![]() |
|
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398) |
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Florence Bulstrode - 23.11.2022 - Dziękuję, dziewczęta, jeśli kiedyś poczuję się smutna, stara i brzydka, na pewno zgłoszę się do was po pocieszenie – powiedziała Florence do Astorii. Była faktycznie „za stara”, aby krygować się na komplementy, nawet jeżeli dostawała je rzadko i nie była do nich przyzwyczajona. A i nie były w sytuacji, w której surowość zachowania była wskazana, a nawet mile widziana, jak wtedy na przykład, gdy Bulstrode stała nad łóżkiem bardzo chorego pacjenta. – Może ty Astorio też powinnaś rozważyć przyjmowanie klientów w takim stroju? Jestem pewna, że miałabyś wtedy szansę jeszcze szybciej pobić słynnego Dołohowa. Albo na oganianie się od klientów miotłą, bo też wyglądało dziś niesamowicie. Jeśli szło o Alice, ona w oczach Florence zawsze była piękna, była w końcu jej małą kuzynką. Baczne spojrzenie jasnych oczu przesuwało się po licytujących, na dłużej zatrzymując się na Seraphinie. Florence uniosła kieliszek do ust, chociaż upiła ledwo łyk. Jutro czekał ją dyżur w Mungu i nie mogła pozwolić sobie na kaca. - Przynajmniej jedna osoba, myślę, mogłaby rzucić się tutaj reszcie do gardeł – powiedziała, nie zdradzając jednak, o kim myśli. - Myślicie, że Erik Longbottom ma jakiegoś potomka wiłę, a nas akurat nie trafiło, jak użył czaru? – spytała z pewną fascynacją, kiedy suma wreszcie przekroczyła dwadzieścia tysięcy galeonów. A może Brenna Longbottom wcześniej wybrała najbogatsze osoby z publiki i napoiła je amortencją? Chodziło przecież o zwykłą kolację, nie możliwość poprowadzenia Erika do ołtarza, a tu latały takie sumy… Wprawdzie kamienica, w której mieszkała Florence, nie miała oranżerii na dachu, ale była całkiem spora i Bulstrode kojarzyła, że kosztowała jednak chyba trochę poniżej tych dwudziestu tysięcy galeonów. - Czy ja wiem, czy nie są warte? Seraphina nie lubi przegrywać – mruknęła do Alice, trochę rozbawiona, trochę przerażona. – Może przestraszyła się właśnie waszych wizji. Krwawego zakończenia. Czyli bójki o Erika albo Salomonowego wyroku z przecięciem na pół… Florence uśmiechnęła się znowu, tym razem do siebie, obserwując przez moment Camerona, Heather i dziennikarkę. A gdy ta odeszła… - Wybaczcie mi na sekundkę, proszę, dosłownie za moment do was wracam – obiecała, odstawiając na wpół pełny kieliszek na tacę najbliższego kelnera. Potem zaś ruszyła prosto do Lupina i Wood. Czy szła zwrócić jej uwagę za obraźliwy gest, jaki ta wykonała? Skąd. Florence już o nim nie pamiętała. Ale jeżeli szło o Camerona… Jeśli nie jesteś w stanie w poniedziałek rano w szpitalu zachowywać stu procentowo trzeźwej głowy po tym, jak balowałeś w weekend, albo nie powinieneś balować, albo pracować w szpitalu. Tak, Florence bywała bardzo surowa i chociaż nigdy nie „ucięłaby” stażysty z powodu własnych animozji, to już uważając, że nie nadaje się do szpitala… oczywiście. Nadeszła pora przetestować, jak wyglądało to w przypadku Camerona. - Cameron, mój drogi! – powiedziała, podchodząc od niego z szerokim uśmiechem na ustach. Zwykle prezentowała taki na widok bardzo ciekawych przypadków klątw, choć trzeba przyznać, że tych, które nie stawnowiły niebezpieczeństwa dla życia.– Nie zajmę wam wiele czasu, jedna drobniutka sprawa. Pamiętasz, że na poniedziałek miałeś opanować informacje o możliwych skutkach ubocznych źle rzuconych klątw? – przypomniała. Owszem, stażyści na oddziale dostali takie zalecenie. Ale nic nie wspominała o… - Będzie mały teścik. Pięćdziesiąt pytań teoretycznych, pięć zadań praktycznych. Punkt. Siódma. Rano. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Theseus Fletcher - 23.11.2022 Tak bardzo, jak potrafił wprowadzić siebie w tryb hibernacji i przestać słuchać ględzenia, tak teraz po prostu coś go tchnęło. Niezrozumiały, dziwny impuls do działania wbrew sobie. Chwilowe szaleństwo albo… rosnący poziom alkoholu we krwi. Nie, nie, to nie mogło być to ostatnie. Przecież wyglądał na całkiem trzeźwego, nie pił tak dużo jak stojąca u jego boku panna Figg. Brenna by go zresztą wbrew swojej naturze, poćwiartowała i rzuciła Śmierciożercom na pożarcie. Nie wiadomo, czy chodziło o to, że robiło się coraz cieplej, a jemu uwierała ta marynarka i wypastowane buty, które za tydzień miał umorusać w błocie. Nie wiedział nawet, że to co miał zamiar zaraz zrobić, może sprawić, że Geraldine będzie jeszcze bardziej (wcale nie) zazdrosna. Z powodów które nie były dla nich w ogóle znane. Czy jego również tknęło to, że przyszła na bal z kimś innym? Przecież sam nawet nie miał pierwotnie zamiaru przyjść na to przyjęcie. Uprzejmość wywijała figle. Ale on miał wywinąć jeszcze większego. - Idziemy tańczyć. – zarządził, nie znając