![]() |
|
[7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange (/showthread.php?tid=5408) |
RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Elliott Malfoy - 22.12.2025 Pokazuje swoją twarz ochronie, odmawia eliksiru, wchodzi z Albertem nieco spóźniony, akurat na przemowę o aukcji.
Uchylił wieczko maski pokazując blade lico i obsypujące czoło platynowe kosmyki, po jej powrocie na swe miejsce, jego twarz znów spowiła się w cieniu dzioba i korony, przechodząc ciemnym granatem w zieleń. Jego kreacji nie brakowało połysku, był on jednak zbalansowany, ujawniał się pod wpływem padającego na materiał światła, zaginał pomiędzy warstwami materiału i wplecionych weń drogocennych kamieni ukształtowanych w pawie pióra. Dotyk spływającej po plecach peleryny, pomimo widocznych gołym okiem wplecionych weń kamieni, był przyjemny, podobny do tekstury, jaką miały prawdziwe pióra zwierzęcia. Materiał nie krępował ruchów, był również zaskakująco lekki jak na ilość ozdób i ułożonych falami piór, wychodzących z głównej części stroju, który był w kolorze granatowym. Większość materiału formowało optyczną iluzje, jakoby strój obtoczony był w transparentną, gwiezdną otoczkę. Twarz, poza ustami okalała granatowa, dopasowana maska z paroma piórami, które zaczesane do tyłu, przypominały włosy; zagubione gwiazdy z nocnego nieba migotały leniwie w centrum niewielkiej, wkomponowanej w całość korony. Strój był dopracowany, połysk był ruchomy nie tylko, gdy przebrany się poruszał, pozostawał w ruchu ciągle, prawie że imitując srebrzące się pod połyskiem nocnych gwiazdozbiorów jezioro. Zgrabnie odmówił proponowanego eliksiru, jedynie przez chwilę trzymając go w dłoni okalanej ciemnym materiałem rękawiczki. Nie oceniał towarzysza za jego decyzję lub takie można było odnieść wrażenie, bo schowane za ciemnymi, przeplatanymi gwiazdozbiorami wypustkami oczy mogły mierzyć towarzysza lodowatym spojrzeniem. Z resztą, czy Albert by się w ogóle tym przejął? Weszli do sali, aby usłyszeć przemowę o licytacji. Stanęli przy wejściu, daleko od sceny, od której dzielił ich cały parkiet sali balowej. Głos zwracającego się do gości mężczyzny dotarł do ich uszu odpowiednio z pomocą wzmacniającej słowa różdżki. Malfoy nie musiał dostrzegać broszki, aby pomyśleć, że stojący na scenie jegomość zapewne jest gospodarzem lub kimś z nim związanym. - Nie jestem pewien na ile zainteresują mnie przedmioty, które można wylicytować - odezwał się do Rookwooda ściszonym głosem, nie chcąc urazić uczuć kogokolwiek w pomieszczeniu - Ale licytacja brzmi ekscytująco. Myślisz, że coś by cię zainteresowało? - nie liczyło się czy faktycznie dostanie przedmiot, a czy wygra. Stawka stawała się wysoka, gdy inni czegoś pragnęli, a on mógł im to zabrać sprzed nosa. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=w9cQJMD.jpeg[/inny avek] RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Christopher Rosier - 22.12.2025 Z Viką, przy fontannie z czekoladą [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/c2/c6/d9/c2c6d9862c4228d9eed4f12c9913269b.jpg[/inny avek] Christopher wzdrygnął się lekko, kiedy jego bogata wyobraźnia podsunęła mu wizję obściskiwania się z własną ciotką. W rodzinie Gauntów zrobili takie rzeczy, a potem zaczęły im wyrastać trzecie ręce… no dobrze, może nie trzecie ręce, ale nie byłby zdziwiony. – Zapewniam uroczyście, że ostatni raz obściskiwałem się z jakąkolwiek ciotką, kiedy miałem siedem lat i postanowiła mnie nadmiernie uściskać. Ugryzłem ją wtedy i kolejne nie próbowały – oświadczył, dla lepszego efektu kładąc dłoń na sercu. A potem upił trochę płonącego drinka. Skrzywił się na początku, bo smak… smak był okropny. Nie spodziewał się, że zaserwują coś takiego na balu. Jakby z niedowierzaniem, że każą gościom pić coś takiego, upił