Secrets of London
[Litha 1972] Krąg ognisk - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Stonehenge (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=149)
+---- Wątek: [Litha 1972] Krąg ognisk (/showthread.php?tid=2316)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Chester Rookwood - 03.12.2023

Po kupieniu swoim wnukom waty cukrowej w kształcie zwierzątek i sobie szklanki ciemnego, gęstego piwa, zamierzał skryć się w wraz z dziećmi przed lejącym się z nieba żarem. Nie udało mu się dojrzeć własnego syna z szanowną małżonką. jednak postanowił nie ciągać swoich wnuków po tym całym placu w poszukiwaniu ich rodziców. Stało to w poważnej sprzeczności z potrzebą odpoczynku po tym wszystkim, co go spotkało w ostatnim czasie. Pod tymi namiotami nie powinno być trudno ich znaleźć. Znacznie trudniejsze będzie odnalezienie się w tym tłumie ludzi, w którym mogło się znajdować znacznie więcej złodziei, niż ta dwójka, z którą miał do czynienia przed chwilą. Liczył na to, że Steward nie okaże się zbyt miękki i zamiast ich tylko spisać, zamknie ich w areszcie. Przychodząc w dniu jutrzejszym do pracy, chciał otrzymać informację, że siedzą za kratami.

Zakupione przez niego piwo miało skutecznie ugasić odczuwane przez niego pragnienie i ukoić odczuwane przez niego emocje, które wywołał w nim udział w tym zdarzeniu. Potrzebował zapalić. Odchodząc od stoiska wraz z wnukami minął piękną kobietę, za którą się krótko się obejrzał przez to że zdecydowała się przepuścić dziecko. Pozostawienie na trawie tego wianka uwolniło go spod wpływu zaklętej w nim magii, przywracając trzeźwość myślenia. Sięgnął po niego wyłącznie przez wzgląd na swoje wnuki, które chciały zobaczyć swojego dziadka w tym wianku. Postanowił spełnić ich prośbę. Poczucie obowiązku sprawiało, że starał się być przykładnym dziadkiem, skoro miał ku temu sposobność.

Stojąc z dzieciakami pod tym namiotem, poczuł charakterystyczny zapach dymu tytoniowego. Pogłębił on odczuwaną przez niego potrzebę zapalenia papierosa. Nie palił okazyjnie, tylko nałogowo od lat. Chester nie wierzył w udowodnioną całkiem niedawno szkodliwość tytoniu, trwając w przekonaniu, że czystokrwiści czarodzieje nie mogą zachorować na raka płuc. Jeśli faktycznie była taka możliwość to prawdopodobnie sam miał końskie zdrowie. Dotarł do niego kobiecy głos. Spoglądając w stronę, z której on dobiegał, dostrzegł mijaną uprzednio kobietę.

Nie musi się pani odsuwać. W ich domu rodzinnym nie jestem jedyną osobą palącą papierosy. — Zwrócił się spokojnie do nieznanej mu z imienia kobiety. Jego wnukom faktycznie zapach dymu tytoniowego mógł się nie podobać. Mieli jednak takie czasy, kiedy paliło się przy dzieciach niezależnie od ich wieku. Przyglądał się nieznajomej z zainteresowaniem, jakim powinno obdarzać się piękną kobietę. Zwrócił również uwagę na pobrzmiewający w jej głosie niezbyt wyraźny, francuski akcent.

Chester. — Przedstawił się kobiecie, z ledwie dostrzegalnym uśmiechem. Stanął nieco bokiem tak aby móc z nią rozmawiać i jednocześnie obserwować pałaszujące watę cukrową wnuki.




RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Lucky Luke - 03.12.2023

Zaśmiał się na głos pełen rozbawienia po tym, jak obie kobiety drgnęły nieco spłoszone. Chłodna uwaga Heather pobrzmiewała ciepłym echem szkolnego życia. W żaden sposób się nie zraził. Wręcz przeciwnie - zadowolony z tego, że udało się mu je zaskoczyć był w jeszcze lepszym nastroju.
- Taka żarliwa, a przy tym jednocześnie taka chłodna - zażartował z imienia Heat, a humor go nie opuszczał. Minęły lata, lecz w tym momencie zachowywał się tak, jakby ledwie wczoraj ostatni raz widzieli się na korytarzach Hogwartu narzekając na nadmiar prac domowych. Jakby wyrwa w ich znajomości wcale nie istniała. Był takim właśnie typem człowieka - Effi, przynajmniej ty wiesz jak celebrować pojednania i w sumie wcale nie czuję, że jakoś wiele minęło. Wciąż jesteśmy młodzi i piękni... - odsunął się i dla podkreślenia swych słów wyprostował się i złapał w prezentującym geście krawędzie jasnej, rozpiętej kamizelki pod którą znajdowała się wzorzysta koszula w niebieskie kwiaty. Trzy pierwsze guziki były rozpięte, a rękawy podwinięte do łokci nadając mu animuszu. - ...a przynajmniej w moich oczach od ostatniego spotkania tylko zyskałyście - Odsunął się nieznacznie by stworzyć więcej przestrzeni. Leniwie, lecz wprost zrewidował każdą od stóp po czubek głowy. Uznanie w brązowych oczach podkreślało, że naprawdę tak myślał. On sam na pewno urósł, zmężniał. Nosił dłuższe włosy niż kiedyś, był jednak tak samo pewny siebie w gestach i słowach jak dawniej.
Uniósł w lekkim zaskoczeniu brwi wyżej, kiedy do ich trójki dołączył mężczyzna. Jego oczywiste gesty od razu dały Charliemu do zrozumienia z kim gość jest dla Heat. Nie kojarzył go za bardzo z przeszłości. Pewnie nie uważał go za kogoś istotnego.
- Ach, no tak, czy talem chyba nawet o was. Gratuluję. - sięgnął dłonią w kierunku Cameron by uścisnąć ją w przyjaznym geście - Spodziewacie się już Camerona juniora lub Heather juniorki? - zapytał bezwiednie by podtrzymać rozmowę, poniekąd nieco z ciekawości - Wiecie, dużo matek i par przychodzi tu po błogosławieństwo dla swoich berbeci - dodał wyjaśniająco po tym jak uznał, ze bez tego jego pytanie mogło zostać uznane za zbyt bezpośrednie.
- Hmmm... podzielę się nim, jeżeli ty podzielisz się swoim towarzystwem w tańcu, Eff - nie było wielu rzeczy na świecie, które były darmowe


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Bard Beedle - 03.12.2023

To, czy Chester wierzył w naukę czy nie, było drugoplanowe w tej chwili. Nie znała go, nie przyłapała z papierosem w ręku, gdy chuchał wnukom w twarz. Nie przyłapałą go na żadnym podstępku, który sugerowałby, że chce zaszkodzić dzieciom, od których tak się w tej chwili odsuwała. To, w jaki modelu żył obecnie - a przynajmniej z tego co mówił - żyło wiele innych par, rodzin. I chociaż to potępiała wewnętrznie, takie palenie byle gdzie, nie zamierzała tego przenosić na rozmowy zewnętrzne.
- To niedobrze - skomentowała, mimo wszystko gasząc papierosa w popielniczce. Te publiczne, stworzone specjalnie na spędy, miały tę przewagę, że były w części wypełnione piaskiem, który natychmiast gasił żarzący się tytoń. Nie musiała więc kilkukrotnie upewniać się, że na pewno dogasiła niedopałek.- To wpływa na apetyt i chęci do życia. Wie pan chyba, że to niezdrowe, bo dzieci czerpią wzorce od rodziców?
Zgasiła tego papierosa. I tak się nim nie nacieszy - był zbyt gorzki, zbyt drapiący w gardło. Normalnie jej to nie przeszkadzało, ale teraz mialą wrażenie, że wszystko odczuwa dwa razy intensywniej. Te zapachy, emocje... Wszystko było mocniejsze. Na ten moment to były pozytywne emocje, ale co się stanie, gdy sie zdenerwuje? Nie mogła pozwolić na żadną skazę na swoim wizerunku. Zastanawiała się, skąd to wszystko wynikało.

