Secrets of London
[26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy (/showthread.php?tid=3497)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 04.08.2024

Kończymy przemowę, zaczynamy koncert

- Cieszę się, że tak uważasz, mój drogi. - Agnes zwróciła się do Atreusa, wyraźnie zadowolona, iż ten nie próbował się od wszystkiego wykręcić. Przynajmniej nie w tym momencie. Podobnie zareagował na słowa Matthiasa.

Uciekającą z pomieszczenia Camille, odprowadziła spojrzeniem.

- Odpocznijmy chwilę, kochani. Napijmy się, zjedzmy, porozmawiajmy. I wysłuchajmy mini koncertu. Do kart zdążymy jeszcze wrócić. - padło z jej ust.

Agnes skończyła tym samym swoją przemowę, ludzie się rozeszli. Obserwująca wszystko to przez cały czas z boku Celine, jedynie westchnęła. Nie padły z jej strony żadne komentarze. Nie podzieliła się z nikim żadnymi spostrzeżeniami. Po prostu była obecna. Przede wszystkim ciałem. Kiedy Lorraine zaproponowała jej utwór, który wspólnie zagrają, skinęła w kierunku blondynki głową. Doceniała kryjące się za tym przesłanie. Doceniała tę chęć puszczenia oka w kierunku osób, które znalazły się na przyjęciu.

Kiedy ciocia dała jej znać, że mogła ponownie zasiąść do fortepianu, skinęła głową. Upiła kolejny łyk wina, osuszając do cna trzymaną w ręku lampkę. Mogła ją dzięki temu odstawić na stół. Następnie rozglądając się za Lorraine, ruszyła w kierunku fortepianu. Nie widząc jej w pomieszczeniu, postanowiła zasiąść za instrumentem. Kto wie? Może blondynka odnajdzie się jakimś magicznym sposobem, kiedy wybrzmią pierwsze nuty wybranego przez nią utworu? Jeux d'eau, autorstwa Maurice Ravela.

Zaczęła więc grać, roztaczając zarazem przed sobą czar. Tak jak to miała w zwyczaju. Z czego  była znana. Palce spotkały się z pierwszymi klawiszami. Nie musiała nawet na nie spoglądać. Wysoko uniesiony podbródek, malujący się na twarzy śmiech, spojrzenie którym nie uciekała na bok. Bo Celine Delacour nie miała przed czym uciekać. 


dwa rzuty na zauroczenie - Celine chce wpłynąć na osoby słuchające koncertu, odczuwane przez nich emocje
[roll=Z]
[roll=Z]

Dla Alexandra - intencje Agnes

W tym samym czasie gospodyni, którą chwilę wcześniej opuścił Alexander, zaczęła krążyć po pomieszczeniu. Nadal obecna. Nadal starająca się nad wszystkim panować. Jakie były jej intencje? Sprawdzający to chwilę temu Alexander otrzymał odpowiedź. Tylko czy była to odpowiedź satysfakcjonująca? Agnes nie była do końca pewna, co o Alexandrze myślała. Wiedziała natomiast, co myślała na temat jego rodziny. Rozważała kilka różnych opcji. Wykorzystywała go rodzina, która nie cieszyła się najlepszą reputacją? Sam Alexander chciał na tym wszystkim kręcić wałki? W zasadzie... w zasadzie istotne to dla kobiety nie było. Liczyło się tylko to, że zamierzała dopilnować, że na takiej inicjatywie żaden Mulciber swoich kieszeni  galeonami nie napcha. Ba! Nie napcha jej nawet knutami.


Viorica i Marcus

Marcus, do którego zdecydowała się podejść Viorica... zajmował się niewątpliwie czymś. Przekładał rzeczy, porządkował. Niestety, Viorica nie zdołała zauważyć tutaj niczego więcej. Pozostawała jej jedynie świadomość tego, że coś było nie w porządku. Tylko czy na takowej byłaby w stanie cokolwiek ugrać?

- Viorica. - odpowiedział, już wcześniej będąc świadomym jej obecności na tym przyjęciu. Wyglądało na to, że dawna znajoma (nie tak dawna w zasadzie?) ustawiła się całkiem nieźle. - Muszę przyznać, że nie spodziewałem się Ciebie w tym miejscu. - pozwolił to sobie skomentować, niby od niechcenia zamykając notes. Ten notes, w którym wszystko odnotowywał, każdą jedną, przeprowadzaną transakcje. - Nie jest tak źle. Całe szczęście mam swoje krzyżówki. - skinął nawet głową w kierunku wspomnianych krzyżówek, na które kobieta mogła zerknąć. O ile w ogóle ją to cokolwiek interesowało. Znajdywał się właśnie na 8 stronie. Krzyżówka, na której brązowowłosa mogła zawiesić spojrzenie, rozwiązana była gdzieś tak w jednej trzeciej.

Nie widział problemu w tym, żeby przekazać jej obroże. Pozwolić obejrzeć. Pochylił się, wyciągając ją zapewne z jednej z półek. Przedmiot nie znajdywał się bowiem na widoku. Czy faktycznie było tutaj co podziwiać? Cóż. Zależy od tego co kto lubi. Choć stosunkowo droga, obroża była dość specyficzna.

- Akwamaryny i złoto. - poinformował, choć oczywiście dobrze wiedział, że najpewniej Viorica sama była w stanie przynajmniej wstępnie wszystko to zidentyfikować. Podobnie jak on miała w tym wszystkim wprawę.