jednak drugi łyk i jakoś… jakoś nagle ten smak przestał mu przeszkadzać, podobnie jak to, że ktoś go dopiero co szarpał za koszulę i że gdzieś pośród gości może mu mignąć wielka fryzura Cressidy. – Wepchnąłem go kiedyś w zaspę. Stwierdził wtedy, że jego mama ulepiłaby ładniejszego bałwana – stwierdził, trochę bezmyślnie na słowa Victorii, prawdopodobnie zresztą właśnie pod wpływem drinka. Wprawdzie nie podała imienia, ale skojarzenia same popłynęły ku jego kuzynowi, któremu, niestety, jedna z ciotek Christophera wyprała mózg bardzo skutecznie i w młodym wieku. Rosier mógł tylko się cieszyć, że jego umysł prano bardziej pod kątem zajęcia się rodzinnym biznesem niż dorobienia się kompleksu Edypa. Podobno o zmarłych nie mówiło się źle, a Christopher... w pewnym sensie żałował śmierci kuzyna, ale to nie tak, że ta śmierć nagle przyćmiła wszystkie wspomnienia. Jeżeli on bywał primadonną i lubił się chwalić, to jego kuzyn był sto razy gorszy, uwielbiając chwalić swoją matkę. – Chciałbym się zgodzić, ale muszę przyznać, że ja sam się w to wpakowałem – dodał, wzdychając cierpiętniczo, ale bez prawdziwego przejęcia, bo drink sprawiał, że jakoś niczym w tej chwili się nie przejmował. Podryfowali ku fontannie z czekoladą, chociaż Christopher zamiast też sięgnąć ku owocom i czekoladzie, raczył się tą cierpką nalewko – czymś, chwilowo błogo zadowolony z życia. Ku scenie posłał mało zainteresowane spojrzenie. Jeśli Lestangowie nie mieli zamiaru zaoferować magicznej tkaniny z legend, to Rosier nie potrzebował niczego z dzisiejszej licytacji. – Po co mi skarby Lestrangów, skoro ich najpiękniejszy skarb jest już tuż obok? – powiedział, może w ramach zwykłego ich przekomarzania, a może i całkiem na serio. Albo wpływał na niego drink. – Masz ochotę popatrzeć, czy wolisz wyjść do ogrodów, kiedy będą bić się o rzadkie eliksiry? RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Victoria Lestrange - 23.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3UQX4gf.png[/inny avek]Jem owocki w czekoladzie przy fontannie i wychodzimy do ogrodu
– Hahaha, przecież mówię, że sobie tego nie wyobrażam – jasne, w rodzinach czystej krwi było bardzo dużo dziwnych połączeń, małżeństw pomiędzy dalszym kuzynostwem i tak dalej, ale mimo wszystko raczej starano się uważać, by spinanie rodzin nie leżało zbyt blisko na drzewie genealogicznym, bo wiadomo jak się to mogło skończyć… Gauntowie byli jednym z przykładów i teraz już właściwie wyginęli. Być może dla ich dobra. Uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie młodego Christophera i jego kuzyna jak kłócą się o bałwana, po czym jeden ląduje w śniegu, popchnięty przez drugiego. – Już to widzę, jak pani matka lepi bałwana – skomentowała i westchnęła, bo cała ta znajomość z imć Drakem Rosierem to było pasmo katastrof. Krótkie, ale nawet po śmierci wywarł na nią wpływ, gdy okazało się, że wezwani do akcji aurorzy (w tym ona na szkoleniu pod okiem starszego aurora) natrafili na zniszczony dom, spod którego gruzów wyciągnięto ciała – to ona przeniosła je do Biura Koronera i jej własny kuzyn uświadomił jej, że jedno z nich należy do Rosiera. Tak właśnie się dowiedziała. Od tamtej pory jeden raz odwiedziła jego grób – w rocznicę śmierci. Ale poza tym… nie myślała o nim zbyt często. I z pewnością nie ciepło. – Nawet jeśli to nie był przymus twoich rodziców, to skąd miałeś wiedzieć, że ta dziewczyna jest aż tak niestabilna? – no chyba, że miał ku temu jakieś przesłanki, ale i tak wszedł w tę rzekę pomimo wszystko, myśląc sobie, że on ją zmieni, albo że nie może być aż tak źle. No tak czy siak – nie miał szczęścia. Zauroczenie i zakochanie potrafiło mocno namieszać w głowie człowieka, coś o tym wiedziała… Przez moment nabijała na wykałaczkę owoce, które nurzała w fontannie