Secrets of London
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 05.06.2024

Tańczyć każdy może, trochę lepiej czasem, trochę gorzej, ale ty niezaprzeczalnie masz talent! Nogi rwą ci się do tańca i nie masz wątpliwości, że nadążysz za każdym rytmem!


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Bellatrix Black - 05.06.2024

fontanna z czekoladą - rozmawiam z Viką

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/a078a90d39c8460402e188302cc32811/254e1c73f8ed7afc-e9/s500x750/58e5193dcab16416c90e3fef548ca7d6b5690de8.pnj[/inny avek]

Spodziewała się, że plotki na jej temat mogą się pojawić. Wszak nie pojawiła się na weselu swojego wuja ze swoim aktualnym narzeczonym. Nie zamierzała jednak udawać, że wszystko jest w porządku. Niby oficjalnie nadal byli zaręczeni, ale cóż, nie do końca było to prawdą. Nie spotkali się od czasu ich kłótni, kiedy teleportowała się zupełnie znienacka przed samego Czarnego Pana. Nadal bardzo miło wspominała ten dzień, mogła w końcu pobyć ze swoim Mistrzem sam na sam. To wiele dla niej znaczyło, każde z takich spotkań.

- Większość osób chyba woli alkohol. - Przynajmniej tak się jej wydawało. Miała świadomość, że wiele osób nie jest w stanie przeżyć takich spędów bez odpowiedniej ilości procentów we krwi. Wtedy mogli się nieco wyluzować, mniej przejmować konwenansami, co było nie do końca logiczne, bo przecież tutaj czaiły się osoby, które tylko czekały na ich jeden, najmniejszy błąd. Zdaniem Trixie dużo przyjemniejszym wyborem było raczenie się słodkościami, one przynajmniej nie mieszały w głowie, chociaż kto wie, może nadmiar cukru również mógł zaszkodzić?

- Czy to jakaś nowa moda? - Uniosła głowę do góry, by spojrzeć na Victorię, była od niej nieco wyższa. - Skoro to nie pierwszy przypadek, może ludziom podoba się to, że zachowują się jak nie oni. - Sama panna Black nie do końca uważała to za zaletę, bo lubiła nad sobą panować. Z drugiej strony to by wyjaśniało te dziwne zdarzenia, których była świadkiem. - Dziękuję za ostrzeżenie, wolałabym nie skończyć jako ten przerośnięty bóbr. - Nie zamierzała ryzykować, że przydarzy jej się coś podobnego.

[a]Odetchnęła słysząc pytanie Lestrange, nie do końca wiedziała jak na nie odpowiedzieć, bo przecież właściwie nic ciekawego nie działo się w jej życiu, było stosunkowo nudne i zwyczajne. Pewnie Victoria miała więcej ciekawych historii do opowiedzenia, bo praca aurora wydawała się być bardziej fascynująca od tej amnezjatora. - Tak naprawdę, to nic ciekawego, praca, praca, praca i nic poza tym, a u Ciebie moja droga? Wydaje mi się, że możesz mieć więcej do powiedzenia. - Odparła z uśmiechem.[/b]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Vakel Dolohov - 05.06.2024

Siedzę przy stole z Longbottomem i armią moich wymyślonych przyjaciół

Kiedy Morpheus się do niego zbliżył, Dolohov pogrążony był w głębokiej rozmowie... a może raczej zajęty był przepychanką z bardzo starym panem Black, który jego obecność na weselnej sali uznał za fascynującą, bo przez wzgląd na swój wiek nie miał wcześniej okazji posłuchać go na żywo i jedynie zaczytywał się w pisanych przez niego artykułach publikowanych w Horyzontach Zaklęć i Astrolabium. Od razu słychać było, jak sędziwy dziadyga ożywił się, mając za rozmówcę kogoś tak ekstrawertycznego i zdolnego do wylewania z siebie potoków myśli - nieco agresywne przerzucanie się argumentami miało jednak bardzo przyjacielski charakter - można było wręcz powiedzieć, że oboje w jakimś sensie znaleźli bratnią duszę do rozmowy wynoszącej ich myślenie na inny poziom. Pozostali badacze wtrącali się momentami, ale najczęściej po to, aby zadać pytanie odnośnie czegoś, za czym nie nadążyli przez karkołomne tempo.

