Secrets of London
[26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy (/showthread.php?tid=3497)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Anthony Shafiq - 07.08.2024

Sala główna
Siedzimy przy jednym z okrągłych stolików razem z Geraldine i Erikiem

Drgnienie mikroekspresji, język poszarpanych gestów, niepewność barwiąca granatem niezrozumienia krystaliczną wodę wibrującego bezgłośnie źródła. Anthony nie wiedział co powiedzieć, zapodziany w rozkładzie sił w tej konkretnej trzyosobowej grupie, ale skinął głową na zaproszenie do stolika i zajął miejsce obok Erika, zastanawiając się jak długo jeszcze okoliczności testować będą jego cierpliwość.

– Wieczór jeszcze... młody, kto wie co czeka nas przed przejściem do ruletki, choć sam nie jestem pewien czy chcę zostać tak długo, bo przyznam się, że nie czuję się najlepiej. – To nie było nawet formalnie kłamstwo, choć sugerowało stan ciała, a nie ducha. Eliksiry i maści od Prewetta robiły swoją robotę i fizycznie czuł się doskonale. Od pierwszych kroków w domu Agnes szybko zdiagnozował powód dla którego tutaj był i jeśli ten powód chciałby być z nim gdzie indziej... kimże był, żeby mu odmawiać? Trzeba było jednak wpierw wybadać grunt. Może panna Yaxley zamierzała hulać tu do białego rana? I Anthony mimo zbolałego serca, nie zamierzał testować w takich okolicznościach z kim wolałby pozostać siedzący między nimi Erik, a już na pewno nie w bezpośrednim pytaniu.

– Przyznam jednak, że o ile przemowa nie wzbudziła mojego zachwytu, to Celine gra dzisiaj wybornie, a obecnie rzadko kiedy występuje dla kameralnego grona. Zaraz... czy to w końcu Ravel? – odwrócił się ku instrumentowi z szerokim uśmiechem. Widząc dołączającą do duetu Lorriaine zapamiętał, że będzie musiał podziękować jej później. Domyślał się, że zmiana repertuaru była jej sprawką i to ona finalnie namówiła Celine na opuszczenie Węgier na rzecz Francji, choć oczywiście i tu pianistka musiała pozostać wierna miłości do Liszta – wszak to jego kompozycja była bezpośrednią dla Maurice'a inspiracją. Może to był właściwy moment, gdy powinien zamilknąć, aby nie przeszkadzać kroplom wody opadać pośród gości, ale wiedział przecież, że kilka słów o muzyce pozwala lepiej jej zadziałać, kształtować, poruszyć. Pochylił się więc ku dwójce rozmówców by niezbyt głośno opowiedzieć o granym utworze:Dieu fluvial riant de l'eau qui le chatouille Bóg rzeki śmieje się, gdy woda go łaskocze. Motto pomaga w usłyszeniu "Wodnej Zabawy" Ravela. I taką wodę lubię, kto wie, może kiedyś wrócę do formy i znów będę mógł zagrać tę miniaturę... – westchnął ciężko, prostując się i spoglądając na swoje długie, ale zastałe palce, które we wspomnianej formie były piętnaście lat temu, gdy podczas obejmowania urzędu ambasadorskiego miał stanowczo za dużo czasu. Teraz próbował wrócić, odkurzył stary fortepian, nawet ćwiczył, ale dźwięki zdawały mu się zbyt toporne, by przed kimkolwiek chciał pokazać powrót do starych umiejętności.

A wtedy zdał sobie sprawę z ciszy, z braku rozmów, ze skupienia, z jakim wszyscy zasłuchali się w utwór i zrozumiał... O słodka ironio, nie potrzebował emocji wplecionych magią w kolejne opadające dźwięki Jeux d'eau, nie potrzebował aury skupienia na sobie uwagi roztaczanej przez drugą z artystek, która dosiadła się, by bielą palców pieścić czarne klawisze nabrzmiałej XX wiekiem chromatyki. Nie potrzebował tego wszystkiego aby słuchać, aby zachwycić się i aby w zwykłym, niemagicznym wzruszeniu trwać w pragnieniu posiadania przywileju pokazania drugiej osobie, jak bardzo mu na niej zależy, nie tylko w cieniu czterech ścian własnego mieszkania. Czyżby zupełnym przypadkiem Lorraine dała mu drugi prezent tego wieczoru? Rozejrzał się subtelnie po pomieszczeniu, choć wydawało mu się, że nie ma pośród zebranych jakiegokolwiek innego oklumenty. Okazja czekała dosłownie na wyciągnięcie ręki, przecież nikt nie zauważyłby... skąd więc wahanie? Przygryzł wargę i niepewnie spojrzał na dobrze znajomy profil, jakby widział go dziś po raz pierwszy.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=b8F1MSA.png[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.08.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=q1fk7M5.jpeg[/inny avek]

- Słucham? Nie, nie, nie. Wychodzi na to, że ja tutaj jestem najbardziej zwyczajna na świecie. - Odparła z nieukrywanym entuzjazmem, bo to nie zdarzało się zbyt często.

- Nigdy w życiu bym cię nie zaatakowała, więc nie musisz się bać Ericzku, wiesz przecież, chyba, że to będzie kolejny przyjacielski sparing. Chętnie znowu skopię ci dupę. - Może ostatnio jej się to nie udało, bo przypadkiem wywaliła się na ryj, ale najwyraźniej wyparła to z pamięci i wróciła do tych lepszych wspomnień, kiedy to ona zwyciężała w pojedynkach z przyjacielem.