z czekoladą. Błoga mina na twarzy Victorii mówiła chyba wszystko o tym, jak uwielbia czekoladę (i gratulowała sobie, że nie wybrała maski zakrywającej również usta), a po tym cierpkim winie było to jeszcze o niebo lepsze. Rosierowi chyba udzielił się nastrój, bo postanowił zarzucić ją komplementem, po którym rozbawiona pokręciła głową, nie biorąc tego tak do końca na serio. – Niech się biją – stwierdziła w końcu i odłożyła talerzyk oraz pusty kieliszek po płonącym drinku, który okazał się dziwnym winem. – Chodź do ogrodu, tam nie będzie takiego hałasu. Możemy wrócić na końcówkę, albo jak już skończą – i pociągnęła go w stronę wyjścia, skoro nie planował licytować. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Leviathan Rowle - 24.12.2025 z Astorią idziemy do drinków Sprawa Heli była zwyczajnie skomplikowana. Niby wciąż istniała na granicy rodziny, ale nie znalazła się tam bez powodu, a rozmawianie o niej wśród gości i w posiadłości Lestrangów, cóż, mogło zwyczajnie zostać podchwycone przez kogoś nieodpowiedniego i tylko napędzać niestworzone plotki, a nikt tego nie chciał. Dalsze słowa Astorii natomiast, skwitował częściowo milczeniem. Nie było w nich złych zamiarów, wiedział o tym przecież aż za dobrze, a wyrzucone w przestrzeń zostały pewnie z zakłopotania i jakiejś takiej potrzeby zbycia sytuacji. Ale pod ciszą rozwijały się warstwy kompleksów, które nosił w sobie Rowle. Byli przyjaciółmi, prawda? Przyjaciele nie obcałowywali się przy innych, nawet pod wpływem eliksirów. Obydwoje byli też z czystokrwistych rodzin, a to z kolej znaczyło kolejne nieprzyjemne konsekwencje i równie szybko rozrastające się plotki, gdyby ktoś ich rozpoznał. Ale od kiedy Smocza Łuska faktycznie zaciążyła na świadomości Leviego, dotykały go momenty kiedy ktoś aż tak wzbraniał się od bliskości, nawet jeśli od sam nigdy z tą osobą by nie zainicjował. Brzydził się momentami siebie, kiedy patrzył w lustro, a z odbicia spoglądały na niego pionowe źrenice i mrugała trzecia powieka. Brzydził się, kiedy spoglądał na wspinającą się po skórze drobną, szarą łuskę która powoli, ale systematycznie szpeciła coraz większe połacie jego ciała. Rowle mogli być dumni ze swojego powiązania ze smokami, mogli uważać się za smoki, ale Leviathan nie posiadał złudzeń co do tego, jak ludzie na klątwy reagowali. Jak reagowali na niego. Nie wszyscy, oczywiście, ale każdy cień emocji, która mogłaby się kojarzyć z jego własnym obrzydzeniem, coś w nim poruszała. Dodawała kropli do czary goryczy. Może też dlatego tak bardzo uciekał w cielesne uciechy, w bliskości znajdując pewnego rodzaju ukojenie, które utwierdzało go w przekonaniu że nie zmieniał się w potwora. - Smok byłby aż zanadto oczywisty, nie uważasz? - zapytał, uśmiechając się do niej przelotnie. - Gdybym kogoś z taką zobaczył, zaraz bym się zastanawiał czy to nie jakiś mój krewny - prychnął rozbawiony, oferując jej ramię, zgniatając wszelkie wątpliwości i rozterki, które mogły go teraz nawiedzać. Mąż, ciekawe. Ciekawe co by powiedziała gdyby wiedziała, że teoretycznie miał żonę. To był wypadek, oczywiście. Taki, który należało pośpiesznie rozwiązać. - Zawsze uważałem, że zabija to odrobinę indywidualność. Pasujące stroje w sensie - pokręcił głową, zgadzając się bez słowa na skierowanie do baru i zaraz ruszając w tamtą stronę. !balmaskowy RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Pan Losu - 24.12.2025 - Te czarne róże... - Co z nimi? - Ponoć nie wolno ich dotykać. Wierzysz, że nie wiedzą skąd się wzięły? - Myślę, że to tani chwyt, który ma przyciągnąć chętnych do ogrodów. - Przecież nie mają z tego pieniędzy. - Wiesz, jak jest - nieważne jak mówią, ważne żeby w ogóle mówili. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Laurent Prewett - 24.12.2025 Maska: Delikatna, jedynie na oczy, magicznie zaklęta mieniła się metalicznym połyskiem gładkich łusek przechodzących przez wszystkie kolory morza. Po bokach jest biała i rozchodzi się na lazur, błękit i w końcu, między oczami - granat. Podkreśla to jasne, lazurowe oczy selkie, które same w sobie mieniły się w nienaturalny, dla czarodziei, sposób. Udekorowana drobnymi perełkami i drobinkami kryształów, ma przywodzić na myśl syrenę. Maski wydawały się Laurentowi najmniej odpowiednią rzeczą przy tragedii, jaka spotkała całą Anglię. Maski. Kojarzyły się blondynowi wręcz tragicznie, ale zignorowanie tego zaproszenia, które Nieve uparcie orała swoim pazurem, nie mogło mieć miejsca z kilku powodów. Pierwszym było to, że była to impreza, która dla jego najbliższej przyjaciółki była zwyczajnie ważna. Albo i niezwyczajnie. Druga? Przecież wypadało się pokazać. Powinien. Tak, zdecydowanie powinien. Trzecia? Ach... może po prostu trzeba w końcu wypełznąć ze swojej nory i przestać unikać błysku fleszy? Bal maskowy akurat wydawał się do tego najgorszy (w końcu zawierał... maski), ale z pewnością był pierwszym krokiem do położenia fundamentu pod powrót do socjety. Na kryciu się za maską zupełnie mu nie zależało. Chyba nie potrafiłby rozmawiać teraz normalnie z kimś, kto całkowicie próbowałby skryć swoją osobowość. Swoje "ja". Mimo to starannie się dopasował do okazji i również nie zignorował instrukcji, jakie otrzymał. Nie odpowiedział na samo zaproszenie, nie posłał listu do Victorii - liczył na to, że będzie tutaj sposobność do... zaskoczenia jej. Zrobienia jej tej małej przyjemności. Chociażby dlatego, że chyba Victoria Lestrange czuła ulgę, gdy tylko miała go na oku... Ukazał swoją twarz przy wejściu, imienne zaproszenie i odebrał eliksir wraz z życzeniem dobrej zabawy. Więcej niż przyjemności odczuwał stresu - a to było dziwne. Dla niego dziwne - bo nienaturalne. Takie miejsca, jak to, kiedyś były miejscem, w którym czułby się jak... ryba w wodzie. Najlepiej wręcz! Och, może jednak w tej wodzie bywało lepiej... nie ważne! Istotne było to, że obrót był o 180 stopni. Kiedy mgła rozstępowała się przed jego nogami, a przestronne wnętrze witało go i zapraszało na salony muzyką, on zamiast czuć dreszczyk ekscytacji i oczekiwanie na słodycz ukradkowych spojrzeń i gestów słanych ponad kieliszkami z winem, czuł ścisk żołądka, słabość własnych nóg i żałosne przeświadczenie o tym, że gdyby cokolwiek tu się wydarzyło, to pewnie zrobiłby to, co umiał najlepiej. Krzyczałby "VICTORIO, RATUJ!" i szukał jej pleców, żeby się za nimi schować. Cóż, znajomość postępowania w kryzysowych sytuacjach też była cenną umiejętnością nabytą. Wkroczył do wnętrza, ubrany w swoją maskę i dopasowany do niej strój - ciemny granat szaty, która schodziła do bieli na krańcach lekkich materiałów unoszących się za nim prawie jak delikatne, przejrzyste parzydełka meduzy. Gdzieniegdzie na stroju lśniły elementy przypominające syrenie łuski w lazurowej tonacji. Spojrzał na eliksir w swojej dłoni i posunięty jakimś dziwnym, nagłym przypływem emocji - po prostu go łyknął. !eliksiry RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Pan Losu - 24.12.2025 Oczy Demimoza Po wypiciu eliksiru na 2 kolejki stajesz się niewidzialny. Ludzie mogą cię dotknąć i cię słyszą, ale nie mogą cię dostrzec. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Lana Dolohov - 25.12.