Aktualnym tematem, jaki wystawili na stół, były figury równowagi,

- Panie Dolohov... - odezwał się jeden z mężczyzn, unosząc rękę, ale nagle zamarł, kiedy dotarło do niego, że nie wie, jak sformułować pytanie, jakie chciał zadać. Dolohov jak zawsze wyprzedził jego myśl, uśmiechnął się szerzej i pokręcił głową.

- Pomyślcie o tym panowie, nie o to nam przecież chodzi, żeby się rozwodzić nad wadliwością stosowanych narzędzi i praktycznie niemożnością dokonania tychże pomiarów za naszego życia na czymkolwiek innym niż Słońce, a i do Słońca nie dojdziemy zbyt szybko. Jakże subtelną to jest różnicą, o jak małe liczby się rozchodzi - wartość stosunków u do q, zawierającego się pomiędzy połową a pięć czwartych. - Astronom skinął głową, odrobinę skołowany tym, że ktoś wyciągnął te zdania z jego głowy, ale to ruszyło jego trybikami, mógł to teraz dokończyć.

- A spodziewane jest, że to, co zbudowane z gazu będzie gęstsze w centrum, w wyraźny sposób, tak? Ah, a wielkość tego zjawiska określić da się jedynie na podstawie teorii budowy wewnętrznej gwiazd. Czy istnieją jakieś obiekty lepiej opisywane przez tę teorię?

- Otóż... - zaczął, ale głos mu nagle ugrzązł w gardle i pierwszy raz zapytany o cokolwiek nie biadolił już jak opętany. Oto i on - Morpheus kurwa Longbottom, który najwyraźniej oszalał do końca i zapomniał, że rodzina szermierzy o lwim sercu, powinna takie wydarzenie ominąć dokładnie tak, jak Dolohov omijał dzisiaj Morpheusa, nie pozwalając mu na wejście do swojej głowy jeszcze głębiej. Nie było mowy, żeby do tego wrócił, po byciu przez niego porzuconym umarł, zginął, przepadł na wieczność, a ten człowiek co tu siedział, wykuty był z nowej materii. List nadesłany mu po skandalicznej pomyłce, jakiej się dopuścił, faktycznie rozdarł mu serce. Uważał ten gest za znęcanie się nad kimś, kto kiedyś podobno był dla niego ważny - a podobno miłość naprawiała naprawdę zepsute dusze - tak i teraz znęcał się nad nim, narzucając mu swoją obecność.

Morpheus nie był tutaj mile widziany. Chciałby go przegonić ręką, przypomnieć mu, dlaczego już nie byli razem, dlaczego nie rozmawiali, dlaczego śnił o zamknięciu go w małym, ciasnym pudełku jak pamiątkę, a nie o całowaniu go i spoglądaniu na niego jak na swój obiekt westchnień. Mógłby mu za to „kocham cię” dać z liścia, rozkazać mu się do siebie nie zbliżać, zgasić papierosa na tej parszywej mordzie. Najlepiej tak mocno i tak boleśnie, żeby mu zostawić na skórze permanentne znamię - przypominajkę o wszystkim, co stracił i czego nie miał prawa trzymać swoimi brudnymi łapami tego delikatnego ciała. Nigdy więcej. Oczywiście nie mógł tego zrobić. Po pierwsze - bo siedzieli w towarzystwie, a w towarzystwie Dolohov grał innego siebie. Po drugie - nie był idiotą. Nie chciał mu pokazywać, że wciąż mu zależy, nie zapomniał, nawet jeżeli to była prawda najprawdziwsza. Od kilku miesięcy trzeźwości nie potrafił pogodzić się z tym jak wiele lat potencjalnie spełnionego życia mogła odebrać mu Annaleigh. Rozpamiętywał swoją przeszłość, śnił coraz więcej dziwnych rzeczy na zmianę z nocami kompletnie bezsennymi, poszukiwał gdzieś w tym wszystkim straconego siebie. Kim on właściwie dzisiaj był?

Wciąż aktorem.

- Witaj Morpheusie - przywitał się z nim spokojnie, celowo dobierając to „witaj” tak, aby zbudować pomiędzy nimi dystans, a siebie postawić w pozycji wyższej. Musiał się przecież znajdować tam, gdzie jego miejsce.