Umieścił obrożę na blacie, pozwalając kobiecie na to, aby wzięła ją do rąk. Nie podał bezpośrednio, z racji na zdejmowane w tej chwili kolczyki. Rzeczywiście, powinny być one znacznie łatwiejsze do odsprzedaży. Choć w zasadzie, to nawet i w przypadku tej obroży miał pewien plan. Inaczej odmówiłby przyjęcia jej w zastaw.

- Poza obrożą nie było na ten moment większego zainteresowania. Wieczór jednak młody, a mi cierpliwości nie brakuje. - gładko skłamał, nie informując o zegarku wykonanym z goblińskiego złota. Kobieta nie miała okazji tej transakcji zobaczyć. Jedynym świadkiem, że takowa miała miejsce, pozostawał pan Birla.

Przyjął podane przez Viorice, brylantowe kolczyki. Obejrzał uważnie.

- Musiały naprawdę sporo kosztować. - zauważył. Cóż za odkrywcze stwierdzenie, prawda? I jeszcze to idące w ślad za nimi, niewypowiedziane pytanie: skąd je masz, Viorico?

 

Lorraine

Przebywająca na balkonie Lorraine, mimo pewności, że z Robertem Mulciberem jest coś nie tak, niestety nie jest w stanie wskazać konkretnego powodu. Wydaje się inny niż zwykle ale o co chodzi? Może to po prostu kwestia tego, że nie pojawia się na tego rodzaju przyjęciach i w zasadzie nie praktykuje opuszczania swojego gabinetu w kamienicy? Ot, kolejny dziwak od Mulciberów.


Kolejka nie obowiązuje, nie ma terminu na odpis. Koncert, zakładam, potrwa do następnej środy (14.08), do północy. Możecie w tym czasie swobodnie pisać.

Richard i Lorien - w pierwszym poście, jedno z was (te które zostanie zaczarowane) rzuca kością k6 na czas trwania uroku.
od 1 do 2 - odczuwasz efekt czaru przez 3 następne tury
od 3 do 4 - odczuwasz efekt czaru przez 4 następne tury
od 5 do 6 - odczuwasz efekt czaru przez 5 następnych tur

Byłoby dobrze, gdybyście na koncert zwrócili uwagę dopiero po dołączeniu Lorraine

Viorica - jak tylko odpiszesz Marcusowi, po prostu mnie oznacz. Nie narzucam terminu, postaram się odpisywać Marcusem od ręki.

Wszyscy - Celine zaczyna grać koncert, wypadł mi sukces w rzucie, więc każdy kto nie posiada oklumencji, odczuwa pozytywne emocje z tym związane. W szczególności będziecie skupieni na tym, aby okazać uczucia ewentualnym partnerom czy innym, bliskim sobie osobom.

Gdyby ktoś mnie potrzebował, podszedł do jakiegoś NPC - oznaczajcie mnie na forum, ostatnimi czasy wariuje mi discord i lwiej części powiadomień o odpisach nie dostaje.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Urlett Reykjavík - 05.08.2024

[inny avek]https://i.ibb.co/R7jN8wL/Elegancki.png[/inny avek]
Wchodzi do toalety męskiej.

Kółeczko, w którym stała Urlett, uległo rozproszeniu. Część poszła na balkon, niektórzy szykowali się do kolejnej gry, a Celine zobowiązana była kontynuować koncert.

Pierwsze nuty utworu, chociaż słodkie, wzbudzały trochę niepokoju, zagadkowości. Stanowiły idealne tło dla kolejnych działań Urlett. Bo widok Alexandra (a może sącząca się muzyka) wzbudził w niej pewien pomysł. Rozwiązanie niektórych problematycznych dla niej kwestii... Ale wszystko w swoim czasie.

Ruszyła za nim do łazienki. Spokojnym krokiem. Niech zrobi, co musi. Nie trzeba było aż tak go nachodzić.

Niestety ktoś trzeci również udał się za potrzebą. Urlett nie będzie to przeszkadzać, ale mu — raczej na pewno.

Gdy Celine wchodziła w niższe tony, a tempo przyspieszyło, Urlett otworzyła drzwi do męskiej toalety i weszła do środka, niczym tarantula do twojego ulubionego kapcia.

Alexandrze.

Uśmiech wypełnił dolną część jej twarzy, a złote ślepia przeniosły się na Isaaca.

Bardzo proszę zostawić nas samych. Gdy pań skończy, rzecz jasna. Dziękujęrzuciła prośbą o przysługę.

Obecność jej, jako kobiety, w męskiej toalecie, zdawała się Urlett w żaden sposób nie dotykać. Jako naukowiec czuła się poza takimi podziałami jak płeć. Wiedziała, co panowie mają w spodniach oraz to, że oni wiedzą to samo o niej. Wstyd to zbędne konwenanse.

Spojrzenie wróciło na Alexandra. Mogła mu się teraz dobrze przyjrzeć. Czy bardzo się zmienił od ich ostatniego spotkania?




RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Isaac Bagshot - 06.08.2024

Męska toaleta

Isaac zmarszczył brwi i spojrzał na strumień swojego moczu, a później zmrużył lekko oczy żeby przyjrzeć się, czy faktycznie się pienił.
-Nie mówię o moim moczu, panie Mulciber. Mówię o bąbelkach w moczu - czy można z nich wróżyć.- Nakreślił sytuację.




