![]() |
|
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398) |
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Daisy Lockhart - 24.11.2022 Daisy uniosła aparat by zrobić zdjęcie zwycięzcy licytacji, Elliotowi Malfoyowi. Zmarszczyła brwi dochodząc do wniosku, że warto byłoby poprosić go by zapozował do zdjęcia razem z Erikiem Longbottomem. Zwycięzca licytacji i towar, który kupił. Warto byłoby się też dowiedzieć, czy kolacja, którą obydwaj mężczyźni zjedzą będzie – po prostu kurtuazyjnym spotkaniem dwójki przyjaciół (nuda), czy spotkaniem biznesowym (jeszcze większa nuda).
Po zrobieniu zdjęcia, znowu zwróciła pełną uwagę na Atreusa, wsłuchując się w jego słowa. Posłała mu krótki, niezbyt szeroki acz aprobujący uśmiech. Tak naprawdę tkwiły w niej teraz jakby dwie natury. Pierwsza, dziennikarska zgadzała się ze słowami mężczyzny. Tyle dziwnych rzeczy działo się na balu, że nie był to czas na to, by skupiała całą uwagę na znanej piosenkarce Faye Longbottom. Ale ta druga natura… ta druga najchętniej cisnęłaby aparat w kąt, złapała Atreusa za rękę i sama pociągnęłaby go w jej stronę. Potrząsnęła głową, walcząc sama ze sobą o to by wygrała w niej dziennikarska rzetelność, ale nie mogła powstrzymać się przed zwróceniem wzroku w kierunku zmierzającej na scenę Faye. Wzroku, który wcale nie był uprzejmie zainteresowany występem wielkiej wokalistki, ale płonął osobliwym żarem. Przecież to nic złego, jeśli na krótki moment dam się pochłonąć jej występowi, pomyślała. Daisy słuchała śpiewającej, patrząc na nią tak, jakby wszystko zostało przygotowane tylko dla niej, jakby Fae – nawet nie zdająca sobie sprawy z jej istnienia, prowadziła z nią jakąś osobliwą grę miłosną, której zasady znały tylko we dwie. Bo w dziwnym, pokręconym umyśle Daisy toczyły właśnie grę. Ona już wiedziała, że pasowały do siebie idealnie. Były jak dwie strony tej samej monety, jak dwie połówki jabłka, dwie komory jednego serca. Teraz jeszcze Faye musiała to zrozumieć, zaakceptować i odwzajemnić uczucia młodziutkiej dziennikarki. Nie zdając sobie nawet sprawy z tego co robi, Daisy ruszyła w stronę sceny. Nie myślała o tym by zrobić śpiewającej zdjęcie do gazety, ale by sfotografować ją dla siebie. Zamknąć w kolejnej ruchomej fotografii a potem podziwiać, oprawioną w ramkę i stojącą przy łóżku. Jej Fa… Krzyk. Zaklęcia. Zamieszanie. Daisy z trudem odwróciła wzrok w chwili, w której Nora Figg zdążyła przeobrazić się zupełnie w bobra a Alastor Moody rzucał się do splatania zaklęcia by ją odczarować. Zdumiona tym, co się działo, zaczęła pstrykać zdjęcia jak szalona. I przemienionej w bobra Norze, i Alastorowi, i Perseusowi Blackowi, i Brennie Longbottom. Gdzieś pomiędzy jedną a drugą klatką, czuła narastającą w niej wściekłość. Jak oni śmieli zniszczyć tak piękny występ?! Ale największą, największą wściekłość poczuła na widok Florence Bulstrode, która – w czasie, gdy Daisy dokumentowała cały ten cyrk – zdążyła wejść na scenę i dotykała właśnie Faye. Zazdrość była brzydką cechą, ale natura obdarzyła nią pannę Lockhart wyjątkowo obficie. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Erik Longbottom - 24.11.2022 Młody Longbottom nie musiał się specjalnie kryć z tym, że wpadł w niemały zachwyt, gdy rozpoczął się występ Faye. Nie miał pojęcia, czy była to magia, czy też efekt jej nadzwyczaj zjawiskowego głosu, nad którymi miłośnicy jej talentu muzycznego rozpływali się w niezliczonych dyskusjach i artykułach prasowych, jednak jedno było pewne; cokolwiek robiła, działało. I to bardzo dobrze. Erik zdołał nawet zapomnieć o tym, że jeszcze chwilę wcześniej chciał nie tylko pogrozić, ale też być może zrobić realną krzywdę swojej siostrze. O, spałaby na dworze, to byłaby całkiem niezła kara. Na początek. Swoiste preludium do kolejnych potworności, jakie dla niej przygotował. Na Merlina, jak ona cudownie śpiewa, pomyślał i akurat, gdy utwór zaczął dobiegać końca, coś wyrwało go z zamyślenia. Zmarszczył oczy, jak gdyby ktoś go wyrwał ze snu. Rozejrzał się to w jedną, to w drugą stronę, jak gdyby nie do końca wiedział, co się stało. Miał jednak świadomość tego, że właśnie znalazł się w samym środku wielkiego chaosu. Nora została zamieniona w bobra. Albo innego dziobaka. Ciężko było określić z takiej odległości. Zanim zdołał wyrwać się do przodu, w stronę Perseusa, jego drewnianej laski oraz zdziczałej świnki morskiej zmierzał już Alastor Moody oraz Brenna. Młody detektyw cofnął się o parę kroków, co by nabrać lepszej perspektywy i ruszył na około, aby dostać się do tego całego zbiegowiska. Gdyby próbował przepchnąć się tą samą drogą co siostra, to raczej nie byłby to najlepszy pomysł, gdyż w ślad za nią ruszył niemały tłumek. Tak, róbcie jeszcze więcej zdjęć, pomyślał z przekąsem, truchtem pokonując metry, gdy uderzył w niego kolejny flesz aparatu Daisy. Eh, ta to miała dopiero wyczucie czasu. Koniec końców Erikowi udało się dostać na miejsce stosunkowo szybko, akurat, gdy ujrzeć na własne oczy atak transmutowanej Nory na drewnianą laskę Perseusa Blacka. Wprawdzie nie musiał tego robić, aby lepiej widzieć, ale stanął na palcach, aby lepiej ocenić sytuację, a wtedy ktoś na niego wpadł. — Ugh — Skrzywił się, chociaż w gruncie rzeczy nawet go to nie zabolało. Opuścił wzrok i zamrugał zaskoczony, gdy skrzyżował spojrzenie z parą niebieskich tęczówek. Cofnął się pół kroku, zdając sobie sprawę, że wpadł prosto na Elliotta. Przywołał na twarz nieco zestresowany uśmiech. — Nic się nie stało, dużo tu się dzisiaj dzieje. Poza tym mówiłem, że Cię później znajdę i... Urwał, gdyż w tej chwili poczyniono próbę odczarowania Nory. Odetchnął z ulgą, wypuszczając powoli powietrze z płuc i kręcąc głową z niedowierzaniem, Takich atrakcji, to się nie spodziewał tej nocy. A to miało być takie spokojne przyjęcie. Aukcja, mała potańcówka, może jakiś papieros na tarasie, parę przemów i tyle. Bogowie mieli najwyraźniej inne plany wobec nich, gdyż zsyłali jedną niespodziankę za drugą. Parsknął niekontrolowanym śmiechem na dźwięk żartu Elliotta o drewnianym interesie, jednak próbował go zamaskować atakiem kaszlu. Cóż, na pewno nie była to sytuacja standardowa, toteż nie dziwił się, że reakcje na to widowisko również nie należały do najzwyklejszych. Zaraz, czy ktoś tam leży?, zaczął się zastanawiać Erik, gdy zobaczył, że partner Nory leży nieprzytomny na ziemi. Co tutaj się w ogóle działo? Otworzył zaskoczony usta, gdy do Theseusa dopadła nie jedna, nie dwie, a aż trzy osoby. Geraldine, William oraz Giovanni. To dopiero było szybkie. W sumie nie powinien się dziwić. Na przyjęciu bawili się nie tylko przedstawiciele Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, ale też całkiem spora liczba medyków ze szpitala św. Munga. Brakowało im tylko okolicznej drużyny strażackiej do tego zestawu. Na Merlina, oby tylko teraz nic nie stanęło w płomieniach. Nie powinien w ogóle tak myśleć. — Wygląda, jakby