Gerry przez lata stała się dosyć mocno tolerancyjna jeśli chodzi o egzystowanie w towarzystwie mieszańców genetycznych. Okazało się bowiem, że wielu z jej znajomych coś dolega. Zresztą jej własny brat był wampirem, to musiałaby być mocna hipokryzja gdyby postanowiła na kogoś podobnego pokroju polować.

- Białe to są tylko kreski, które wciąga. - Rzuciła z promiennym uśmiechem do Longbottoma. Widać nie miała tyle nadziei, co on. Raczej zakładała to, co najgorsze.

- Dobra, ta aukcja to może był lekki przypał, co wcale nie zmienia faktu, że uzyskaliście na niej sporo funduszy, więc wychodzi, że zadziałało. - Pewnie sama by sie wkurzyła, gdyby ktoś wystawił ją na licytacji, no ale cel był szczytny, to było najważniejsze. Liczyły się intencje. - Mogę ci obiecać, że jeśli kiedyś się to powtórzy, to ja cię kupię. - Dodała jeszcze z nieco złośliwym uśmiechem.

- Nawet mi nie przypominaj tego Lammas... - Było to jedno z doświadczeń do którego panna Yaxley wolałaby nie wracać.

[a]Koncert, cóż. Nie było to coś, co leżało w kręgu zainteresowań Geraldine Yaxley. Prędzej odnalazłaby się w mugolskim Londynie, tańcząc na barze w jakieś taniej knajpie, ale cóż. Skoro miał być koncert. To musiała go wysłuchać, muzyka jej raczej nie przeszkadzała, ale też nigdy specjalnie nie zwracała na nią uwagi. Chyba, że ktoś grał na jakimś nietypowym instrumencie pokroju dud, czy rogów, bo z tego można było zrobić całkiem niezłą broń.

Zmrużyła oczy i przyglądała się Anthony'emu, który najwyraźniej znał się na muzyce. Cóż, wyglądał na takiego. Bogaty, z dobrego domu, typowy czystokrwisty który interesuje się tym, czym powinien. Niestety w przeciwieństwie do niego Gerry nie miała nic do powiedzenia na ten temat, bo to nie leżało w szeregu jej pasji. Wolała noże, broń, czy inne takie. Uśmiechnęła się jednak do niego i kiwała głową, jakby faktycznie rozumiała co do niej mówi.

Nie mogła oczywiście powiedzieć, że kobiety nie grały ładnie. Wpatrywała się w nie przez chwilę, zachwycona, dziwne, bardzo dziwne, bo zazwyczaj tego nie robiła. Cóż, może wiłe rzuciły na nią swój urok? W końcu wiedziała, że to one, nie liczyło się to jednak, nie kiedy muzyka grała tak pięknie.

Shafiq wspomniał o wodzie, Gerry przykmnęła oczy i odpłynęła gdzieś daleko. Zdecydowanie wolałaby być teraz tam, gdzie znajdowała się wczoraj, na ognisku przy Thomasie, przypomniał jej się szum fal, który im towarzyszył. Tak, to było całkiem miłe, później zawędrowała jeszcze dalej, jezioro Windermere, gdzie leżała na pomoście z Esmé i niczym się nie martwiła. Zrobiło jej się jakoś tak cieplej i przyjemniej, gdy o tym wszystkim myślała. Szkoda, że nie było tu żadnego z tych mężczyzn.




RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Isaac Bagshot - 07.08.2024

[Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=He9j4sv.jpeg[/inny avek]

Kibelek - Urlett i Alexander

-Mhm, bardzo filozoficzne podejście.- Przytaknął, kiedy Alexander wspomniał o bogach. Sam miał dość ambiwalentny stosunek do wiary, ale wiedział, że dla niektórych jest to fundament życia, źródło nadziei, pocieszenia i siły.
Isaac wytarł dłonie w papierowy ręcznik i odwrócił w stronę Alexandra. Oparł się wygodnie o umywalkę i obserwował Mulcibera, słuchając jego wykładu. Zanotował w głowie, że nie umył rąk po skorzystaniu z toalety. To była ważna informacja. Nie miał pojęcia dlaczego, ale miał przeczucie, że kiedyś mu się to do czegoś przyda.
-Sporo było takich oszustów. To ciekawe, panie Mulciber, że ludzie pod pretekstem pomocy innym, bezczelnie ich oszukują. Nie lubię myśleć, że tak właśnie działa nasz świat.- Westchnął i uśmiechnął się nieco szerzej, kiedy ten wspomniał o kresce.-Mam nadzieję, że nie myślałem o niczym dwuznacznym. Bardzo nieładnie, panie Mulciber, tak słuchać czyichś myśli. Jeśli chciałby pan się ode mnie czegoś dowiedzieć, to wystarczy zapytać.- Isaac odepchnął się od zlewu i podszedł do Alexandra który zjechał po ścianie na zimne kafelki. Usiadł na przeciwko i wyciągnął piersiówkę z wnętrza swojej marynarki. Upił łyk i poczęstował Mulcibera. Piersiówka Bagshot'a wyglądała na niedużą, ale była magicznie powiększona, więc spokojnie mogła zmieścić co najmniej pół litra ognistej.
-Daruje sobie tę kreskę. Przy damie nie wypada.- Skierował spojrzenie na Urlett.-Byłem bardzo ciekawy, czy można wróżyć z bąbelków moczu. Mam na imię Isaac, miło mi.- Przedstawił się, specjalnie nie podając nazwiska. Jeśli chciała się napić, to w jej stronę również wyciągnął piersiówkę. Nie miał zamiaru opuszczać na razie łazienki.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Alexander Mulciber - 07.08.2024