- Otóż co? Niechże pan nie przerywa... hhh... ajjj... Wybaczy pan panie Longbottom, tak byliśmy wciągnięci w tę wymianę zdań... - Przywitali się z nim, ściskając jego ręce, witając się jeden po drugim specyficznymi dla swojej rodziny imionami. Można by powiedzieć - nie trzeba już było wychodzić na zewnątrz, żeby spojrzeć na niebo. Mieli tu wręcz morze gwiazd, ale wśród nich błyszczała przecież ta najbardziej ludzi interesująca - ich piękne, widoczne z Ziemi, podziwiane codziennie i czczone Słońce. Zaraz obok Słońca siedział Morpheus - w percepcji Dolohova wciąż Księżyc.

- Cóż, skoro znów przyjdzie mi stworzyć wielką rzecz, dokończę moje wnioski na papierze i przeczyta je pan panie Black w jesiennym wydaniu Horyzontów Zaklęć. - Nie wydawali się być tym usatysfakcjonowani, ale Vasilij zamilkł, żeby odpalić papierosa od ozdobnej zapalniczki. Któregoś z kolei, bo wszyscy tu zebrani od dłuższej chwili kopcili tak mocno, aby zapełnić połowę sporej popielniczki.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Oceńcie to jak potrafię farmazonić nie mając pojęcia o astronomii w skali od 1 do 10. XD Jebać PiS.



RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Anthony Shafiq - 06.06.2024

Parkiet potem sala bankietowa
Tańczę z Lorraine, oddaje jej rozrywkę w dobre ręce Jonathana, idę dokonać ekspertyzy z dziedziny morpheusologii, ale dopada mnie amerykańska ambasadorka i jestem w piekle

Słuchał jej z przyjemnością taką samą, w jaki wsłuchiwał się w jej sądy od lat. Pomimo różnicy wieku, a może przez nią, zdawała się piękną orchideą próbującą wpleść swe korzenie w gałąź starszego drzewa. Palce jak napowietrzne korzenie, spijały z przestrzeni wilgoć, a te wgryzające się pod korę szukały dojścia do życiodajnych soków. Była pasożytem, ale jakże pięknym. Gdyby tylko mógł, osadziłby ją na szczytach, zamazując pamięć o marnym początku i doświadczeniu podgryzanego szczura. Tęsknie za takim życiem, ale gardzę nim zarazem , nie słyszał tego po raz pierwszy, zapewne też nie po raz ostatni. To było jej rozdarcie, rana przez którą uciekała życiodajna energia. To był konflikt z którym musiała poradzić sobie sama, a on cóż... mógł tylko patrzeć i rozchylać wiekowe gałęzie aby dać jej dostęp do słońca.

– Czyż po coś innego bogowie stworzyli altówkę? Wskaż mi jedną, która nie miałaby takich problemów. Moja droga... zwróciłaś uwagę na to, że oboista zdecydowanie powinien wymienić sobie stroik, przecież nie zaczyna w punkt żadnej swojej linii. W pierwszej chwili przez nosowość barwy aż byłem zdziwiony, że ściągnęli rożek angielski, tymczasem po prostu brak muzykowi umiejętności wyciągnięcia jakiejkolwiek jaśniejszej barwy z tego nieszczęsnego patyka. – Możliwe też, że zwyczajnie nie było go stać na lepszy instrument, możliwe, że miał w życiu inne zmartwienia, które teraz odbierały mu jasność w dźwięku, ale koneser wina nigdy nie pytał beczki czemu przeciekała, tak jak koneser muzyki nigdy nie zastanawiał się czemu tym konkretnym razem wykonawca nie dostarczył mu usługi na najwyższym poziomie.

Parsknął na wspomnienie czerni i czerni. – Nie jest tak źle, czuję się trochę jakbym zajrzał na moment do Twojego zakładu na filiżankę herbaty, choć u Ciebie nawet nie braknie jakiś jaśniejszych akcentów. Zwierzę Ci się, że nie to jest moim największym zmartwieniem. Raczej dobór partnerki na ten wieczór... absolutnie chybiony, panna ambasadorka nie potrafi na moment jeden zamknąć swojej ślicznej buzi, unikaj jej, lub poznaj w ramach ciekawostki zoologicznej – doradzał przyciągając ją bliżej do siebie, niemalże szeptając do ucha, jakby tak na prawdę zaklinał jej piękno i błagał o wspólne wyjście w zacisza ogrodu, czy przestronnej rezydencji, a nie obmawiał za plecami swoją osobę towarzyszącą.