była w lekkim szoku, ale chyba będzie żyć — stwierdził, taksując Norę uważnym wzrokiem. Huh, zupełnie, jakby był prawdziwym ekspertem. Z niemałym zaskoczeniem zauważył, że Elliott również ruszył do pomocy. Licytacja chyba naprawdę wyciągnęła na wierzch jego najlepsze instynkty. Najpierw obdarowanie schroniska i sierocińca tak hojną kwotą, teraz pomoc na własną rękę... Nie sposób było tego nie docenić. Erik przeszedł te kilka kroków dzielących go od siostry. — Zaraz zlecą się sępy, zasłoń ją jakoś, bo wyląduje na pierwszej stronie porannego wydania gazety — rzucił cicho, po czym wrócił na poprzednie miejsce, odwracając się jednak tyłem do zgromadzonych wokół Nory i Theseusa ludzi. Że też ja mam takie dobre serce, pomyślał, przygotowując się na to, że będzie musiał się ponownie zmierzyć z gronem reporterów. Cóż, jeśli będzie musiał, to zasłoni Norę własnym ciałem i zajmie jej miejsce na okładce. Zmierzy się z tymi złaknionymi świeżej krwi dziennikarzami. Niech będzie, czego się nie robi dla swoich najbliższych. Ach, gdyby ktoś jeszcze zechciał mu teraz pomóc w tej bitwie... RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Nora Figg - 25.11.2022 Eleonora, a racze jej bobrze wcielenie zaatakowało laskę Perseusa Blacka, udało jej się ją ugryźć nim ktokolwiek zdążył zareagować. Co działo się wtedy w jej głowie? Jakiś instynkt, coś wewnątrz tak bardzo pragnęło drewna, że nie potrafiła się temu oprzeć. Nie liczyło się nic więcej, w tej krótkiej chwili tylko ona i laska Perseusa. Nigdy w swoim życiu nie czuła czegoś takiego. Wiedziała, że coś jest nie tak, że nie jest sobą, później było tylko gorzej. Dostała zaklęciem, nie miała zielonego pojęcia, kto przywrócił ją do normalności. Kiedy powróciła do swojej ludzkiej formy czuła w ustach dziwny posmak, podniosła głowę i dotarło do niej, że jest źle. Bardzo źle. Pierwsze przyszło zakłopotanie - tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy, z tego co się przed chwilą wydarzyło. Powoli zaczęło do niej docierać. Ktoś przypadkiem musiał ją transmutować - tylko dlaczego właśnie ją, dlaczego to zawsze ona musiała znajdować się w takiej poniżającej sytuacji. Czuła, że wzrok wszystkich jest skierowany właśnie w jej kierunku. Gdyby tylko umiała się teleportować, zapewne już by to zrobiła. Najchętniej zniknęłaby i nie pokazywała się nikomu przez najbliższe kilka lat. Wstyd, który ją ogarnął spowodował, że jej twarz oblała się rumieńcem. Ta okropna suknia, którą na siebie włożyła zaczęła ją kuć w każdy milimetr ciała. Po co właściwie tu przyszła? Mogła się domyślić, że to skończy się katastrofą, tylko upewniła się, że ona nie pasuje do tego świata. Bankiety, bale - nie powinna w ogóle brać pod uwagę, że jest inaczej. Odruchowo się wycofała, przesunęła do tyłu, jednak jeszcze nie podniosła, gdyby wstała, wtedy wszyscy by się w nią wpatrywali (jakby teraz tak nie było), a tego nie chciała. Podłoga powodowała, że czuła odrobinę bezpieczeństwa. Pierwszą z osób, które zauważyła był Alastor, zupełnie zignorowała to grono bogaczy, którzy znajdowali się tuż przed nią, nie chciała na nich patrzeć, czuła tę pogardę, to było wystarczające. Figg najwyraźniej pełna była kompleksów. Moody chyba chciał jej pomóc, w końcu trzymał różdżkę w ręku, z tej odległości nie była w stanie zauważyć, że był pijany. Oczy jej się zaszkliły, wpatrywała się w niego wzrokiem błagającym o pomoc, jeszcze moment, chwila i pęknie. Dla Norki było to zbyt