ŁAZIENKA: z Urlett i Isaacem

Intencje, nie myśli – poprawił odruchowo Isaaca, przyjmując od niego piersiówkę. Pociągnął łyk, krzywiąc się lekko, pociągnął i drugi. Wytarł usta wierzchem dłoni. Starał się nie pokazać po sobie, jak bardzo obrzydziła go zaproponowana przez Isaaca wizja. Gdybym słyszał myśli innych ludzi, wyobraził sobie niekończący się słowotok, infiltrujący struktury jego umysłu, polifonię głosów, które nigdy nie cichły, niechybnie bym oszalał. Kiwnął głową w niemym podziękowaniu, zwracając piersiówkę Bagshotowi. Potrzebował przepłukać usta, w których nagromadziła się gęsta ślina, przypominająca o nikotynowym głodzie.

Świat pełen jest oszustów, panie Bagshot – stwierdził, patrząc, jak Isaac siada naprzeciwko. – Mężowie zdradzają żony, żony oszukują mężów, dzieci kłamią rodzicom, rodzice manipulują dziećmi. Pracodawcy wyzyskują pracowników, którzy tylko udają, że pracują. Kasyna oszukują graczy, którzy zamiast liczyć na łut szczęścia, liczą karty. Nawet teraz – kiedy rozmawiamy – Marcus Flitwick próbuje oszwabić pannę Zamfir na pieniądze, a Atreus Bulstrode wywraca gacie, żeby ukryć kolejnego waleta karo. Kłamiemy, jesteśmy obłudni, składamy obietnice bez pokrycia, żyjemy złudzeniami. Wszyscy jesteśmy oszustami, a największym oszustem jest ten, kto twierdzi, że świat działa inaczej.

To nie była prawda. Największym oszustem był Alexander Mulciber – był oszustem, bo oszukiwał samego siebie.

Podniósł oczy na Urlett. Przez chwilę tylko mierzył ją spojrzeniem, porównywał ją z kobietą z przechowalni wspomnień, z przechowalni kobiet – gromadził je na półkach pamięci jak przepowiednie składowane w Departamencie Tajemnic, choć brakowało tej kolekcji jakiejkolwiek systematyczności: większość nie była podpisana – nigdy nie trudził się zapamiętywaniem ich imion – wszędzie leżało strzaskane szkło: chrzęściło mu pod stopami, kiedy krążył niecierpliwie między regałami – jego rękom zawsze brakowało delikatności – bo znów to gubił się w plątaninie korytarzy, by powrócić do tej jednej przepowiedni – być może jedynej w jego życiu – tej, która nie była jego, a mimo to, strzegł jej zazdrośnie, wierząc, że kiedyś się spełni. Nie zamierzał dzielić się z nikim jej zawartością. Nie zamierzał dzielić się z nikim imieniem, którym była podpisana. Chciał Ambrosię tylko dla siebie.

Pamiętał Urlett. Pamiętał ją dobrze i wstydził się powodu, dla którego ją pamiętał – wstydził się powodu, dla którego w ogóle zaciągnął ją do łóżka tych dobrych kilka lat temu. Miała blond włosy Ambrosii, złote oczy Mildred i była kompletnie szalona, tak jak jego matka. Czy doszedł do tych wniosków na trzeźwo, czy były one produktem umysłu zamroczonego narkotykiem – tego nie był pewien – wiedział tylko, że musiał ją wtedy mieć, musiał poczuć, jak to jest, musiał odetchnąć od Loretty, musiał przypomnieć sobie, że dalej ma w sobie coś, co lubią kobiety, że dalej jest sobą, a nie tylko pustą skorupą człowieka z duszą wyżartą przez heroinę.

Kim jest twoja obecna żona? Miał ochotę się roześmiać. Ostatnio wszystkich nurtowało to pytanie, a jego chyba najbardziej. Może powinien przedstawić jej Eden?

Nie będę się z tobą ruchać, Urlett – zakomunikował krótko, nie siląc się na żadne wyjaśnienia. Przechylił lekko głowę, w dalszym ciągu opierając się o ścianę, i uśmiechnął się obrzydliwie do stojącej przed nim kobiety: ta deklaracja nie przeszkodziła mu bowiem w bezczelnym rozbieraniu jej wzrokiem.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Morpheus Longbottom - 08.08.2024

Aryaman Birla



Stoję przy barierce.