słowa sprzeciwu. Chwycił Norę za dłoń i wysunął się nieco z tłumu rozmawiających, w inny tłum – tańczących. To nie tak, że oni byli sami. Kilka par zaczęło się już powoli kołysać w rytm rozpoczynającej się melodii. Kiedy zapowiadana przez gospodynię Faye zaczęła śpiewać, Nora i Theseus powoli nabierali tempa. Krok za krokiem, podskok za podskokiem naprawdę coraz lepiej się bawili. Zaczęli od quickstepa, ale nie był to dobry pomysł, Fletcher miał zdecydowanie dłuższy krok i Nora musiała nadrabiać drogi w powietrzu. Zorientowawszy się w porę pomagał jej wylądować na ziemi. Nie wyglądało to źle, ba! Wręcz przeciwnie! Skupieni na sobie po chwili tańczyli fokstrota, zaczęli przemycać w końcu kroki z jive! - Ufasz mi? – zapytał. Nie powinna. On miał jakieś metr osiemdziesiąt i dwa centymetry, plus minus. Ona – przysiągłby, że metr pięćdziesiąt w kapeluszu. Oszacował, że waży tyle, co młoda sarna. A te są dosyć lekkie, biorąc z jego doświadczenia łowieckiego. Nie powinien może się z nią tak bardzo spoufalać (Norą, nie sarną), ale śpiew i wino dodawały mu zdaje się pewności siebie. Obracał ją w tę, obracał ją w tamtą, była na tyle leciutka, że unosił ją w powietrzu na niewielkie odległości od siebie, a kiedy w końcu padło pytanie o zaufanie, podrzucił ją w górę z niewielkim – tak mu się wydawało – obrotem i… ktoś podciął mu przypadkowo nogę – na pewno w geście zazdrości! Thes bardzo szybko wylądował na ziemi. Musiał uważać, żeby nikt go przypadkiem nie zdeptał, ale wiedział, jak się przed tym bronić. Czas mu jednak zwolnił, ale na nieszczęście się nie zatrzymał. Jeśli była w nim jeszcze choćby kropla alkoholu, natychmiast uleciała – tak jak biedna, biedna Nora. Rzuć sobie, moja droga, 1d6: 1 – Śpij spokojnie, aniołku. Lądujesz z hukiem na jednym z balowych stołów. We włosy wplątuje Ci się kawałek bananowego ciasta. Dobrze, że nie wbiłaś sobie nigdzie żadnego noża. Albo widelca. Czy łyżki. Zza stołu wystają Ci tylko nogi. 2,3 – Och jak pięknie, och jak wspaniale. Lekki wiatr we włosach pcha cię prosto w ramiona byłego kochanka. @Alastor Moody 4 – Akcja transformacja! Miał chłopak siłę. Nora leci wysoko, wysoko! Ktoś, widząc co się dzieje, wyciągnął różdżkę i… omyłkowo zamienił ją w bobra! Może ktoś Norze pomoże? 5 - Akcja transformacja! Miał chłopak siłę. Nora leci wysoko, wysoko! Ktoś, widząc co się dzieje, wyciągnął różdżkę i… omyłkowo zamienił ją w szczura. I szczur dał nura – prosto w poncz ustawiony na jednym ze stołów! 6 – Niedaleko pada jabłko od jabłoni….! Albo Nora od Theseusa! To może być początek pięknego love story. Może gdyby nie fakt bliskiego spotkania czołami. Z takiej wysokości? Fiu, fiu… RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Erik Longbottom - 23.11.2022 Ach, gdyby mógł czytać w myślach, to natychmiastowo zgodziłby się z Norą, uważając ją za swoją najbliższą sojuszniczkę w brutalnej walce z własną siostrą. Właśnie, jak Brenna mogła go zostawić? Co miała na swoje usprawiedliwienie? Wprawdzie rozumiał, że chciała osobiście zadbać o to, aby ich wspólna przyjaciółka nie zadłużyła na długie miesiące, o ile nie lata, zupełnie nowego biznesu, tak mogła przynajmniej powiedzieć coś do gości, zanim tak ostentacyjnie zeskoczyła ze sceny. Jakoś to będzie, powtarzał sobie Erik, starając się jakoś pocieszyć w tej dosyć nietypowej sytuacji. Pięć tysięcy to całkiem spora suma, więc wiele sierotek będzie bardzo wdzięcznych za to, jaką pomoc udało się zorganizować w tak krótkim czasie. Sama sugestia, że ta sterta galeonów mogłaby zostać dodatkowo powiększona była dosyć mało prawdopodobna i można by było ją wyśmia... — Co? — wymsknęło mu się, gdy usłyszał, że kwota została podbita do siedmiu tysięcy. Momentalnie się zaczerwienił. Powinien bardziej uważać. Ostatni „fant” i tak już przykuł nie lada uwagę. Nie musiał jeszcze dawać swoim gościom, jak i prasie dodatkowej pożywki w formie swoich komentarzy. Z początku sądził, że to Seraphina postanowiła dogryźć Elliottowi, jednak szybko zorientował się, że tym razem prowodyrem była nie właścicielka kasyna, a Eden Lestrange. Co ciekawe, kobieta wydawała się zupełnie niezainteresowana tym, co się dzieje na scenie, bo była wpatrzona w swojego męża. Czy tutaj się toczyła jakaś gra, o której istnieniu nie miał pojęcia? Czemu nikt go nie wtajemniczył? To była jakaś zmowa między Brenną a reprezentantami rodzin czystej krwi? Erik rozłożył bezradnie ręce, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Jakby tego było mało, flesz aparatu Daisy uderzył go po oczach, co sprawiło, że poczuł się jeszcze mniej komfortowo. Mógł robić dobrą minę do złej gry, ale na tym zdjęciu na pewno nie wyjdzie zbyt... godnie. Co jak co, ale brukowce będą miały ponadprogramową ilość materiału z tej nocy. Nie miałem pojęcia, że