-Hmm, szarlatan. Ale wspomniał pan, że potrafił wywróżyć choroby oraz datę śmierci z moczu pacjenta, tak? Czy jedynie udawał, że to potrafił? Jeśli to pierwsze, to dlaczego zaraz szarlatan?- Zainteresował się i również podszedł do umywalki żeby umyć dłonie.
I wtedy do łazienki weszła Urlett.
-Dobry wieczór... wydaje mi się, że to męska toaleta, ale mogę się mylić.- Odparł tylko, płucząc dłonie z mydła.

[Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=He9j4sv.jpeg[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Erik Longbottom - 06.08.2024

Siadam przy pobliskim stoliku razem z Geraldine i Antoniuszem. Rozmawiamy i słuchamy koncertu.

Jeśli to ja jestem tutaj wybrykiem natury, to obawiam się, że ty zostałaś podobnie sklasyfikowana — odbił piłeczkę z krzywym uśmiechem, starając się nie dbać słów przyjaciółki do siebie. Bądź co bądź... Z pewnego punktu widzenia miała trochę racji. W porównaniu z ludźmi związanych z magią Trzeciego Oka, wilkołaki dużo bardziej odbiegały od normy. — Może przed końcem wieczoru dostaniesz od niej zlecenie na zapolowanie na jednego z nas. Przez swój wyjątkowy instynkt.

Nigdy nie wnikał, z czego wynikał ten konkretny talent panny Yaxley. Miał wprawdzie pewne podejrzenia, że było to związane ze swego rodzaju dziedzictwem rodowym jej przodków, jednak nie potrafił powiedzieć, czy była to krew jej krewnych, wiedza na temat dziwów magicznego świata, wyostrzone pod wpływem ciągłego przebywania na łowach zmysłów, czy też jakaś dziwna amalgamacja wszystkich powyższych czynników. Może nawet nie chciał tego wiedzieć?

Cokolwiek to było pozwalało jej pozyskać wiedzę na temat ciążącej na nim klątwy. Chociaż już dawno pogodził się z tym, że będzie nosił na sobie piętno wilka do końca życia, tak nie równało się to koniecznie temu, że chciał wiedzieć, co dokładnie kryje się w tym wszystkim. Już raz wykonał pierwszy krok w stronę poznania tej wiedzy, kiedy to Castiel Flint próbował zebrać zespół specjalistów od likantropii, a koniec końców nic z tego nie wyniknęło. Po co więc drążyć?

Mulciber to jasnowidz? — Uniósł w zaciekawieniu brwi. — Wiesz, tę rodzinę w Ministerstwie posądza się o wiele rzeczy, ale żeby od razu oszukiwał w kartach? Może to jakaś... biała owieczka w rodzie? — To chyba magia wili ,tak pozytywnie go do tego wszystkiego nastrajała. A może miał aż zbyt dużą wiarę w świat? W końcu w Blackach czy Malfoyach też nie widział od razu czarnoksiężników i przestępców. — Może zobaczył widmo przyszłości? Obrazy tych wszystkich ludzi, którym mógłby pomóc. Wiesz, każdego od czasu do czasu może ruszyć sumienie.

Kto wie, może gdyby żyli w innych czasach, w innym kraju, który akurat nie był ogarnięty konfliktem wewnętrznym, to zdołałby przekonać Geraldine do tej tezy... Niestety, chwilę później - jakby w odpowiedzi na jego słowa - na ustach jego towarzyszki zagościło imię jego siostry. I słowo zamorduje. Tak, to zdecydowanie doprowadziło go do porządku. Erik momentalnie spoważniał, prostując się jak naciągnięta struna od gitary.

Mhmm, powinienem znowu dać się wystawić na aukcję — mruknął z nutką sarkazmu w głosie, starając się ignorować napływ wspomnień z marcowego balu. — I przed rozpoczęciem licytacji z całego serca jej podziękować za to, że mogę pomóc zasponsorować parę stypendiów albo bud dla psidwaków na obrzeżach Londynu.

W tym momencie dołączył do nich Anthony, który... Kompletnie go zignorował. Erik zamrugał zdziwiony, raz po raz otwierając i zamykając usta ze zdziwienia. Powinien być zły, że się do niego nie odezwał? Zmartwić? A może zacząć teoretyzować na temat tego, czemu dołączył do nich dopiero teraz? Erik ułożył dłoń na oparciu krzesła od pobliskiego stolika, kiwając głową, gdy Geraldine zgodziła się, aby do nich dołączył. Cała trójka wylądowała przy stoliku, akurat, gdy rozpoczął się koncert.

Agnes ma bardzo... szeroki... repertuar rozrywek, jak na noc, którą mieliśmy spędzić na hazardzie — stwierdził, rozglądając się na prawo i lewo, aby zaraz wrócić spojrzeniem do dwójki swoich towarzyszy. — Byłem pewny, że będziemy wręcz przykuci do stolików, a tutaj przemowa, koncert. Brakuje jeszcze jakichś występów akrobatycznych na żywo tak jak na kiermaszu na Lammas...
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=NDZ0t2z.png[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Alexander Mulciber - 06.08.2024

ŁAZIENKA: z Urlett i Isaacem.

