Secrets of London
[Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31)
+---- Wątek: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE (/showthread.php?tid=1118)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Pan Losu - 21.03.2023

Philip Nott


Wspięcie się na majowy pal nie było czymś prostym, ale tobie udało się obrać dobrą taktykę. Nie byłeś najszybszy z grupy mężczyzn, która wspinała się z tobą, ale zabrakło ci do tego dosłownie sekundy. Zeskoczyłeś na dół dość zgrabnie, mogąc być zadowolonym ze swojego wyniku. Czułeś nagły przypływ euforii. Udało się! Kobiety zatańczyły wokół słupa, ogień buchnął potężniej i wtedy zobaczyłeś oczy tej, która przekazała ci wianek. Oboje poczuliście się błogo. To było szczęście - czysta miłość tryskająca z obu ciał. Chcieliście być ze sobą blisko, tak blisko, jak tylko się da. Nogi mogły ponieść was do wspólnego tańca przy paleniskach, do skosztowania wspólnie któregoś z win i wyłożenia się na trawie lub... o ile oboje byliście na tyle otwarci, do wybrania się gdzieś pomiędzy drzewa, gdzie nikt nie zobaczy, jak oddajecie się temu uniesieniu.



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Theodore Lovegood - 21.03.2023

Wędrował samotnie między ludźmi, wypatrując znajomych twarzy, zbyt długo. Aż mu nieprzyjemne ciarki zaczęły chodzić po plecach. Nie lubił być bez towarzystwa. Bogowie dali ludziom usta, by rozmawiali, tak samo jak dali czarodziejom magię, by z niej korzystali. Spragniony jakieś interakcji zatrzymał się i rozejrzał się. W pobliżu ujrzał pannę ze świeżo utworzonym roślinnym dziełem sztuki. Kompozycja i kolory bardzo mu się spodobały.
- Jaki ładny wianek – zauważył na głos tak, że mogła usłyszeć, wpatrując się w mieszankę stokrotek, konwalii i frezji. Następnie przeniósł spojrzenie na właścicielkę kwiatów. Dziewczyna wyglądała przyjaźnie, więc postanowił spróbować swoich sił. Podchodząc bliżej, miał nadzieję, że czarodziejka nie miała żadnego adoratora, dla którego walczyła z kwiatami. W swojej pysze nie wyobrażał sobie żadnego innego powodu, przez który mógłby dostać kosza.
- Hej, czy ty nie jesteś przypadkiem moim patronusem? - spytał się z uśmiechem na ustach, po czym wymownie zamilkł na chwilę, by dać Avelinie zastanowić się nad odpowiedzią, nim wyskoczył z puentą - Bo twój widok sprawia, że mam w głowie same szczęśliwe myśli – dodał w końcu radośnie, a jego brwi zatańczyły w kokieteryjnym tańcu. Następnie, wciąż nie przestając się uśmiechać, kiwnął wymownie głową w stronę jej wianka.


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Samuel Carrow - 21.03.2023

Miał dzisiaj szczęście. Cały ten dzień był inny niż zwykle, wszystko układało się wyjątkowo, jak nigdy. Nie mógł uwierzyć, że przydarzyło się to jemu. Zupełnie ignorował tych wszystkich ludzi wokół. Widział tylko Danielle. Nie liczyło się nic więcej.

Spoglądał na nią, a uśmiech nie schodził z jego twarzy, najchętniej nie wypuściłby jej ze swoich ramion, jednak wiedział, że nie wypada, aby zbliżył się do niej za bardzo. Beltane trwało w najlepsze, jednak Samuel Carrow miał w sobie przyzwoitość.

- Muszę zaprzeczyć. Razem nam się udało. Kiedy współpracujemy los nam sprzyja. - Nie uważał, żeby zasługa leżała tylko i wyłącznie po jego stronie. Jego zdaniem większy wpływ na to miała panna Longbottom.

Carrow nie miał żadnych planów na ten wieczór, najchętniej spędziłby go z Danielle, skoro tak dobrze im dzisiaj było razem. Położył się na trawie, wpatrywał w gwiazdy i marzył, o tej ich wspólnej wyprawie w nieznane. Więcej nie było mu potrzebne do szczęścia.

Danielle nie uciekła mu, ruszyli razem w stronę palenisk, aby świętować ten dzień. Był zadowolony z takiego obrotu sprawy, nie spodziewał się, że wszystko ułoży się tak fantastycznie. Okazało się, że jego towarzyszka była wyśmienitą tancerką, podziwiał ją, kiedy obracała się wokół własnej osi, wyglądała pięknie, taka szczęśliwa w tańcu.