zaczęliśmy finansować dział rozrywkowy, pomyślał nieco od czapy Erik, starając się skupić na faktach. Cena się podnosiła. Stopniowo, ale znacznie wolniej niż jeszcze parę minut wcześniej. Przez jedną piękną chwilę można było wręcz odnieść wrażenie, że sytuacja została opanowana, a tempo aukcji wyhamowało. Ta. Akurat. Jeśli ciszę, która zapadła na sali, można było nazwać hamowaniem licytacji, to wystąpiła ona tylko po to, aby nagle wykonać gwałtowny skok w górę. I mogli za to podziękować Elliottowi. Ten to dopiero miał zacięcie do gry, nawet w obliczu tragedii w najbliższej rodzinie. Od razu było widać, że nie miał zamiaru dać się zdominować innym uczestnikom zabawy i chciał sięgnąć po wygraną, nawet jeśli miałby się tłumaczyć głowie swojego rodu z wydania zawrotnej kwoty dwudziestu tysięcy galeonów na jedną kolację. Na komentarz blondyna odnośnie do progu podatkowego zamarł na chwilę, jakby nie wiedział, jak na niego zareagować, aż uraczył towarzystwo wybuchem gromkiego, acz nerwowego śmiechu. Przecież to było irracjonalne. Może jak się uszczypnie, to się obudzi? Czy to wszystko mogło być jednym wielkim snem. W sumie, oby nie. Nie chcę tego przeżywać jeszcze raz, pomyślał, przywracając na swoją twarz maskę niezmąconej powagi. — Wygląda na to, że trafiła się nam para iście wytrawnych zawodników. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, ale też niebywale wzruszony ekhm oszołamiająco wysoką motywacją naszych dzisiejszych gości. Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko... — Nie zdążył wygłosić swojej groźby, gdyż ni stąd ni zowąd Brenna wróciła na scenę. Na jej widok mężczyzna od razu ugryzł się w język, co prawdopodobnie uratowało ich przed dodatkowymi rozliczeniami związanymi z przekroczeniem progu podatkowego narzuconego przez Ministerstwo Magii. Jakim cudem ona jest wybawicielką i katem jednocześnie?, zachodził w głowę Erik, przysłuchując się kolnej przemowie swojej siostry. Zdecydowanie zbyt łatwo przychodziło jej żonglowanie obydwiema tymi rolami. W jednej chwili rzucała go na pożarcie lwom, a w drugiej oferowała pomocną dłoń, dołączając do niego na scenie. Ktoś tu chyba powinien pójść na konsultację do szpitala św. Munga. Może wykształcała się jej druga osobowość? — Hazard? — spytał z lekkim zdziwieniem. Na jaki pomysł wpadła teraz? Podszedł bliżej szklanego naczynia, w którym wylądowały dwie karteczki. Nietrudno się było domyślić, czyje nazwiska były na nich wypisane. Podniósł wzrok na znajdujący się przed nim tłum, starając się wyłapać, czy ani Prewett, ani Malfoy nie zdecydowali się uciec w kluczowym momencie całej aukcji. Byłoby to dosyć mało klimatyczne, biorąc pod uwagę, jak bardzo się przyczynili do wywołania niemałego wzburzenia w tym gronie. Erik odetchnął z ulgą, gdy Brenna ogłosiła zwycięzcę. W końcu koniec. I nawet nie była to tak duża klapa, jak oryginalnie sądził. Nie miał nic przeciwko kolacji z Seraphiną, jednak nie mógł się wyzbyć swego rodzaju wątpliwości co do jej motywacji. Nie znali się jakoś szczególnie dobrze, więc czemu aż tak nalegała na podbicie ceny kolacji? Pokręcił głową. Nie powinien narzekać. W końcu pieniądze nie szły na niego, tylko na potrzebujących. Schodząc ze sceny, Longbottom spróbował rozeznać się, czy Elliott Malfoy dalej rezyduje w tym samym kącie sali. Komu jak komu, ale akurat jemu należały się gorące podziękowania i słowa uznania za udział w tej licytacji. Długa rozmowa też nie zaszkodzi, pomyślał. Nie zapomniał, że obiecał go później odnaleźć, a wątpił, aby ich dyskusja miała się szybko skończyć, jeśli już w takową się wdadzą. — Powodzenia, Faye — odezwał się jeszcze, gdy mijał się z żoną Adelarda, która zmierzała na scenę, aby zadziwić gości swoim występem. Cóż, tego nie miał zamiaru przegapić. Kiedy już zajął miejsce pod sceną, nachylił się jeszcze do ucha Brenny. — Jeśli myślisz, że o tym zapomnę, to się grubo mylisz — wyszeptał chłodno. Nie groził, nie straszył, a po prostu informował ją o tym fakcie. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Nora Figg - 23.11.2022 Uśmiechnęła się jeszcze do Brenny, trochę jej było głupio, że nie do końca zrozumiała jej prośbę, no ale jakoś będzie musiała z tym wszystkim żyć. Może uda jej się zapomnieć o tym krótkim zaćmieniu i niesubordynacji. Zaklaskała jeszcze widząc, za ile Erik się sprzedał, no tego się nie spodziewała, będzie musiała mu serdecznie pogratulować. Wtedy nagle, zupełnie znienacka wyrwał ją głos jej partnera. Jeszcze chwilę temu zapomniała, że stoi tuż obok niej, a teraz po prostu zarządził. Cóż - nie miała nic innego do roboty. Alkohol, który wypiła spowodował, że nie miała już oporów. Skoro chce tańczyć - będą tańczyć. Zrobi wszystko, aby się dzisiaj tutaj świetnie bawili. Mimo, że może odstawali od pozostałych