Nie miał za wiele do powiedzenia. To jest, Aryaman Birla nie miał, więc Morpheus przygryzł wewnętrzną część policzka, aż poczuł przyjemny ból i rdzawy posmak w ustach i jego myśli się rozproszyły na wszystkie strony w elektrycznych impulsach, przypominających odległe supernowy pod powiekami, gdy na kilka chwil więcej, niż wypadało, przymknął oczy. Informacji miał niewiele, ale też nie wybierał się tutaj z jakimś nadrzędnym celem innym niż przepuszczanie pieniędzy. Zanotował jednak, że w małżeństwie Mulciberów nie dzieje się dobrze, gdy zwykła rozmowa na balkonie kończyła się publiczną sceną, to po pierwsze, po drugie, że Robert wyglądał na bardzo zmęczonego życiem, jakby jego twarz ogorzała od mrozów nieistniejących w wiecznie zielono-burek Anglii. Czyżby Sroczka go zajeździła i miał kompleksy, stąd ten wybuch? Musiał zapytać później Lorien.

Zrobił krok do tyłu, oparł się o balustradę, gdy padały kolejne słowa rozmowy między panią Lestrange i doktorem Prewettem. Nic jej nie jest, a noc jest piękna i młoda. Wyjął papierośnicę, włożył papierosa do ust i zaproponował jednego zarówno Eden, jak i Basiliusowi (oraz zwiewnej Lorraine, która umknęła jednakże w połowie jego ruchu z ich azylu). Zastanawiał się, czy byli na tym wieczorku z jakiegoś powodu czy na prawdę jedynie dla rozrywki.

Narastały w nim pytania o celowość tego wydarzenia, o listę zaproszonych gości, o ciasne przestrzenie konwenansu i swobody. Rzeczy które robimy z obowiązku, rzeczy, które robimy ze swobody. Zapalił swojego papierosa (i użyczył reszcie ognia, jeśli skorzystali z nałogowego poczęstunku) z uniesionymi w górę brwiami.

A później był absolutnie szczęśliwy, że jego twarz jest kimś obcym, a w pobliżu nie ma nikogo, kto byłby bezpośrednio związany z Vakelem Dolohovem. Ani jego samego.

Słuchał melodii wykonywanej przed dwie wiły i nawet jeżeli ktoś coś do niego powiedział, to nie dotarło. Najpierw zawiesił wzrok na Anthonym i Eriku obok niego, przy barze, a później odwrócił się w stronę ogrodu, spoglądając w gwiazdy. Zastanawiał się, czy właśnie i on unosi swoje oczy w kolorze rozmytych akwareli ku górze albo spogląda okiem uzbrojonym w magiczny teleskop i kalkuluje, liczy w swojej głowie, dyktując notatki swojemu asystentowi. Myślał o tym, że pewnie jest szczęśliwy, mając wszystko, czego chciał w swoim życiu i tę kapkę więcej w postaci jasnookiego Peregrinusa.

Myślał nad biegiem zdarzeń, kostkach domino, motylich skrzydłach, które wyburzają tsunami. To był paskudny dzień, który odzwierciedlał paskudne samopoczucia wszystkich, a na pewno Mildred Moody, uziemionej, znów, przez jej lekkomyślne zachowanie. Wtedy też, z nudów, pokazał jej, jak rozkładać karty,  ona oczywiście zakochała się we wspaniałym wieszczu, uśmiechu z okładek, Vakelu, kupiła to zaproszenie i zamiast iść samej, wysłała tam swojego krewniaka.

A teraz on był asystentem Dolohova. Zabawne.

Łatwo było być zazdrosnym, lecz ku swojemu zdziwieniu, tego uczucia było najmniej w jego duszy. Na spopielonej przestrzeni jego miłości kiełkowały nowe myśli. Był wdzięczny bogom, że Vakel mógł odnaleźć szczęście jeszcze w tym życiu, nawet bez niego.

A wszystko to przez Ravela, spoglądanie w gwiazdy i spalający się bez wdechów dymu papieros między jego palcami.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=B7UzJQR.png[/inny avek]


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Urlett Reykjavík - 08.08.2024

[inny avek]https://i.ibb.co/R7jN8wL/Elegancki.png[/inny avek]
Łazienka z Alexandrem i Izaakiem.

Widzieli się raz w życiu. Alexander żałował, czuł obrzydzenie. Urlett wręcz przeciwnie. Dla niej był jak dawny przyjaciel. Czuła się przy nim niezwykle swobodnie. Pewnie dlatego, że widział ją nago.

Zdziwiła się komunikatem Mulcibera, co wyraziły uniesione brwi. Jakże mógł przewidzieć takie koleje losu? Spali ze sobą tylko raz i to z jego inicjatywy. Naprawdę myślał, że podeszła do niego teraz tylko i wyłącznie w tym celu? Głównie, ale nie tylko.

Jak niegrzecznie. Odpowiedz najpierw na pierwsze pytanie, nim przejdziesz do drugiego. Nie lubię nierozwiązanych zagadek, szczególnie tych prostych do rozwiązania. — Przechyliła trochę głowę, również mierząc go intensywnym spojrzeniem. Bardzo się nadawał. Gdyby tylko był nieco bardziej kooperatywny... — A moje drugie pytanie nie ma związku z pierwszym. Nie interesuje mnie osobiście twój status matrymonialny. Już nie.

Przeniosła spojrzenie na Isaaca. Bardzo charakterystyczne imię. Być może nawet nie musiał podawać nazwiska.

Urlett Reykjavik z rodu Nordgersim, niezmiernie miło mi poznać. Pan jest Żydem, czy synem Victorii Bagshot? — spytała, jak gdyby nie było żadnej trzeciej opcji do rozważenia. Zaraz też ciekawsko zerknęła na piersiówkę. — Interesujący ekwipunek na przyjęciu. Nie wiedział pan, że będzie tu alkohol, czy może potrzebował pan tego przed przyjęciem?