– Przyznam, że mam kilka pomysłów, może w najbliższym czasie nawet zaproszę ich do siebie na złotą kartę. Ostatnio trafiłem na wspaniałą grupę... – nie dokończył jednak tych rozważań, które najwidoczniej potraktował absolutnie serio, gdyż wyrósł przy nich Jonathan, który mówił zagadkami. Szczęśliwie znali się przeszło 30 lat, pracowali razem od ponad 20, więc przysłowiowa brewka nawet Anthony'emu nie tykła. Uwielbiał każdą chwilę spędzoną z Lorraine, ale był w pełni świadom że Selwyn nie naruszyłby miru tego tańca, gdyby sprawa nie była najwyższej wagi. Ucałował więc dłoń swojej partnerki:
– Wynagrodzę Ci to – obiecał i nie dodawał wcale zostawiam Cię w dobrych rękach, bo przecież panna Malfoy nie była przedmiotem, który można było sobie przekazywać z rąk do rąk, wiedział jak była wrażliwa na utkane w uprzejmościach szowinistyczne zdania. Pozostawił jej wybór czy chce skorzystać z oferty Jonathana czy nie, a sam udał się do sali bankietowej...
sala bankietowa


... gdzie bardzo szybko zlokalizował źródło problemu i paniki u Jonathana. Longbottom i Dolohov znowu razem. Gdy tylko jego stalowe oczy padły na tę dwójkę idiotów jasnowidzów, Shafiq od razu przebiegł oczyma dalej, jakby szukał kogoś innego. Zazwyczaj od razu, w punkt wiedział co robić, podejmował decyzje i wprowadzał je w życie. Tak samo było i teraz. Momentalnie podjął decyzję, żeby nie ingerować. Znał z oczywistych względów popędliwość Morpheusa, ale też wiedział doskonale gdzie ten zapodział swoje serce wiele lat temu. Zabawnym w tym momencie był fakt, jak często wypominali sobie różnice, ale w gruncie rzeczy obaj byli parą beznadziejnych romantyków. Tylko obaj radzili sobie z tym problemem na różny sposób.

Anthony nie chciał wracać od razu na parkiet, żeby nie wprawiać w większy popłoch Selwyna, ani też nie sprawiać wrażenia, że kręci się, jakby nie wiedział co ze sobą zrobić. Jego wzrok padł na ogród, gdzie zaczęły się chyba jakieś pokazy i już już chciał tam iść gdy nagle zesztywniał na tembr głosu, który zabrzmiał mu za plecami.

– Darling no w końcu Cię znalazłam! – blondynka wplotła ręce w jego ramię, ćwierkając radośnie. Jej magiczne kędziory podskakiwały przy każdym ruchu głowy, sprawiając, że Anthony dostawał migreny na samą o nich myśl. – Już się bałam, że porzuciłeś mnie na cały wieczór! Towarzystwo z którym mnie zostawiłeś było wyborne, ale przecież oboje wiemy, że to nasz czas. Muszę pozbierać inspiracje do mojej najnowszej piosenki! – Tak, to było to co go zmyliło za pierwszym razem. Powiedziała, że jest kompozytorką, co zawsze przykuwało jego uwagę. Szkoda, że nie doprecyzowała od razu czego i w jaki sposób.
– No właśnie Ciebie szukałem, tak... Może się napijesz drinka? Słyszałem, że gospodarze dołożyli starań, aby wrażenia po nich były niezapomniane. – Sam sięgnął po jednego dla siebie, ale absolutnie nie zamierzał go pić po tym co zdążył zaprezentować sobą Atreus. Był jednak ciekaw... może kobieta zmieni się w kapibarę i przestanie go nękać? Albo to zagwarantuje mu kolejną, drogocenną chwilę spokoju?

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DOGBkON.png[/inny avek]


efekt rzutu przewidziany jest dla pani ambasador

!weselnedrinki


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 06.06.2024

Czy osoba obok zawsze zachowywała się w ten sposób? Och, jakże naiwnym byłeś, wybaczając jej wszystkie przewinienia - a przecież wyrządziła ci tak wiele krzywd! Gorycz wzbiera w tobie i chyba tylko obecność licznych świadków nie pozwala ci jej wylać.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Isaac Bagshot - 06.06.2024