wiele. Dawno nie czuła takiego upokorzenia, objęła rękoma kolana i zaczęła się trząść. Nie miała zielonego pojęcia, co powinna teraz zrobić. Czuła się źle, najgorsze było to, że wszyscy na nią patrzyli, miała wrażenie, że całe ciało ją pali, jeszcze moment i spłonie ze wstydu. Jeszcze bardziej skuliła się, kiedy zauważyła błysk aparatu Daisy. Nie miała pojęcia, jak wyjść z tego wszystkiego z twarzą, czuła, że już po niej, że będzie to ogromny skandal. Tylko tego brakowało jej do szczęścia. Uciekała wzrokiem, nie chciała zobaczyć rozczarowania Brenny i wszystkich innych, którzy się tutaj znajdowali, w końcu przez nią ten bal okazał się być katastrofą. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Mavelle Bones - 25.11.2022 - Och, znalazłeś je – ucieszyła się wyraźnie, gdy Patrick wrócił ze zdobyczami. I owszem, może muffinki nie pasowały do tego rodzaju przyjęcia, ale Brenna najwyraźniej wciąż pozostawała Brenną i jakoś nie byłaby chyba sobą, gdyby nie przemyciła mniej wyrafinowanego smakołyku. W każdym razie nie miała najmniejszych oporów przed tym, by zaraz zwinąć jedną muffinkę – nawet jeśli absolutnie, całkowicie nie pasowała do trunku, jaki właśnie sączyła. Wszak najlepiej pasowałaby do piwa, tego jednak nie dało się tu uświadczyć. - Irracjonalna to mało powiedziane – stwierdziła cicho. Cóż, stała przy Seraphinie Prewett, gdy ta tak bardzo podbiła stawkę, więc siłą rzeczy nie uszło to jej uwadze – zrobiła też całkiem niemałe oczy, gdy dotarło do niej, jakie kwota znalazła się na stole. Tyle że jeśli ktokolwiek myślał, iż jest ona wysoka, to bardzo, bardzo się pomylił, bowiem przerodziło się to w jakąś wojnę – bezkrwawą, na szczęście, choć zaczynała się nawet zastanawiać, czy przypadkiem zaraz nie pójdą różdżki w ruch; w końcu licytowali ci z niemałymi fortunami, więc zabawa mogła trwać długo, aż do utraty cierpliwości. Ewentualnie majątku, gdyby ktoś postanowił zagrać va bank, w co jednak mocno wątpiła. Bo chyba nikt z tu obecnych nie był tak szalony…? Prawda…? - … uau, ktoś tu miał dobry pomysł z tą kolacją – wymruczała cicho, z zainteresowaniem obserwując, jak kwoty stawały się coraz bardziej absurdalne. Do tego stopnia, iż w końcu zdecydowano się przerwać licytację – z jednej strony dobrze, z drugiej? Jakiś wewnętrzny chochlik bardzo, ale to bardzo chciał się przekonać, jaka suma okazałaby się zwycięską i jednocześnie na tyle zaporową, by na placu boju pozostała tylko ta jedna, jedna osoba. Cóż, niestety nie będzie jej dane zaspokoić ciekawość w tej materii, bo ostatecznie sprawę rozstrzygnął Los. - Pójdziemy się przewietrzyć? – zaproponowała, doszedłszy do wniosku, że przydałoby się zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. I może też wyjść po prostu z tłumu, w końcu to nie tak, że sala balowa Longbottomów świeciła pustkami. Choć skierowane głównie do Patricka, Seraphina również została nim objęta – w końcu po takiej licytacji, zakończonej przegraną, być może pragnęła odetchnąć, ochłonąć? Niezależnie od tego, czy kobieta wyraziła wolę towarzyszenia im czy nie, razem ze Stewardem wyśliznęła się na taras, gdzie mieli pozostać przez długą chwilę. Występ Faye dobiegał ich uszu, więc to nie tak, że urok wili nie dotknął ich w najmniejszym choćby stopniu. Wspierając się na barierkach tarasu, spoglądali na rozpościerające się przed nimi tereny; będąc przy tym bardzo błogo nieświadomym tego, co się zaczęło dziać za ich plecami, wewnątrz sali. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Eunice Malfoy - 25.11.2022 Uniosła brew, gdy licytacja została przerwana. W zasadzie coś niedopuszczalnego, przynajmniej wedle filozofii wyznawanej przez ród Malfoyów; w końcu zdanie się na los nie pozwalało na dobitne zaznaczenie swojej przewagi nad innymi, nie dawało tego poczucia zwycięstwa, tej słodyczy, jaka za nim szła. Po prostu… decydował los, łut szczęścia, coś, co mogło sprawić, iż opcja z najmniejszymi szansami nagle okazywała się tą zwycięską. Ale dobrze, skoro ostatecznie posłuchała swego męża i odpuściła, to nie widziała zbytnio powodu, żeby siać teraz ferment i zgłaszać obiekcie; tu decyzja należała już do brata, czy przyjmie takie rozwiązanie czy też wolałby nadal rzucać coraz wyższe i wyższe kwoty, które niejednego mogłyby przyprawić o palpitacje serca. Inna sprawa, że jeśli chodziło o zgromadzonych w tym miejscu, to zapewne już nie robiły takiego wrażenia; w końcu jakkolwiek by nie patrzeć, głównie znaleźli się tu ci z zasobniejszymi skrytkami w Gringottcie. Pokręciła głową, gdy dobiegło ją pytanie Perseusa; w tej chwili nie bardzo odczuwała apetyt. Zresztą, od jakiegoś czasu generalnie bardziej jej się nie chciało niż chciało jeść, co generalnie sprawiało, iż posiłki stawały się przykrą koniecznością. Cóż, wypadałoby nie zemdleć na oddziale w trakcie udzielania pomocy, z powodu tego, iż organizm miał niewystarczającą ilość energii do funkcjonowania, prawda? - Jeśli chcesz, to oczywiście, częstuj się. Ja podziękuję – wyrzekła cicho, po czym pociągnęła łyk alkoholu. Cóż, w pewnym sensie to też było „jedzenie”, w formie płynnej. I tak, dobrze wiedziała, że tego się nie dało nazwać kolacją, ale tak na mocno upartego, naciągając wszelkie możliwe fakty… Pogratulowała bratu wygranej, po czym skupiła się na występie Faye. Kobieta śpiewała naprawdę pięknie i Eunice średnio zauważyła, jak bardzo jej uwaga została pochłonięta przez ten artystyczny występ. Przynajmniej do chwili, w której nie rozległ się okrzyk męża. Świnka morska? Jaka świnka morska? - Czyś ty widział kiedy świnkę? – fuknęła, wyciągając różdżkę z zamiarem… trudno powiedzieć, jakim dokładnie, bo cokolwiek planowała, cokolwiek przewijało się przez myśli, to najzwyczajniej w świecie nie zdążyła tego zrealizować. Zamiast stworzenia wgryzającego się w laskę Perseusza na podłodze znajdowała się… kobieta. Wyglądała na trochę zagubioną, a już na pewno na co najmniej oszołomioną. Stąd też po krótkiej chwili wahania zdecydowała się przykucnąć, wyciągając do niej dłoń, za którą ta mogła chwycić; wtedy Eunice planowała wstać i pociągnąć ją za sobą, żeby nie siedziała na podłodze. - W porządku? Nic ci nie jest? – spytała łagodnym tonem, jakby przemawiała go wystraszonego szczeniaczka. Czy coś. 396/2206
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Alice Selwyn - 25.11.2022 Alice poważnie się zastanowiła nad słowami kuzynki o ewentualnych genach odziedziczonych po wilach. Może by wyjaśniało to zamieszanie i popularność Longbottoma, których źródła jej samej nie wydawały się takie oczywiste. Niewątpliwie Erik był obiektywnie estetyczny i charyzmatyczny, ale ona sama pozostawała głęboko sceptyczna wobec porywów serca, nauczyła się na bogatym doświadczeniu swojego rodzeństwa i afer wokół teatru, że chwilowe fascynacje i poddanie się emocjom kończą się nieciekawie, lepiej jej było nie wchodzić do tej rzeki. Oczywiście istniało drugie wyjaśnienie