gości, nie miało im to w niczym przeszkadzać. Nie byli jedyną parą na parkiecie, z tego, co kojarzyła niedługo miała śpiewać Faye Longbottom, nawet jej zespół zaczął już coś tam brzdąkać, także idealnie się składało. Mogli zostać gwiazdami parkietu. Jeszcze w tym momencie Figg nie zdawała sobie sprawy, co może z tego wszystkiego wyniknąć. Odstawiła gdzieś z boku kieliszek z szampanem i złapała dłoń Theseusa, podążała za nim na wyznaczony parkiet. Tak właściwie, to nie spodziewała się nawet, że Fletcher będzie tak świetnie sobie radził z tańcem. Prowadził ją całkiem nieźle, no może miała lekki problem, aby za nim nadążyć, wszak ta różnica wzrostu - nie należała do najmniejszych, jednak starał się jak mógł. Wyczuli się całkiem szybko, widać było, że świetnie się przy tym wszystkim bawią. Nie spodziewała się nawet, że sprawi jej to tak ogromną przyjemność. Zapomniała o tym wszystkim, co wydarzyło się jeszcze chwilę temu - w tym momencie liczyła się tylko ta dobra zabawa na parkiecie. Im dłużej tańczyli, tym bardziej skoczne figury wybierali. Nie, żeby jej to przeszkadzało. - Znam Cię od dzisiaj, ale oczywiście, że Ci ufam!- Nie mogła odpowiedzieć inaczej, wypity alkohol i ten taniec spowodował, że uważała Theseusa, za osobę naprawdę godną zaufania, chociaż pewnie nie powinna. No i wtedy zaczął nią obracać, aż się jej kręciło w głowie, jednak póki co nie żałowała, że mu zaufała. Wszystko miało się zmienić chwilę później. Ktoś mu podstawił nogę, a Norka, biedna Norka zaczęła lecieć. [roll=1d6] Kiedy Theseus wybił ją mocno w powietrze, ktoś z towarzystwa machnął różdżką, chciał jej pomóc, ale trochę przedobrzył. Panna Figg zaatakowana zaklęciem transmutacyjnym wylądowała na ziemi pod postacią bobra. Zaczęła biec przed siebie, bo nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co się wydarzyło, obudził się w niej jakiś dziwny instynkt. Potrzebowała drewna, bardzo chciała złapać w swoje zęby drewno. Pierwsze co się jej rzuciło w oczy to laska Perseusa Blacka. Podbiegła więc do niej i próbowała ją ugryźć. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Perseus Black - 24.11.2022 Szczera radość wpłynęła na twarz Perseusa, gdy okazało się, że to Elliott wylicytował kolację z Erikiem Longbottomem; dopiero wtedy sięgnął po trunki ze srebrnej tacy przechodzącego nieopodal kelnera, podał ten, który jego zdaniem zawierał mniej alkoholu Eunice, a następnie uniósł swoje naczynie i wypił toast za zwycięstwo przyjaciela. Bądź ostrożny, wargi poruszyły się bezszelestnie, gdy ich spojrzenia znów na moment się skrzyżowały. Nie chciał być strażnikiem jego szczęścia, ale nie mógł też powstrzymać niepokoju ściskającego za gardło; nie chciał, aby kolejne zawierzenie swego losu w ręce niewłaściwej osoby pociągnęło za sobą znów lawinę nieszczęść. Na pocałunek dementora, przecież ciało Simone jeszcze nie ostygło! — Jesteś głodna? — zwrócił się do żony. Nie mógł wyzbyć się wrażenia, że przez cały wieczór nieco ją zaniedbał, a przecież nie było to jego zamiarem. Nie wiedział jednak jak ubrać swoje myśli w słowa, jak przekazać jej swoje uczucia, więc od ponad tygodnia krążył wokół Eunice niczym satelita, nosząc się z zamiarem rozmowy i rezygnując w ostatniej chwili. — Widziałem na wejściu szarlotkę, może jeszcze zostało trochę dla nas? Albo sernika. Mam wielką ochotę na sernik. Albo pudding. I tak rozmarzył się Perseus na temat słodkości, jakie zastać mógł w bufecie, że nie zauważył przerośniętej wiewiórki przemykającej pod nogami gośćmi. Już miał udać się w stronę stolików, układając sobie w głowie plan ułożenia ciast na talerzu w taki sposób, aby nie musieć wracać po dokładkę, kiedy poczuł szarpnięcie. — Na Merlina! — rzucił, próbując unieść laskę do góry, aby uchronić ją przed dalszymi uszkodzeniami spowodowanymi ostrymi kłami wygłodniałej kuny leśnej (bo skoro lubiła drewno, musiała być leśna, prawda?) — Kto wpuścił tu świnkę morską?! I szarpał się tak ze zmutowaną kapibarą, walcząc zaciekle o swe podparcie, bowiem godność utracił już dawno - gdzieś pomiędzy drugą, a trzecią nad ranem pośród ciasnych zaułków niemagicznego Londynu, razem z lewym butem i portfelem. Wspaniałe czasy zakrapianej alkoholem młodości! Teraz pozostały tylko wspomnienia i problemy z wątrobą. Rzucił jeszcze błagalne spojrzenie w stronę Elliotta oraz Erika. Nie chciał tracić tej laski; wprawdzie miał w domu jeszcze kilka dokładnie takich samych modeli na wszelki wypadek, ale zdążył już nawiązać z nią bliższą relację. Nawet imię jej nadał - Helena. (To nazwa robocza, nad właściwym jeszcze się zastanawiał.) RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Alastor Moody - 24.11.2022 Część posta dla Ash (reszta może pominąć): Alastor znajdował się poza tym wydarzeniem. Może i był całkiem