Secrets of London
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Millie Moody - 04.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YHRJi8N.jpeg[/inny avek]
na parkiecie z Peregrinusem


Nie potrzebowała wytrawnych kroków, skomplikowanych kroków, bo sama nie była tancerką wprawną. Był czas, kiedy szlajała się po klubach, był czas kiedy puls przejmował kontrolę nad jej ciałem, znienawidzonym, nie takim, głupim, zachłannym, przeraźliwie zazdrosnym. Dzikie, agresywne ruchy nie ważne czy na zapoconej wysyconej kolorami sali, czy na zapleczu z kimś złapanym w przelocie, bezmyślnie w agresywnym pragnieniu zapomnienia o tym, jak podły był jej los i jak bardzo nie ogarniała zastanej rzeczywistości.

– Nie podoba Ci się? – pycha i zdecydowanie pierzchły wraz z przejęciem przez niego inicjatywy, nie tylko w tańcu, ale też rozmowie. Wielkie jak złociste galeony oczy utkwione były w nim tak dziwnie nienaturalnie znajomo i nieznajomo, jakby nie był to realny taniec, a irracjonalny sen który wbił Mildred w drapowaną materię koloru jej skóry i zamknął usta na wszelkie "kurwy", których w tej rozmowie powinno pojawić się już sześć co najmniej.

– Christopher powiedział, że nie potrzebuję nic więcej poza sobą, aby wzbudzić zachwyt, więc suknia, którą dla mnie zaprojektował... – urwała, pierwszy raz ześlizgując się wzrokiem z jego twarzy, na złączone dłonie, skupiając się moment na krokach, dając wybrzmieć między nimi muzyce, miarowemu raz, dwa trzy, które zdawały się być rozmyte poszumem krwi tak prędko krążącej w żyłach. – Nie podoba Ci się – odpowiedziała przełykając żal, pewna surowości jego opinii, z głową skierowaną wciąż w bok, by nie widzieć tego momentu, gdy zacznie jej kłamać. Nagle to się okazało tak bardzo ważne, co sądzi o tym, nie przypuszczała, że jego opinia nabrzmi gwałtownym crescendem zaciskając drobną klatkę piersiową. Czy to właśnie to oznaczało bycie kobietą? Trwanie w wiecznej niepewności, w pytaniu o to jak pięknym się jest? Skąd te myśli w ogóle się brały, czy wbijał je w głowę stukot obcasów, czy szelest rozkloszowanej ku ziemi sukni? A może to wrażenie nagości, choć gdyby przyszła tutaj pozbawiona ubrania, czułaby się bardziej osłonięta swoim szaleństwem i buntem, który teraz jej odebrano.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Louvain Lestrange - 05.06.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/83/86/4d/83864d5a205dffe85bd314540fa050f1.jpg[/inny avek]
Stoły z Annaleigh, a potem idę w stronę deserów i uderzam do Ambrosie.

Rzadko widział Annaleigh poruszoną czymkolwiek. Zwykle była tą ostoją zdrowego rozsądku z niczym niewzruszoną postawą. Dlatego kiedy to rodzeństwo z najspokojniejszym usposobieniem jest wyprowadzone z równowagi to znaczy, że sprawa naprawdę musi być ciężka. Tak jak wtedy kiedy on, albo Loretta zbyt bardzo dokazywali i Aneczka próbowała ich uspokoić, a oni mieli to gdzieś, aż do momentu kiedy najstarsza robiła płynny swap na francuski i opieprzała ich z góry na dół. Był to wyraźny sygnał zbliżania się do tej cienkiej, czerwonej linii jej cierpliwości, co zwykle skutecznie ustawiało dzieciarnie do pionu.

Dostrzegł ten na wpół karcący wzrok po jego tatuażach, więc oderwał ręce od siostry, by jeszcze zanim ta doszła do sedna ich rozmowy, instynktownie zaciągnął rękaw koszuli z najmroczniejszym tatuażem ze wszystkich. Zmarszczył brwi, bo nie miał pojęcia do czego pije i dokąd miały prowadzić te sarkastyczne pytania.