sytuacji, że wszystkie trzy stanowiły mocną reprezentację nieczułych i starych panien, bo jakoś tak założyła, że wszystkie cierpią na tą samą przypadłość stanu cywilnego. - To przez nasze wspólne rozczarowanie magicznym społeczeństwem, mamy odporność na takie sztuczki - zaśmiała się nad kieliszkiem, z którego już ponad połowa ubyła. Wygodniej byłoby, gdyby kelner stał gdzieś na orbicie Alice, niż jak będzie go przywoływać znowu. Nie miała planu się upić, ale kto kiedykolwiek miał robić coś takiego na oficjalnym przyjęciu z prasą, z drugiej strony nie miała problemu z utrzymaniem trzeźwości po kilku kieliszkach. - Nie lubi - przytaknęła odnośnie uwagi na temat ich wspólnej kuzynki, - jednak lubi zmienne i nie kłóci się z losem, który zdecydowanie tym razem rozstrzygnął sprawę. - Nie zmieniało faktu, że może i Seraphina nie była pamiętliwa, ale pamiętała i może kiedyś przydarzyć panu Malfoyowi drobne złośliwości losu, jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja. Skinęła Florence, gdy ta się oddaliła. - Jeśli masz rywalizować z Vakelem Dolohowem, to prowadzisz salon wróżbiarski? - spojrzała z zaciekawieniem na Astorię. - Jestem beznadziejna z wróżbiarstwa, jedynie mi wyszło coś lepszego, gdy w sprawę były zaangażowane runy, zwykle widziałam marny koniec. - No też to widziałam, to było naciągane do granic, ale to szło wybronić zawsze. - Och - cicho jej się wyrwało, gdy swój występ rozpoczęła Faye. Alice miała za sobą długie lata na oswojeniem się ze scenicznym czarem swojej kuzynki, ale nie dało się go zignorować, więc jej uwaga została całkowicie pochłonięta na moment. - No, nie wierzę - odezwała się szeptem Alice, gdy ogólne zamieszanie rozlało się po sali. Zdążyła dostrzec bobra, nie miała, jednak pojęcia, że to Norka, pewnie by już wyciągnęła różdżkę, ale to Brenna zdążyła odczarować biedną Figg. Do Fletchera nawet nie pchała się, bo z jej umiejętnościami mogła by go jedynie skutecznie dobić. - Tam już jest dość ludzi. - Zresztą Alice to chętnie mogłaby zostać lożą szyderców, jej matka i ciotki byłyby zachwycone takim materiałem do plotkowania. - Myślałam, że na parkiecie dojdzie do scen tragicznych, ale nie obstawiłam dobrze osób - z zawodem malującym się na jej twarzy, zwróciła się do Astorii. - Oddałabym z dwie nogi* Erika Longbottoma, żeby być osobą odpowiedzialną za nagłówki do artykułów z relacją z balu. “Wejście bobra na parkiet” lub podpis zdjęcia “Erik Longbottom zwycięski i bohaterski” czy “Pięć powodów, dla których nie warto sięgać po różdżkę pod wpływem, czyli relacja balu charytatywnego”. *jakieś dziesięć tysięcy galeonów RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Theseus Fletcher - 26.11.2022 W jednym momencie widział bobra cień, w drugim jego oczy zasnuła ciemność. Czy to bóbr właśnie? Wylądował na nim, skarcił go za poczynania, których sam przecież nie był przyczyną? Nie wiedział. Z ciemności wyłaniały się kształty, przyciszone głosy szumiały gdzieś w oddali, on zbliżał się do światła, które połyskiwało niewyraźnie na horyzoncie. Nic nie było dla niego zrozumiałe. W końcu poczuł się miło, jakby otulony kołdrą wspomnień, których nie mógł określić. Zapachem, który rozpoznawał, ale nie był w stanie dopasować do wydarzenia, osoby. Mógłby przysiąc, że czuje na sobie czyjeś dłonie, słyszy znany sobie, miły głos. Wszystko to jednak po chwili prysnęło. Runęło w przepaść, a on w swoim śnie zaczął unosić się gdzieś w powietrzu. Po chwili