fontanna z czekoladą - Vica i Bella. Robię zdjęcie

Isaac porobił kilka zdjęć w ogrodzie, po czym wrócił na salę żeby swoim aparatem uwiecznić kolejne osoby. Noc była jeszcze młoda, jednak musiał się spieszyć. Hektolitry wypijanego przez gości alkoholu nie dodawały im urody. Czerwone nosy, podarte rajstopy czy rozmazane makijaże wyraźnie widoczne na zdjęciach, każdą kobietę przyprawiłyby o niezadowolenie oraz ból glowy. A już zwłaszcza, jeśli takie zdjęcia ukazałyby się w Czarownicy.
Widząc dwie ładne panie - Victorię oraz Bellatrix, Isaac postanowił podejść bliżej i pstryknąć zdjęcie. Pierwsze zawsze było tylko po to, żeby błysk oraz dźwięk aparatu zwróciły na niego uwagę gości. Brzydko by było, gdyby tak po prostu podszedł i wtrącił się do rozmowy.
Kiedy kobiety na niego spojrzały, uśmiechnął się lekko i ponownie przyłożył aparat do twarzy.
- Pamiątką dla państwa młodych, a może i nawet nowa okładka Czarownicy? Poproszę o uśmiech, piękne panie.- Powiedział, mając zamiar zrobić kolejne zdjęcie. Tym razem już to właściwe.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Peregrinus Trelawney - 06.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8UPeqfr.png[/inny avek]
Tańcujemy bez zmian

Gdyby wszystkie te oskarżenia o kłamstwo i powątpiewania nie były w większości nieme, zapewne utopiłyby Peregrinusa we frustracji. Był dla Millie kłamcą. Kłamał w Lecznicy, kłamał teraz, ciągle w jej oczach kłamał, kłamał, kłamał. Jego słowa wypływały tymczasem ze szczerej wiary w to, co mówił: tak, chciał być dla Millie niezależnie od okoliczności; tak, podziwiał jej kreację.
Podoba mi się — zadeklarował słowami równie prostymi co krok. Kompetencji w wyrażaniu się być może mu nie brakowało, lecz wygłoszenie na cześć Moody ognistego panegiryku mogłoby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego: zamiast upewnić ją o swojej opinii, mógłby dać jedynie więcej powodów do podejrzliwości.
Obrócił czarownicę, aby przyjrzeć się sukience w pełnej krasie: wycięciu na plecach, trenowi polerującemu podłogę, drapowaniu wijącemu się po biodrach.
— Jest odważna. A lubię widzieć cię, gdy robisz odważne rzeczy.
Bo bał się, że po wyjściu ze szpitala to straci. Może nie rzuciła jeszcze sześciu kurew, ale ta sukienka to już było coś; nawet jeśli Millie nie czuła się z tym do końca sobą. Zresztą fakt, że stać ją było na przyjście tu, sam w sobie dawał nadzieję.
Chwila, gdy znalazła się obrócona do niego plecami, szybko minęła, jego ręka wróciła pod jej lewą łopatkę, druga wciąż ujmowała bladą dłoń. Czuł pod palcami wszystkie jej kostki okryte jedynie cienką warstwą skóry.
Nawet jeśli Peregrin hipotetycznie miał szansę ujrzeć gdzieś w tle Vakela rozmawiającego z Morpheusem, to unikał wpatrywania się w cokolwiek poza miodowymi oczami partnerki. Nie daj Merlinie, złapałby jeszcze z kimś trzecim kontakt wzrokowy i wyczytał z niego coś, czego nie chciał wiedzieć. Dał się więc zahipnotyzować tym oczom, zatonął w muzyce oraz małym uniwersum rozpiętym między ich ramionami. Zaakceptował swoją rolę jako elementu mozaiki tańczących par. Zbłąkanego biało-czarnego szkiełka na czarno-czerwonym witrażu.
Więc to Christopher Rosier cię wystroił i tu przyprowadził. Gdzież zatem zniknął? — Mógł zapewne później poskładać tę opowieść w całość z plotek, ale, hej, nic lepszego ponad skandale zasłyszane z pierwszej ręki.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Perseus Black - 06.06.2024