dowcipny i dobrze czuł się w towarzystwie osób sobie znanych, ale tutaj, wśród tych wszystkich wyszukanych ozdób i wypucowanych klamek... pasował jak pięść do mordy - przecież żaden z niego lew salonowy, żaden z niego bogacz - cóż miał zrobić poza cichą obserwacją? Czy powinien klaskać? Kibicować komukolwiek? Gdyby się go ktoś zapytał, co tu właściwie robi, to by powiedział: poprosili mnie, żebym przyszedł, koniec historii. Pewnie by go przeraziła ta przesadna rozrzutność, gdyby nie wyjątkowo szczytny cel. Wierzył w Longbottomów, w ich szczodrość, w ich rozsądne plany w gospodarowaniu datkami - to nie były pieniądze wydane na nic, to były pieniądze mogące nadać nowy bieg osobom niemającym szans. Nie byłby sobą, jeżeli by nie potrafił tego docenić. - Chyba... - czknął wpierw, nim kontynuował - chyba się zestarzałem - zauważył spostrzegawczo, stając obok Ashling. Właściwie, to był obok już od jakiegoś czasu, teraz zaledwie poczynił kilka kroków w jej kierunku, ale do tej pory milczał, obserwując zacięty pojedynek o... w sumie to nie usłyszał nazwy tego, o co się te dziewczyny tak zaciekle biły, bo jedyne, na czym skupiał oczy i myśli była wtedy Eden, ale nawet blondynka, za której towarzystwo lata temu dałby sobie chyba pociąć mundur, nie potrafiła odgonić mu ze łba myśli, że coś z nim było nie tak. Opierał się właśnie o bar, ale alkohol pił z własnej piersiówki, tak na wszelki wypadek, bo co jeśli najwięksi darczyńcy i obrońcy Anglii nie zadbali o bezpieczeństwo znajdujących się tu trunków. Smak drinka podpitego siostrze ciążył mu na wargach aż dotąd. Idiotyczne to zapewne - tak jak patrzenie na wszystkich spode łba, jakby był na służbie, a nie na przyjęciu. Mógłby skorzystać z okazji i porozmawiać z kimś, z kim nie rozmawiał często, albo dawno utracił z nim kontakt. Tyle twarzy - od Cecily po Maeve, od Astorii po Norę. Może, o ile by się w nim znalazł przynajmniej okruch chęci rozwikłania zagadki zmieszania, jakie wyczuł od panny Figg, kiedy ich spojrzenia się spotkały, to ugasiłby ten pożar myśli, co go przed chwilą tak wyprowadził z równowagi. Ale tych chęci w nim nie było. Moody, mimo że wszyscy znaleźli się tutaj w „szczytnym celu”, doszukiwał się tu właśnie masy przekrętów, krzywych spojrzeń. Przyłapał się wykorzystywaniu wiedzy o świecie po to, żeby analizować zaproszonych - notował w pamięci kto postanowił się u Longbottomów pokazać, a kto balu swoją obecnością nie zaszczycił, a może nawet nie został tu zaproszony? Bo pięknie tu było, ale to wciąż były cholerne, polityczne gierki. Nie ulegało wątpliwości, iż wśród osób na sali mogli znajdować się poplecznicy Lorda Voldemorta. Ta myśl, chociaż przybyła do niego później niż można się tego po nim spodziewać, drążyła mu teraz głowę jak świder. Zdawał sobie sprawę z tego, że Ashling dobrze wie, jak wiele złego musiało dziać się teraz za parą smutnych oczu. Znów zaczynał dłubać paznokciem w swojej dłoni, poza tym... kiedy ktoś o tak szorstkim i silnym charakterze, postanawia nagle milczeć, to nic dobrego z tego zwykle nie wynikało. Lepiej by pewnie było dla spokoju ducha zebranych, gdyby znowu odwalił coś niebywale głupiego, albo kogoś zdenerwował, niż zazdrościł jakiemuś kolesiowi, że jego żona wydaje się na niego wkurwiona, albo spoglądał podejrzliwie na pudding. Ukojenie odnalazł w swojej przyjaciółce. W zapachu leśnych ścieżek, który utrzymał się na niej nawet mimo wystrojenia na wydarzenie takiej rangi. A może po prostu pamiętał go tak dobrze, że mu go podpowiadała głowa? - Mam jakieś cholernie złe przeczucie. To powiedziawszy, stojąc do niej lewym bogiem, oparł jej głowę o swoją, poszukując w tym geście komfortu. Głupio się było przyznać, że te cholernie złe przeczucia miał coraz częściej. Nie spodziewał się jednak tego, co miało nadejść później - nie miał pojęcia, jak daleko sięgnie paranoja kiełkująca w jego sercu. Ironicznie, bo była największym zagrożeniem, a doszukując się ich, nie potrafił jej dostrzec. Czochram bobra: Jego cholerne złe przeczucia okazały się nie mieć absolutnie nic wspólnego z tym, co miało za chwilę nastąpić. Alastor spodziewał się jakiegoś wyjątkowo negatywnego obrotu spraw, sprzeczek osiągających apogeum, słonych łez wylanych nad przegranymi licytacjami, być może nagłego ataku - widział ten bal w coraz ciemniejszych barwach, coraz mocniej marszczył brwi, aż wreszcie stało się to. Nora Figg, o której w panice powiedział dzisiaj wiele niepochlebnych słów, była naprawdę słodkim (i nie tylko ze względu na bycie cukierniczką) wspomnieniem wakacji, nawet mimo bycia kolejnym dowodem tego, że tak niespokojny duch, jak on nijak nadawał się do utworzenia czegokolwiek na wzór stabilnej, romantycznej relacji. Narosło w nim więc wiele uczuć. Na pewno rozbawienie - bo trudno się nie zaśmiać widząc taki absurd, ale i wiele innych, różnych, o wiele bardziej złożonych, czyniącymi go pierwszą osobą gotową do wykonania niezbędnego do uratowania jej ruchu. - STOP - ryknął w stronę Blacka, głosem zdecydowanie zbyt poważnym jak na to, co się działo - TO JEST CZAROWNICA. Fi... - czknął, raz jeszcze, czego sobie pewnie do końca życia nie zapomni, bo ostatni tu powinien być do tego, żeby się tak upodlić - ...nite. [roll=PO] Ale to nie zaklęcie było tu najważniejsze, tylko postawa, jaką Moody momentalnie przybrał. Ruszył do przodu. Być może do stania się sobą potrzebował właśnie blondynki w opałach. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Bard Beedle - 24.11.2022 Do Atreusa, Elaine i Adelarda Porażkę z przegranej licytacji szybko osłodziło jej dodatkowe towarzystwo. W sumie nie wiedziała, czemu uciekł jej fakt, że obecna będzie tu większość osób z wyższych sfer. Czy jednak było to mile towarzystwo, w wielu wypadkach śmiała wątpić. Mimo to, nie rozglądała się specjalnie za nikim, ciesząc się z momentu, w którym rozpoznała głos Atreusa i również usłyszała po raz pierwszy jego narzeczoną. - Elaine. – Twarz Faye rozpogodziła się kiedy ta pochyliła się w stronę kobiety – a przynajmniej taką miała nadzieję – pozwalając sobie wcześniej wyciągnąć dłoń, ostrożnie, aby przypadkiem nie nokautować nikogo. Nie wiedziała w końcu, gdzie dokładnie znajduje się sylwetka młodej narzeczonej Bulstrode’a, mogąc jedynie zgadywać z kierunku głosu. – Miło mi niezmiernie cię poznać. Wypadałoby w końcu, aby ten najstarszy kawaler Londynu ujął kogoś i poprowadził do ołtarza…chociaż absolutnie nie spodziewam się, że to właśnie jego poczucie humoru, bo nad tym mógłby popracować. – stwierdziła to lekko, przekomarzając się z przyjacielem tak jak robili to wiele razy do tej pory. Uniosła jeszcze brwi, dłonią machając jakby absolutnie się takim absurdem nie przejęła. - Opowiadasz jakby wcale nie szły za tym lata wyrzeczeń, zmęczenia, wiele nieprzespanych nocy i ćwiczenia od świtu. Każdy by doszedł do tego samego. – Pamiętała przecież, że w szkole początkowo podśmiewano się z jej nieco krzywej i wciąż niestandardowej twarzy, dla jednych będącą urokliwą, dla innych raczej nieprzyjemną w odbiorze. Dopiero przy użyciu uroku osobistego i odrobiny talentu odziedziczonego z krwią matki przyciągnęła do siebie tłumy, to jednak nie dawało jej żadnej przewagi w śpiewie. To trzeba było wypracować. - Sam chyba widziałeś… - Zachichotała na to stwierdzenie, unosząc brwi gdy jednak Bulstrode zapowiedzał swoją ucieczkę, całkowicie zwracając się już w stronę Elaine, spoglądając gdzieś nad jej ramieniem. - Jak zawsze ucieka, nieprawdaż? Mam nadzieję, że poza takimi drobnymi sprawami raczej zachowuje się przykładnie? Czy jednak trzeba go wytargać za ucho? – Oczywiście, nigdy by nie ciągała Atreusa za ucho bo był dorosłym mężczyzną, mimo to na pewno by powiedziała mu kilka dosadnych słów gdyby mniej przyjemnie traktował narzeczoną. - Nie wiem, czy jest to wielką tajemnicą, ale poza występem dzisiaj planuję wraz z moim agentem występ z motywem przewodnim gwiazd. Chciałabym zaprosić miejscowych artystów do współudziału, gdybyś znała jakichś artystów i może chcieliby dołączyć. – Widziała cicho siebie, zjeżdżającą na scenę na bladym, świetlistym księżycu ***
WYSTĘP Skoro Brenna wywołała ją na scenę, rzuciła Elaine głęboki uśmiech, czując, że to nie był ostatni raz kiedy się spotykały. Wiedziała, że prędzej czy później się na siebie wpadną, bo londyńskie socjety zbyt wielkie nie bywały, a zresztą, miała nadzieję, że Atreus jako jej wielki przyjaciel prędzej czy później zaprosi ją na swój ślub. Może tam też uda jej się użyczyć własnych talentów wokalnych. Teraz jednak musiała skupić się na piosence, na płynącej melodii która miała rozpocząć a zarazem kończyć kolejne etapy całej imprezy, a póki co, musiała w tej kwestii dotrzeć jeszcze na scenę. Z pomocą Adelarda udało się jej wejść, a jeden z członków zespołu był tak uprzejmy, że pomógł jej wyczuć mikrofon pod własną dłonią. Pozostawało więc poczekać, aż każdy będzie gotowy i można było zaczynać. Melodia z początku była spokojna i słowa jeszcze nie wybrzmiewały, tak, by sam łagodny początek mógł zachęcić ludzi do wstępowania na parkiet. Pierwsze alkoholowe napoje były już rozdawane, ale nie było na tyle późno, by ludzie mieli już więcej śmiałości. Dopiero po chwili muzyka zaczęła przyśpieszać, a wraz z nią pojawiały się pierwsze słowa, zachęcające już do nieco żywszego tańca. Z pewnym rozbawieniem, musiała przyznać że dawno nie występowała przed mniejszą publicznością, ale nie widziała to za złą zmianę. Mimo to, postanowiła spróbować sięgnąć po swój dar, zaciekawiona, czy uda się dziś oczarować widownię nie tylko głosem. Dopiero pod koniec