Jej uśmiech powodował, że czuł przyjemne ciepło, które rozchodziło się po jego ciele. Miał ochotę ją przytulić, jednak się powstrzymał, starał się ręce trzymać przy sobie. - Nie będę Cię gonił Danielle, zamierzam dać Ci błyszczeć. - Uważał, że był tylko dopełnieniem tego obrazka, niczym ciemne niebo, na którym można było zobaczyć tę jedną, wyjątkową gwiazdę.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Victoria Lestrange - 21.03.2023

Na moment zapomniała o tym, że była tutaj dzisiaj w pracy. Zapomniała, bo zatonęła w błogim szczęściu, którego ostatnio czuła… Nie pamiętała kiedy. Ale to nie było ważne. Nie, kiedy w końcu mogła poczuć chłodną bliskość Rookwoda – a choć często przy niej ogrzewał swoje ciało zaklęciami, bo w tych małych gestach myślał o niej i o jej komforcie, to prawda była taka, że doskonale zdawała sobie sprawę kim był i jej to absolutnie nie przeszkadzało. I nie był to akurat wpływ żadnych czarów. To przytulenie się teraz było pierwszym tak bliskim pomiędzy nimi kontaktem odkąd się znali, bliskim i na pewien sposób intymnym, kiedy dłonie ciągle trzymał na jej biodrach i nie wyglądało na to, by miał je zabrać. A jej wcale na tym nie zależało. A… wręcz przeciwnie.

- Co ty opowiadasz! Niektórzy musieli próbować dwa albo trzy razy – roześmiała się dźwięcznie, bo Sauriel tak był skupiony na swoim zadaniu, że najwyraźniej nie widział, co działo się wokół niego. Więc czy to nie było duże wyzwanie? Ach, nieprawda. I tak jak Sauriel sobie umniejszał, tak Victoria… zdecydowanie patrzyła na to inaczej. Ucieszyła się za to, że poprawił mu się humor – choć trochę. Z cichym westchnięciem dała się złapać za dłoń i całkiem chętnie zrobiła kilka większych kroków, by nadążyć za Saurielem. - Chętnie – rzuciła jeszcze, a chwilę później już go obejmowała, dając się prowadzić do tańca. Zabawne było to, że Sauriel na takiego w ogóle nie wyglądał, ale to był drugi raz, kiedy razem tańczyli i drugi raz to on to proponował. A tańczył naprawdę dobrze. Lestrange to lubiła; na nudnych spotkaniach i balach rodzin czystokrwistych to była często jedyna sensowna rozrywka, a teraz mogła się jej w pełni szczerze oddać z narzeczonym. Zupełnie zapomniała, że nie jest w pięknej sukience, a ma na sobie spodnie i koszulę, i marynarkę i wysokie buty; że nie ma rozwianych i dziewczęco spiętych z boku głowy spinką włosów – bo była w końcu w pracy, w mundurze aurora. Ale to nic. Śmiała się, jakby miało nie być jutra, pomiędzy jednym obrotem a kolejnym wpadnięciem w ramiona jej partnera.

I bardzo się cieszyła, że to Beltane, ten tak bardzo ich dzień, mieli okazję choć przez chwilę spędzić razem.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Cameron Lupin - 21.03.2023

Nawet nie tyle zignorował swój lęk wysokości, ile kompletnie o nim zapomniał. Mogła to być wina stresu lub presji ze strony publiczności i innych facetów biorących udział w zabawie. Dopiero gdy oddalili się od miejsca jego katorgi i mógł uważniej się rozejrzeć, zorientował się, jak cholernie wysoko próbował wleźć. Oblał go zimny pot. Nie potrafiął zrozumieć, jakim cudem wdrapał się tak wysoko o własnych siłach.

Jebać! — powtórzył niemrawo. Pomimo zapewnień Rudej dalej było mu przykro, że tak się to potoczyło. Miał tylko nadzieję, że nie wystawił jej na pośmiewisko i znajomi z pracy nie będą się z niej potem śmiać. To nie była przecież jej wina! — Wiesz, myślę, że nikt z nich nie poskładałby połamanej nogi do kupy. — Wytknął palcami kolejną grupę rywalizujących ze sobą mężczyzn.

Oblał się rumieńcem, jednak tym razem ciepło nie ogarnęło tylko jego twarzy, ale też okolice jego delikatnego, jakże kruchego serduszka. Nie potrafił zaprzeczyć; lubił, gdy Heather czy Charlie mu tak mówili. Czuł się wtedy bardzo mocno dowartościowany. Przytaknął dziewczynie, kiwając intensywnie głowa.