Jej pytania należały do niecodziennych, z kategorii tych głupich, ale piersiówka stanowiła dla Urlett niesamowicie niepasujący element do obrazu. Po obserwacji naczynia nie przepuściła okazji, by rzucić spojrzeniem na dłonie Isaaca w poszukiwaniu oznak stanu cywilnego — lub ich braku.




RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Bard Beedle - 08.08.2024

Przechodzimy z Sophie do pokoju ze stołem do ruletki

Skoro zdecydowała, że chce poznać odpowiedź na zadane przez siebie pytanie to zamierzał spełnić tę prośbę. Zamierzał przy tym zachować odpowiednią dozę dyskrecji, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. Uniósł też lewe ramię, aby objąć dziewczynę w talii.

Spotykamy się od początku sierpnia i prędzej czy później prawdopodobnie poznałbym ich, a skoro miało to miejsce podczas tego wieczorku to postanowiłem się odpowiednio zaprezentować. Może zapragną mnie lepiej poznać. — Wytłumaczył to jak to postrzegał i zaciągnął się dymem tytoniowym. Pozwolił papierosowi się tlić.

Myślę, że nie da się wszystkich zadowolić. Jedni skrytykują mnie i moją twórczość, drudzy docenią i zaczną postrzegać ją jako wartościową. Nie mam czego się obawiać. — Odparł wprost na słowa swojej towarzyszki. Bycie czarodziejem czystej krwi dawało sporo przywilejów. Ukrywanie się pod nią było nad wyraz dogodne. W rzeczywistości, jako czarodziej półkrwi, pogardzał większością czystokrwistych rodzin - tymi, dla których liczył się wyłącznie rodowód i podtrzymanie linii czystości krwi. Ona nie miała znaczenia. Tego nie mógł powiedzieć o pieniądzach, które posiadali czystokrwiści.

Jak zostanie wydana to ją przeczytasz. Tego dowiesz się, czytając książkę. Jakim byłbym autorem, gdybym zdradził jedną z kluczowych informacji? — Odpowiedź na wszystkie zadawane przez nią pytania nie mogła być inna. Gdyby ta książka miała naprawdę powstać to wiedział, że takiego zakończenia mogliby oczekiwać konserwatywni czarodzieje czystej krwi - on wybrałby to drugie zakończenie, będące wstępem do naprawdę tragicznego zakończenia. Uniósł kąciki ust w pobłażliwym uśmiechu.

W idealnym świecie tak powinno być. To dobrze, bo z tym nie ma co się śpieszyć. — On doskonale wiedział, że nie żyli w idealnym świecie. Nic nie było czarno-białe. Nie potrafił zapewnić ją o tym, że kiedyś razem wybiorą się na wycieczkę do Francji. To była zbyt odległa przyszłość. Zaplanowanie tego rodzaju wycieczki musiało sprzyjać powziętym przez niego planom. Z kolei zaplanowanie swojej ucieczki to zawsze doskonała opcja, jakby wszystko nie potoczyło się po jego myśli.

Możliwe. — Przytaknął, na razie decydując się zakończyć ten temat. Spostrzeżenie czegokolwiek nie sprawiło, że zamierzał dywagować nad tym przez resztę wieczoru.

Wracamy... znam jedno miejsce, do którego możemy się udać. Tam nikt nie będzie nas wypraszać. — Odpowiedział również szeptem, upuszczając na posadzkę balkonu niedopałek papierosa, którego następnie przydeptał. Matthiasowi bardzo nie podobał się fakt, że niektórzy z gości byli skłonni zasugerować mu opuszczenie balkonu w posiadłości swojej ciotki.

Po tym, jak przemowa Agnès dobiegła końca, rozpoczął się koncert fortepianowy Celine. Muzyka miała to do siebie, że potrafiła poruszyć zarówno duszę, jak i serce. Dlatego z przyjemnością wsłuchiwał się w wygrywaną przez swoją kuzynkę melodię, jednocześnie spoglądając z ukosa na Sophie.

Chodź ze mną. — Wyszeptał tak aby nie zakłócić tego koncertu, wyciągając ku niej dłoń. Jedynym pomieszczeniem, do którego mógł ją zaprowadzić, był jeden z pokojów gier. Wybrał ten od ruletki. Wymagało to wyproszenia stamtąd krupiera.

Pete, co tak siedzisz w tym pokoju? Póki nie gramy, zrób sobie chwilę przerwy. Napij się szampana, poczęstuj się przekąskami i poświęć czas Elise. Przechodząc, słyszałem że cię szuka. Powinniście posłuchać koncertu fortepianowego. — Zagadnął krupiera, w ten sposób sugerując mu opuszczenie tego pomieszczenia. Posłużenie się kłamstwem przychodziło mu z łatwością. Cel uświęcał środki. Spojrzał przelotnie na Sophie, która mogła zwrócić uwagę na to, że nic takiego nie miało miejsca, ale jeśli chciała spędzić z nim chwilę z dala od innych, to innego wyjścia nie było.