Można. Gdyby nie było można, to bogowie by inaczej świat stworzyli. – Alexander chciał przez chwilę powiedzieć Isaacowi, że każdy głupi może wróżyć z moczu – wystarczyło z odpowiednią siłą wymierzyć kopniaka w okolice nerek, i rzucić pewnie: ”jutro będziesz sikał krwią”. Wizja może krótka, acz nader obrazowa: gdyby wszystkie takie deklaracje uznawać za rzeczywiste przepowiednie, w Departamencie Tajemnic już dawno zabrakłoby na nie miejsca na półkach, a sam dar trzeciego oka – należałoby zdiagnozować u ponad połowy czarodziejskiej populacji.

Mulciber nie przepadał za rozmawianiem na tematy okołowróżbiarskie z ludźmi pozbawionymi daru prekognicji. Nigdy nie potrafił wyjaśnić swoich procesów myślowych w sposób, który by go satysfakcjonował: czuł się jak w szkole, na lekcjach wróżbiarstwa, kiedy – mimo, że podał jako pierwszy właściwą odpowiedź – nauczycielka zawsze kręciła nosem, zmuszając go do tego, by wytłumaczył reszcie klasy, jak do tego doszedł. Wyjaśnienia Alexa zawsze brzmiały albo zanadto skomplikowanie albo nazbyt prymitywnie. Jak miał, kurwa, wytłumaczyć coś, czego sam do końca nie rozumiał? Wiedział i tyle.

Metodologia Mikolaska była prymitywną syntezą myśli mugolskiej medycyny i ludowych praktyk szamańskich, które poznał, terminując u wiejskiej wiedźmy. – Uśmiechnął się kwaśno Mulciber. – Mikolasek, krótko mówiąc, nie był ani lekarzem, ani wróżbitą, tylko pierdolonym oszustem. Wspierał się znajomością ludzkiej psychiki, był charyzmatyczny, kreował wokół siebie aurę mistycyzmu. W swojej pracy opierał się na dowodach empirycznych, wnioskował w sposób indukcyjny, od szczegółu – barwa moczu, konsystencja, zapach, smak – do ogółu – czyli właściwej diagnozy. – Isaac podszedł do umywalek, by umyć ręce, ale Alexander nie zamierzał podążać za nim: oparł się o ścianę, nieco dalej od wejścia, i utkwił wzrok w suficie.
To, co widzi jasnowidz, panie Bagshot – proszę się nie krępować, i walnąć sobie kreskę, ja nie będę pana osądzałto, co widzi jasnowidz, jest niedostępne poznaniu zmysłowemu. Techniki wróżbiarskie to nasze instrumentarium: nie służą do opisywania rzeczywistości, nie, to rzeczywistość opisuje to, co dzieje się… Tutaj. – Wskazał palcem na swoją głowę.

Ale Alexander nie miał zamiaru konfrontować się z rzeczywistością. Wybrał podłogę łazienki.

Niebrzydkie kafelki, stwierdził obojętnie, rozwalony jak długi na podłodze, z plecami wspartymi o ścianę: bawił się swoimi pierścieniami, przekładał je między palcami, starannie omijając jednak sygnet, który przypadł mu “w spadku” po Donaldzie. Powiódł spojrzeniem po wnętrzu toalety. Być może szukał wzrokiem mozaiki, w którą zapatrzył się w narkotycznym odrętwieniu, kiedy pierwszy raz spotkał Agnes. Nie pamiętał nawet, gdzie to było: może tutaj, w mieszkaniu Agnes – ale przecież cały wieczór przyglądał się uważnie ścianom, i nie widział żadnej mozaiki – może przeprowadziła ostatnio gruntowną renowację? Nie wiedzieć czemu, pomyślał o rodowej posiadłości Mulciberów. Ją też przydałoby się odrestaurować. A może przeprowadziliby się tam z Dianą na stałe – z dala od zgiełku Londynu, z dala od tych wszystkich miejsc, które przypominały im o życiu, jakie prowadzili przez kilka ostatnich lat – może znaleźliby tam spokój: w domu, gdzie duchy dawno zapomniały swe imiona, oni zapomnieliby o swoich upadkach? Byliby bliżej natury, bliżej nieba, bliżej jego rodziny. Zastanawiał się, czy małe jeziorko w leżącym nieopodal zagajniku, w którym tak lubił kiedyś pływać, nie zarosło jeszcze rzęsą. Zastanawiał się, czy Ambrosia pamiętała o tym miejscu, czy wszystkie jej wspomnienia utonęły w jeziorze Windermere.

Drzwi łazienki szczęknęły cicho. Zamknął oczy.

Spóźniłaś się – rzucił w przestrzeń. Czuł na sobie ciężar spojrzenia Urlett – niewidzialne pająki przebiegały po jego twarzy, ale Alexander tylko ściągnął brwi, jakby w zamyśleniu, niewiele robiąc sobie z wyimaginowanych insektów, które wiły swoją sieć na jego rzęsach – po chuj tu przyszłaś?, miał ochotę spytać, ale znów: czy był w tym jakikolwiek sens? Nie znał jej, a jednocześnie znał ją na tyle dobrze, na ile mężczyzna może znać kobietę. Był przekonany, że sama mu powie, czego chce.Konferencja naukowa zaczęła się bez ciebie.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Urlett Reykjavík - 06.08.2024

[inny avek]https://i.ibb.co/R7jN8wL/Elegancki.png[/inny avek]

W toalecie męskiej z Alexandrem i Isaakiem.