- On tu jest?! - zawołał mimowolnie, a pierwsza żyłka zdenerwowania zapulsowała tuż nad jego skronią. Żaden ślub, żadna Loretta, tylko ta romska wsza. Ze wszystkich informacji, najwidoczniej ta konkretna go najbardziej poirytowała. Ręka która jeszcze trzymał za dłoń siostry, instynktownie zacisnęła się na jej palcach w tym splocie, a jego paznokcie mogły się przez chwilę wbijać w jej skórę. Puścił ich jednak, sekundę czy dwie później, przecież nie chciał robić krzywdy starszej siostrze. - Nie patrz tak na mnie... - z uniesionymi brwiami wyrzucił półszeptem, kręcąc przy tym głową z niedowierzania, że Annaleigh sądziła, że mógłby coś takiego przed nią i rodzicami ukrywać - dobrze wiesz, że jestem pierwszy który biłby na alarm, gdybym wiedział...- dokończył. Kciukiem prawej ręki zaczął rozmasowywać pulsującą ze złości skroń, milcząc przez chwilę i próbując zebrać myśli do końca.

Na ten moment nie przychodziło mu do głowy nic innego jak wyparcie. Przecież dowiedziałby się jako pierwszy, nawet jeśli kochana bliźniaczka nie powiedziałaby mu w prost, to przecież ktoś by mu doniósł o tym. Pobierać się w sekrecie mogli jacyś przeciętniacy, szarzy czarodzieje bez rozpoznawalności, ale nie takie popularne gwiazdy jak ona.

- Nieee, to niemożliwe. Pieprzy brednie, nie ufaj jego ćpuńskim projekcjom. - uspokoił zarówno siebie jak i An. A tę myśl wyparł i parsknął pogardliwym śmiechem. To jasne, że jedynym powodem po co ten szmatławiec się tutaj zjawił to, żeby napsuć komuś krwi, a w szczególności jemu. Byłby w stanie powiedzieć największe bezeceństwa, byle tylko doprowadzić Louvaina do białej gorączki. Jebana pijawa.

- Nie ma potrzeby ich denerwować, sam to sprawdzę. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby niepokoić jakimiś plotkami na kiju starszych. Matka z ojcem zagotowaliby się pewnie jak knedle, gdyby coś takiego doszło do ich uszu. Bo tak bardzo jak nie miał ochoty teraz nikomu tłumaczyć, że te nierozłączne bliźniaki Lestrange, od niedawna stały się nieco bardziej rozłączne, nie chciał żeby gniew rodzicielski spadł na jej głowę.

I tak bardzo jak nie pokładał wiary w wyssane z palca cygańskie brednie, tak właściwie bez zbędnego odwlekania w czasie, przeprosił i ukłonił się siostrze jakby trochę na pokaz dla obserwujących i poprawiając kołnierzyk koszuli odszedł od niej, zostawiając ją samą. Nie miał bladego pojęcia o co chodziło temu idiocie, oprócz tego że chciał go wkurwić. Jedyny pomysł jaki przychodził Lestrangowi do głowy, to że Mulciber chciał go po prostu sprowokować i wywołać do konfrontacji. Dlatego w żadnym wypadku nie zamierzał podawać się mu jak na tacy i grać tak jak mu cygan na akordeonie zagra, co to, to nie.

Pobłądził chwilę między pomieszczeniami i zbiorowiskami czarodziejów. Tu się z kimś przywitał z rodziny, a tu podsłuchał ploteczki o Atreusie i kapibardze, co delikatnie go uspokoiło. W między czasie zakręcił się przy księdze gości i zostawił od siebie skromny wpis.

Nie miał kompletnie apetytu teraz na cokolwiek, jednak znalazł się w okolicy deserów. Najwidoczniej podświadomie wiedziony aromatem kadzideł o nucie letniej, gwieździstej nocy, bo gdy tylko rozejrzał się po tej lokacji, Ambrosia od razu padła ofiarą jego wzroku. Niczym nakręcony konik ruszył w kierunku swojej zabaweczki. Pora zagrać w jego grę i rozpierdolić na jego zasadach. Kompletnie nie przejął się towarzystwem jakim się otaczała, być może tylko rzucił płaski, zachowawczy uśmiech, by nie zdradzać swoich brudnych myśli.

Zbliżył się do niej od tyłu, w żaden sposób nie anonsując siebie, ani swoich podłych zamiarów. Wystarczyło, by jego aura i perfumy stały się odpowiednimi bodźcami do uruchomienia synestezji McKinnon. Jego wibracje, które miały kojarzyć się z przenikającym na wskroś stresem i paraliżującym strachem. Co tym razem wymyślił sobie Diabeł? Nachylając się nad jej uchem, odgarnął kosmyk blond włosów, tak by jego słowa rozlazły się po jej szyi i karku parszywym ciepłem. - Zatańczysz ze mną, albo wyniosą cię stąd w plastikowej torbie... - wyszeptał prosto do ucha, tak by tylko śliczna zabaweczka mogła to usłyszeć.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Jonathan Selwyn - 05.06.2024

Rozmawiam z Charlotte przy drinkach, potem przechodzę do sali bankietowej do Anthony'ego i Lorraine.