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0phoAtV.jpeg[/inny avek] Potwierdzam swoją tożsamość, wchodzę do sali balowej i staję gdzieś z boku Lana miała poważne wątpliwości co do tego, czy powinna pojawiać się na balu maskowym; przecież była aktualnie w żałobie po matce. Zgodnie z wpajanymi przez lata zasadami etykiety, powinna przez ten czas ograniczyć udział w hucznych imprezach. Ponadto, nawet przed śmiercią rodzicielki Dolohovówna była typem samotniczki, która nie przepadała za podobnymi wydarzeniami. Najwyraźniej jednak członkowie jej rodziny z Praw Czasu zorientowali się, że bez zewnętrznej inicjatywy dziewczyna prawdopodobnie będzie siedzieć zamknięta w pokoju, więc zachęcili ją do pójścia na bal. Za ich namową Lana ostatecznie zgodziła się i nawet poszła zamówić kostium u krawca. Kiedy jednak w końcu nadszedł dzień imprezy, zawahała się. Czy to na pewno nie było nietaktowne? Poza tym, na samą myśl o przebywanie w tłumie gości robiło jej się niedobrze. Z drugiej strony, gdyby matka żyła, zapewne chciałaby, żeby Lana pojawiła się na przyjęciu u rodziny Lestrange. Ta myśl ostatecznie zmotywowała Dolohovównę do pójścia. Zresztą, bal maskowy miał taką zaletę, że mogła wyjść wcześniej niezauważona. Te rozterki sprawiły, że ostatecznie Lana przybyła na bal spóźniona. Przed wejściem oczywiście okazała ochroniarzom zaproszenie i uchyliła maskę, by potwierdzić swoją tożsamość. Nie była przebrana za nic konkretnego; miała a sobie elegancką, czarną sukienkę i ażurową maskę pod kolor. Był gustowny strój dla osoby w żałobie, ale jednocześnie nie na tyle charakterystyczny, by dało się ją rozpoznać. Przed wejściem do sali balowej odmówiła eliksiru. Była nauczona by uważać z magicznymi miksturami w towarzystwie. Potem widok różnych dziwnych wyczynów gości przekonał ją, że była to dobra decyzja. Kiedy weszła na salę balową, akurat ogłaszano licytację. Na ten moment Dolohovówna nie planowała brać w niej udziału, więc postanowiła znaleźć jakieś spokojne miejsce, z którego mogła obserwować otoczenie... !balmaskowy RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Pan Losu - 25.12.2025 - Ta młoda Primrose Lestrange - widziałeś już ją? - Tak, jest piękna. - A wiesz, że im piękniejsza kobieta, tym bardziej niezrównoważona? - Coś w tym może być, jej siostry też ponoć niezłe są, zupełnie jak mamusia. RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Baba Jaga - 26.12.2025 Rodolphus odwrócił się, poświęcając całą swoją uwagę kuzynowi i pewnie gdyby chodziło o kogoś innego, można by to uznać za duży błąd. W końcu kobieta na pewno wiedziała, że nie powinno jej tu być. Że narusza zasady tego miejsca i jeśli nie zniknie w tłumie masek i balowych strojów, to zaraz pewnie pożegna się z obecnością tutaj. Ale kiedy mężczyźni doszli do jakiegoś porozumienia i Laurence ruszył w stronę ochroniarzy, Agatha wciąż stała na swoim miejscu, przyglądając się z zainteresowaniem Rodolphusowi.
Ochroniarze, do których zbliżył się Laurence, spojrzeli na siebie wyraźnie zdziwieni. Chyba nie spodziewali się, że znajdzie się ktokolwiek kto prześlizgnie się przez prowadzoną weryfikację. Bezczelność, wprawa, a może zwyczajne przeoczenie z ich strony - to nie miało teraz większego znaczenia. Kiwnęli do siebie głowami porozumiewawczo, kiedy Laurence pokazał im twarz. - Panie Lestrange, zaraz się tym zajmiemy - odpowiedział ten, do którego zgłoszono problem. - Tak samo nieproszonym gościem, jak i sprawdzeniem wszystkich wejść, które prowadzą na teren balu - zapewnił, zdecydowanym tonem głosu. - Proszę, niech pan prowadzi. Daję Rodolphusowi dodatkową kolejkę na porozmawianie z Agathą, zanim Laurence będzie mógł dołączyć do nich z ochroniarzami. Wynika to z prostego faktu, że kiedy Rudolf i Agata znajdowali się w jednym miejscu (przy stole z drinkami), Laurence musiał przejść się do ochroniarzy, a potem z nimi wrócić. Narzucam więc nam kolejność: Rodolphus, ja i dopiero wtedy Laurence może do nas dołączyć (czy przed kolejnym postem Livki, czy po, to już wasza wola, ale przyjmę czasowo że Agatha zdąży odpowiedzieć Rudolfowi zanim wkroczy ochrona).
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=AwRmc8T.png[/inny avek] |