występu stało się…coś. Nie miała pojęcia co, tak w zasadzie się stało, nic nie widziała i chyba to najbardziej było w tym wszystkim problemem – że po sali rozległy się krzyki i nic nie rozumiała z sytuacji. Czy to było coś na widowni, coś z jej występem, coś zupełnie innego i nikt już nie zwracał uwagi na to, co robiła? Zacisnęła dłonie mocniej na mikrofonie, najbardziej chcąc aby teraz ktokolwiek do niej podszedł i powiedział, co się dzieje. Muzyka ucichła i nikt już nie przygrywał do tego, co się działo. Rzucam na ulubieńca tłumów. [roll=PO] RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Brenna Longbottom - 24.11.2022 Krótkie streszczenie dla wszystkich gości: - Faye występuje (pięknie i wspaniale – używa z sukcesem uroku willi, więc zwłaszcza mężczyźni powinni się zainteresować, ale nie ma narzuconej żadnej konkretnej reakcji, czy po prostu się wam podoba, czy podatność a la Ron Weasley nie chcę decydować -> przeczytajcie najlepiej opis umki Ulubieniec tłumów) - Nora i Theseus zaczynają tańczyć, pod koniec występu Faye ktoś podstawia Theseusowi nogę, Nora leci w powietrze - Jeden z gości chce ratować Norę magią… - …i zamienia ją w bobra - Alastor krzyczy na całą salę, że bóbr to czarodziejka i próbuje ją odczarować, ale nie daje rady - Brenna zamiast ogłaszać kolejny taniec, goni Norę i też próbuje ją odczarować. Akcja z pościgiem bobra dzieje się na sam koniec koncertu Faye. Czyli bal zamienia się w komedię – akt drugi z trzechA miało być tak pięknie. Dzieci miały dostać stypendia, pieski miseczki oraz karmę. Goście zaś występ Faye, której głos naprawdę był wspaniały i która w dodatku uruchamiając urok wiły przyciągała do siebie spojrzenia gości niby magnes - tak że sama Bren też, mimo przyzwyczajenia do umiejętności żony Adelarda, wsłuchiwała się w melodię z uwagą, przez moment myśląc tylko o niej. Brenna miała ogłosić pierwszy taniec oraz serwowanie tortu autorstwa wspaniałej Nory Figg, by reklamować jej kawiarnię. Najpierw na skutek występu Faye część mężczyzn wpatrywała się w scenę, wiele kobiet zasłuchało się, a nawet ten i ów mniej odporny ruszył ku scenie. …i wtedy, pod sam koniec występu kobiety, wspaniała Nora Figg zamieniła się w bobra. A na sali stał się jeden wielki chaos. Niektórzy wciąż nie wyzwolili się spod uroku występującej i chyba nie do końca wiedzieli, co się dzieje. Ten i ów na okrzyk Alastora cofnął się mu gwałtownie z drogi. Jakaś kobieta pisnęła, widząc bobra, który dopadł do laski Blacka. Kelnerzy, nie wiedząc chyba, co robić, udawali, że wszystko jest dobrze – i próbowali roznosić tort (bardzo dobry, swoją drogą). Jeżeli Brenna planowała cokolwiek odpowiedzieć Erikowi, to nie miała ku temu okazji. Bo oto ujrzała, jak jej przyjaciółka frunie w powietrze, a nim zdążyła unieść różdżkę, by ją ratować, zrobił to ktoś inny. I tak na ziemię spadła nie panna Figg, a bóbr. Gospodyni przyjęcia zaś niewiele myśląc, zareagowała dokładnie tak, jak Alastor. Natychmiast rzuciła się do przodu, w ślad za Norą, przedzierając przez tłum. To był u niej potrójny odruch: przyjaciółki, BUMowca (i to nie takiego, który siedział w BUM, bo albo chciał zostać aurorem, albo szukał miejsca do siedzenia za biurem i pisania raportów) oraz osoby, cierpiącej na nieuleczalny kompleks bohatera. Faye już nie śpiewała. Oto auror w garniturze i BUMerka w sukience próbowali wziąć transmutowane zwierzę w dwa ognie. - FINITE! – Brenna też machnęła różdżką, próbując rzucić dokładnie ten sam czar, co wcześniej Moody, gdy tylko bóbr znów znalazł się w zasięgu jej wzroku. Nie zastanawiała się teraz nawet nad skutkami całego zamieszania. W tej chwili liczyła się Nora. [roll=Z] RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Atreus Bulstrode - 24.11.2022 Hojna? Może troszkę. Bulstrode zwyczajnie chyba z przyzwyczajenia spodziewał się jakiegoś oporu. Odrobiny sprzeciwu, dłuższego czasu potrzebnego do namowy. Chyba dltego tylko wytoczył ciężkie działa, bo chyba tak można było traktować Faye i wywiad z nią. Przekrzywił głowę delikatnie, ledwo zauważalnie, słysząc jej odpowiedź i widząc to teatralne westchnięcie. Miło było widzieć w tym wszystkim sprzymierzeńca, nawet jeśli ich motywacje niezbyt się ze sobą pokrywały. Uśmiechnął się tylko nonszalancko, wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw. Można było powiedzieć, że kiedy wreszcie poświęcił jej tę chwilę nieco uważniejszego spojrzenia i zastanowienia, poczuł odrobinę podziwu. Mimo prowadzonej rozmowy i marchewki, na której wyraźnie jej zależało, część niej wciąż koncentrowała się na tym, co działo się dookoła. Zainspirowany, na moment zwrócił uwagę na to, co właściwie wykrzykują licytujący i aż zatchnął się upijanym szampanem. Zakasłał, lekko poczerwieniał, ostatkiem sił wstrzymując się