Skinął głową bez słowa przyglądając się rozgrywającej się przed nimi scence. Czy będzie ona tragiczna? Komiczna? Tragikomiczna? Dowiedzą się już za chwilę! Nie ważne jednak czego by nie mówił i jak bardzo, by się teraz nie martwił o przyjaciela, czasem ciężko było nie patrzeć na pozostałą trójkę przez pryzmat dziecięcych wspomnień z Hogwartu, Jonathan wierzył, że Morpheus potrafił sam sobie z tym poradzić, a jeśli nie był… Stali tuż obok.
To znaczy, jak zaraz miał się przekonać, to tylko on stał.
Tak. Dolega – zaczął niemal smutno, podrygując już nieco bardziej widocznie i totalnie nie do muzyki, która dobiegała ich. – Widzisz Lottie, myślę, że moim powołaniem w życiu od zawsze był taniec, a my dalej nie poszliśmy na parkiet.
Nagle zmarszczył brwi. Zaraz. Co ona powiedziała? – Wszystko dobrze? To te drinki, czy udar? – Już chciał jej podać coś, niealkoholowego, do picia, lub krzyczeć, czy na sali był jakiś magimedyk, gdy Charlotte wzięła kolejnego drinka, czknęła i… Zniknęła.
Rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu. Nigdzie jej nie widział, ale przynajmniej miał całkiem porządne podstawy, by sądzić, że to jednak była kwestia drinków, a nie udarów, a co za tym szło – Lottie nie groziło raczej żadne niebezpieczeństwo... A jeśli groziło, to Jonathan współczuł temu niebezpieczeństwu. Ponownie zerknął na Morpheusa i wziął głęboki wdech. Nie. Nie ma mowy. Ufał mu, ale nie będzie sam kontrolował przebiegu tej sytuacji samodzielnie. Już mu wystarczyło, że Lottie gdzieś zniknęła, a taniec dalej go wyzwał. Idzie szukać Anthony'ego, a potem tańczyć. Niech Shafiq oceni co robić.
Wydawało się, że świat dzisiejszej nocy wspiera jego chęć rzucenia się w objęcia tańca, bo oto wypatrzył przyjaciela nie gdzie indziej, jak na parkiecie, tańczącego z blondwłosą czarownicą. Idealnie. Od razu znalazł partnerkę do tańca. Selwyn poprawił krawat i zdecydowanym krokiem ruszył w ich kierunku.
Anthony, pani Malfoy – przywitał się uprzejmie, a następnie przeniósł spojrzenie na Shafiqa. – Przyjacielu, najmocniej przepraszam, że przerywam wam ten niezaprzeczalnie widowiskowy taniec, ale obawiam się, że twoja ekspertyza jest niezwłocznie potrzebna w sali jadalnej – powiedział z najprzyjemniejszym i najbardziej swobodnym uśmiechem na jaki tylko było go stać. Jaka szkoda, że oczy człowieka były w stanie przekazać cały wachlarz emocji, ale nie ważne, jakby nie próbowały, nie potrafiłyby przekazać tak prostego zdania jakim było Morpheus rozmawia z Vakelem, uważam że powinniśmy mu na to pozwolić, ale to ty dzieliłeś z nim dormitorium przez siedem lat, więc ty to oceń, a tak poza tym to Lottie gdzieś się teleportowała, a mnie wzywa taniec. Teraz brązowe oczy Selwyna, które potrafiły przekazać Anthony'emu jedynie lekkie zaniepokojenie, spoczęły na czarownicy. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Ale bez obaw, pani Malfoy, jeśli wyraża pani taką chęć, jestem bardziej, niż skory, przejąć obowiązki Shafiqa jako pani partnera w tańcu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że mam w tym nawet więcej talentu, niż mój drogi przyjaciel.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Septima Ollivander - 05.06.2024