No dokładnie! Tak samo, jak z tymi jajami na Ostarze. Zbierałaś je wtedy? Ja zbierałem i to było jakieś pojebane! One dosłownie spierdalały z koszyka. Tutaj pewnie też zastosowali jakichś taki chytry trik, co nie? — Każdy sposób na odwrócenie uwagi od własnego braku umiejętności był dobry. W tym przypadku atakowanie organizatorów sabatu było najlepszym, na co wpadł Cameron. — A-a. Najpierw całus, potem winko.

Uśmiechnął się i wytarł zakrwawione ręce o rąbek koszuli. Potem nachylił się w kierunku Rudej i pocałował ją przeciągle. W końcu wspierała go całym sercem, więc musiał się jakoś odwdzięczyć!




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Rowena Ravenclaw - 21.03.2023

Ingerencja MG


— Alastor —
Esther podążała za Alastorem dumna z tego, że może być właśnie jego partnerką. Ze wszystkich Brygadzistów to ją wybrano, aby mu towarzyszyła! Policzki jej pałały rumieńcem, zaś gardło ścisnęła radość tak wielka, że nie mogła wydobyć z siebie ani jednego słowa. Posłusznie skierowała się z nim w stronę stoiska, z którego zakupiona została nieszczęsna tiara i wyglądała zza jego pleców, gdy ten konfrontował się ze sprzedawcą.
Zajmę się tym, panie Moody. To znaczy, raportem — zaoferowała się młódka, gdy odzyskała głos, a potem zerknęła pośpiesznie na tłum, z którego machały do niej dwie dziewczyny w zbliżonym do niej wieku. — Chyba pora na zasłużoną przerwę. Do zobaczenia!
Po tych słowach dołączyła do przyjaciółek, pozostawiając mężczyznę samego.

— Jackie —
Grupa młodzieńców zerkała co jakiś w czas w jej stronę i żywo dyskutowała, zanim jeden z nich - najwidoczniej lider - zdecydował się podejść do samotnej Jackie. Swoja aparycją przypominał marmurową figurę, jedną z tych, które z zapałem podziwiają mugole w swych muzeach. Fizjonomię miał iście seraficzną, czarne loki opadały na jego czoło, a biała koszula, w którą był odziany, przylegała do jego wilgotnego ciała, prezentując idealnie wyrzeźbioną sylwetkę. Nie mógł mieć więcej, niż ćwierć wieku.
Cześć — zwrócił się do panny Carrow z serdecznym uśmiechem — Czy czekasz na kogoś wyjątkowego?
Zatrzymał się tuż przed nią; był tak wysoki, że drobna Jackie sięgała mu do połowy torsu.
Jeśli nie, to czy chciałabyś uczynić mi ten zaszczyt i pozwoliła założyć twój wieniec na słup?


— Trevor —
Trevor poczuł, jak coś z impetem uderzyło w niego od tyłu. Kiedy się odwrócił, ujrzał przed sobą drobną kobiecą sylwetkę. Liczyła sobie około trzydziestu lat, miała łagodne rysy twarzy, jej złocistorude włosy skrzyły się w blasku ognia, a w drżących dłoniach trzymała nieco sfatygowany wianek. Odziana była w prostą białą sukienkę sięgającą jej do kostek, stopy natomiast miała bose i nieco poranione.
Przepraszam, najmocniej pana przepraszam... — szepnęła gorączkowo, wbijając w niego spojrzenie sarnich oczu. Sprawiała wrażenie nieco zagubionej i zmieszanej, jednak nie miała zamiaru odejść. Wreszcie przełknęła ślinę i wypaliła jednym tchem:
CZYZECHCIAŁBYPANWSPIĄĆSIĘZMOIMWIANKIEM?
Mówiąc to, wysunęła wianek przed siebie; była to prosta wiązanka przetykana konwaliami oraz liliami.