- Jestem Camille, miło mi poznać. I z całym szacunkiem ale uważam - mimo że pan na pewno weźmie mnie za hipokrytkę - że nie powinno się palić, by dać w przyszłości przykład synom. A na pewno nie psuć im smaku - uśmiechnęła się uprzejmie, lecz jej wzrok blądził w okolicy dłoni Chestra, która trzymała piwo. Niezbyt dyskretnie szukała obrączki. Bo wiekowo wcale jej nie było daleko do niego, bo nie wyglądał na te swoje lata. I przede wszystkim - bo był z dwójką dzieci, które teraz pałaszowaly watę cukrową i w okolicy nie było nikogo innego. I po prostu była ciekawa. - Synowie na pewno docenią, jeśli pan nie będzie popełniał moich błędów. Oczywiście jeśli już pan tego nie robi.
Bo przecież ona robiła. I ktoś mógłby ją posądzić o to samo. Ale z drugiej strony widać było, że Camille nie potrafiła nawet porządnie się zaciagnąć. Nie była nawet początkującym palaczem, czy nawet aspirującym do palacza.


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Leon Bletchley - 04.12.2023

Jak to było...? Jestem tak wrażliwa na tego typu rzeczy, jak rozpędzony buchorożec. — Nie było tak, że przytoczone przez niego słowa miały na celu obrażenie swojej przyjaciółki. Po prostu się z nią przekomarzał w tym momencie. Zasłużyłby sobie na to aby te przepyszne lody wylądowały na jego twarzy. Byłby bardzo niepocieszony, gdyby to miało miejsce - ich miejsce było w jego żołądku. Od prawdziwej katastrofy na szczęście wyratował go podchodzący do nich kuzyn. Chowanie się za lodami w dłuższej perspektywie czasu nie miało sensu. Doskonale wiedział, że Cain, jako aurowidz, potrafił dostrzec to, czego on nie potrafił. Posiadali dwa odmienne od siebie dary.

Po prostu staram się ciebie zaskakiwać. — Prawdą było, że nikomu się nie naprzykrzał, jednak nie było możliwe poznanie kogoś na wylot i tak, Olivia jeszcze wiele rzeczy o nim nie wiedziała. Nie ukrywał wszystkich wad, które rekompensowały wszystkie posiadane przez niego zalety. — Jestem twoim kuzynem, to już tak? — Spojrzał na kuzyna z przyganą, świadczącą o tym że nie za bardzo spodobał mu się dobór użytych przez niego słów. Czasami ta skłonność u jego kuzyna do ignorowania pewnych norm społecznych potrafiły spędzać mu sen z powiek. Spoglądając za to na dygającą Olivię uśmiechnął się ciepło. Sięgnął dłonią ku temu przekrzywionemu wiankowi, przywracając mu właściwe położenie.

Tam. — Wskazał palcem kuzynowi stoisko z tymi lodami. — Na razie chodzimy od straganu do straganu. Olivia chciała zobaczyć świecidełka, ja chcę pooglądać świece rytualne i kadzidła. Chcę także spojrzeć w płomienie. Też powinieneś to zrobić. — Podchodzenie do każdego z kramów postrzegał jako ciekawe. Poza tymi, które obrali sobie na cel, reszta pozostawała do odkrycia przez nich. Nie byłby sobą, gdyby nie zasugerował swojemu kuzynowi spojrzenia w płomienie. Pozostawał przekonany, że one ukazywały wyłącznie dobre wróżby. Towarzystwo kuzyna mu nie przeszkadzało. Nawe gdyby było inaczej, to nie okazałby mu tego.




RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Danielle Longbottom - 04.12.2023

W pierwszej chwili bała się spojrzeć w promienie. Być może przemawiał przez nią lęk spowodowany wydarzeniami minionego sabatu, być może bała się zobaczyć prawdę - że nie ma już dla niej ratunku, że nie czeka ją już nic poza letargiem i wycofaniem, że już nigdy nie będzie tą Longbottom, którą była sprzed wydarzeń pierwszego maja. To, co dostrzegła w tańczących płomieniach sprawiło, że na moment wstrzymała oddech i zamarła, zupełnie jakby w obawie, że obraz się zmieni. To nie był koniec, jeszcze nie teraz. Walka wciąż trwała, a ona miała być jej częścią.

Ogarnęło ją uczucie ciepła, z na twarzy pojawił się uśmiech, który kontrastował z podkrążonymi oczami i nieco bledszą niż zwykle cerą. Jeszcze jest dla ciebie nadzieja, powtórzyła sobie w myślach. To będzie ciężka walka. Nie tylko z ludźmi, którzy kierowani propagandą, uznawali się z lepszych, ale i przede wszystkim z samą sobą, swoimi słabościami. Wzięła głębszy wdech i nieco szybszym, bardziej pewnym siebie krokiem ruszyła w stronę stoisk. Omiatała wzrokiem każde z nich, jednak jedno szczególnie zwróciło jej uwagę. Nie tylko dlatego, że rozdawali tam wianki, które były obowiązkowym elementem każdej Lithy; dostrzegła tam kogoś bliskiego jej sercu, kogo absolutnie nie spodziewała się tu spotkać.

W pierwszej chwili chciała się wycofać i zniknąć gdzieś w tłumie. Po wydarzeniach z początku maja mieli bardzo sporadyczny kontakt, który niejako urwał się z jej winy. Nie odpisała nawet na list kondolencyjny, choć wielokrotnie próbowała zebrać siły, żeby wysłać wiadomość zwrotną, za każdym razem bez powodzenia. Nie mogła jednak uciec, nie była przecież tchórzem. Poza tym,  ostatnie na co zasługiwał, to żeby przed nim uciekać. To ona czuła się głupio, to ona zawiniła i to ona powinna stawić temu czoła. No i, tak zwyczajnie, zdążyła się już stęsknić. Poproszę o chwilę na osobności i przeproszę. Nie, przecież jest ze znajomymi, nie będę mu robić takich rzeczy. Na spokojnie poroznawiamy po Sabacie, napiszę list, zaproponuję spotkanie. Pewnie się nie zgodzi...

- Cześć Ulek - odezwała się w końcu, kiedy podeszła bliżej, zagłuszając wszystkie myśli, jakie kołatały jej w głowie. Odruchowo zerknęła w stronę Lety oraz Cathala, którzy stali obok - posłała w ich stronę uśmiech, witając się lekkim skinieniem głowy. Nie zamierzała zawracać im głowy bardziej, niż to będzie konieczne; po prostu nie mogła zignorować Rookwooda - Będzie Ci pasował znacznie bardziej, gdy założysz go na głowę - zauważyła z typowym dla siebie uśmiechem, ruchem podbródka wskazując na wianek, jaki trzymał w dłoniach. Kiedy przyszła jej kolej, odebrała swój.


!wianki


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 04.12.2023

Szałwia


Pod ciężarem szałwiowego wianku twoje myśli stają się klarowne, zaś umysł przypomina niewzruszoną skałę. Nic nie jest w stanie cię skrzywdzić - nie pod względem emocjonalnym - zaś zdystansowanie do własnych uczuć pomaga ci znaleźć wyjście z trudnych sytuacji.



RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Philip Nott - 04.12.2023

Philip do końca nie był przekonany co do tego, czy chce spędzić całą Lithę w towarzystwie brata, z którym łączyła go braterska więź, jednak Logan miał tendencję być strasznym nudziarzem. Pod sabatu zdecydowanie nie chciał się nudzić. Za to chciał zająć wszystkie swoje myśli i rozerwać się trochę podczas tego wydarzenia, mającego na celu zadbanie o swoją popularność. Istniał dzień szansy na to, że Logan będzie nie będzie przynudzać bardziej, niż na co dzień. Nie zamierzał także w pełni polegać na swoim bracie, będąc przekonanym że muszą tutaj być jakieś atrakcje, które urozmaicą mu ten dzień. Liczył także na spotkania z fanami. Pozostawał przekonany, że nie mogło ich tutaj zabraknąć. Jest tym bardziej popularnym Nottem.

Cześć. Błagam, nie bądź takim nudziarzem jak zwykle. — Od razu po dotarciu swojego brata na miejsce, od razu go powitał i jednocześnie dał mu do zrozumienia, żeby w tym dniu był mniej sobą i aby wykrzesał z siebie więcej chęci do zabawy. Nie wiedział, że wylosowany przez niego wianek sprawi, że Logana ogarnie wewnętrzny spokój i harmonia. Nie wiedział, że przez to będzie niczym niezmącona tafla wody, że będzie w nim więcej cierpliwości i wyrozumiałości względem otoczenia. Nie przypuszczał, że ów wieniec zaszczepi w nim powściągliwość do zabawy, będącą zupełną odwrotnością tego na co właśnie liczył ze strony swojego brata.

Noszony przez Philipa wianek z kolei został upleciony z kwiatów werbeny, napełniając go poczuciem wszechogarniającego bezpieczeństwa. Zaszczepił w nim przekonanie, że złe moce nie wyrządzą mu krzywdy. Po raz pierwszy od dawna poczuł prawdziwą radość. Spoglądał w przyszłość z przekonaniem, że wszystko się ułoży.

Chodźmy po piwo dla ciebie i spojrzymy potem w płomienie. — Zasugerował bratu. Nie czekając jednak na jego odpowiedź, skierował swoje kroki w stronę kramu, za którym stojący czarodziej oferował złocisty trunek, a następnie w stronę jednego z ognisk. Liczył na naprawdę dobrą wróżbę.


!płomienie


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Pan Losu - 04.12.2023

Philip Nott


W pożodze dostrzegasz dwa skrzyżowane ze sobą w walce miecze; zdaje ci się, że nawet płonące polana trzaskają w tym samym momencie, w którym klingi się ze sobą ścierają. Czujesz, jak wypełnia cię determinacja - twoja walka jeszcze się nie skończyła.



RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Ulysses Rookwood - 04.12.2023

Ulysses zmarszczył brwi, po raz kolejny zalany potokiem słów Lety. Potrząsnął głową, trochę jak pies, próbując odgonić od siebie jej irracjonalne pytanie dotyczące kolorów. Ale to wybrzmiało, jego umysł je przyjął i teraz nie potrafił nie skupić na nim uwagi.
Czy ona naprawdę zastanawiała się nad takimi rzeczami?
Zamrugał.
- Czemu? – zapytał naiwnie, gdy Cathal po raz kolejny zaproponował mu przeprowadzkę. – Czemu miałyby się pojawić plotki? Przecież pokrywałbym koszty utrzymania domu. – Od chwili, w której znaleźli razem z Danielle psa w Kniei Godryka a on tego psa przyniósł – oczywiście – do Shafiqa już to po części robił. Wyremontował salon, przerażony energią, która mogła nawiedzić niewyprowadzane przez dwa dni na spacer zwierzę.
A potem urwał, odruchowo rozglądając się za swoim ojcem, ale zamiast niego dostrzegł znajomą kobiecą sylwetkę. I zamarł z tym wiankiem w ręku. Trochę jak skamieniały patrzył jak podchodziła do stoiska. Może i Danielle nie odpisała mu na kondolencje, ale Ulysses – jak nikt inny – dobrze wiedział, że miała aż nadto powodów by mu nie tylko nie odpisywać, ale również by go żywo znienawidzić. Tylko, że o tych powodach nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć.
A jednak wcale nie chciał przed nią uciekać, choć pewnie tak zrobiłby na jego miejscu każdy, przyzwoity człowiek. Stał i patrzył, zapominając o istnieniu Lety i Cathala, paradoksalnie pokrzepiony ich obecnością, tak jak pokrzepiony był zerwanymi zaręczynami i pomyślną wróżbą. Cieszył się. Cieszył się, że tu przyszła. Ulysses pojawił się na Lithcie z nadzieją, że spotka tu Danielle. Wystarczyłoby, by mógł na nią popatrzeć i upewnić się, że wszystko było z nią w porządku, że przetrwała śmierć ojca i traumę Beltane, że przypadkiem nie udało mu się zniszczyć w niej tego ciepła, którym emanowała. A teraz myślał o tym, że może jednak dałoby się to wszystko jakoś ułożyć. Może nawet mogliby być kimś więcej niż tylko przyjaciółmi, może nawet mógłby spróbować ją pocałować.
Napięta linia jego ramion rozluźniła się, gdy Danielle zbliżała się w ich stronę. Oczy Ulyssesa rozbłysły, pojawiła się w nich tęsknota, skrucha i radość. Gdy się odezwała, spojrzał machinalnie na trzymany w ręku wianek i włożył go na głowę. Zalało go wszechogarniające poczucie bezpieczeństwa i po raz kolejny tego popołudnia pomyślał, że może wszystko się jakoś ułoży.
- Danielle – przywitał się miękko. Chciał jej powiedzieć coś zabawnego, co mogłoby ją rozbawić. Albo coś bardzo elokwentnego, dzięki czemu wydałby się mądrzejszy niż był w rzeczywistości. Często w jej obecności nie potrafił sklecić rozsądnego zdania, ale teraz miał jej aż za dużo do powiedzenia. – Cieszę się, że cię widzę. Bardzo ładnie wyglądasz – rzucił i chociaż dostrzegł bledszą skórę i oznaki zmęczenia, to te nijak nie odejmowały jej w jego oczach. – Poznaj moich przyjaciół. To Cathal Shafiq. Archeolog – przedstawił wysokiego mężczyznę. – A to Leta Crouch. Również Archeolog – wskazał na niską czarownicę z burzą loków na głowie. – Poznajcie Danielle Longbottom. Jest uzdrowicielką. Uratowaliśmy razem psa – ostatnie zdanie brzmiało pewnie dość absurdalnie, ale Ulyssesowi wydawało się, że Cathal zrozumie, co naprawdę próbował przez to powiedzieć.


RE: [Litha 1972] Krąg ognisk - Esmé Rowle - 04.12.2023

Zwierzę totemiczne miało mieć wiele wspólnego z jego posiadaczem, więc dlaczego ćma? Naciągane teorie z trudem to tłumaczyły, jednak wbrew pozorom to nie logika go bardziej przekonywała, a wrażenie. Nie potrafił jasno uzasadnić co go upodabniało do motyla nocnego, lecz w tym samym momencie nie potrafił temu zaprzeczyć. Czuł, że rzeczywiście ma w sobie sporo z ćmy. Nie jest to moment na przytaczanie jego obszernych porównań własnego życia z nocą, a braku matczynej opieki z ciepłem, do którego lgnął, jak do ognia. Tym razem po prostu lgnął do ognia, bo inaczej nie potrafił wytłumaczyć dlaczego coś go kusiło, by wybrać się na Lithę. A może właśnie chodziło o matkę? W końcu tutaj celebrowano tą jedną, konkretną. Tą, którą i Esmé swego czasu był zainteresowany. Właściwie, to zainteresowanie niezupełnie wygasło. Wciąż kowen go intrygował. Nieco mniej samą religią, a nieco bardziej wspólnotą. Ponownie - lgnął do ciepła.

Może jednak miał więcej z ćmy, niż mu się wydawało.

Otrzymany na wstępie wianuszek niemalże natychmiastowo zdjął z głowy. Nie dlatego, że nie pasował do jego stylu, bo ciężko było go o takowy posądzić. Nosił... wszystko to, co mu się podobało niewiele robiąc sobie z norm, mody i innych zasad dyktujących co jest ładne, a co passé. Święto takie jak to prosiło się o lekki strój, zwiewny, nawiązujący do tych kwiatów i sił natury. Ale Rowle wcale nie wyglądał tak niewinnie i delikatnie. W końcu ubrał na siebie, a jakżeby inaczej, skórę. Jak przystało na kaletnika. To, że kończyła się tuż nad biodrami wcale nie było spowodowane brakiem materiału, lecz było decyzją - czy stylową, to pozostawało w opinii innych. Wedle samego Esmé? Zdecydowanie. Miała barwę ciemnobordową, miejscami wiśniowa, a miejscami czarną. Skóra była nieregularnie barwiona, lecz i to był zabieg celowy. Nie była też gruba - lekka i cienka, pozbawiona ćwieków czy innych elementów, by też nie dodawać tej "wizualnej ciężkości". Pozostawała rozpięta, luźno zarzucona, ukazując jego skromnej budowy tors obleczony w zwykłą, białą koszulkę o krótkim rękawie. Nogi okrywały mu ciemne jeansy, niezbyt szerokie, ale zdecydowanie nie za wąskie - musiały być wygodne. Podtrzymane jego ulubionym paskiem o jasnobrązowej barwie. Może mało pasował do reszty stroju, lecz sam w sobie był prawdziwym dziełem kaletniczej sztuki. I, poniekąd tematycznie, miał prostokątną klamrę w barwie mosiądzu na której wygrawerowana była ćma. Na stopach... zwykłe półbuty. Niby czarne, ale jednak ciemnobrązowe, miejscami przetarte do barwy przypominającej tą z paska.

No dobrze, zatem po co zdejmował wianuszek? Czysta ciekawość. Rzemieślnicza ciekawość. Zasiadł gdzieś na boku, nie przeszkadzając nikomu, przyglądając się kwiatom i ziołom. Wianek był ładny, zdecydowanie, ale. Tak, to tyle. Esmé miał swoje "ale", które oznaczało, że coś dało się poprawić. Albo zmienić. Albo wymyślić. Wiedział, że przedmiot jaki znajdował się w jego ręce był tak naturalny, jak i magiczny. Poniekąd było to masło maślane, bo magia była naturalna, ale nie w rozróżnieniu tego czarodzieja. Mając to na uwadze, postanowił przerobić wianuszek, by zrobić z niego bardziej tiarę. Ostrożnie, zważając tak na rośliny co na efekt magiczny, wyplatał pojedyncze zioła i kwiaty, by zdominować nimi "przód". Rozluźnił również cały wianek, by nie tylko przypominał z wyglądu tiarę, ale żeby dało się go nosić właśnie tak - jak tiarę. "Z tyłu" tego tworu brakowało kwiatów, a dominowały zioła, zaś "z przodu" zioła stanowiły jedynie element spajający kwiaty i balansujący estetykę - by nie zrobić nieumyślnego przepychu samymi kwiatami.

Zadowolony z efektu podniósł się, rozglądając po otoczeniu z błyskiem w oku. Potrzebował ofiary. A może królika doświadczalnego? Jasne, była to teraz tiara, a nie wianek, więc dlaczego zakładał jakieś ryzyko? Otóż, w końcu pierwotny twór miał efekt magiczny, a teraz? Teraz cholera wiedziała co się wydarzy, gdy ktoś założy kwiecistą tiarę księżniczki.

Nie podejrzewał, że znajdzie kogoś znajomego. Właściwie nawet nie myślał, by szukać kogokolwiek znajomego. Zamiast tego szukał po prostu osoby o niebanalnej urodzie, by prawdziwie przetestować czy jego drobny rzemieślniczy popis dodawał wdzięku, czy wręcz przeciwnie. Zresztą znalezienie kogokolwiek z jego wąskiej grupy zaznajomionych osób w takim tłumie graniczyło z cudem. Przechadzał się zatem między ludźmi, uważając by nawet przypadkiem nie spojrzeć w ogień. Nie chciał wiedzieć. Jakże nieobfite w emocje było jego życie, a jakże mniej rozpalające emocje byłoby, gdyby wiedział co może go spotkać. Szczęście czy nieszczęście - bez znaczenia. Byleby coś, co pozwoli poczuć, że żyje.

Zatrzymał się nagle wpół kroku jak zamrożony w czasie, znajdując się za plecami Effimery. Jej wdzięk był trudny do przeoczenia, tym bardziej gdy wpasowywała się w jego preferencje wobec urody kobiet, lecz pech chciał, że nieomal jej nie zauważył. Ale za to usłyszał i rozpoznał. Usłyszał też głos mężczyzny, który zaraz odpowiedział na jej... prośbę? Nie, to brzmiało jak życzenie czy może nawet rozkaz. A nieznajomy pan zrobił z tego okup - trzymając wianuszek dla siebie dopóty nie dostanie tańca. Rowle uśmiechnął się do siebie nieznacznie, rzucając w myślach dwa słowa. "Wybacz, bracie". Bratem Esmé ten jegomość zdecydowanie nie był, lecz czuł z nim zwykłe, męskie braterstwo. Szczególnie, że właśnie starał się... może poderwać Effie? Może. A teraz pojawiał się potencjalny rywal - Esmé.

Obrócił się w stronę blondynki, stając tuż za nią, by zaraz bez ceremoniałów po prostu założyć jej swój przerobiony wianuszek na głowę. Wianuszek z plusem. Wianuszek plus dziewięć, chciałoby się rzec. Zaraz wyłonił się zza jej pleców, zaglądając nieco jakby zza jej lewego ramienia, na nią samą.

- Może być tiara? - rzucił, przyglądając się uważnie kobiecie. Ów tiara założona również była tak, jak powinna być noszona, a nie jak wianuszek, toteż niebanalna uroda Effie była podkreślana niebanalnym, a przynajmniej wyjątkowym wianuszkiem. Chociażby dlatego wyjątkowym, że Rowle go poprawił. Albo popsuł - w zależności od punktu siedzenia. - Pozwoliłem sobie na trochę twórczej swobody wobec wianka. - zaraz stanął obok, by nie komplikować tego spotkania. Jeszcze chwilę bezczelnie oceniał pannę Trelawney, jak wyglądała teraz, ozdobiona taką naturalną biżuterią. Po chwili przeniósł swoje ciemne oczy na resztę zebranych - tak mężczyznę, któremu wszedł w drogę, jak i dwójkę obok.
- Nie chciałem przeszkadzać. - bzdura, wierutne kłamstwo, ale wypowiedziane z taką gracją i lekkością, jaką z siebie Esmé potrafił wykrzesać. A był niezgorszym kłamcą. Doskonale wiedział, że będzie przeszkadzał. I, poniekąd, właśnie dlatego zdecydował się, że to Effie będzie ofiarą jego tiary. Dzięki temu jego wyskok na Lithę mógł być ciekawszy. Znacznie ciekawszy. - Esmé Rowle, rzemieślnik przeklęty pracoholizmem. - przedstawił się, delikatnie kłaniając się samą głową. Kultura osobista nie była jego mocną stroną, ale stosował swoistą jej karykaturę jako element mający dodać mu czaru. - Nawet tak dziecinne pomysły kiedy pojawią mi się w głowie, to są jak rozkaz. Nie umiem sobie odmówić. - mógłby zamilczeć. Milczenie było nawet w jego stylu w takich sytuacjach, lecz teraz postanowił zagrać dalej. Zobaczyć do czego doprowadzi sytuacja. - A to, że nie znalazłem lepszej modelki, niżeli Effimery, to już jej wina. - chociaż nie dało się winić ludzi za to, że byli po prostu piękni. Nie oni o tym decydowali - o ile nie korzystali z magii, aby to osiągnąć. Tak czy inaczej, na koniec, gdy wymawiał ten dziwnie sformułowany komplement, to przeniósł oczęta na samą gwiazdę - Effie, uśmiechając się do niej nieznacznie. Lubił ją peszyć. Nawet bardzo. Ta sytuacja wydawała się wręcz idealna, by zrobić trochę zamieszania, wywołać trochę emocji, którymi oberwie rykoszetem. Tak, właśnie o to chodziło.


!wianki