od wyplucia alkoholu, który miał w ustach. Malfoy chyba upadł na głowę. Matka go upuściła, albo Eden zrobiła mu coś równie spektakularnego jak zepchnięcie Oriona z wieży zegarowej czy która to tam była, nawet nie pamiętał. Nigdy nie sądził, że Elliott i stojący dookoła niego Blackowie aż tak złaknieni byli towarzystwa innych mężczyzn, że musieli decydować się na kupowanie cudzego czasu. Nie należeli przypadkiem do jakichś klubów dżentelmena, czy coś? Otarł usta chusteczką, kiedy Brenna wreszcie postanowiła zatrzymać tę karuzelę śmiechu i rozstrzygnąć wynik losowaniem, ogłaszając również koncert Faye. Cholera. Rozejrzał się, ale Adelard już powiódł ją w stronę sceny. - Potem... - zmarszczył brwi, sprawdzając czy na pewno przypadkiem się nie opluł - Dużo się dzieje, na pewno chętnie zajmiesz się czymkolwiek uważasz za ciekawe, a kiedy Faye zejdzie ze sceny i znajdziesz chwilę, możesz mnie znaleźć - powiedział do Daisy, posyłając jej ostatni, szybki uśmiech - A teraz przepraszam cię... - odszedł, ruszając w kierunku, gdzie wcześniej zostawił Longbottomów i Elaine, spojrzeniem szukając swojej narzeczonej. Faye śpiewała, sprawiając że częściej zerkał w stronę sceny, niż dookoła siebie, nieco też zwalniając kroku, kiedy pod wpływem jej głosu rozsiewała się po sali magia. Ktoś tańczył, ktoś rzucił zaklęcie, gdzieś poleciała jakaś świnia, a przynajmniej tak wywnioskował po okrzykach jednego z gości, których po prawdzie nie zarejestrował do końca, bo zaraz do tego wszystkiego głos Moodiego, który czknął w połowie zaklęcia, a jego różdżka zamiast tego puściła bąka. Pewnie niektórzy byliby skłonni się z tego śmiać, ale jego ojciec wystarczająco dużo razy opowiadał mu o jednym ze swoich dochodzeń, gdzie różdżka jego i towarzyszącego mu BUMowca sprzeciwiała się zwykłemu Lumos, żeby akurat Atreusowi nie było do śmiechu. Wreszcie odnalazł Elaine, kolejny już raz oznajmiając swoje przybycie delikatnym pochwyceniem jej w talii. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Powiedziałbym też, że to już się nie powtórzy, ale z każdą kolejną minutą ten bal wydaje się tylko rozkręcać, a ja chwilowo nie mam ochoty na bycie niesłownym - zerknął w kieliszek, który trzymał w dłoni, prawie już pusty. - Twoje zdrowie - zajrzał jej w oczy z lekkim, wyraźnie zadowolonym z siebie uśmiechem, dopijając alkohol do końca. Nie był pewien, który to już był, ale zdał sobie wreszcie sprawę, że palce zaczynają mu drętwieć lekko w charakterystyczny sposób, podobnie z resztą jak usta. Jeszcze trochę i pewnie zacznie siłować się sam z sobą, żeby wypowiadane słowa brzmiały ładnie i składnie. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Dora Crawford - 24.11.2022 - Niepojęte, ale może to i lepiej - odpowiedziała, wzruszając lekko ramionami. - Pomyśl tylko, ile stypendiów będzie można za to rozdać, albo ile psidwaków nakarmić. Ważne, że te pieniądze pójdą na dobry cel - uśmiechnęła się leciutko. Co prawda w przypadku większości licytujących raczej nie było co mówić o kierowaniu się dobrocią serc, ale w tym momencie kogo to na prawdę obchodziło? Na pewno nie ją, Brennę czy Erika, którzy potem będą mogli przekazać zdobyte galeony na sierociniec i schronisko. Radośnie machające ogonki psidwaków, o tym powinni wszyscy myśleć. Również urzędnicy podatkowi zastanawiający się nad tym skąd takie sumy w ogóle ludzie brali. - Zrobiłam sobie... przerwę - odpowiedziała, może nieco zbyt sztywno i sztucznie, ale nigdy nie była fenomenalnym kłamcą. Mogłaby przysiąc, że kiedy zmyślała, wszyscy mogli to aż nazbyt dobrze zobaczyć, jakby nagle rósł jej nos, a przecież wcale tak nie było. Często udawało jej się to ukryć pod warstwami coraz to kolejnych zdań, które przykrywały siebie nawzajem, robiąc słuchającemu tylko mętlik w głowie. Teraz jednak potknęła się o własne nieprzygotowanie. Ale przecież faktycznie robiła sobie przerwę, prawda? - Miałam małe wyboje życiowe i przez jakiś czas nie jestem w stanie kontynuować stażu, a szkoda, bo zostało mi tak niewiele do określenia specjalizacji. Chciałam iść na zatrucia eliksiralne i roślinne, ale mam wrażenie, że już ci o tym mówiłam. W każdym razie, jako ze teraz siedzę prawie cały czas w Dolinie Godryka, to tutaj ważę sobie eliksiry, no i Brenna dała mi miejsce na grządki to mogę hodować niektóre zioła i potem sprzedawać na własną rękę niektóre z tych, które uwarzę. Zawsze znajdzie się ktoś chętny na mikstury domowej roboty - uśmiechnęła się szeroko, na moment pozwalając sobie na krótką pauzę po zbyt wielu wypowiedzianych na raz słowach. - Nie wiem czy pamiętasz, ale w szkole sama próbowałam robić autorskie eliksiry. Testowałam je potem na Cameronie - to, czy nie pzostawiły po sobie ubytków na ciele, a w szczególności umyśle, pozostawało kwestią sporną. |