Taniec na parkiecie
— Może szukają ci już kogoś innego. Kogoś kto właśnie tańczy na tym parkiecie.
Nie powiedziała tego z wyczuwalnym rozżaleniem, ale cierpkość jakoś omiotła jej język. Cierpkość i rozżalenie uwieczniły się również w jej sercu po skiepszczonej sytuacji z Sarą, w której choć Ollivanderówna nie maczała palców, to wciąż odczuwała dziwny bełt wyrzutów sumienia czyhający podstępnie w gardle. Bo przecież jakaś niezrozumiała część Timmy chciała aby do ślubu nigdy nie doszło i aby Levi koniec końców został kawalerem jak najdłużej tylko mógł. Ale nie powinna była teraz o tym myśleć, nie kiedy zaproszono ją na uczczenie święta miłości zupełnie innej pary, pary której miało i mogło się udać, wbrew wszystkim głupiutkim półszeptom i spojrzeniom, których kobieta właściwie nie dostrzegała.
Wyglądacie państwo jak władcy Hadesu powiedział z uśmiechem przechodzący obok Morpheus, na co ślamazarna Septima nie zdążyła odpowiedzieć niczym dowcipnym, za to bezsłownie oddała się w dłonie Leviego, porywając się rytmom walca.
Na parkiecie lśniącym od blasku kryształowych żyrandoli, wirowali w akordowej harmonii. On, z wrodzoną dumą i pewnością, prowadził ją delikatnie, jakby ich stopy ledwie dotykały ziemi. Ona, z głową odchyloną lekko w tył, na wpół zamkniętymi oczyma i uśmiechem, maskującym żołądkowy dyskomfort. Była wciąż struta!
Muzyka płynęła łagodnie, otulając ich jak miękka, puchata chmurka, w ramionach której, nareszcie czuła się bezpiecznie i swobodnie.
— Zapomniałam już o tym liście — przyznała, nie dodając, że musiała wtedy być jeszcze pijana — dzięki za odpowiedź — cmoknęła siląc się na niezadowolony ton, bo tak naprawdę to miała mu tego za złe — to było przyjęcie...ekhm taneczne. Troszkę się wygłupiłam i za dużo wypiłam. Spotkałam wiele nowych osób, było głośno, tłoczno oraz niezwykle łatwo było przesadzić z alkoholem.
Wolała żeby nie komentował wypowiedzi żadnym od kiedy ty lubisz tańczyć? A może lepiej jeśli to właśnie ten trop konwersacji Levi podłapie, bo Timmy niezręcznie zjadała swoją pauzę, wilżąc wyobraźnię wspomnieniami gorącego Neapolu i stygnącego piasku pod jej stopami.
Pauza się pogłębiała. Nie wiedziała co odpowiedzieć.
— Nie. To znaczy, nie wiem. Nie, chyba, nie?
Wzrok uniosła na przestrzeń ponad ramionami Leviego, gdzieś w nieokreśloną dal.
— Nie potrafię odczytać tych sygnałów — dodała półszeptem, nachylając się nad jego uchem.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Charlotte Kelly - 05.06.2024

Jestem wszechobecna… znaczy się, teleportuję się to tu, to tam

Puchoni byli podobno lojalni. Pod tym względem Charlotte pasowała od nich jak ulał. Odstawała jednak pod innym: jej lojalność, raz nabyta (a nabyć ją udało się może czterem osobom pod tym słońcem), była lojalnością brutalną i pozbawioną granic. Może dobrze więc, że wypiła tego drinka. Bo gdyby nie spodobała się jej jakaś mina Morpheusa albo gest Vakela, istniało spore prawdopodobieństwo, że podeszłaby tam, zrzuciła Vakelowi na głowę tort - a potem rozpłakałaby się tłumacząc, że to wszystko te drinki, wcale nie chciała, ktoś zamienił się w kapibarę, a potem znowu zamienił się w kapibarę, ona zaczęła mówić od tyłu, a teraz nagle zapragnęła koniecznie kogoś usmarować tortem, niech ich przypadkiem nikt nie pije, i niech szybko zabiorą próbki do przeanalizowania przez jakiegoś mistrza eliksirów, bo przecież ktoś na pewno knuł, aby zniszczyć mariaż Blacka i Rookwoodówny.
Nic takiego, na szczęście dla wszystkich, nie miało jednak miejsca, bo Charlotte Kelly dostała czkawki i znikła z sali z cichym trzaskiem.
Sekundę później, z pewnym zdumieniem zorientowała się, że - wciąż ze szklanką w ręku - stoi w ogromnej wannie Blacków. Pan młody wywietrzał jej już z głowy, więc nie pomyślała o tym, by tu na niego poczekać, a zamiast tego wkurzyła się bardzo, że psują jej zabawę. Wyszła z wanny ostrożnie, nie chcąc przypadkiem się potknąć - powierzchnia była śliska, a ona oczywiście miała buty na obcasach. Gdy już znalazła się na stabilnej powierzchni, bardzo zainteresowała się bajecznie drogim olejkiem do kąpieli, ustawionym na jej brzegu.
Chyba nawet ona nie była pewna, czy chce go podkraść, czy tylko obejrzeć, ale niezależnie od chęci, nie było jej dane zdecydować. Kolejne czknięcie i Charlotte, wciąż z olejkiem w ręku, nagle wylądowała w sowiarni. Tutaj już z jej ust wyrwało się ciche „fuj”, bo chociaż to nie tak, że nie lubiła zwierząt (była może absolutną suką, niemal pozbawioną moralności, ale jednak nie zupełną psychopatką), ale na pewno nie lubiła miejsc, gdzie mieszkało tych kilka i cóż… brudziły, i odchodami, i trofeami myśliwskimi, i resztkami jedzenia. Na całe szczęście chwilę później znów znikła, mignęła gdzieś tam w okolicach tortu, a potem ponownie przepadła – by pojawić się w ogrodach, w dalekiej ich części.
Ponieważ to wszystko trwało, jakiś czas przynajmniej nie miała pojawić się w sali weselnej…
Postać opuszcza sesję



RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Laurent Prewett - 05.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek]
Ogrody -> namioty cyrkowców

Wypadł zdecydowanie za szybko z tego kominka, z holu, wpadł szybkim krokiem długich nóg na alejkę ogrodu. Minął Rosiera mówiącego coś o amortencii, przeprosił go przechodząc obok, bo przecież to nawet nie jego temat dotyczył. Fryzura? Ach, zapomnij, trzeba będzie ją poprawić, bo teraz rozwiane platynowe kosmyki splatały się z wieczornym, letnim podmuchem wiatru. Albo to tylko tempo tej wędrówki je tak rozdmuchiwała. Zarumienione policzki, drżące ręce, a chód miękki, bo jeden drink, nawet jeśli słabszy, w pełni wystarczył selkie do tego, żeby stracić trzeźwość. Pochłaniała delikatność i wyostrzała rysy. Dodawała animuszu, jak to tylko alkohol potrafił czynić. Słodycz na ustach, a w żyłach kilka procentów. Zatruty umysł i zatrute reakcje.

Gdzie była Victoria? Nie, chyba nie powinien zajmować jej tym... rozedrgane myśli kołatały się pod czaszką, a w gardle podchodziła do góry gula. Za chwilę wszystko się uspokoi, jak każda emocja pompująca ciśnienie we krwi. Crow? Gdzie on jest, proszę, proszę, proszę... O ile w ogóle miał prawo jeszcze przed nim stawać we wszystkich zebranych niepewnych. We wszystkich tych pytajnikach, jakie się rodziły. Te wątpliwości zrodziły się w głowie, kiedy zatrzymał się i zobaczył palącego Edga w towarzystwie osoby, która... cóż, chyba to była właśnie ta osoba, z którą dzielił swoje dotychczasowe życie. Odszedłby. Zrobił cierpiętniczą, nieszczęśliwą minę i zostawił tę dwójkę samym sobie, gdyby wszystko stało na równych nogach. Gdyby tercetu jego serca nie grał teraz alkohol i nie miał tak przyśpieszonego pulsu, nie mieszało mu się gorąco z przyjemnym chłodem sierpnia okolonego księżycowym blaskiem. Człowiek, który został tutaj zaproszony, żeby usługiwał ludziom, wobec których czuł taką grubą linię... i nic dziwnego. Przecież dla tych wszystkich czystokrwistych czarodziei był rynsztokiem, który nie zasłużył nawet na spojrzenie na nich. Przez moment więc stał na trawie, zanim w końcu ruszył w ich kierunku - równie sprężystym krokiem, zupełnie innym od tych gładkich, wolnych, jakie zwykł stawiać, jakby każde postawienie stopy było przez niego przemyślane i wykalkulowane. Teraz był z tego obdarty.