jednak zaczął ogarniać go lęk, dziwna siła zawładnęła jego ciałem i rzuciła w tę samą przepaść. Obudził się z wielkim bólem. Nie otwierał jeszcze oczu, dotykał rękoma na ślepo wokół, po podłodze. Wciągnął powietrze z wielkim trudem i westchnięciem, kaszlnął i kolejnym haustem próbował podnieść się z ziemi. Czy Theseus spadł na twarz i uszkodził sobie nos? [roll=TakNie] Wszystko było z nim w miarę w porządku. Obyło się bez większych uszkodzeń. Zaczął dotykać się po twarzy, nos miał na miejscu. Otworzył oczy, widział. Dotykał się po głowie, bo czuł, że wszystko wiruje, a gdzieś w miejscu na razie jeszcze dla niego niezidentyfikowanym, ma guza wiekszego pewnie niż własna pięść. - Muszę stąd wyjść. – powiedział niewyraźnym głosem, jakby zamiar miał zwymiotować. Wyglądał blado. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Astoria Trelawney - 26.11.2022 Podstawowa zasada nie mieszaj przepadła, gdy Alice wezwała gestem kelnera. Astoria, korzystając z okazji, odstawiła niemal już pusty kieliszek bąbelków i sięgnęła po wino o pięknej rubinowej barwie. Słuchała uwag towarzyszek i nie sposób było się z nimi nie zgodzić. Ktoś zrobił sobie bardziej osobisty pokaz siły z licytacji kolacji w uroczym towarzystwie. Później jednak stało się coś magicznego, Astoria całą sobą skupiła się na piosenkarce stojącej na scenie. Wino w kieliszku delikatnie falowało pod wpływem lekkiego bujania się Trelawney. Przyjemne, niemal bezmyślne zrelaksowanie wpłynęło na jej ciało, ale z tego stanu wyrwał ją głos męski głos, krzyczący w dali, a później słowa Alice i zamieszanie, które zaskoczyłoby chyba nawet wcześniej wspomnianego przez kobiety wróżbitę. Jej powaga nie zdała się na długo, gdyż komentarz Selwyn sprawił, że zaśmiała się cicho. Wino podziałało naprawdę mocno rozluźniająco na jej ciało. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Dora Crawford - 27.11.2022 Dora zachichotała cicho, zasłaniając dłonią usta, na wspomnienia przywołane przez Fernah. Uwarzenie eliksiru upiększającego było tak na prawdę tylko wierzchołkiem góry lodowej jej licznych i natrętnych prób wytworzenia zamienników istniejących już eliksirów, które korzystałyby w swojej recepturze z nieco tańszych i łatwiej dostępnych składników. Większość tego typu prób kończyła się byciem zaledwie niesmacznym doświadczeniem, który powodował co najwyżej zgagę. Mniejsza ich cześć miała czasem efekty uboczne, jak wspomniany wcześniej dziób, który nijak miał się do upiększania Łupina. Najmniejszy procent natomiast, okazywał się sukcesem. Tego typu przypadki mogła jednak zliczyć zaledwie na palcach obu dłoni. A przynajmniej tak na szybko. Uśmiechnęła się też zaraz łagodnie, na dalsze słowa Slughorn. Były one nad wyraz pokrzepiające i Crawley chyba nie spodziewała się, jak bardzo chciała je usłyszeć od kogoś nie bezpośrednio zamieszanego w jej życiowe dramaty. Wyciągnęła rękę do przyjaciółki i ścisnęła jej dłoń. - Dziękuję - powiedziała, resztę dopowiadając spojrzeniem. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. Kiedy na scenie pojawiła się Faye, podobnie jak lwia cześć zgromadzonych na sali gości, zwróciła swoje spojrzenie w jej kierunku. Kobieta śpiewała roztaczając swoimi słowami niesamowity urok, którym niektórym pewnie już uderzał do głowy. Dora sama słuchała jak oczarowana, do momentu kiedy wśród gości nie zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Ktoś krzyczał, coś latało i snującą się nad ich głowami piosenka urwała się nagle. Ze swojego miejsca Crawley ciężko było wyłapać co właściwie działo się za stojącymi przed nią ludźmi, mimo ze usilnie próbowała wyciągnąć ku górze szyje czy stanąć na palcach. Usłyszała wzbijający się nad głowami głos Alastora, a potem i zaklęcie rzucone przez Brenne. Co tam u licha, się działo? Spojrzała nieco zaniepokojona na Fernah, która przesunęła się przed nią, łapiąc odruchowo za różdżkę. Można by było pomyśleć, że życie doświadczyło Menodore wystarczająco by sama posiadała podobne odruchy, jednak wcale tak nie było. Ciężko czuć się zagrożonym we własnym domu i dopiero postawa przyjaciółki zasugerowała jej, ze chyba faktycznie było czego się bać. Ktoś jednak zawołał medyka, a wrzawa, mimo ze nie ucichła, nie przybrała tez na sile i targnęła ludźmi w panice. Powoli więc uniosła dłoń, kładąc ja wreszcie na barku Fernah i ściskając ją delikatnie i dając znać, ze chyba nie było czego się bać. - Mój boże - wyszeptała początkowo cicho, zaraz odchrząkując i odzyskując pełnię głosu - Mam nadzieje, ze nikomu nic się nie stało... Może... może chcesz przejść do bocznej sali? Albo w ogóle wyjść na zewnątrz? Mam wrażenie... ze zrobiło się jakby duszno... RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Bard Beedle - 27.11.2022 Ktoś krzyczał, ktoś biegł, zaklęcia gdzieś leciały. W takich chwilach wciąż było to dość przerażające, aby jednak znaleźć się w takiej sytuacji w której nawet nic nie widziała, a to było jeszcze dość bezpieczne otoczenie. Gdyby jednak była gdzieś na ulicy albo w bardziej wymagającej sytuacji, mogłaby w końcu skończyć martwa albo w sytuacji, w której ucierpiałoby jej zdrowie. Dlatego tak bardzo stała na scenie, o wiele bardziej przerażona niż zachwycona tym, co się stało, a gdy orkiestra już nie grała, najpewniej wpatrując się w to, co się działo, sami nie mieli pojęcia, co dzieje się z Faye która stała tyłem do nich. Na całe szczęście byli tu jeszcze ludzie, którym nie trzeba było wspominać odnośnie ataku paniki aby umieli go rozpoznać, dlatego nie pozostała całkowicie sama – uprzejme słowa tuż obok niej i zwrócenie jej uwagi na, jak się okazało, rozmówczynię, sprawiły że na nowo wróciła do rzeczywistości. Wyciągając niepewnie dłoń pozwoliła jej sobie złapać czyjeś ramię i sprawiając, czy trzyma ją mocno. Odetchnęła lekko, wiedząc, że sytuacja nie była jakąś bójką a po prostu dziwacznym…zachowaniem ludzi? Wiele rzeczy zdarzało się na koncercie, ale chyba nikt nie krzyczał jeszcze o gryzoniach, dlatego chyba nawet nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. - Dziękuję, nie powiem, że wiele z tego rozumiem, ale przynajmniej wiem, że nie dzieje się coś gorszego. – Spojrzała gdzieś ponad ramieniem nieznajomej kobiety która na pewno pomogłaby każdemu w potrzebie skoro wpadł jej pomysł aby podejść do ślepej śpiewaczki która stała na scenie. Ściskając mocniej jej ramię, czekała aż Florence wybierze, gdzie mają odejść, bo nawet nie orientowała się dokładnie w kierunku. - Dziękuję też za pomoc. Jeżeli to nie byłby problem, czy mogłabym poprosić o podprowadzenie mnie gdzieś pod ścianę, a także może o znalezienie kogoś z rodziny Longbottom? – Chciała się zapytać kogokolwiek, czy mogłaby odpocząć tutaj przez chwilę w jednym z pomieszczeń, ale nie chciała robić z tego całego dramatu. Ani też zacząć o to krzyczeć, jakby się jej należało. A jeżeli kobieta nie czułaby się na siłach, mogła poprosić kogoś innego. |