Spóźniła się. Fascynujące arkany siurologii zamykały swe przestworza. Być może Urlett już nigdy nie dowie się, czy można wróżyć z bąbelków moczu i kim był Mikolasek. Tak wielka okazja na poszerzenie wiedzy. Jej patologicznie chłonny umysł wracałby do tego tematu przy każdej wizycie w toalecie. Wszelkie badania zostałyby wstrzymane, a posłuszny skrzat zmuszony do wertowania ksiąg w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ją pytania: jak wróżbici analizują bąbelki w moczu? Być może i otworzyłaby panel dyskusyjny przy najbliższej konferencji, zapraszając takie gwiazdy wróżbiarstwa jak Vakel Dołohov, czy Morpheus Longbottom.

Cóż za różnica, nie mam zamiaru z niej korzystać — odpowiedziała Isaacowi, wracając spojrzeniem do Alexandra. Pierwszego mężczyznę, którego poznała w Wielkiej Brytanii. I dotychczas jedynego Brytyjczyka, którego znała tak blisko. Co było frustrujące, zważywszy na jej potrzeby.

Spojrzała na pierścienie, którymi się bawił. Pomieszczenie nie było na tyle wielkie, by nie mogła ich swobodnie zliczyć z miejsca, w którym stała. Czy któraś z błyskotek to obrączka?

Przeszkodziłam w konwersacji? Spytałabym o temat, ale to musi zaczekać. — Gdyby miała chociaż trochę poczucia humoru, zażartowałaby, że pewnie rozmawiali o wróżeniu z moczu, po czym panowie zgasiliby ją, że to prawda. Niestety żart Urlett polegał na samym jej istnieniu, a nie intencjonalnym kawalarzeniu. — Najpierw chcę rozwiać plotki dotyczące łatwego do zweryfikowania faktu. Kim jest twoja obecna żona?

Pomimo typowo salonowej tematyki jasne było, że kobieta mierzy się z zagadnieniem jako badaniem faktu, nie podsycaniem społecznych niesnasek. Przeniosła się bliżej Alexandra, jednocześnie oddając Isaacowi dostęp do drzwi, gdyby jednak zechciał posłusznie się ulotnić.

Nie znali się długo, lecz Mulciber z pewnością poznał bardzo istotny fakt o Urlett — nie należało podsycać jej chęci do rozmowy, o ile nie chciało się zginąć od słowotoku. Gdy tamtego pamiętnego wieczora zaoferował jej ciekawszą rozrywkę od obserwowania starych purkw salonowych, całą drogę do pustej sypialni zasypywała go swoimi podejrzeniami co do owej aktywności. A gdy wreszcie obnażono temat wieczoru, jej biadolenie o teorii zatrzymała jedynie męska praktyka. Lepiej nie zadawać jej pytań, bo najczęściej żałowało się odpowiedzi.




RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Eden Lestrange - 06.08.2024

W kółeczku graniastym na balkonie.