Szeptucha


— Eden i William —
W pewnym momencie Eden oraz William mogli poczuć na sobie ciężar spojrzenia; to płonące dzikim blaskiem oczy Szeptuchy przyglądały się im od dłuższej chwili, zanim zdecydowała się do nich podejść.
Tobie nie są pisane rzeczy tak wspaniałe, jak jemu, lecz nie znaczy to, że sukces będzie mniejszy, a bardziej przyziemny — powiedziała do Eden — Będą ci złorzeczyć, zazdrośni o bogactwa, które uda ci się zgromadzić. Z kolei ty, mój chłopcze — zwróciła się do Willama — Stworzony jesteś do czegoś wielkiego, większego niż do tej pory śniłeś. Tylko to igranie ze śmiercią przysporzy ci jeszcze sporo zmartwień.
Wyglądało na to, że wieszczka chciała coś jeszcze dodać, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Zamiast tego wstąpiła między małżonków i zaraz znikła pomiędzy słupami majowymi.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Stanley Andrew Borgin - 21.03.2023

Nie było innej możliwości. To musiała być suszona pomarańcza z goździkami, kawałkiem anyżu i laską cynamonu... Czyli amortencji według Stanleya. Dopił swoją drugą herbatę i skierował się w świetnym humorze na drugą część Beltane.

Kiedy z każdym krokiem był coraz bliżej kobiet strojących wianki, zauważył w oddali jedną damę. To musiała być ona. Borgin nie miał żadnych wątpliwości. Miała wianek z róż, czyli to co zostało mu przepowiedziane. To Lucy. Nie mogło być inaczej. Wychodziło na to, że te całe losowanie rzeczywiście miało rację bytu i co ważniejsze - działało.

Nie czekając ani chwili dłużej, ruszył w jej kierunku ile miał tylko sił w nogach. Widział zresztą, że jakiś jegomość kieruję się do jego Lucy. Tak być nie mogło.

Podszedł chwilę za późno, jednak tym się nie zniechęcał - Na mnie czeka - odparł do mężczyzny, który miał czelność nagabywać jego wybrankę - Chodź. Idziemy - złapał Jackie za ramię i pociągnął na bok aby odsunąć się od tego nieprzyjemnego typa. Co za paskudny osobnik z niego. Kto to widział zaczepiać samotne damy?

Odeszli kilka kroków - Lucy! Tu jesteś! Całe Beltane Cię szukałem, a Ty mi uciekałaś - powiedział - Jesteś głodna? Mam dla Ciebie chałwę pistacjową - pokazał jej wymieniony wypiek - Sama Nora Figg go piekła. Musisz spróbować. Jest przepyszny - zapewnił ją - Nie uciekaj więcej ode mnie, dobrze? - zapytał. Dla własnego bezpieczeństwa powinna się jednak trzymać ze Stanleyem. W innym razie będzie narażona na zaczepki od innych facetów pod wpływem amortencji...




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Alastor Moody - 21.03.2023

Nie widział już co prawda aur, ale miał w życiu na tyle dużo doświadczenia, aby wiedzieć, że gdzieś pomiędzy wierszami znalazła się tu przestrzeń na spore niedopowiedzenie. I to niedopowiedzenie nie pozwoliło mu podjąć wyboru innego niż ten, który tę zagubioną dziewczynę mógł w jakikolwiek sposób zabawić. Jedną z wad jego charakteru było przecież to, że nie potrafił odmawiać pomocy. Nawet jeżeli ktoś nie poprosił o nią bezpośrednio.
- I co ja mam z tobą zrobić? - Nie ukrywał już nawet zakłopotania, chociaż w jego głosie nie zabrakło szorstkości, jakiej w nim wcześniej było. Stało się to za sprawą zbliżającej się Mavelle, której obecność sprawiła, że poczuł się trochę jak dzieciak przyłapany na gorącym uczynku i nie był pewien, czy kiedykolwiek to z siebie zmyje. - Tak, ja jeszcze tutaj... - Próbował wyglądać przynajmniej odrobinę nonszalancko, ale przyszło mu to z gracją godną Lupina wspinającego się na pal. - Lysso, oto moja dobra koleżanka Mavelle Bones. Mavelle, oto Lyssa Mulciber. Pół godziny temu odczarowałem ją z klątwy, która zamieniła ją w kurczaka. - Zaprezentował jej również dowód wdzięczności Lyssy - ten wianek co go tak plotła z myślą o kimś, o kim raczej nie powinna myśleć w ten sposób. - Skoro go już przyjąłem, to nie wypada mi tego nie zrobić. - Jego decyzja nie miała oczywiście nic wspólnego z tym, że chciał wspiąć się na górę szybciej niż Longbottom. - Ale ten czar naprawdę na mnie nie zadziała. - Żadna naburmuszona mina ani podstęp nie miały szans równać się z tym, jak dobrym oklumentą był Moody. Nim wykonał krok w stronę pali, spojrzał na Mulciberównę uważnym wzrokiem. - Na pewno nie wolisz dać go komuś innemu? - Dał jej ostatnią szansę na to, żeby go zatrzymała. A może dał ją sobie?