- C... - Chciał wypowiedzieć magiczne "Crow", ale na szczęście nie był aż tak pijany, żeby cierpieć na zupełny niedowład myśli, więc to "k", jakie miało wybrzmieć z jego ust, z lekkim poślizgiem przerodziło się w: - ...kkkuurczę ale ładna noc. - Nie, nic mądrzejszego mu do głowy nie przyszło, ale ta głowa była teraz nieskażona mądrymi myślami. - Dobry wieczór. - Zwrócił się tutaj do Alexandra, spoglądając na niego błyszczącymi oczami, z lekko przyśpieszonym oddechem, ale zaraz odwrócił od niego spojrzenie, bo prawda była taka, że ten człowiek go nic nie obchodził po tym jakże przemiłym przedstawieniu, jakie mu urządził na Lammas. Obchodził go tylko o tyle, o ile był powiązany z Crowem. - Zatańczysz ze mną? - Zapytał całkowicie poważnie, spoglądając na Edga. Albo zrób cokolwiek. To napięcie było tak nieznośne, że Laurent się powstrzymywał, żeby nie wyleźć z tej marynarki i nie zrzucić krawatu z szyi. I rzeczywiście chciał z nim zatańczyć. Gdyby nie to, jaki koszmar by przeżył sam Edge, to nawet i w głównej sali, bo czemu nie? Ale teraz, po tej krótkiej przechadzce z Perseusem, już chciał... czegokolwiek. Cokolwiek, co oderwie jego myśli i emocje od tego, jak nieszczęśliwie się tu czuł i jak brudny.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Perseus Black - 05.06.2024

Hol, później jadalnia - okolice drinków

Nie oczekiwał od Laurenta niczego. Obok troski, językiem miłości Perseusa był dotyk; czułe muśnięcie cudzej skóry, ramiona obejmujące mocno i pocałunki składane na skroniach - to było jego jestem przy tobie, możesz się czuć przy mnie bezpiecznie, bo ochronię cię przed wszystkim i nie żądał wzajemności. Ale skąd chłopak miał to wiedzieć? Nie znali się przecież na tyle, choć Blackowi niekiedy zdawało się, jakby znał go całe życie...

Nabrał powietrza w płuca i rozchylił już usta gotów zaprotestować, ale potem przypomniał sobie końskie zęby zatapiające się w rękawie jego kurtki i roześmiał się nerwowo. Rozmowa o czymś neutralnym, może nawet zabawnym z jego perspektywy stanowiła doskonałe remedium na ból, jaki wywoływały inne tematy. A raczej wspomnienia, jakie przywoływały; trudne, nieprzyjemne, wbijające się tysiącem drobnych igieł w serce.

Obawiam się raczej o swoje palce, ale... Tak, uznajmy, że nieco obawiam się koni, które otwarcie okazują swój... entuzjazm — przyznał wreszcie, choć lubił się droczyć i żartobliwie zapierać i chętnie pociągnąłby tę rozmowę w tym kierunku, ale obawiał się, jak Laurent mógłby odebrać jego rewelacje.

Dziękujemy, mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i obejdzie się bez... małych podróżniczych katastrof. Również nigdy nie byłem w Brazylii, nie znam nawet języka i pozostaje mi mieć nadzieję, że uda nam się porozumieć po angielsku, albo... albo chociaż francusku... — znów nerwowy uśmiech zagościł na jego wargach — Kapibary żyją ogólnie w Ameryce Południowej, ale mój kolega magipsychiatra, jeszcze z czasów, kiedy pracowałem w Paryżu, w zeszłym roku wybrał się do Brazylii, ze swoją żoną i chwalił sobie tamtejszy klimat, dlatego pomyślałem, że dlaczego by nie wybrać się tam z Vesperą? Szczególnie... — tu znów zniżył głos, by nikt poza Laurentem go nie usłyszał — ...że z byłą żoną wybrałem się na wycieczkę po Europie. Nie chcę tego powtarzać, nie chcę, żeby pomyślała, że jest... jakimś zastępstwem. Wolę przeżywać nowe doznania razem z nią.

Zmarszczył brwi, słysząc o sprowadzeniu kapibary, a potem uśmiechnął się szeroko, gdy zdał sobie sprawę z tego, że... właściwie myślą z Laurentem tak samo. Przynajmniej w tej kwestii.

Myślałem o tym. Nawet o dwóch, bo kapibary to zwierzęta stadne — odpowiedział — Zwróciłem się kilka miesięcy temu z prośbą o pomoc do Geraldine, ale bez odpowiedzi... Sądzisz, że niegrzecznym będzie przypomnienie o sobie?

Miał przecież dom z ogrodem. Mógłby wykopać (a raczej - zlecić komuś wykopanie) dla nich staw, ogrodzić teren tak, by nie uciekły, albo żeby inne zwierzęta nie zrobiły im krzywdy. Mógłby je trzymać nawet we własnym salonie, ale planował zabrać z Grimmauld Place XIX-wieczne meble i trochę było mu z tym nie po drodze, więc zbudowałby im piękne mieszkanko na tyle rezydencji, gdzie latem znajdą schronienie przed słońcem, a zimą przed mrozem. No właśnie, zimą... Czy to aby na pewno dobry pomysł, by sprowadzał je z ciepłej Ameryki do kapryśnej Anglii?