Przyjęła chusteczkę Birli, skinęła głową z wdzięcznością, bo słów nie miała w gardle - może to przez kaszel, może to przez tę uwagę o szezlongach, która przywiodła na myśl wspomnienie naprutego Elliotta, który przemoknięty przylazł pewnego wieczoru do jej sypialni i na takowym zalągł. Cokolwiek co kojarzyło się Eden z bratem budziło w niej niechęć, wzdrygała się aż; drżenie mogła jednak zrzucić na karb napadu kaszlu.
Chciała dorzucać swoje pięć groszy do rozmów toczących się nad jej głową, ale średnio była w stanie. Gdzieś ktoś nieopodal rzucał zaklęcia... A nie, wybaczcie, to tylko emocjonująca wymiana w języku włoskim. Brzmiało podobnie, a Lestrange była teraz nieco przyćmiona od natłoku wrażeń - chyba można było jej pomyłkę wybaczyć. Nie wiedziała, co dla tej dwójki było ważniejszego od ojojania umierającej, ale sobie to zachowa w serduszku i zapamięta.
- Nie wszystko - odparła wreszcie w kierunku Basiliusa, odwracając głowę znad barierki i siląc się na blady uśmiech. - Przynajmniej włosy mam nadal w naturalnym kolorze - mruknęła, odwołując się do wczorajszego wieczoru, gdzie również alkohol nie wyszedł jej na dobre. Kaszlnęła raz jeszcze, choć nie brzmiała już na kogoś, kto walczy o każdy łyk powietrza. Czuła ból gardła i w nosie dalej ją piekło, ale poza tym zaczynała dochodzić do siebie.
- Zgadza się, mam ogromną alergię na Alexandra Mulcibera - przyznała się Prewettowi, zupełnie szczerze i nieszczerze zarazem. Odwróciła się, oparła się o barierkę plecami (czuła, że nadal potrzebuje jakiegoś fizycznego wsparcia), a następnie na twarzy Eden wykwitł perfidny uśmiech. - Zwykle odczuwam niegroźny dyskomfort w jego otoczeniu, ale kiedy otwiera jadaczkę, dzieją się ze mną rzeczy niestworzone. Dziękuję w każdym razie za troskę, już mi nieco lepiej - zapewniła, dotykając Basiliusa w ramię z wdzięcznością. Nie miała zamiaru ukrywać ani tego, że doceniała opiekę medyczną, ani tego, jaką opinię miała o Axelu. Dalej nie wiedziała, co ją podkusiło, żeby dać mu to zaproszenie podczas wesela, ale ewidentnie palma jej musiała odbić. Może trzeba było zacząć rozważać Lecznicę Dusz?
Wtem podejrzanie zaczęło w okolicy przybywać Mulciberów i ich orbiterów. Przeszło jej przez myśl pobożne życzenie, żeby tego wywodu o Alexie nie zdążyli usłyszeć, ale po chwili się tej nadziei pozbyła. Jeśli mu przekażą, to przecież nic nowego ten gałgan nie usłyszy, w ogóle się nie zdziwi. Co najwyżej ją nazwie hipokrytką w listach, a reszta jego familii się dowie, co towarzystwo tak naprawdę o nim sądzi.
Do brzegu przybił też Robert. A może Richard? Wszystko jedno, pomyślała, nie umiejąc i nie chcąc ich rozróżniać. Sama była jedną połówką bliźniąt, więc powinna mieć większą wrażliwość pod tym względem - różnica była taka, że nie istniała szansa, by ktoś ją pomylił z Elliottem. Kiedy mężczyzna się jednak odezwał, była już pewna, że to Robert - wszakże nazwał się mężem Lorien.
Spojrzała na kobietę, na to jak przemyka z mokrymi od łez policzkami prosto do męża, próbując załagodzić sprawę. Nie miała pojęcia, jak za kulisami wygląda ich małżeństwo, więc nie miała prawa oceniać. Wiedziała tylko, że sama odszczekałaby się Robertowi jeszcze na tym balkonie, korzystając z okazji, że mają widownię. Nie dałaby zamieść zniewagi pod dywan.
- Przeszkodziłeś? Nie, to ja przepraszam, że odwracam uwagę od dramatów rodzinnych swoją walką o życie - ostatnie słowa wręcz wysyczała do Mulcibera, ale jednocześnie przyłożyła dłoń do piersi i przyjęła minę skruszonego aniołka. Minęła sekunda ciszy, a Eden teatralnie zasłoniła wygięte w irytacji usta i kaszlnęła, dramatycznie przypominając zebranym o swoim tragicznym stanie sprzed minuty. Włożyła w to wiele duszy, by dźwięk wydobył się prosto z czeluści trzewi.
Dalej pozwoliła mówić Lorraine. Słowne potyczki z mężczyznami, którzy są wielcy tylko w swoich głowach, to też była jakaś forma treningu. Wypuściła w rozbawieniu powietrze nosem, słysząc komentarz o mieszkaniach z balkonem - ach tak, rozchodzą się jak świeże bułeczki. Idealne do sadzenia roślin doniczkowych, relaksu z książką, samobójstw oraz, jak się okazuje, zawoalowanych oskarżeń o zdradę.
- Inspektorat nie zażąda żadnych dodatkowych kontroli, moja droga. - Spojrzała łagodnie na kuzynkę, prawie że z umiłowaniem w oczach. - Aż do pierwszej tragedii. -
Tutaj przesunęła spojrzenie po Sophie, Matthiasie, aż wreszcie skończyła na Robercie i Lorien. Chciała im dać znać, że rzeczywiście było tu tłoczno i oni byli tego przyczyną. Liczyła na rychłą ewakuację - oczywiście ze strachu przed inspektoratem i tym wzrostem cen, które prognozowała nasza mała wiła.
Wyparować postanowił jednak Anthony, nie zapominając jednak o swojej życiowej misji przekabacenia jej na swoją stronę ministerialnej mocy. Eden uśmiechnęła się głupio, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. Haha, wcale nie odrzucam twoich awansów, jedynie się zastanawiam? Jak mogłabym ci odmówić, kiedy uratowałeś mi życie? A może znowu zanieść się kaszlem?
- Nigdzie się nie wybieram - zapewniła wreszcie, patrząc, jak uprzejmie składa pocałunek na jej dłoni. Słowa celowo dobrała dwojako. Eden już miała taki nawyk, wyniesiony z domu rodzinnego, że na oferty odpowiadała tak, żeby w sądzie nie mogli jednogłośnie stwierdzić, po czyjej stronie się opowiedziała.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Sophie Mulciber - 06.08.2024

