Secrets of London
[7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+--- Wątek: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange (/showthread.php?tid=5408)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Lyssa Dolohov - 08.01.2026

Wpadam na Laurenta

Oboje z Lyssą operowali w wadzie piórkowej, więc mieli wyrównane szanse jeśli chodziło o ewentualne powalania się, przewracania i wytrącania z równowagi. Na całe jednak szczęście, pomimo zaskoczenia kolizji, obydwoje wciąż stali na nogach. Dobrze, bo inaczej pewnie zaraz po sali poniósłby się jej płacz. Wściekły, oczywiście, ale wciąż ubrany w łzy.

Niewidzialna przeszkoda, jaką aktualnie w jej głowie był Prewett, nie wydawała się jednak stanowić jakiegokolwiek zagrożenia. Ba, głos nawet nie pasował do kłopotu jaki wydawał się nieświadomie sprawiać. No właśnie, głos. Laurent mógł nie być w stanie po nim rozpoznać Lyssy, ale dziewczyna pamiętała, bo zapomnieć nie mogła. Wystarczyło parę słów i skonsternowanie, które pchnęło ją na drogę rozpaczliwego poszukiwania cech charakterystycznych w winnym. A że głos tylko teraz słyszała...

- Czy ty nie...? - zaczęła, ale przerwała, bo zapytanie z miejsca czy nie był z Victori na pojedynku, albo czy w ogóle nie nazywał się Laurent Prewett, mogło wydawać się zwyczajnie dziwne. - Widziałam jak te eliksiry robią z ludźmi dziwne rzeczy. Komuś na przykład wyrosły skrzydła. Ktoś inny zmienił się w elfa, jeszcze ktoś całował powietrze... ale może... może to nie było powietrze tylko ktoś niewidzialny, jak tak teraz o tym myślę? - zastanowiła się przez moment, ale zagadka chyba musiała na zawsze pozostać nierozwiązana.

- To tylko bal... ludzie pamiętają tylko to co widzieli... - wzruszyła ramionami. - Chodzi mi o to, że to pewnie zaraz minie, a wtedy nikt cię nie przeoczy - poprawiła się z uśmiechem. Oczywiście grzecznym i nic ponad to. - Może... może się przesuńmy? Żeby nie stać na środku - pociągnęła go pod ścianę. Czuła się w obowiązku nie zostawiać go chyba tylko dlatego, że wiedziała kim jest. No i brzmiał trochę jak ucieleśnienie przysłowiowej osiki czy mimozy, powtarzając za nią niczym papuga. - W każdym razie to nie powinno potrwać długo. Zaraz przejdzie. Chyba.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5KDJmIP.png[/inny avek]


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Laurent Prewett - 09.01.2026

Rozmawiam z Lyssą
Niewidzialność - kończy się w tej kolejce.

Przepychanka nie kosztowała na szczęście nikogo upadania na cztery litery - Prewett przecież też chyba by się poryczał. Może nie od razu na podłodze, ale gdzieś w zaułku, pewnie w toalecie, wylewając rzewne łzy swojej kolejnej porażki. Na szczęście dla obu strony - nic takiego nie miało miejsca.

Zmiana nastawienia kobiety, która zaczęła go przepychać, również mu pomogła. Odetchnął jakoś z ulgą, że pojawiło się zrozumienie, a nie było dalszej agitacji do wzywania strażników, czy przywoływania jakichkolwiek innych procedur na miejsce. Ba! Pojawiło się nawet wyjaśnienie, które sprawiło, że twarz Laurenta przywdziała drobny uśmiech. Niezauważalny dla Lyssy, ale jednak - uśmiech ulgi. Nie to, że cieszył się, że inni też stali się ofiarami pułapki eliksirów, oj nie, nie... Był ciekawe, naprawdę ciekaw, co za śmieszki były wiecznie odpowiedzialne za te dowcipy. Imprezy Prewettów też wcale nie były wolne od takich precedesów. Czy to może efekty uboczne jakiś mieszanek alkoholu? A może odrobina ośmieszenia miała, według niektórych, rozluźnić atmosferę? Laurent uważał, że ją zagęszczała. Widział jednak takie osoby, którym rzeczywiście było do śmiechu i rozluźniali się, widząc swoją - a szczególnie cudzą - wpadkę.

- Chyba żadna większa impreza towarzyska w naszej socjecie nie może być wolna od tych... niegórnolotnych dowcipów z drinkami i eliksirami. - Może uśmiechu nie widziała, ale mogła go teraz wyczuć w jego głosie. Nadal był napięty, ale starał się jak najbardziej kontrolować swój głos i swoją postawę. Tak, nie widziała go. Ale to wcale nie docierało do odruchów Laurenta i nie sprawiało, że zrzucał swoją codzienną... maskę. W końcu nie wiadomo było, kiedy zacznie być znów widzialny, prawda?

- Dziękuję za wyrozumiałość. Nie chciałbym narażać kogokolwiek na tak przykre spotkania, jakie miały miejsce w przypadku panienki. - Albo pani? Chyba akurat co do takich gaf wręcz należało być wyrozumiałym na balu z maskami. - Ach, tak... naturalnie... zaproponowałbym drinka, ale nie jestem przekonany, czy i one nie są skazane na te... efekty uboczne. - Wskazał gestem kierunek, ale widział, że ona tego nie widzi - uzmysłowił sobie to. Zmieszanie przepłynęło falą przez jego twarz, zaraz jednak z niej zniknęło na rzecz uprzejmego, ciepłego uśmiechu. Natomiast ona zadziałała sama - pociągnęła go, a on dał się pociągnąć bardzo chętnie. Nawet ciągnąć go nie musiała - podążył za jej krokiem. - Olśniewająca panienka zamieniła się w waleczną księżniczkę na białym rumaku. - Zażartował delikatnie. Brzmiała i wyglądała dość młodo. I dopiero teraz zaczęła brzmieć dla Laurenta znajomo, tylko nie wiedział, w którym kościele mu dzwoniło. - Dziękuję raz jeszcze. Jestem zobowiązany. - I kiedy eliksir przestał działać, Lyssa mogła zobaczyć oczy jak szkiełka, w których czarodziejsko zaklęto wiecznie poruszane wiatrem, lazurowe fale, ciepły uśmiech i wdzięczność wymalowaną na twarzy. Autentyczną? Och...




RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Rodolphus Lestrange - 09.01.2026

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b5/d7/1d/b5d71d08058e6ef41e388eb3b9ca2670.jpg[/inny avek]

Przyglądam się ochronie, która próbuje wyprowadzić Agathę

Sam nie wiedział, jakim cudem Agatha dostała się do środka - ale zaczął poważnie zastanawiać się, kto jeszcze był obecny na tym balu, a kto nie powinien się tu znaleźć. Docenił, że Laurence obszedł stół i stanął w taki sposób, by odciąć kobiecie drogę ucieczki. Maska po raz kolejny przesłoniła jego uśmiech. Sam znajdował się blisko kobiety, a z kolejnej strony była ochrona. Aczkolwiek odetchnie dopiero, gdy wyprowadzą tę wariatkę z posiadłości.

Nie odpowiedział jej już na te bzdety o miłości. Nie odpowiedział też na ostre słowa w kierunku ochroniarzy. Kogo jego rodzina zatrudniała, że byli tacy grzeczni i pozwalali sobie przerwać byle komu?
- Panowie robią tylko to, co do nich należy - jeżeli chodzi o zgrywanie idioty, to miał wrażenie, że zaczynało mu to wychodzić naprawdę nieźle. - Postarajmy się nie utrudniać im i tak ciężkiej dzisiaj pracy. Jeżeli pani to pomoże, później także zweryfikuję swoją tożsamość. Panie jednak mają pierwszeństwo.
Starał się mówić neutralnie, tak jakby sam nie powiedział kuzynowi, żeby poszedł po ochronę. Tak jakby naprawdę nie wiedział, że za tą maską kryła się Agatha. Grał do końca. Liczył tylko, że Laurence nie spali jego idealnej przykrywki. W jego głowie kiełkował plan, który zakładał, że jak wywalą stąd kobietę, to za kilka dni będzie po wszystkim. Ale do tego nie mógł się zdradzić z tym, że rozpoznał Agathę.

@Laurence Lestrange @Baba Jaga


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Laurence Lestrange - 09.01.2026

Nie mogło być tak łatwo, prosto i szybko. Nie była zaskoczeniem reakcja gościa, który ponownie może zostać poproszony o okazanie zaproszenia. Z drugiej strony, nie powinno to także stanowić problemu, aby je okazać, kiedy ochrona o to prosi. Słusznie, kobieta miała prawo pytać o powód. A że ochrona podeszła do tego także łagodnie, to z szacunku do samego gościa, oraz otoczenia. Nikt nie chciał przecież sensacji, prawda? Już sama obecność ochrony przy stoliku z przekąskami, na sali balowej, mogła wzbudzać zainteresowanie okolicznych par, samotników czy grupek ze sobą rozmawiających.

- Szanowna Pani. Byłbym wdzięczny za chęć współpracy. To tylko mała formalność. Okazanie ponownie zaproszenia nic nie kosztuje, a zaoszczędzi Pani wymownych spojrzeń dookoła.
Uprzejmie i dyskretnie zwrócił uwagę na otoczenie, które może być zainteresowane obecnością ochrony przy nich.
- Jeżeli nie chce Pani okazać zaproszenia ochronie.
Laurence mówił spokojnie, z opanowanym tonem. W tym momencie zdjął swoją maskę z twarzy, okazując swoją tożsamość. Agatha miała przed sobą członka rodziny Lestrange. A Laurence nie był nikim obcym w rodzinie, w ministerstwie i w gronie celebrytów. Był dość znany. Czy może dla niej, jednak był obcy? Nie krył się z tym, kim jest. Okoliczni goście mogli ujrzeć jego osobę i mieć pewność, że jest obecny na tym przyjęciu.
- Może zechce pokazać mnie?
Wyciągnął wolną rękę na znak, aby kobieta wręczyła mu swoje zaproszenie. Zerknął także na Rodolphusa, po czym znów na kobietę.
- Pana też możemy zweryfikować, jeżeli Panią to również uspokoi.
Podpiął się pod słowa kuzyna, jeżeli to miałoby dodatkowo pomóc w osiągnięciu celu, poznania tożsamości intruza i zweryfikowaniu, czy faktycznie jest na liście gości.
- Posiada Pani zaproszenie?
Zapytał z mocniejszym naciskiem na pierwsze słowo, wciąż darząc kobietę uprzejmością w spojrzeniu i lekkim uśmiechu, ale też okazując nutę wyższości. Nie chciał przeciągać sprawy i zakłócać porządku na sali. Jeżeli się okaże, że szanowna pani nie posiada zaproszenia, da sygnał ochronie, aby ją po prostu wyprowadzili. Od razu. Biorąc także pod uwagę fakt, że w tym czasie na głównej scenie trwała licytacja.


Posiadana Maska




RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Astoria Avery - 16.01.2026

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ab134dda1f3d01c6927ccdd9df29fc1f/0e02927a58c84d58-e1/s1280x1920/ed8ff786775db10eacf274ce577390a0ee15b606.jpg[/inny avek]

Astoria pozwoliła, by Levi poprowadził ją w głąb sali, ale jej myśli zostawały krok za nimi, jakby nie nadążały za ruchem ciała. Światło żyrandoli odbijało się w kryształach i złoceniach, rozszczepiało na ciepłe refleksy, które tańczyły po ścianach i po jej odsłoniętych ramionach. Wszyscy tu wiedzieli, że maski nie gwarantowały anonimowości, jedynie złudzenie bezpieczeństwa.
Nigdy nie patrzyła na Leviego przez pryzmat choroby. Była częścią jego, czynnikiem niezależnym. Sama również zmagała się z chorobą genetyczną, więc byłaby ostatnią hipokrytką, jeśli nagle zaczęłoby jej to przeszkadzać. Wielokrotnie  wodziła opuszkami palców po łuskowatej skórze, bezwiednie, badając jej fakturę z czystą ciekawością, niemal artystyczną. Dotykała łusek tak, jak dotyka się marmuru albo starego płótna - z uwagą, z szacunkiem, bez wstrętu czy litości.
Uniosła lekko podbródek, a potem pozwoliła, by kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu zbyt ostrym, by nazwać go jedynie uprzejmym. Był w nim błysk zaczepności, ten szczególny rodzaj humoru, po który sięgała wtedy, gdy czuła się wystarczająco pewnie.
- Może - rzuciła przeciągle. - Bardziej taka nieoczywista oczywistość - wyszczerzyła zęby na tę pokrętną logikę. W końcu nikt nie oczekiwał od Rowlów smoczych masek, ale gdyby się taka trafiła, nikt nie byłby tym faktem zaskoczony. Jakież byłoby zamieszanie, gdyby ktoś obcy założył taką maskę i narobił kłopotów! Aż dziwne, że nikt na to nie wpadł.
- Może po prostu chciałabym cię zobaczyć w takiej wersji. Mogę liczyć na prywatny pokaz? - zerknęła na Leviego spod wachlarza rzęs, badając, czy jej słowa trafiły w punkt. A gdyby w takim przebraniu zapozowałby do obrazu... ach, chyba za bardzo się rozmarzyła.
- Komu potrzebna indywidualność, gdy się jest zakochanym? - westchnęła teatralnie. Zakochanie bywało wygodne. Zdejmowało z barków ciężar odrębności, odpowiedzialność za własne decyzje. Pozwalało schować się za "my", zamiast stale wystawiać na widok publiczny to niewygodne "ja". Znała ten mechanizm aż za dobrze. Widziała go u swoich rówieśniczek, u kuzynek, u kobiet, które jeszcze kilka lat wcześniej miały własne ambicje, własne głosy i własne marzenia, a potem niemal niezauważalnie  zaczynały znikać w cieniu czyjegoś nazwiska. W miłości potrafiło być coś uwodzicielsko destrukcyjnego.
A jednak... nie mogła zaprzeczyć, że w tym zatraceniu istniał pewien rodzaj piękna. Dobrowolna rezygnacja z ostrych konturów. Chwila, w której nie trzeba było walczyć o przestrzeń, bo ktoś inny naturalnie robił na nią miejsce. Wypowiedziała to zdanie zaczepnie, niemal prowokacyjnie, ale w jej spojrzeniu czaił się błysk refleksji, która przyszła niespodziewanie i nie do końca była mile widziana. Bo Astoria Avery ceniła indywidualność. Budowała ją latami, z uporem godnym lepszej sprawy, strzegła jej jak skarbu. A mimo to  potrafiła sobie wyobrazić moment, w którym ktoś byłby wart tego, by na chwilę o niej zapomnieć.
Zacisnęła dłoń na jego ramieniu i szła obok, w rytmie muzyki i kroków innych gości, z głową uniesioną wysoko i plecami wyprostowanymi, jak przystało na pannę z dobrego domu. Tuż obok baru do ich uszu dotarł urywek rozmowy - szeptany, podszyty ekscytacją, typowy dla plotek. Czarne róże i teorie spiskowe. Odwróciła lekko głowę, a w złocie maski zamigotało światło, kiedy posłała Leviemu porozumiewawcze spojrzenie - takie, które nie potrzebowało słów, bo było wspólnym kodem wypracowanym przez lata.
- Trzeba będzie sprawdzić, o co tyle zamieszania. Ale czemu nie można ich dotykać? - spojrzała na mężczyznę, jakby miał znać odpowiedź na to pytanie. - Zamówisz mi czerwone wino?

!plonacedrinki


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Pan Losu - 16.01.2026

Czysty błękit
Po wypiciu tego drinka twoja skóra zmienia kolor na błękitną. Efekt utrzymuje się przez 2 kolejki.


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Lucy Rosewood - 21.01.2026

Z Gabrielem i Hannibalem


Aktor teatralny. Miło mi – powiedziała uśmiechając się do Hannibala. Aktorzy w każdej dekadzie byli dość ciekawymi zjawiskiem. Pchali się do pracy, która przez lata istnienia udowadniała, że czyni z człowieka jeszcze bardziej szalonego, a niektórzy i tak naiwnie uważali, że zachowają zdrowy rozsądek. Chociaż no... Niektórzy od razu wiedzieli na co się pisali i to akurat naprawdę szanowała.

Zazdrosna? Czy była zazdrosna? Raczej nie. Nie mogła być zazdrosna, nie kiedy za bardzo skupiała myśli na tym, że Gabriel mówił o niej dużo. I że w ogóle o niej wspominał. I że rzekomo był pod jej wielkim wrażeniem. Słysząc jednak tekst Gabriela o plecach Hannibala, uśmiechnęła się ponownie i kierowana, sama nie wiedziała czym dodała.
Plecy są w gruncie rzeczy jedynie nudnym zlepkiem kości i lubiących ból mięśni, okrytych skórą. Nie dziwię się więc panu Selwynowi, że woli dekorować je w taki sposób.
Spojrzała na niego z zaciekawieniem, nie robiąc sobie jednak zbyt dużo z faktu, że się do niej nachylił.
Występie? Będzie pan dzisiaj występował? Czyżby znowu zaszczyci nas pan swoim śpiewem? Ekstazę Merlina kojarzę jedynie z pierwszego wystąpienia. Proszę mi powiedzieć, czy w obecnej wersji, barwy Ekstazy zostały chociaż nieco poprawione? Pamiętam, że tamte stroje strasznie gryzły się ze wszystkim.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sEEiqNc.jpeg[/inny avek]


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Baba Jaga - 21.01.2026

Rodolphus & Laurence



Laurence miał rację - ochrona starała się dbać o dobry wizerunek całego wydarzenia. Podchodzenie do gości gwałtownie nie było zwyczajnie wskazane, a rozwiązywanie problemów powinno odbywać się jak najbardziej dyskretnie. Oboje panów mogło jednak czuć na swoich plecach powoli rosnące zainteresowanie otoczenia, bo obdarte z masek twarze ochroniarzy zwyczajnie przykuwały uwagę, a socjeta spragniona była wszelkich plotek.
Kobieta obdarzyła Laurenca zdegustowanym spojrzeniem, kiedy ten tylko znowu się odezwał. Nie była skora do współpracy i cała ta sytuacja wyraźnie ją denerwowała. Widać było, że nie robiło jej różnicy kto w ogóle prosi ją o okazanie zaproszenia, ważne że w ogóle tego od niej rządano.
Rozejrzała się też, ponownie, ale czegokolwiek szukała w tłumie, nie mogła tego znaleźć. Dlatego też wyprostowała się jakby nieco, unosząc dumnie podbródek.
- Posiadam. Niestety, w tym momencie nie mogę go panom okazać, bo nie mam go przy sobie. Ma je mój partner - oświadczyła stanowczym tonem, wodząc spojrzeniem po panach Lestrange i ochroniarzach, szukając gdzieś w nich zrozumienia. 


Wiem że tu lecą pingi, ale oznaczajcie mnie na wszelki wypadek też na discordzie bo tam mniejsza szansa że mi umknął.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=AwRmc8T.png[/inny avek]



RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Leviathan Rowle - 21.01.2026

- Ostatni raz robiłem takie pokazy z rodzeństwem z okazji jakiegoś sabatu, jak mieliśmy po maksymalnie dziesięć lat - powiedział z przekąsem, chociaż gdzieś pod tą pozorną niechęcią kryła się bardzo niewielka szansa na zgodę. Dobry obraz jeszcze nikomu nie zaszkodził, a po prawdzie Rowle chyba wolał skryć się za maską, niż być zmuszonym do prezentowania swojej własnej twarzy.
Wydawała mu się momentami zanadto fałszywa. To z kolei było już raczej wyuczonym mechanizmem obronnym, niż jakąś oryginalną cechą jego charakteru. Krył się za ponurymi spojrzeniami i wachlarzem niechęci, bo tak było łatwiej. Trwał w tym nawet w towarzystwie kogoś pokroju Astorii czy rodziny, jakby zapominał że dla nich był tylko Leviathanem, a nie porośniętą łuską pół-jaszczurką, której nie wolno było się pokazywać w świetle dziennym w niemagicznych dzielnicach Londynu.
- Miłość - zaczął nisko, zerkając na nią z ukosa. - To śmierć jednostki - zakończył miękko, uśmiechając się przy tym lekko. Nie podobał mu się koncept tego, że zakochani stawali się jednym, nierozerwalnym bytem. Gdzie kończyło się jedno i zaczynało drugie? Z jednej strony ten model był opiewany tak samo przez poetów, jak i model rodziny na którym zależało rodzinom czystej krwi, nawet jeśli obie te grupy robiły to na innych zasadach. Prawda jednak była taka, że niezwykle pożądane było by żona była dla męża podporą, jego przedłużeniem i uzupełnieniem - napatrzył się wystarczająco na matkę, by widzieć jak ta idealnie spełnia się w swojej roli. Byli z Lazarusem jak dobrze naoliwiona maszyna, ale nie zmieniało to tego, co czuł ich syn. Miłość była słabostką, która zmuszała momentami do okropnych rzeczy. Sprzeciwiała się rozsądkowi, podważała logikę i sprzeniewierzała się obiektywizmowi. Może tak bardzo nie podobała mu się, bo uważał się za jej ofiarę, poddając się tej słabości momentami aż za bardzo. Romantyczna czy platoniczna, to nie miało większego znaczenia. - Poddam się żałobie, kiedy zakochasz się i staniesz się poematem. Pięknym, oczywiście, ale zatraconym w próbie rozgryzienia czy istniejecie bez siebie - była w tym odrobina wyższości, jakby sam był ponad to, ale jednocześnie w drobnym geście ułożenia jego dłoni na jej, nawet jeśli na krótki moment, znajdowała się jakaś troska. Była piękna sama w sobie i by trwać dalej, kultywując wypracowany indywidualizm, nie potrzebowała nikogo innego.
Wreszcie dotarli jednak do drinków, pozwalając przez moment by nie tylko one zajęły ich myśli, ale także dotarły do nich płynące zza pleców plotki. Ciężko to było nazwać szeptami, bo osoby prowadzące rozmowę, nawet nie kwapiły się do ściszenia głosów, tak by nie usłyszeli ich gospodarze.
- Bo kiedy się nimi ukłujesz, zapadniesz w sen jak śpiąca królewna - prychnął rozbawiony. Posłusznie zaraz poprosił o wino, samemu dla siebie biorąc jednego z oferowanych drinków, mając tylko nadzieję że tego nie pożałuje. - Niektóre jednak rosną w doniczkach, a nie całych krzewach zakorzenionych w ziemi. Jakby ci się spodobały, to może i dałoby się jakąś zabrać.

!plonacedrinki


RE: [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange - Pan Losu - 21.01.2026

Wibrująca czerń
Twoje włosy zmieniają kolor na głęboką czerń, jakiej jeszcze świat nie widział. Przyciągają wzrok i błyszczą, jakby były częścią samej otchłani. Lekko falują, nawet jeżeli w środku nie ma wiatru. Efekt utrzymuje się 2 kolejki.