Dopił swój drink i oddał pustą szklankę kelnerowi, akurat w tym samym czasie, kiedy Prewett wspomniał mu o tym, że ostatnie dni nie są dla niego łaskawe. I już miał pytać o powód, ale natychmiast go otrzymał, choć jakaś część niego podejrzewała, że Laurent nie mówił mu wszystkiego. Nie zamierzał jednak ciągnąć go za język - nie tutaj, nie przy świadkach.

Gdy dowcip jest krzywdzący, przestaje być dowcipem, a staje się zwykłym aktem okrucieństwa — rzucił, wyraźnie wzburzony, choć nawet nie wiedział kto, ani w jaki sposób atakuje zwierzęta w New Forest, ale wystarczyła sama wzmianka, że Laurentowi dzieje się krzywda i już gotów był do walki — Co na to Brygada Uderzeniowa?

A potem na jego twarzy odznaczyła się jeszcze większa bruzda wyrażająca zmartwienie.

Obawiasz się zranienia, czy odrzucenia...? — zapytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. Zresztą w tym samym czasie na horyzoncie pojawił się kelner, któremu oddał swoją laskę i ze zmieszaniem oświadczył, że zostawił ją na Grimmauld Place. Dlaczego tam, zapytał go Perseus, a on bąknął w odpowiedzi coś, co miało sens tylko i wyłącznie dla Blacka, który westchnął przeciągle i uśmiechnął się do swojego towarzysza przepraszająco.

Zaprowadził więc Laurenta do nieużywanego dziś pokoju, skąd za pomocą sieci fiuu udali się na Grimmauld Place i nie było kilka, może kilkanaście minut. A kiedy wrócili do holu, ich policzki były rumiane i oczy błyszczące, ale sami panowie zdawali się unikać swojego spojrzenia. Czyżby poróżnili się podczas swojej krótkiej wycieczki do Londynu? Nie, to nie była złość.

Przepraszam za to, ja... — zwrócił się wreszcie do Laurenta, ale nie dokończył, bowiem oto przed nimi stanął sam Christopher Rosier. Och, nie. Chyba będzie chciał pomówić z nim o Atreusie. I choć teraz Perseus miał swoją laskę i wiedział, co robić z dłońmi, tak czuł się bezbronny wobec oskarżeń. Amortencja? Chciał, żeby drinki były niezapomniane, ale... ale... One same miały być dla niego niespodzianką. Szukał spojrzeniem Laurenta, ale on się ulotnił, pozostawiając go samego z rozeźlonym Christopherem.

Proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny, monsieur Rosier — odpowiedział skruszony — Nie miałem pojęcia... natychmiast rozmówię się z barmanem...

I odszedł; wszedł do jadalni, rozglądając się za kimś... Kimkolwiek, z kim mógłby porozmawiać, ale w tłumie nikogo takiego nie dostrzegł - przynajmniej niezajętego rozmową. Sama Vespera siedziała teraz przy ich stole, a jego miejsce zajęła jedna z kuzynek dyskutująca o czymś zapalczywie z panną młodą. Skierował się więc w stronę baru i zamówił mocny drink, nie dbając o jego efekty...

!weselnedrinki

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=1kdk7ko.png[/inny avek]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 05.06.2024

Kilka łyków słodkiego trunku i jedno mrugnięcie później uświadamiasz sobie, że… co ty tu w ogóle robisz? I kim jest ten fagas w garniaku i pannica w białej sukni? To jakiś ślub, jak nic, tylko kim są nowożeńcy? Nie potrafisz sobie przypomnieć szczegółów o pannie i panu młodych.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - The Overseer - 05.06.2024