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Patrick Steward - 21.03.2023

Patrick był święcie przekonany, że podejmował właśnie najlepszą decyzję w swoim życiu. Był zakochany, oświadczył się i został przyjęty. A przynajmniej z jego perspektywy wyglądało na to, że został przyjęty. W końcu ukochana wzięła od niego pierścionek. Posłał Florence szeroki, rozanielony uśmiech, gdy podnosił się z klęczek.
- Dobrze kochanie – zgodził się z miejsca.
A potem powędrował za swoją narzeczoną na bok. Mieli całe mnóstwo rzeczy, które powinni ustalić: gdzie będą mieszkać, jakie imiona nadadzą przyszłym dzieciom i psu (bo psa też będą mieli – no, chyba że Florence nie będzie chciała, wtedy nie), gdzie pojadą w podróż poślubną. Poza tym chciał się dowiedzieć co Florence lubiła jeść na śniadanie, jakie prezenty ją cieszyły, co sprawiało że się uśmiechała, jaka była jej ulubiona książka, w jaki sposób spędzała wolny czas…
Splótł ich ręce razem.
- Powinniśmy jak najszybciej powiedzieć moim dziadkom. I twoim rodzicom. I braciom – mówił z entuzjazmem. – Ustalić datę. Zrobić listę gości. Zamówić tort z twoją malutką miniaturą na szczycie. Orkiestrę. Wolałabyś wesele na świeżym powietrzu? I oczywiście suknię ślubną. I kupię nowy garnitur. Jutro możemy wybrać obrączki – zasypywał ją planami dotyczącymi przyszłego wesela.
Patrick patrzył na Florence. I tak z każdym kolejnym mrugnięciem, mijała działająca na niego amortencja. Wciąż widział, że uzdrowicielka była śliczna, ale i bez mikstury miłosnej o tym wiedział. Tak jak o tym, że była mądra i błyskotliwa. To tylko jego głupie serce, nagle przestało wyrywać mu się do niej z piersi.
- Moja… Florence – wyszeptał, ale już trochę innym, bardziej Stewardowym głosem.



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Cynthia Flint - 21.03.2023

Jak wybrać, gdy emocja, która przychodziła jej do głowy na myśl o czarodzieju, była tak bezkształtna i nieokreślona. - silna, ale nie ukierunkowana. Znała język kwiatów i chwilę jeszcze przyglądała się koszykom, biorąc niezapominajki, potem dobrała konwalie i jako główną gwiazdę — fioletowe irysy. Na słowa Loretty, kąciki ust jej drgnęły.
- Takie do Ciebie pasują. O inne bym Cię nie podejrzewała. - odpowiedziała dość swobodnie i figlarnie, powracając do ciemnowłosej krótkim spojrzeniem intensywnie niebieskich oczu.
Plotły wianki. Miała wprawę w zszywaniu ludzkich ciał i przecinaniu tętnic, więc szło jej sprawnie i szybko. Zerkała co jakiś czas na swoją towarzyszkę, zastanawiając się, kto wzbudzał w niej rozczarowanie i pożądanie jednocześnie, jednak nie śmiała zapytać, bo miała w oczach złość, ale i tęsknotę.
-Co masz na myśli.. - przerwała jednak, bo dostrzegła Louvaina, gdy akurat wpinała ostatniego Irysa. Zacisnęła delikatnie palce na wianku, wbijając w niego wzrok. Nie pytała, nigdy nie wtrącała się w to, co robił. - Nie spadnij. - rzuciła z nutą złośliwości, ale i głęboko ukrytej nuty zawstydzenia. Odprowadziła go wzrokiem, zerkając wcześniej na jego siostrę bliźniaczkę — nie wyglądała na zadowoloną. Nim się odezwała, ta ruszyła w stronę Notta i wręczyła mu wianek. Teraz Cynthia była zaskoczona, wędrując spojrzeniem od niej do niego. A więc to tak?
Gdy ogień buchnął i rozsypał żar w powietrze, poczuła wewnątrz ulgę, jakąś dziwną iskierkę, przez którą blade lico zakrył subtelny rumieniec. Tłumaczyła go podmuchem wiatru, który wprawił w ruch jasne pasma. - Będziesz miał szczęście? - zapytała tylko, gdy nogi same ją poniosły w jego stronę i zadarła głowę, aby obdarzyć go spojrzeniem. Było to dziwne, zaczarowane i nim się spostrzegła, wspięła się na palce i niewinnie, nienachalnie musnęła fragment jego policzka, subtelnie dotykając kącika ust.