Korzystam z przewagi kłamstwo


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Lorien Mulciber - 08.08.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2IS0Khx.png[/inny avek]
Pozwala się wyprowadzić z balkonu i przekierować w stronę kanapy.  (ot baby yoda)


Taka samotna, zapłakana i pogubiona nie jesteś żadnym przeciwnikiem. Szeptał cichutki głosik z tyłu głowy. Próbowała odnaleźć punkt w czasie i przestrzeni, kiedy to wszystko się zaczęło. Kiedy stała się tak cholernie tym wszystkim zmęczona. Może to te kadzidła? Może choroba mocniej, coraz bardziej przypominając o sobie i upływającym czasie? Na razie mogła jedynie udawać, że to wszystko było zaplanowaną grą. Lorien Crouch nie była kruchą czarownicą, musiała więc coś kombinować. Knuć. Zaciśnięte na mężowym ramieniu szpony były preludium do czegoś większego;
Jebanym znakiem na ziemi i niebie, że w głowie pani Mulciber działo się coś wyjątkowo niedobrego.

Dopiero gdy wyszli z balkonu, naprawdę zdołała odetchnąć. Nie siliła się na obranie żadnego konkretnego kierunku, pozwalając się kolejnej już osobie prowadzić jak małą laleczkę. Usiadła na kanapie odzyskując namiastkę spokoju. Otarła szybko łzy, pociągnęła nosem. Zamrugała parokrotnie, wyraźnie zaskoczona pytaniem. Z początku po prostu pokręciła w zaprzeczeniu głową.
- Anthony? Nie, no coś ty. Dobrze, że był obok.- Machnęła lekko ręką, jakby kompletnie do niej nie docierało jak jej relacje z wieloletnim przyjacielem mogą wyglądać z zewnątrz. Albo po prostu przywykła do wszelkich plotek. - Nie mam nigdzie piór? - Zapytała nagle, dotykając opuszkami palców nosa, policzków i ust. Przyjrzała się dłoniom dość kontrolnie, upewniając się, że długie paznokcie i smukłe palce wciąż były ludzkie.- To wszystko przez tą cholerną fundację. I pranie moich brudów przy ruletce. I… kilka innych drobiazgów. - Mówiła dalej, ocierając policzki z resztek łez. Za dużo tego jak na małą, ptasią główkę.
Nie wydawała się specjalnie wzruszona prezentem. Podniosła rękę przyglądając się bransoletce przez krótką chwilę. Finezyjne, drogie cudeńko, ale nie spodziewała się po Shafiq’u niczego innego.

Westchnęła delikatnie, opierając głowę o ramię Richarda i przekręcając rękę tak, by sam mógł spojrzeć na jej nowy nabytek, mieniący się odcieniami zieleni i granatu. Agaty zatopione w srebrze. Przymknęła oczy, słuchając muzyki granej przez Celine. To czy była zaledwie ujęta urokiem wili, czy po prostu zgodnie ze starym porzekadłem “muzyka łagodzi obyczaje”, Lorien czuła się spokojniej. Pozwoliła sobie na sekundę mentalnego odpoczynku. Może dwie. W tym czasie zdążyła przemyśleć czy historia, którą chciała szwagrowi opowiedzieć jest w ogóle warta opowiadania. Wszystko co dotyczyło jej klątwy było jak ostry obosieczny miecz.
W końcu uznała, że uchylenie jednego rąbka tajemnicy niczego nie zmieni.

Trigger Warning: True Crime Podcast? Profilaktyka. (Odkryj)
Cała historia opowiedziana była szeptem. Tak, aby tylko Richard mógł ją usłyszeć, a i tak pewnie powinien był się lekko nachylić, aby nie zgubić szczegółów.
- Pod koniec ‘63 brałam udział w jednym z najgorszych procesów w swojej karierze. Jednym zresztą z pierwszych. Młody chłopak, praktycznie dzieciak zaraz po szkole. Mugolak. Torturował i wymordował brutalnie całą swoją rodzinę. Młodsze rodzeństwo. Rodziców. Poćwiartował ich i transmutował w różne drobne przedmioty. Guziki, szczoteczki do zębów,  kapsle od piwa, papierki po cukierkach. Niektóre silniej zaklęte, inne słabiej, więc mugole znajdowali odrąbane palce we własnych domach i na ulicach. Tygodniami szukano części ciał ofiar, porozrzucanych po mugolskich dzielnicach. Części do dzisiaj nie znaleziono. Skazaliśmy go na pocałunek. Praktycznie jednogłośna decyzja i miażdżąca ilość dowodów. Natychmiastowy wyrok. Ale… zrobiliśmy… może trochę zbyt szybko?- Znów to ciche westchnięcie, chociaż twarz kobiety nie wyrażała szczególnie głębokich emocji. Kwestia muzyki czy pogodzenia się z pewnymi błędami przeszłości?- Już po fakcie wyszło na jaw, że na dzieciaka rzucono klątwę Imperius.
Lorien zaczęła skubać nerwowo jeden z kilku pierścionków, a jednak w jej głosie brakowało nawet namiastki współczucia czy smutku. Ilu było takich jak ten chłopak?. Zmrużyła oczy widząc jak Lorraine idzie w stronę fortepianu, ale nie przerywała jeszcze opowieści.

