknąć...