Secrets of London
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Perseus Black - 27.11.2022

Przed bobrem:
Czy miał jakieś grzeszki podatkowe? Nie licząc tego, że nie rozliczył się z tych dziesięciu tysięcy galeonów, które dostał od rodziców na urodziny (nie odprowadził od nich podatku od darowizny i schował je w sejfie za portretem Eunice w swoim gabinecie, na wszelki wypadek), to był raczej porządnym obywatelem. Do tego prawie nie popełniał prostych błędów w zeznaniach podatkowych.
Sprawdź mnie — zwrócił się do Elliotta z szelmowskim uśmiechem, co w języku Perseusa znaczyło tyle, co "mamy kolejny pretekst, by zjeść razem kolację".
Nie zauważył wymiany spojrzeń pomiędzy rodzeństwem; jego uwagę przykuła kobieta na scenie. Wpatrywał się w nią długo i chyba dosyć natrętnie, lecz nie był w stanie odwrócić od niej wzroku, zupełnie tak, jakby czarownica roztoczyła nad nim swój urok (och, gdyby tylko wiedział!), a on chwiejnym krokiem wpadł w jej sidła. Zasłuchał się w jej głos i wystąpił pół kroku do przodu, niczym marynarz wiedziony na pewną śmierć przez krwiożerczą syrenę.
A wtedy żarłoczny dziobak dopadł jego laski, co w pewnym sensie okazało się dla niego zbawienne. Miał tylko nadzieję, że Eunice nie zauważy w jaki sposób przyglądał się innej kobiecie - żadna latawica stosująca nieczyste zagrania nie mogła równać się z jego żoną!

Bóbr:
Szarpał się więc z przerośniętą fretką, walcząc zaciekle o Helenkę (imię wciąż robocze). W międzyczasie zauważył, jak pijany nieznajomy próbuje uratować sytuację, choć ilość krążącego w żyłach alkoholu nie pozwoliła mu na skuteczne działanie (był zdania, że Ministerstwo powinno przeprowadzić akcję "piłeś - nie czaruj", aby uniknąć podobnych wydarzeń), a Elliott z Erikiem świetnie się bawią oglądając poczynania Perseusa. — Tak! Też gryzła! — odpowiedział Eunice, sam całkiem rozbawiony tym, co właśnie miało miejsce. Uniósł laskę do góry mając nadzieję, że wiszące na niej zwierzę odpuści. Gdzieś błysnął oślepiający flesz, ktoś wypowiedział zaklęcie (nie był pewien, czy nie była to Brenna - zdawało mu się, że to jej głos słyszał) i oto zamiast bobra pojawiła się przed nim czarownica.
Uniósł do góry brew zaskoczony tym niecodziennym widokiem; oto klęczała przed nim kobieta, trzymając jego laskę w ustach. Na dodatek owa dama nie była jego żoną, a właściwa małżonka stała obok i przyglądała się tej sytuacji.
Zniszczę cię — szepnął do Elliotta, choć uśmiech na jego twarzy świadczył o tym, że w jego groźbie nie kryły się żadne złe zamiary, a obietnica żartu. No bo co Perseus mu zrobi? Wyśle koczkodana z podpisem waran z komodo? Zamówi mu prenumeratę Czarownicy?
Zaraz przeniósł wzrok z powrotem na twarz kobiety i rozpoznał w niej właścicielkę kawiarni, w której zwykł zaopatrzać się w słodycze. Odruchowo przesunął się w bok, zasłaniając ją przed oczami gapiów i aparatami dziennikarzy.
Już dobrze, panno Figg — rzekł łagodnie, po czym podał swoją laskę Eunice, a sam zdjął marynarkę, którą następnie narzucił na ramiona Nory. Miał tylko nadzieję, że żona nie odbierze jego rycerskości za coś nieodpowiedniego. — Nic się nie stało.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Florence Bulstrode - 27.11.2022

Uchwyt Florence był mocny i pewny. Zdarzało się jej już w różnych okolicznościach podpierać w podobny sposób pacjentów czy ich krewnych, więc póki Faye nie postanowiła zawisnąć na niej całym ciężarem - którego faktycznie Flo, raczej szczupła i w dodatku na tych szpilkach, by nie udźwignęła - nie musiała się obawiać żadnego wypadku.
- Zdaje się, że podczas pani koncertu ktoś z wrażenia się potknął albo kogoś popchnął, ktoś inny chciał pomóc, pomylił zaklęcia i chyba albo ożywił jakiś przedmiot albo trochę nastraszył tańczącą, ale sytuację już opanowano - wyjaśniła Florence. Po krótce, bo sama obserwując koncert nie widziała, co dokładnie się stało, a i teraz nie rozglądała się, skupiając na tym, aby bezpiecznego odholować Faye na bok.
Mówiła spokojnie, szła powoli, ale pewnie, ostoja opanowania, która przeżyła już w świętym Mungu najazd fretek, szał nosiciela klątwy żywiołów oraz trafienie na oddział kapitana angielskiej reprezentacji quidditcha w szczycie sezonu, gdy nagle jego fanki zaczęły same na siebie rzucać klątwy, byleby dostać się na ten sam oddział. Jakiś tam bóbr na balu nie mógł na dłużej wytrącić jej z równowagi. Poza tym po tym, jak zobaczyła Faye tkwiącą na scenie, z palcami zaciśniętymi na mikrofonie, łatwo mogła się domyśleć, że ta potrzebowała właśnie tego: zaprezentowania żelaznego spokoju, mimo pokrzykiwań z sali. Teraz na szczęście już milknących.
Ustawiła panią Longbottom w miejscu w pobliżu zapieczętowanego przejścia do korytarza i upewniła, że raczej nikt jej nie popchnie, nie stratuje ani nie potraktuje niechcący zaklęciem. Póki ktoś nie zacznie puszczać czarów na prawo i lewo, Faye powinna być bezpieczna.
- Oczywiście, postaram się kogoś powiadomić. Wspaniały występ, nawiasem mówiąc - odparła, puszczając rękę Faye. Zdawało się jej, że widziała gdzieś ojca gospodarzy, a i Erik nie tak dawno zszedł ze sceny. Florence, chcąc spełnić prośbę, przepchnęła się więc przez tłum, przy okazji spoglądając w stronę, gdzie niedawno wołano uzdrowiciela. Na szczęście wyglądało na to, że ten już nie jest potrzebny, bo nie widziała niczego, co sugerowałoby, że ktoś umierał, leżał ranny albo wyrosła mu dodatkowa głowa na skutek nieudanej transmutacji. Za to wypatrzywszy w pobliżu Jeremiaha Longbottoma, wspomniała mu cicho o Faye, a jeżeli dostrzegła gdzieś Adelarda Longbottoma, to i on został poinformowany o tym, gdzie stoi obecnie jego żona.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Patrick Steward - 28.11.2022

Brwi Patricka wędrowały wysoko do góry, zaskoczone podwójną dawką informacji, której właśnie uświadczał. Po pierwsze, dowiedział się nagle, że stojąca obok nich Seraphina również brała udział w tej całej absurdalnej licytacji a po drugie, bo najwyraźniej zamierzała grać do końca.
Posłał Mavelle osobliwe spojrzenie, jakby to ona potrafiła mu wyjaśnić, czemu Erik był aż tak cennym kompanem do zjedzenia wspólnej kolacji. Wsłuchując się w dźwięki podbijanej stawki coraz bardziej docierało do niego jak bardzo nie pasował do tego miejsca. I nie chodziło tylko o wydawanie lekką ręką wielkich sum, ale też o cała towarzyszącą temu otoczkę. Bogaci czarodzieje, zawezwani przez rodzeństwo Longbottomów na licytację, wykorzystywali ją jako okazję do zaprezentowania światu własnego bogactwa. Chełpili się nim, podbijali stawki, mienili się w swoich pięknych i drogich kreacjach, wydawaniem jeszcze bardziej podkreślając to, ile mieli.
Na swój sposób do Patricka dotarło, że być może wcale nie chodziło o Erika. Chodziło o element zaskoczenia, gdy pojęli, że własna siostra wystawiła kolację z nim, a potem zaczęli licytować, traktując tę sytuację, jak okazję do doskonałej zabawy.
On taki nie był.
Nie chodziło o to, że miałby się nagle okazać lepszy od nich – bo taki nie był. Chodziło o to, że nie potrafił podchodzić w ten sposób do tematu co oni. O ile cieszyła go myśl o wspieraniu sierot; o tyle wolał wpłacić datek poza licytacją, nie obchodziło go czy jego gest zobaczą inni. Ba, wolał, jeśli go nie widzieli.
- Po takich emocjach, przewietrzenie się to najlepsze co możemy zrobić – zgodził się, próbując obrócić całą sprawę w jakiś rodzaj żartu.
Jeśli Seraphina zgodziła się wyjść z nimi, podał jej drugie wolne ramię i we trójkę oddalili się na taras. Tam stał plecami odwrócony do sali bankietowej, wsłuchując się w śpiew Fae i popijając swój alkohol. Odwrócił się dopiero, gdy dźwięki umilkły. Nie widział bobra, nie widział nieudanego zaklęcia Alastora, nie dostrzegł wreszcie i samej Nory.
- Coś tam się chyba stało - zauważył mało elokwentnie, ale nie ruszył się ze swojego miejsca.



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Fernah Slughorn - 28.11.2022

Dotyk dłoni przyjaciółki był niespodziewany i chociaż Fernah stroniła od tego typu czułości, zrozumiała że dla Dory zapewnienie o pomocy, było nadzwyczaj ważne. Przez to poczuła delikatny dyskomfort, który zaciążył na jej żołądku – nie wiedziała z czym Menodora potrzebuje wsparcia, a jako przyjaciółka przecież powinna!

Nie dane jej było się dłużej zastanawiać czy obwiniać, bo i czas potoczył się dalej.

Fernah próbowała dostrzec, co takiego się dzieje. Niestety im bliżej hałasów i krzyków, tym gęstszy był tłum, i tym trudniej było cokolwiek zauważyć. Zaraz też ktoś wydarł się o medyka, a serce Paprotki niemal wyskoczyło z piersi. Atak?!, zacisnęła zęby i już miała powędrować w tamtą stronę, gdy na ramieniu poczuła dłoń panny Crawley.

— Słucham? — z ociąganiem zwróciła się w kierunku kobiety, zaraz też patrząc na nią badawczo. — Tak, chyba masz rację i oczywiście, że możemy wyjść.

Czy Menodora była bledsza, czy może Fernie się tylko zdawało? Slughorn odstawiła pełen kieliszek na najbliższy stolik i spytała.

— Wszystko w porządku? Chcesz coś do picia? I nie mam tu na myśli szampana, tylko wodę lub coś innego, co nie jest alkoholem.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Brenna Longbottom - 28.11.2022

To była mała katastrofa. Nawet nie dlatego, że wszyscy będą potem mówić o zamieszaniu z bobrem – matka Erika i Brenny pewnie podsumowałaby to słowami, że bal przynajmniej będzie długo zapamiętany. Chodziło raczej o Norę Figg.
Brenna naprawdę wolałaby zostać transmutowana na oczach gości osobiście. Byłoby jej głupio, owszem, ale ona po czymś takim wstałaby pewnie wspominając coś o tym, że jej bobrza fryzura wyglądała lepiej niż normalna. Głównie dlatego, że mogła sobie pozwolić na uchodzenie za miejscowego pajaca.
Jeżeli szło o Norę…
Parę osób, szczęśliwie, zaczęło ustawiać się tak, by zablokować dostęp fotografom. Brenna zaś ruszyła prosto do panny Fig, by przy niej przyklęknąć. W tej chwili, niezależnie od tego, co mówiło się o rodzinie Blacków, ich obsesji na punkcie czystości krwi, nienawiści do mieszańców i wydziedziczania własnych krewnych, była bardzo wdzięczna Perseusowi za to, że dał Norze swoją pelerynę.
- Chodź, kochanie – poprosiła łagodnie, starając się zmusić Norę, by wstała. I przy okazji starając się użyć płaszcza tak, by jak najbardziej zakryć ją przez fotografami. Osłonić nim, sobą, by na zdjęciach nie znalazła się przypadkiem twarz kobiety. Na całe szczęścia, była o tyle wyższa i mocniej zbudowana, że mogła przynajmniej częściowo zasłonić kobietę i poprowadzić do wyjścia nawet, jeżeli ta po tej całej przygodzie wciąż była zdezorientowana. - Zabiorę cię stąd, żebyś doszła do siebie.
Starała się pociągnąć Norę ku jednemu z przejść, wiodących do przejścia w głąb domu. Podejrzewała, że Nora niekoniecznie miała chęć na dalszą zabawę, a nawet jeżeli tak – świetnie, ale lepiej, by wróciła tu za parę minut, gdy goście nie będą już starali się dowiedzieć, co się stało…


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Bard Beedle - 28.11.2022

(- jeśli ktoś życzy sobie npc do tańca, niech mnie woła
- jeśli ktoś życzy sobie zdjęcia/wywiad dla prasy, niech też mnie woła
- chętni, którzy jedli/zjedzą torcik niech rzucą sobie k100 (kod to [roll= 1d100] - tylko bez spacji po = - osoba z najwyższym wynikiem znajduje wspomnianą monetę złotą, drugi najwyższy - srebrną
- sesję zbiorową będziemy zamykać tak koło 7 – 9 grudnia myślę, będę animować tło na bieżąco, ale nie musicie oglądać się zupełnie na moje odpisy, jeżeli nie wchodzicie w interakcje z tłem : )/

TAŃCE ORAZ DROBNE LOSOWANIE



Zamieszanie powoli się uspokajało. Dzięki temu, że występ Faye ściągnął uwagę większości gości, sam moment przemiany zobaczyło tylko kilka osób. Z kolei Perseus, Elliot i Erik, starając się zablokować dostęp do Nory, sprawili, że w takim stanie ujrzeli ją głównie goście stojący najbliżej.
Reporterka, jeszcze niedawno robiąca wywiad z Heather, chciała wyraźnie ruszyć albo za Norą, albo za Elliotem i Erikiem. Ubiegła ją jednak Daisy, na moment więc kobieta wykrzywiła tylko usta w niezadowoleniu nim zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu innej ofiary.
Tymczasem Elisa Longbottom przeprosiła Ashling, wypatrzywszy męża wymieniła z nim parę słów i sama ruszyła na scenę. Wcześniej obserwowała całe to zamieszanie wyraźnie zdezorientowana, nie mając pojęcia, co robić. Ona sama, w przeciwieństwie do męża i dzieci – nawet jeżeli chyba to jej wszyscy w tym domu bali się najbardziej – nie miała doświadczeń Brygadzistki i prowadziła dość spokojne życie. Gdy jednak wyglądało na to, że sytuacja wreszcie się uspokoiła, pani Longbottom doskonale wiedziała, co robić.
Skoro jej córka zajmowała się gościem, syn reporterami, ona musiała przejąć na chwilę pałeczkę. I przy okazji odwrócić uwagę od dzieci.
- Drodzy goście! Przepraszamy za chwilowo zamieszanie – powiedziała, gdy weszła na scenę, po czym przeszła do formułki, jaką pierwotnie miała wygłosić Brenna. Tymczasem zapraszamy was do tańca oraz do jedzenia wspaniałego tortu, zamówionego w kawiarni Nora Nory. Bądźcie ostrożni, bo gdzieś w nim ukryto złotego galeona oraz srebrnego sykla, oba ze specjalnym oznaczeniem. Poza galeonem szczęściarz, którzy go wylosuje, otrzyma ostatni przedmiot, który Brenna po omówieniu z ofiarodawcą przeznaczyła na tę małą zabawę, sprawdzającą, czy sprzyja wam Fontanna Szczęścia: jeden z pierwszych egzemplarzy baśni Barda Beedle’a w doskonałym stanie. Srebrny sykl natomiast oznacza limitowaną kartę z talii czekoladowych żab, przedstawiającą autora talii – jest ich zaledwie piętnaście!
Na ruch jej ręki orkiestra zagrała. Kolejny ruch – tym razem różdżki – i dołączyły do niej kolejne, niewidzialne instrumenty. Ten i ów nieśmiało wychodził na parkiet. Obsługa kroiła i roznosiła tort. Ze względu na to, że różne piętra miały różne smaki, można było wybrać pomiędzy czekoladowym, waniliowym, a wielosmakowym.
Pani Longbottom zeszła ze sceny ruszając do Faye. Zamierzała cicho zapytać, czy wszystko w porządku – i zgodnie z jej życzeniem albo zostawić w spokoju, albo odprowadzić do pokoju Adelarda, albo przynieść jej torcik.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.11.2022

Geraldine nadal nachylała się nad Theseusem. Była przerażona tą całą sytuacją, niby był to bal, powinno być spokojnie, a jej przyjaciel właśnie zaliczał spotkanie pierwszego stopnia z podłogą. - Nie ma żadnych przypadłości, nie widziałam co się stało, ale może ten bóbr miał z tym coś wspólnego...- Była zbyt daleko, żeby dostrzec, co było powodem tego zamieszania. - Czyli będzie żył?- Spytała jeszcze Williama, aby się upewnić. To było najważniejsze.

Nawet nie zauważyła, że Gio przybiegł tu za nią. Zbytnio była zaabsorbowana całą sytuacją, może to nawet lepiej, na pewno nie odmówi jej pomocy w przeniesieniu Thesa w bezpieczne miejsce. Sama pewnie mogłaby mieć z tym trochę problemu, choć może po prostu wolałaby nie rzucać Fletcherem jak workiem ziemniaków przy wszystkich, niektórzy mogliby jeszcze sobie narobić kompleksów widząc jaka jest silna.

Obserwowała Gio, kiedy ten próbował rzucić zaklęcie, aby przenieść Theseusa, najwyraźniej coś poszło nie tak, bo jej przyjaciel nawet nie drgnął. Spojrzała na Gio i wzruszyła ramionami, chyba muszą trzymać się najprostszych metod. Nachyliła się i wsunęła ramię pod rękę przyjaciela, jakoś dociągnie go do krzesła. - Myślę, że sobie z nim poradzę. - Odparła jeszcze do mężczyzn, którzy stali obok i najwyraźniej chcieli jej pomóc.

- Zabiorę Cię na świeże powietrze Thes. - Szepnęła jeszcze do przyjaciela, przynajmniej wokół nie będzie tych wszystkich gapiów, brakowało tylko, żeby w jutrzejszym Proroku znalazły się informacje o tym, że zaniemógł na tym balu. - Oprzyj się o mnie.- Powiedziała jeszcze do przyjaciela i powoli, skoro udało jej się go podnieść ruszyła w stronę wyjścia.

Nie obchodził jej tort, czy tańce, choć miała zamiar zostać królową parkietu, najważniejsze w tym momencie było to, aby wyprowadzić stąd Theseusa i doprowadzić go do stanu jakiejkolwiek używalności. - Co się tam wydarzyło?- Chciała usłyszeć jego wersję wydarzeń.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Giovanni Urquart - 30.11.2022

Odetchnął z ulgą, gdy Theseus powrócił do żywych. Może to tylko za dużo wrażeń. Gdy Ger postanowiła wyjść z czarodziejem na świeże powietrze, Gio postanowił dołączyć do nich, ale jego uwagę rozproszył tort. Oh tak, zdecydowanie nie mogli zostać o pustym żołądku.

— Zaraz do was dołączę — rzucił, chociaż być może nawet go nie usłyszeli.

Podszedł do stanowiska z tortem. Przepuszczając wszelkie kobiety i starszych czarodziejów, odebrał trzy talerzyki z tortem (cztery, jeśli William wciąż im towarzyszył). Dla siebie wybrał kawałek z warstwy czekoladowej, jako że zdecydowanie potrzebował tego po tylu emocjach. Dla reszty wziął wielosmakowy.

Wyszedł na zewnątrz i wręczył towarzyszom po talerzyku.

— Coś na wzmocnienie, po tym kalejdoskopie wrażeń — uśmiechnął się.

Gdy rozdał innym ciasto, zabrał się do szybkiej, lecz wciąż eleganckiej, konsumpcji. Potrzebował cukru, i to jak.


Rzut na monetkę w torcie Gio.
[roll=1d100]


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Heather Wood - 30.11.2022

Nie sądziła nawet, że Cameron mógłby ją podejrzewać o coś takiego jak myślenie. Gdyby tylko wiedziała... Pewnie by go wyśmiała. Jakoś nigdy nie było jej z tym po drodze, zresztą, to samo mieli jej przyjaciele, przecież inaczej by nie byli ze sobą tak blisko. Na całe szczęście nikt z ich trójki nie miał takich ludzkich odruchów, bo jeszcze by ich stopował w podejmowaniu irracjonalnych decyzji.

-Bardzo grzecznie Cami, jak na Ciebie.- Uśmiech nie schodził jej z ust, widać było, że naprawdę wyśmienicie się bawi w jego towarzystwie, zresztą jak zawsze. No, chyba, że zaczynał na nią spanikowany krzyczeć, kiedy zaczynały się pojawiać problemy, na całe szczęście na balu jeszcze się nic takiego nie wydarzyło, więc mogli na spokojnie cieszyć się tym wieczorem.

Nie było wątpliwości, że gdyby nie umiejętności Lupina związane z magią leczniczą i ona i Charlie mogliby nie mieć już kilku placów, czy mieć krzywo zrośnięte kości. Na całe szczęście mieli pierwszą pomoc medyczną, która całkiem nieźle radziła sobie z ich wszystkimi wypadkami. Cameron dzięki nim miał na kim ćwiczyć, także chyba wszyscy byli zadowoleni. - Nie bądź już taki skromny, mam Ci wyliczać ile razy mi pomogłeś?- Heather naprawdę ceniła jego zdolności i wiedziała, że gdyby nie on, to mogłoby być różnie, a tak to podczas tych wszystkich pijackich ekscesów mieli wsparcie medyczne.

Heather zdawała sobie sprawę, że niewiele osób ma tyle szczęścia, co ona. Udało jej się jeszcze w szkolnych czasach trafić na tych dwóch, którzy okazali się być takimi odklejeńcami jak ona, nie oceniali jej i tych jej wszystkich nienormalnych pomysłów, tylko reagowali na nie z entuzjazmem, miała świadomość, że mało osób podchodziłoby do wszystkiego właśnie w ten sposób. Naprawdę ogromnie cieszyła się z tego, że ma ich przy sobie, że towarzyszą jej podczas tego nudnego życia, może to właśnie dzięki nim nabierało ono koloru, bo z nimi świat zdecydowanie nie był czarno-biały.

- Jakoś sobie z tym poradzimy, jak za wszystkim!- Będzie miała to na uwadze podczas ich kolejnego spotkania, powinna również wspomnieć o tym Charliemu, przecież nie mogło to pozostać tajemnicą. Ich trójka nie miała ich przed sobą. - Masz rację, we dwójkę, to jeszcze jakoś dajemy radę, chociaż szkoda, że Charlie się nie pojawił.- W końcu byli trio, a nie duetem, zdecydowanie łatwiej przychodziło im wszystko we trójkę. Nie zamierzała jednak skazywać tego wieczoru na stratę, liczyła na to, że jeszcze się upiją w spokoju, z dala od tych wszystkich ludzi, tym darmowym alkoholem.

Zauważyła, że Cameron odwrócił wzrok, kiedy wspomniał o zazdrości. Cóż, łączyła ich trójkę bardzo dziwna relacja, sama Heather wiedziała, że często jest to coś więcej niż przyjaźń. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, zresztą nawet nie szukała odpowiedzi. Dobrze jej było z nimi dwoma, dlaczego miałaby coś zmieniać? - Nie sądziłam, że jesteś w stanie tyle dla mnie zrobić.- Zaśmiała się w głos słysząc ten przemyślany pomysł na zabójstwo.- Długo nad tym wszystkim myślałeś?- Była ciekawa, czy przyszło to do niego pod wpływem chwili, czy już dawno zaplanował takie czynności.

- Przecież nie jestem jakąś pierwszą lepszą! To oczywiste, że w przypadku spotkań ze mną trzeba się postarać.- Dodała jeszcze słysząc komentarz Lupina skierowany do dziennikarki. Najwyraźniej kobieta wszystko łyknęła, niesamowicie ją to cieszyło, chociaż już widziała karcący wzrok matki, kiedy przeczyta te wszystkie bzdury, nie mogła się doczekać aż znowu ją zruga.

- Czy narzeczony nie jest tylko dodatkiem do pierścionka?- Starała się brzmieć naprawdę poważnie. Skoro już w to weszli, to musieli być wiarygodni. Nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby robić z siebie taką wredną babę bez serca. - Oj nie złość się na mnie Misiaczku, przecież gdybym Cię choć trochę nie lubiła, to nie zabrałabym Ciebie ze sobą na ten bal...- Powiedziała jeszcze na zakończenie tej całej farsy do przyjaciela.

Teraz do niej dotarło, że podeszła do nich ta kobieta, która przegrała z nią licytację, zauważyła zmieszanie Camerona, nie zamierzała jednak go komentować, najwyraźniej bardzo poważnie podchodził do swojej pracy, bo nagle zrobił się sztywny. Na całe szczęście, zaczęło się to całe zamieszanie i mogli zignorować jej obecność. - Skąd wiesz? Czochrałeś kiedyś bobra? - Nie chwalił się tym jeszcze? Jak mogło do tego dojść.

- Torcik!- Rzekła z entuzjazmem, kiedy skończyło się to całe zamieszanie związane z bobrem. Sięgnęła po dwa talerze, jeden dla siebie, drugi dla swojego towarzysza. - Jedzmy, wypiliśmy już trochę, dobrze nam zrobi trochę szamy.- Przekazała Lupinowi drugi talerzyk z tortem. - Później idziemy tańczyć, chyba, że wolisz zawinąć butelkę szampana lub dwie i pójść gdzieś się przejść.- Niech i Cameron ma coś z tego wieczora, żeby nie było, że tylko ona rządzi.

[roll=1d100] (na torcik rzucam)


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Cameron Lupin - 30.11.2022

Uniósł skromnie brwi. W sumie nie odprawiał jakichś wielkich cudów, przynajmniej jeszcze nie. To, że jeszcze nikomu nie urwał ręki przy użyciu standardowych zaklęć leczniczych, wynikało prędzej z tego, że testował je wielokrotnie i intensywnie. Nie uznawał swoich umiejętności za naturalny talent, a raczej coś, co wypracował na przestrzeni lat. Chociaż może podczas tego całego stażu okaże się, że jednak ma smykałkę do określonej dziedziny magicznej medycyny?

Lubię, gdy jesteś taka pewna siebie — przyznał. Co się zaś tyczyło Rookwooda, to nie brał nawet pod uwagę, że jego nieobecność mogłaby być spowodowana jakimś wielkim problemem. Wprawdzie brak informacji, że się nie pojawi, mógł wzbudzać wątpliwości, ale może po prostu nie miał, kiedy napisać? Mógł się czegoś nażreć rano i teraz odchorowywał w łóżku. — Nadrobimy to... Kolacja u ciebie na chacie przy dobrej muzie to prawie jak ten bal.

Zaśmiał się krótko. Cóż, akurat chata starych Rudej była całkiem sporych rozmiarów, co w dużej ilości przypadków działało na ich korzyść. Na przykład, gdy odsypiali grubą imprezę i nie mieli gdzie się podziać. Gdyby spróbowali wbić do Lupinów, to prawdopodobnie wszyscy troje dostaliby ostry opierdol. Najpierw od rodziców Camerona, a potem od jego rodzeństwa, które poddałoby pod wątpliwość jego pochodzenie.

Trzeba bronić takiego skarbu, co nie? — rzucił zawadiacko, zarzucając rękę na ramię Heather. Naturalnie rozprawiał tylko hipotetycznie, bo dużo bardziej prawdopodobne by było to, że sam by zrobił sobie krzywdę, próbując wysłać drugą osobę na tamten świat. Na jej pytanie tylko uniósł lekko kąciki ust, spuszczając na moment wzrok. — Nie wiem... Może jak dobrze rozegrasz ten wieczór, to się dowiesz.

Na tym urwała się ich rozmowa, gdyż podczas tego jakże kameralnego wywiadu, Cameron praktycznie zaczął się dusić, próbując ukryć chęć wybuchnięcia śmiechem. Z każdym kolejnym zdaniem, które opuszczało usta Heather, miał wrażenie, że zdają się dla dziennikarki coraz bardziej... pojebani. I to w najlepszym możliwym kontekście. Nie sądził, że Ruda potrafi tak ładnie grać pod publiczkę. Rozgrywała dziennikarkę, tak jak rozgrywała swoich przeciwników na boisku quidditcha. Tu tekst o kochankach, tutaj o wysokich wymaganiach, jedno zdjęcie, drugie zdjęcie i pewnie wyląduje w najnowszym wydaniu Czarownicy.

A ty nie? Nie wiesz, co tracisz — powiedział, starając się brzmieć w taki sposób, jakby dziewczynę omijała niesamowita zabawa. — Będziesz musiała nadrobić zaległości. Eh, ty to chyba faktycznie potrzebujesz intensywnych zajęć dodatkowych.

Akcja ratunkowa w wykonaniu zaprzyjaźnionych z Longbottomami aurorów skończyła się równie szybko, jak się zaczęła i Lupin poczuł się tym nieco zawiedziony. A już myślał, że ta biba zaczynała się rozkręcać. Niby licytacja była całkiem fajna, ale nieoczekiwany atak bobra, to znaczy kobiety zmienionej w bobra, zdecydowanie przyciągnął uwagę niemałego tłumku. Brakowało jeszcze tylko dobrej muzyki i... Wtedy rozbrzmiała orkiestra. Cameron skrzywił się lekko. W najbliższym czasie zdecydowanie będą musieli wyskoczyć do jakiegoś tłumu. Więcej współczesności, mniej klasyki.

Uno momento, skarbie. Muszę zrobić zapasy na później — Mrugnął niezdarnie do Heather, zanim ta ruszyła po talerze.

Cameron zniknął na chwilę we wciąż zaaferowanym bobrowym problemem tłumie, obierając bufet za swój główny cel. Zręcznie ominął kilka osób, cudem nie wywalając się, gdy jakaś kobieta wpadła mu pod nogi. Mimo tych trudności dotarł w końcu do stołu bufetowego. Oglądając przekąski przygotowane dla gości, z trudem powstrzymał się od ciężkiego westchnienia. Sałatki, sałatki, koreczki i jeszcze więcej sałatek. Czy gospodarze byli tak skupieni na znalezieniu dobrych fantów, że zupełnie olali kwestię wyżerki?

A nie, jednak nie, zrozumiał w końcu, gdy wypatrzył talerz z wędlinami i innymi szynkami. Nałożył sobie parę plasterków i wrócił do swojej partnerki, wyraźnie zadowolony z upolowanego posiłku. Oczywiście nie zamierzał odmawiać sobie słodkości. Bądź co bądź, to było darmowe żarcie, więc nie mógł przejść obojętnie wobec tortu. Odebrał od kelnera całkiem spory kawałek, nie widząc nic dziwnego w tym, że mieszał ze sobą mięso i ciasto.

Możemy pójść do ogrodu. Z alkoholem oczywiście — zaproponował ochoczo. — Na wolny taniec jeszcze przyjdzie czas.

Uśmiechnął się porozumiewawczo do Rudej. Wprawdzie nie miał jakichś szczególnych preferencji, jednak jeśli już miał spędzić część tego wieczoru na parkiecie, to wolałby poczekać, aż na sali będzie nieco mniejszy tłum i trochę się przerzedzi. Mniejsza szansa, że podepcze kogoś oprócz Heather i narazi się jakiemuś arystokracie lub landlordzicy. Jeśli udało im się dojść do porozumienia, para ruszyła w stronę najbliższego baru, aby wyżebrać pożyczyć poprosić obsługę o wydanie im butelki dobrego alkoholu.


Rzut na tort
[roll=1d100]