- W tamtym czasie nie miałam żadnej realnej kontroli nad swoją klątwą. Aż pewnego dnia Anthony ściągnął dla mnie specjalistę  z Ameryki Południowej.- Uniosła lekko kąciki ust, na samo wspomnienie tych… innych, może nawet lepszych czasów. - Wtedy śmialiśmy się, że to ptasi behawiorysta i zaklinacz kur. Odkryliśmy, że niektóre metody na zastopowanie przemiany, jeśli się ją zauważy w odpowiednim momencie, działają lepiej niż inne. Złoto, drogie kamienie, wiesz wszystkie te błyskotki. To co sroki lubią najbar…- Zamilkła w półsłowa, kiedy usłyszała znajome nuty.

Słuchała melodii w niemym zachwycie, wpatrując się gdzieś ponad ramieniem Richarda. Gdzie błądziły myśli czarownicy? Daleko stąd. Przesypywały się jej między palcami niczym najczystsze piaski pustyni, napełniały jej serce ciepłem arabskiego słońca sprzed lat. Kiedy jeszcze to wszystko miało jakikolwiek sens, kiedy wystarczyło szepnąć kieruj się tam gdzie mówią po włosku i idź dalej, aż usłyszysz inny język. Ale te wspomnienia nieważne jak słodkie się zdawały, niosły ze sobą ból. Ból, którego uciszona muzyką Lorien nie chciała (nie potrafiła) zrozumieć. Więc wymknęła się z tego mentalnego więzienia, zatrzasnęła na klucz drzwi. W pałacu pamięci pani Mulciber wiele było takich zakazanych drzwi. Jedne pachniały nocnym Londynem, inne chwytały ją za gardło lodowatym podmuchem Morza Północnego. Najbardziej przerażały ją te, od których bił posmak cierpkiego francuskiego wina. Nie powinno ich tu być. Nienawidziła samą siebie za to, że w ogóle tu były.
Dopiero teraz przeniosła spojrzenie na Richarda, uśmiechając się łagodnie. Zupełnie jak nie oka. Zupełnie jakby spadł cały ten ciężar bycia sędzią, panią Mulciber, czy jakąkolwiek rolę aktualnie przyjmowała. Była po prostu Lorien. I to nie był codzienny widok.


RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Richard Mulciber - 09.08.2024

Z Lorien w kąciku na kanapie.

Mocniejszy uścisk kobiecych dłoni na jego ramieniu, było wystarczającym sygnałem, że potrzebowała odpocząć, oddalić się od obecnego towarzystwa, jak w tym przypadku. Poprosiła go o to. Nie bagatelizował tego, biorąc pod uwagę jej klątwę. Zostawił towarzystwo balkonowe, zabierając Lorien do środka. Znalazł odpowiednio spokojne dla nich miejsce, nieco z dala trochę od większości osób.

Siedząc obok, zadając pytanie, obserwował jej zachowanie. Coś było na rzeczy. Nawet, jeżeli zapewniała, że Anthony nie był tego stanu przyczyną. Ale jego obecność jej pomagała? Richard westchnął cicho. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę i podał Lorien. Niech się odpowiednio wytrze i wysmarka. Może w ten sposób uniknie rozmazania się bardziej z tego makijażu na twarzy.
Zaniepokoiła się klątwą? Przyjrzał się jej ciało, gdzie wzrokiem nie mogła dosięgnąć. Spojrzał na plecy, na jej twarz ale nic nie dostrzegał.
- Nie masz.
Uspokoił ją. Aby nie przejmowała się na zapas. Jest sobą. Jest człowiekiem.
Poznał powód, jej zmartwienia, stresu i obecnego stanu. Nie było to przyjemne. Może dlatego Robert wolał, aby nie szła sama? Żeby ktoś przy niej czuwał? Towarzyszył? Chronił? Wyglądała jak wystraszony ptak, któremu oderwano pióra, nie pozwalając się unieść.
- Rozumiem.

Bowiem, rozumiał. Sam nie był z tego wszystkiego zadowolony, zachwycony i tego po sobie nie ukrywał. Dzisiejszego dnia musiał być swoim bratem. Musiał grać, udawać. Choć fundacja bawiła, tak wyciąganie plotek na temat członków ich rodziny już nie bardzo. O tyle dobrze, że nie padały żadne imiona. Richard znalazł się tutaj w takiej sytuacji, że nie tylko musiał zadbać o Lorien, ale i o Sophie. Dwie kobiety jego brata, które w obcym miejscu powinien chronić.

Nie przeszkadzało mu, kiedy Lorien oparła się głową o jego ramię. Żywił do niej niechęć. Pragnął jej śmierci za każdym razem. Usunięcia z domu, z życia Roberta. Winił ją za wszystko. Nawet za to, że przez nią jego brat został naznaczony klątwą. Była przeszkodą. Dlaczego zgodził się jej dzisiaj towarzyszyć? Mógł odmówić.

Nie odmówił.

Te wszystkie negatywne emocje wobec niej darzące, gdzieś magicznie zniknęły. Marszcząc brwi, Richard nie wiedział co się z nim wewnętrznie dzieje. Czy to była wina słyszanej muzyki, czy coś dodano mu do whisky?

Lorien zaczęła mówić szeptem. Pochylił się, aby usłyszeć historię, którą chciała się z nim podzielić. Sprawa kryminalna. Bardzo dobrze mu znana, pod względem działań. Pomysłowości przestępcy. Wykorzystywanie słabszego ogniwa. Znał te przypadki za dobrze. Jako auror aresztował różnych sprawców. Winnych i niewinnych. Wydawał akty oskarżenia jakie spisywał. Nawet w Norwegii zdarzały się takie sytuacje. Tylko, że śmiercią mugolaków nikt się nie przejmował. Takie sprawy najczęściej zamiatane były od dywan.