Ogród, w pobliżu występujących z ogniem cyrkowców


Wpatrywałem się we Flynna zapewne tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy odezwał się do mnie. W sensie, cofałem się ze wspomnieniami do naszych początków, do momentu, kiedy został przygarnięty do cyrku i nie mówił nic. Kompletnie nic. Do kogokolwiek. Podejrzewaliśmy, że był niemową, ale wtedy coś powiedział. Do mnie. Cicho i niewyraźnie, nieśmiało i ochryple, jąkając się bardziej niż coś faktycznie przekazując.
Teraz ponownie tak wsłuchiwałem się w jego głos, wpatrywałem w jego spojrzenie, że chwilę trwało, nim tak na dobrą sprawę dotarło do mnie, co też mi przekazał. Zresztą, to i tak nie było tak istotne, jak to, że ponownie rozmawialiśmy, ale w końcu mój wzrok powędrował z ciekawością ku niebu i ujrzałem miliardy gwiazd nad nami. Wolne, leniwie migoczące, wiszące tam o setek tysięcy lat. Faktycznie było pięknie. Podobne widoki mieliśmy ostatnio nad Little Hangleton, a teraz - w Londynie - trochę mi tego brakowało.
Wróciłem spojrzeniem do Flynna. Jego oczy również błyszczały, były niczym para gwiazd. Wciąż ściskałem jego rękę, ale jakoś nie potrafiłem jej puścić i się tak odsunąć kompletnie. Może na pozór nie był to romantyczny gest, tylko raczej nakazujący stanie tu ze mną, ale dla mnie jak najbardziej był silnie emocjonalny i ważny. Ważny, tak ważny, że nie byłem w stanie zdobyć się na jego przerwanie. Chciałem mu tak wiele przekazać, tak wiele dać od siebie, ale trwaliśmy właśnie w nieodpowiednim momencie, oboje zmęczeni i przytłoczeni, ale... Chociaż słowo? Dwa słowa?
- Ko... - zacząłem, ale przerwał nam Laurent „Platynowa Blondie” Prewett. Aż się rozejrzałem wokół, czy aby na pewno wciąż znajdowaliśmy się na weselu, niepewny, czy coś mi się nie mąciło w głowie, ale zamrugałem dla pewności kilka razy, zatrzepotałem rzęsami i, cóż, wciąż widziałem Prewetta naprzeciwko siebie. Na mojej twarzy pojawiła się wyraźna niechęć. Tak właściwie to zalała mnie złość. Bezczelny gnój.
Kiedy występowaliśmy, wszystkie oczy były zwrócone w naszym kierunku. W tej jednej chwili ciekaw byłem, czy robiąc tego drobnego rabanu, również miałem skierować oczy wszystkich na siebie, czy raczej trwający właśnie występ będzie mi niczym zasłona skrywająca moje nierozważne uczynki? Wszystko miało okazać się za dosłownie parę sekund, bo właśnie puściłem Flynna, ale tylko w jednym celu - żeby zrobić odpowiedni zamach w kierunku twarzy Blondyna.

Przewaga: Walka wręcz I + rzucam na to jak mocno Cię zaboli Nyan
[roll=Z]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Augustus Rookwood - 05.06.2024

Wstałem od stołów i zmierzam do Imogen; pewnie okolice parkietu?

Marzenia są na wyciągnięcie ręki[/i] - odczytałem swoją wróżbę jedynie w myślach i jednocześnie zastanowiłem się, które z moich marzeń mogło być na wyciągnięcie ręki. Raczej nie to o nieograniczonej potędze? Z Aveliną to już był kompletny koniec, zanim cokolwiek zaistniało...? Więc może pokój między mną a małżonką? Miała mi za złe, że mój wzrok leciał w innym kierunku, że pragnąłem dotyku innej kobiety... Tyle że nic nie miało miejsca. Powiedzmy, że nic, bo wciąż wspominałem ten moment na trawie tuż obok niewielkiego stawu.
Tak się oddałem temu rozmyślaniu, że straciłem z oczu to poruszenie i ponownie jąłem szukać wzrokiem Imogen. Pragnąłem usilnie wiedzieć, gdzie się w tej chwili znajduje. Zbyt długo jej nie było u mojego boku, a miała zniknąć zaledwie na parę minut. Przez myśl mi przeszło, że mogłaby działać mi na złość, ale... ale ona nie byłaby do tego zdolna, szczególnie że... Nie, po prostu nie mogła.
Zacisnąłem palce na widelcu. Wypatrzyłem ją w tłumie, bardziej na obrzeżach, przy ścianie, kiedy rozmawiała z kolegą z pracy. Ten pismak za bardzo się uśmiechał, zbyt niewinnie i beztrosko, a Imogen... JESZCZE ZACZĘŁA MU POZOWAĆ DO ZDJĘCIA! Nie mogłem tego tak zostawić, więc wstałem, porzucając niedojedzoną przekąskę. Otarłem usta, po czym ruszyłem przed siebie, po drodze jedynie chwytając za kieliszek od zabłąkanego kelnera. Zamierzałem dotrzeć do Imogen i porwać ją do tańca, o ile zabrany ze stołu drink... nie pokrzyżuje mi planów? Bądź co bądź, wypiłem do dna.

!weselnedrinki