Balkon - Matthias, Basilius

-W takim razie chcę wiedzieć, ale powiedz tak, żeby nikt nie słyszał, dobrze?- Poprosiła i stanęła nieco bliżej Matthias'a. Wyraźnie jej ulżyło, kiedy wspomniał, że nie było to głupie pytanie. Musi przestać się przejmować takimi pierdołami! I być bardziej zdecydowana. Prawdą było, że wolała pozostawiać podejmowanie decyzji osobie z którą aktualnie spędzała czas. A już zwłaszcza, jeśli był to mężczyzna. W jej rodzinie to oni podejmowali decyzje, a ona miała nie zawracać sobie niczym głowy.
-Och, myślisz, że… taka książka jest w porządku? Nie boisz się, że posypie się na ciebie krytyka?- Zapytała, kiedy przedstawił jej swój pomysł. Historia brzmiała bardzo ciekawie, ale Sophie miała jedno zastrzeżenie - mężczyzna był półkrwi. Czy jakakolwiek czystokrwista szanująca się czarownica, chciałaby związać się z czarodziejem ze szlamowatej rodziny? Bohaterka mogłaby się zakochać, to prawda, ale czy duma z nazwiska oraz szacunek do samej siebie były mniej istotne niż miłość? Sophie była romantyczką, ale jej romantyzm kończył się tam, gdzie zaczynało przeglądanie drzewa genealogicznego przyszłego narzeczonego.
-Chciałbym przeczytać tę książkę. Jestem ciekawa, co kierowało bohaterką, że zakochała się w czarodzieju półkrwi. Ale skoro historia kończy się tragicznie, to może ostatecznie poszła po rozum do głowy i się z nim rozstała? Czy raczej wybrała jego, zamiast rodziny?- Zmarszczyła lekko nos i szybko przypomniała sobie o magiraksizmie czy jak to tam było. Chrząkaneła i zaśmiała się cicho.-O-oczywiście nie ma w tym niczego złego. Każdy niech sobie żyje jak chcę, prawda? A co do wyjazdu do Francji, to nie spieszy mi się.- Wyznała zupełnie szczerze. Po prostu zastanawiała się, czy Matthias ma zamiar wyjechać. Zdała sobie sprawę, że to by ją zasmuciło. Zgarnęła niesforne kosmyki za ucho i spróbowała znaleźć spojrzeniem Lorien, kiedy Delacoure o niej wspomniał. Na balkonie jednak zrobił się taki tłok, że nie mogła jej wypatrzyć. Przegapiła również pojawienie się wuja.
-Może to jakiś przyjaciel Lorien.- Mruknęła, stając a palcach żeby coś zobaczyć. I wtedy właśnie podszedł mężczyzna, którego skądś kojarzyła.
-Dobry wieczór.- Przywitała się tylko i pozwoliła załatwić tę sprawę Matthias'owi. Kiedy przypomniała sobie kim był owy nieznajomy, stanęła nieco bardziej bokiem. To medyk, który pomógł jej podczas lammas! Sophie miała nadzieję, że jej nie rozpoznał. Wstydziła się tamtego zajścia.
-Robi się coraz bardziej tłoczno, zostajemy?- Szepnęła.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Richard Mulciber - 07.08.2024

Z Lorien, opuszczamy balkon. Kierujemy się w stronę kanapy.

Choć uprzejmie zapytał, Lorien odpowiedziała zarejestrował iż jej ton głosu nieco zadrżał. Płakała? Przeniósł poważne na nią spojrzenie, lecz twarzy najpewniej nie dostrzegł. Włosy miała luźno splecione. Może i nie zakrywały twarzy, ale to jej wzrost był trochę problemem. "Cholerny jej niski wzrost. Co on jej zrobił?" – zastanawiał się, ale specjalnie aby to sprawdzić, nie będzie się pochylał.

Lorien płynnie opuściła towarzystwo Anthony’ego. Richard poczuł jej dłonie na swoim ramieniu, kiedy je objęła. Kiedy zacisnęła mocniej, prosząc o powrót do środka.

Nim jej odpowiedział, spojrzał na Shafiqa, który z tą serdecznością chyba teraz przeginał. A może jako Richard, nie pamiętał już jak bardzo charyzmatyczny się stał przez te lata? O ile nie komentował jego pierwszych słów, dotyczących udzielenia pomocy Pani Lestrange, co było oczywiste, że jej potrzebowała. Tak drugie słowa jakie wybrzmiały z jego ust, nie były czymś, czego nie można było zignorować.
Odpuścił. Zbył to milczeniem.

Zwrócił uwagę na to, że Lorien miała ową bransoletkę na nadgarstku jednej ręki. Anthony jak zwykle gadatliwy, opuścił balkon po słowach Prewetta.

Zwrócił jeszcze uwagę na Lorraine Malfoy, która była cennym współpracownikiem jego brata. Krewna nieżyjącej jego żony. Tłumaczącą, że Lestrange potrzebowała pomocy uzdrowiciela. Tym samym sama poszkodowana, zabrała swój głos. Ale czy musiała nawiązywać do dramatów rodzinnych? Swoje pytanie nie kierował akurat do nich. Tylko Anthony’ego i Lorien. Nie oczekiwał od nich odpowiedzi. Po co do tego nawiązywały? Nie miał pojęcia. Zresztą, to kobiety… Utrapienie mężczyzn. Czego mógłby się po nich spodziewać więcej?

Tak czy inaczej, widział iż obecność jego rodziny w tej części budynku, nie była mile widziana.
- Zatem nie będziemy przeszkadzać.
Z uprzejmością zakomunikował drogim paniom. Spojrzenie skierował także na im towarzyszącym Panom (Hindus i Prewett). 
- Chodźmy do środka.
Richard dopiero teraz zdecydował się odpowiedzieć Lorien. Spełnić jej prośbę. Skierował się ze szwagierką do wejścia, w drodze rzucając przelotne spojrzenie na Sophie i Matthiasa. Ale najwyraźniej oni postanowili walczyć o kawałek balkonu.

Wchodząc do środka, Mulciber rozejrzał się w poszukiwaniu odpowiedniej przestrzeni dla nich. Akurat wtedy goście wieczoru rozprzestrzenili się przy stolikach, w pobliżu fortepianu a także w innych miejscach. Dopił whisky do końca a szklankę odstawił kelnerce na tacy. O ile dobrze pamiętał, gdzieś w kącie znajdowały się kanapy. Skierował się w kierunku wejść do pokoi gry pokera i ruletki. Za zakrętem, gdzie zaczynała się wnęka, wyłonił się im od lewej strony schowany kącik wypoczynkowy z wolnymi kanapami.