Spojrzał na Lorien, kiedy skończyła opowiadać pierwszą, długą część historii. Czy ona się tym przejmowała? Najwyraźniej. Dopowiedziała, jaki był finał tej historii. Skazali niewinnego.

Objął ją ramieniem, Pozwalając jej wtulić się do siebie, chcąc dodać jej otuchy.
- Miałem różne interwencje o popełnianych przestępstwach. Zdarzało się, że winę ponosili wykorzystywane niewinne osoby. W każdym kraju, popełniane są błędne działania.
Odniósł się do jej słów. Jakby chciał uświadomić, że nie siedzi sama w tym bagnie? Że nawet aurorzy się z tym zmagają? Myślisz, że złapałeś poszukiwanego przestępcę. A po wyroku okazuje się, że to nie on mordował. Wysadzał instytucje w powietrze. Richardowi mugolaków nie było szkoda ani trochę. Nie przejmował się tym tak, jak Lorien.

Powiódł spojrzeniem w stronę drzwi balkonowych, gdzie wróciła do środka Lorraine. Zaraz po niej, Matthias z Sophie, którzy skierowali się do jednego z pomieszczeń. Sam na sam?

Więc tak wyglądała relacja z Anthonym. Pomagał jej. Z byle jakiego powodu nie dostała tej błyskotki. Odniósłby się do tego tematu, ale coś nie pozwalało skupić mu się na rozmowie. Ta muzyka. Czy ona nie miała dziwnie podwójnego brzmienia? Wzmocnionego? Siedzieli we wnęce pomieszczenia, nie widzieli kto jeszcze gra. Można było się jedynie domyślić.

Ta siła muzyki, zmuszała go do słuchania. Wejściu w głębię siebie i otaczających pomieszczenie nut. Dziwne ciepło w sercu się rozpalało. Richard nigdy tak się nie czuł. Jakby ktoś przebił mu serce złotą strzałą, roztrzaskując kryształowy mur obronny. Czy jest miłość? Nie miał pojęcia. Nie zaznał jej w swoim życiu, od nikogo. Czy może to było coś innego, niezidentyfikowanego?

Z francuskiego był kiepski. Nie znał się na utworach, nie wiedział za bardzo co grają. A może tego utworu nigdy nie słyszał?
Spojrzał na Lorien, która uczyniła w jego kierunku to samo. Uśmiechnęła się. A on, odwzajemnił jej. Działała na niego jak zaraza. Wpatrywał się w jej twarz, jakby tego nigdy nie robił. Nie robił tego w sposób doceniający piękno jej oblicza.

- Masz piękne oczy. Jesteś silną kobietą.
Zarzucił komplementem. Takim, jakim normalnie Richard by nie powiedział. Uniósł wolną dłoń ku jej twarzy, aby opuszkami palców, pogładzić jej policzek. Tę delikatną, ludzko-ptasią skórę. Pod pretekstem otarcia ostatnich łez. Nie patrzył na nią jak do tej pory zdążyła go poznać.

Działanie uroku I tura
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7u6XwWd.png[/inny avek]



RE: [26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy - Isaac Bagshot - 10.08.2024

[Inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=He9j4sv.jpeg[/inny avek]
-Tak, tak - intencje. Prawda.- Przytaknął i oparł rękę za plecami, żeby przyjąć wygodną pozycję i mieć dobry widok na Alexandra. Przygasł nieco, kiedy mężczyzna mówił o oszustwach i niesprawiedliwym (w mniemaniu Bagshot'a), działaniu świata.
Przyjął z powrotem piersiówkę i postawił ją pomiędzy nimi. Nieme przyzwolenie, gdyby Mulciber miał ochotę jeszcze bardziej się znieczulić.
-Mhm, szkoda, prawda? Skoro wiemy, że tak działa świat, to moglibyśmy zrobić coś, żeby działał trochę inaczej. Ale wszystko zależy od chęci i tego, czego oczekujemy od życia. Jednych to bawi i uważają, że dzięki temu jest ciekawiej.- Westchnął pod nosem i przeniósł spojrzenie na Urlett.
-Niestety to drugie. Nie jestem żydem. Mój tata mi wybrał takie imię - z języka hebrajskiego oznacza “śmiech”. I chyba nawet do mnie pasuje.-Uśmiechnął się lekko kącikiem ust.-I pamiętam panią, panno Urlett. Spotkaliśmy się jedenaście lat temu w Norwegii.- Powiedział i spojrzał na piersiówkę. Gdyby znał myśli kobiety, to nie zgodziłby się z nią - nie było czegoś takiego jak “głupie pytania”. Bagshot jako historyk był przyzwyczajony do różnego rodzaju pytań i nigdy nie pomyślał, że któreś mogłoby być głupie albo obrażać inteligencję pytającego.
-Czasami potrzebuje się znieczulić, to fakt. Mogę opowiedzieć Wam co nieco o waszych imionach, albo zostawić na osobności, jeśli potrzebujecie porozmawiać lub po prostu spędzić ze sobą czas.- Gotowy był zostawić ich samych, jeśli chcieli pookazywać sobie "miłość" w bardziej cielesny sposób.