Ogrody

Wystarczyła tylko chwila; jedno okamgnienie, by w jego umysł wdarła się czerń, która w całości ukryła wszystkie wspomnienia za woalem nieświadomości. Nagle gwar wokół niego stał się nieznośny. Gwar? Rozejrzał się wokół i zobaczył elegancko ubranych ludzi. Skąd oni wszyscy się tu wzięli? Rozpoznawał ich twarze, choć ze stresu, który sprawiał, że nogi mu drżały, a niewidzialna ręka zaciskała się wokół żołądka, nie potrafił dopasować żadnej do konkretnego imienia. Sala, w której się znajdował wyglądała jednocześnie znajomo i obco, zaś dekoracje skojarzyły mu się z weselem. Weselem? Och, cóż za ponure musiało być to wesele! Chyba połączono je z pogrzebem - albo planowano, gdy cały majątek zostanie przejęty przez jedną stronę. Chciał ruszyć do przodu, ale zachwiał się niebezpiecznie i omal nie upadł, a prawą nogę przeszył ból, uniemożliwiając mu opieranie na niej swojego ciężaru. Znów bezradnie się rozejrzał i jego wzrok natrafił na opartą o bar laskę z główką kruka. Należała do niego? Nie miał pojęcia, ale kiedy ją wziął do ręki, zdawała się doskonale pasować do jego dłoni. Zrobił więc kilka kroków do przodu i spojrzał na tablicę postawioną przed drzwiami - Vespera i Perseus. Kim była Vespera? A kim Perseus?

Spojrzał na swoje dłonie, na obrączkę lśniącą na własnym palcu i poczuł, że robi mu się niedobrze. Kim był on sam? Zagubienie stanowiło świetną pożywkę dla paniki, a panikować nie chciał - z jakiegoś powodu, choć nie potrafił przypomnieć sobie jakiego, wiedział, że w takiej sytuacji najważniejszy jest oddech. Być może świeże powietrze nie tylko uspokoi ciało, lecz także oczyści umysł z chwilowego zamroczenia. Jak pomyślał, tak uczynił i podążył za jakąś parą, mając nadzieję, że w ten sposób znajdzie wyjście z posiadłości. Tak też się stało, John Doe, jak nazywał siebie w myślach, znalazł się na zewnątrz. Jego wzrok szybko przyzwyczaił się do półmroku panującego w ogrodach i choć nie było tu tak hałaśliwie jak w środku, tak szmery rozmów nie cichły.

Wiedziony przez nieznaną siłę skierował się do kobiety, która wydała mu się znajoma, choć budziła w nim ambiwalentne uczucia oraz towarzyszącego jej mężczyzny, którego w tamtej chwili widział jedynie plecy. Nie miał jeszcze pojęcia, że wspomnianą kobietą była sama Eden Lestrange, a uczuciami, jakie w nim budziła był lęk oraz sentyment spowodowany tym, że była wszak siostrą bliźniaczką jego najdroższego przyjaciela.

Ładny dziś wieczór, prawda? — zagaił tę dwójkę z niezręcznym uśmiechem — Uhh… Mam takie… Mam takie nietypowe pytanie, otóż… Czy wiecie może, co właściwie tu robimy oraz kim jestem?

Już się nie uśmiechał. Był poważny, jak tylko mógł być Perseus Black.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Desmond Malfoy - 06.06.2024

Stoi w sali bankietowej z Lorraine, Ambrosią i Jagodą, później dołącza do niego Elliott a Lorraine się ulatnia.

Mimowolnie skrzywił się pod wpływem goryczy ginu, która zdawała się w niezmienionej formie przenikać do jego krwiobiegu. Zaciskając zęby ze złości, oderwał wzrok od Jagody i wbił go w usta Lorraine, które teraz, mimo swojego niezbywalnego wdzięku i eteryczności, wydały mu się wręcz obmierzłe. Dlaczego kuzynka patrzyła na niego w ten sposób? Dlaczego przedstawiała go takim tonem? Dlaczego była taka sarkastyczna? Zesztywniał, w milczeniu i z bladym uśmiechem słuchając kolejnych jej słów. Nie mógł zmusić się do reakcji, odpływał. Nie chciał tu być.

"Barbarzyńskie" - skurcz przebiegł po jego znudzonej twarzy. Podniósł kieliszek do ust, żeby skryć się za nim na choćby parę sekund. Lorraine była naprawdę bezczelna. Jak zwykle z resztą, ale tym razem wybitnie go to ubodło. Nie mógł zrozumieć z jakiego powodu i bardzo mu ta konfuzja ciążyła. Musiał się stąd wydostać. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wypowiedzi kuzynki będą eskalowały tylko mocniej a mocniej, aż w końcu powie coś, czego nie powinna, o czymś, czego nie rozumie.
- Oh świetnie to brzmi naprawdę. Interesująco - rzucił beznamiętnie w przestrzeń.

Gdy Jagoda zabrała głos, nareszcie zdołał wyrwać się z nieprzyjemnego toku myśli. Siłą skupił się na jej słowach, studiował jej akcent i analizował wszelkie odstępstwa od normy w jej zachowaniu. Starał się jak najszybciej nauczyć jej maniery, acz nie był pewien w jakim celu, skoro nie zamierzał jej atakować. Czuł, że coś było z nią nie tak i przez to nie był w stanie oderwać od niej oczu. Rozpoznawał w jej prezencji znajomą niezgrabność, która w pewien sposób rozczulała go, a w inny - pozwalała mu nad cudzoziemką dominować. Tak otwarcie i bezceremonialnie zrugała Lorraine, że w pierwszej chwili nie potrafił wybrać, jakie emocje powinien okazać.

Zaśmiał się sucho, niemal mechanicznie, wybitnie wyraziście wyobrażając sobie przebieg fałszywego rytuału. Tęsknił za widokiem świeżego mięsa, zwierzęce dysekcje porzuciwszy jeszcze we wieku nastoletnim. Niewiele rzeczy na tym świecie pobudzało bardziej, niż agonia umysłu obserwującego powolny rozkład tkanek swojego własnego ciała. Jakkolwiek oderwana od rzeczywistości była idea opisana przez Jagodę, znaczne upojenie Desmonda pozwalało mu bez problemu znaleźć w niej analogię do swoich doświadczeń.
- I. Wzajemnie - odparł sucho. - Byłby to dla. Mnie zaszczyt. Gdybyś. Obejrzała moje prace. Ale nie wystawiam ich nigdzie poza swoim domem. Obecnie.
Większość jego prac nie zostałaby przyjęta przez żadne szanujące się galerie. Upił kolejny łyk tego cholernego martini, czując stępione monotonią ukłucie dobrze znanego rozgoryczenia. Wiedział, że nigdy nie zdobędzie się na tak głęboki ekshibicjonizm, żeby rzeczywiście spróbować je wystawiać.

Skinął głową nadchodzącemu Elliottowi, starając się nie pokazać po sobie stresu, który natychmiast go ogarnął. Istotnie, jego fizys pozostał niewzruszony, jakkolwiek tętno stanowczo mu przyśpieszyło, gdy krył się za uprzejmym uśmiechem.
- Dobry wieczór kuzynie - mówił monotonem, którego nie był w stanie urozmaicić, mimo znaczących starań. Widział w Elliotcie skrywaną irytację, ale zupełnie nie potrafił zrozumieć, skąd się brała. Pamiętał całkiem klarownie ich ostatnie spotkanie i, cóż, był pod wrażeniem, że rozstali się w zgodzie. - Jak się masz mam. Nadzieję. Że dobrze się bawisz nawet mimo tiulu wydaje się to być przyzwoicie zorganizowane przyjęcie.
Sugestia dotycząca nieadekwatności jego stroju kompletnie przeleciała ponad jego głową, więc jedynie uśmiechnął się niemrawo na potwierdzenie dzisiejszego skwaru, o którym zapomniał, że mu przeszkadzał.

Odwrócił wzrok do Ambrosii, która właśnie się odezwała. Słuchał jej z życzliwym uśmiechem, ale prędko poczuł niesmak, że nieznajoma okazała się rzemieślniczką. Nie potrzeba było więcej ludzi usposobionych w podobnie przyziemny sposób. Sam komentarz dotyczący rzekomego strachu Perseusa przed rychłą śmiercią niewiele go wzruszył, bo słyszał go już dziś dobre kilkanaście razy.

Żart Lorraine o manierach i seksie skwitował niezręcznym uśmiechem, spojrzeniem szukając oczu wydrwionej właśnie Jagody, która nieoczekiwanie zmieniła swoją formę na jeszcze niższą, niż wcześniej. Zmieszany wyciągnął różdżkę zza pazuchy i wymamrotał zaklęcie, które miało uwolnić ją z formy przerośniętego, cuchnącego gryzonia. Niezależnie od efektu swoich starań, wypił duszkiem resztę swojego drinka.

Rozproszenie: próba odczarowania Jagody z kapibary
[roll=N]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Maeve Chang - 06.06.2024

Spojrzała na Atreusa, jakby wszystkie styki w mózgu jej przepalił tym tekstem o kuzynce. Nie jest taką kuzynką? A to jakie są, przepraszam serdecznie, rodzaje kuzynek?
Otworzyła usta, żeby zadać pytanie, ale wciągnięty przy tym haust powietrza otrzeźwił ją na tyle, by doznała objawienia. Czyli te wszystkie podśmiechujki, że czystokrwiści nie mają drzew genealogicznych tylko wieńce, były czymś więcej niż zawistnymi bajkami? Mewa w tym momencie aż przyłożyła dłoń do swojego policzka ze zmartwienia, ale nie drążyła więcej, bo nie chciała nabawić się większej traumy niż sama sobie sprawiła tymi rozważaniami.
- Wiesz co? Coś czuję, że jak zwykle wyżej srasz, niż dupę masz. Nie uwierzę w żadną twoją recenzję na temat wartości kobiet, bo z pierwszej ręki wiem, na co stać ciebie - wyjechała z grubej rury, jakoś nagle czując zew damskiej solidarności. Nie będzie słuchać jego biadolenia o tym, że jakaś laska jest niewarta bicia się o nią, dopóki sama jej na oczy nie ujrzy, nie pozna i nie wyda werdyktu. Matka Mewy może w wielu kwestiach miała zdanie raczej nawiedzone, ale zdecydowanie miała rację w kwestii braku zaufania wobec opinii mężczyzn. - Jest na weselu? Jeśli tak, to chcę ją sama obczaić - oświadczyła, odruchowo się rozglądając, choć ani nie miała rysopisu, ani imienia. Ot, ktoś rzucił hasło kobieta i Maeve od ręki ma odruch Pawłowa.
Wzrokiem znowu znalazła Lorraine. Chwilę później usłyszała propozycję przedstawienia się jej fałszywym nazwiskiem, co przeszło już jej wcześniej przez głowę, ale jakoś się na ten krok nie zdecydowała. Nawet nie wiedziała, czy nagle wyhodowała dla tej złośnicy kręgosłup moralny i nie chciała się skłaniać do kłamstwa, czy może był to lęk stricte samolubny, bo jeszcze Lorraine poleciałaby na Amelię, zapominając o tej, która siedzi pod jej skórą.
- Może potem. Nie chcę jej odciągać od brylowania w towarzystwie, nieczęsto ma taką okazję - rzuciła półprawdą, uśmiechając się przy tym przelotnie. Wyglądało jak wymówka, ale szczera. Tak naprawdę Mewa nawet nie skłamała.
Przybycie siostry Atreusa zbiło ją nieco z pantałyku, ale kiedy usłyszała jej imię z ust przyjaciela, powoli zaczęła kojarzyć fakty. Miała wrażenie, że kiedyś mógł o niej wspominać, ale na razie nie chciała strzelać w ciemno i pytać, czy dalej jest magomedykiem, bo zaraz się okaże, że jednak całe życie była jakimś magohydraulikiem, weźmie to za potwarz i nadzieje ją na rurę. Maeve odnosiła dzikie wrażenie, że Florence nie była kobietą, która szła na ustępstwa.
- Amelka - poprawiła Atreusa, który chyba właśnie dostawał udaru. Pomyślała, że temu panu już dziękujemy jeśli chodzi o picie alkoholu, bo chyba właśnie za niego zaczął przemawiać. - Ja też nie miałam pojęcia, że mnie kopnie taki zaszczyt - uśmiechnęła się do Florence prawie szczerze; cały efekt psuło to ciągłe łypanie spod byka na kolegę obok.
Wtem Atreus zaczął wyć, objął ją, a potem zaczął łżeć jak z nut. Maeve wyglądała w tym momencie tak, jakby chciała powiedzieć "ja ci zaraz dam prawdziwy powód do płaczu", ale zamknęła się grzecznie, bo kiedy brało się udział w improwizacji na tak szeroką skalę, nieważne jak głupia próba to była, trzeba było partnerowi w zbrodni przytakiwać. I tak też robiła; po tym tekście o wuju Eustachym tak mocno kiwnęła głową w ramach potwierdzenia, że chyba naderwała sobie jakieś ścięgno w karku, bo się po fakcie aż skrzywiła z bólu.
Nie słuchała już go dalej, bo tak ją zażenowanie zmożyło, że stwierdziła, że musi się napić. Nie dotarła do niej więc wieść o amortencji; wtedy może wstrzymałaby się z wyzerowaniem czegoś, co mogło sprawić, że Florence będzie miała pod opieką dwie beksy zamiast jednej. Wychyliła więc kieliszek, a raczej to, co w nim jeszcze pozostało, po czym ruszyła za rodzeństwem w bardziej ustronne miejsce. Niech się dzieje wola nieba.

chluśniem, bo uśniem
!weselnedrinki