- Usiądźmy tutaj.
Zaproponował Lorien, kierując się z nią na kanapę. Aby mogli usiąść. On obok niej. Byli przez ten moment sami. Mogli porozmawiać. Mógł spojrzeć na jej twarz. Czy dostrzegł łzy? Czy te zdążyły uschnąć, nie zepsuć jej makijażu?
- Anthony coś Ci zrobił? Powiedział?
Zapytał dyskretnie, wpatrując w jej oblicze. Chciał poznać powód jego słów o błyskotkach. Dlaczego jej głos drżał, kiedy go prosiła o powrót do środka. Nie miał pojęcia, że to mogły być jakieś odruchy wzruszenia na otrzymany prezent. Nie znał widocznie aż tak dobrze Lorien.

W tym momencie usłyszał melodię. Ach tak. Wspominano o koncercie Celine. Tylko dlaczego miał dziwne uczucie, że to próbuje przebić się do jego wnętrza. Ta muzyka. Ta melodia. Czym ona była? Co sobą niosła?


Rzut na czas trwania uroku
[roll=1d6]
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7u6XwWd.png[/inny avek]



RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Lorraine Malfoy - 07.08.2024

Opuszczam BALKON. Gram razem z Celine na fortepianie.

muzyczny post


Uczciłabym tę tragedię minutą ciszy – rzuciła lekko Lorraine – ale Ravel mnie wzywa. Proszę o wybaczenie.

Kaskada dźwięków fortepianu szczęśliwie zagłuszyła grecki chór w głowie Lorraine, który – zamiast drżeć na wieść o zwiastowanym przez Eden upadku, jak to zwykle bywało w przyzwoitej tragedii – zanosił się śmiechem, podtrzymując starannie udrapowane togi jak białe flagi kapitulacji, bo jeszcze chwila i tragedia zmieniłaby się w komedię – jeszcze chwila i Lorraine wybuchłaby głośnym chichotem, co poważnym towarzystwie nie przystało przecież damie.

Musnęła ramię Eden zanim odeszła, odprowadzając kuzynkę uśmiechem: gestem szybkim, poufałym, krzepiącym w swojej familiaryjności – nigdzie nie uciekam, mówiły oczy Lorraine, jak zawsze zapatrzonej w kobietę, więc nie waż się umierać beze mnie – ostatnim spojrzeniem spod opuszczonych rzęs obdarzyła także Aryamana, decydując kapryśnie, że pożegna go milczeniem, bo to – jest przecież droższym od złota. Zastanawiała się, czy nie zasugerować Anthony'emu otworzenie menażerii. Determinacja mężczyzny w kolekcjonowaniu wybryków natury – do których ona sama także się zaliczała – była nader rozczulająca: byłby to jednak afront wobec jej kuzynki, której proponował współpracę, a która była dotąd najnormalniejszą z inwestycji Shafiqa. 

Zignorowała póki co Roberta, któremu – po chwili namysłu – zdiagnozowała kryzys wieku średniego. Jak inaczej wytłumaczyć bowiem niespodziewany ślub z dalece młodszą kobietą, lepienie świeczek w kształcie męskich członków i nagłą rekoncyliację z dawno porzuconym synem? Uśmiechnęła się słodko do Roberta i do towarzyszącej mu Lorien – nie złośliwie, lecz niemal współczującodoktor Prewett mógł dostrzec w tym życzliwym uśmiechu stonowaną manierę lekarza, który uświadamia swego pacjenta o tym, że rokowania może i są fatalne – ale nadzieja umiera ostatnia.

Fortepian przyciągał ją ku sobie.

Ułożyła delikatnie dłoń na ramieniu Celine, kiedy – z roziskrzonymi oczami i twarzą pojaśniała z zachwytu – stanęła obok wiły pochłoniętej grą, dając jej znać, że nie zapomniała o wcześniej złożonej obietnicy. Celine grała pięknie, z wielką wprawą, ale i uczuciem: miała wszystko z gracji wiły, ale nic z jej odstręczającej dzikości – tej, której tak nie lubiła w sobie Lorraine – grała z frywolnością Oleandra, elegancją Umbriela, idealizmem Anthony’ego, a jednocześnie była osobnym bytem, nieporównywalnym do nikogo innego: tylu, ilu było pianistów, tyle było przecież interpretacji.

Westchnęła cicho nad uchem Celine.

Celine Delacour, w twoich żyłach płynie muzyka. Linie na twych dłoniach układają się w zapis nutowy śmiechu bogów. 

Zaczekała na odpowiedni moment, zanim usiadła obok artystki, uwalniając ją od konieczności krzyżowania rąk, które w kompozycjach francuskiego impresjonisty jak w świętym ceremoniale kreśliły w powietrzu skomplikowane rytualne znaki – to jest ceremoniał, stwierdziła, przekładając karty partytury z takim samym namaszczeniem, z jakim przewracała kartki modlitewnika. Palce Lorraine oblepione były świętością. Dotykała klawiszy powlekanych kością słoniową tak jakby dotykała ukochaną. Raz delikatnie, raz stanowczo – zawsze czule, zawsze z rozmiłowaniem. Kiedy grała, grała całą sobą: traciła panowanie nad twarzą, zapominała o samokontroli – poza legilimencją, był to jedyny sposób, w jaki potrafiła w pełni przeżywać targające nią emocje – zapomniała o ludziach dookoła, była tylko ona, Celine, i fortepian. I Ravel, oczywiście.


charyzma – rzut na moc wili
[roll=Z]
[roll=Z]

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]