![]() |
|
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398) |
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - William Lestrange - 01.12.2022 - Prawdopodobnie będzie. No chyba, że zwali go z nóg inna niespodzianka na tym balu, kto wie. Czytałem kiedyś... - zaczął, ale widząc zmartwiona twarz Geraldine obdarzył ją najgłupszym i najbardziej skrępowanym uśmiechem jakim tylko mógł i po prostu postanowił się zamknąć. Czyżby w końcu zaczynał rozumieć w jaki sposób działają spotkania towarzyskie, które nie są konferencjami naukowymi? Wątpliwe, ale można mieć nadzieję. - Pomogę ci - zaoferował się zaraz, ale postanowił nie wyjaśniać nikomu, że to z powodu czucia się winnym całego tego zamieszania. W końcu to on przez ... właściwie przez co? Nie był pewien. Przez złość? Nagłą... ulgę? Bez przesady, aż tak się z Eden nie pokłócił, aby odczuwał szczęście tak wielkie po odejściu od niej, aby zamieniał zaklęciami amortyzującymi ludzi w bobry, a innych zwalał z nóg. Cóż, sytuacja była conajmniej dziwna, a William zrzucił to na ilość wypitego alkoholu - nie jadł zbyt wiele przed balem, wlewanie w siebie szampana w tak szybkim tempie na pusty żołądek na pewno nie było najmądrzejsze, zdawał sobie z tego sprawę. Czwarta osoba, która towarzyszyła im zanim Theseus się wybudził dołączyła do nich na zewnątrz z tortem. W żołądku Williama coś się przewróciło, nie był pewien czy powinien w ogóle podejmować się zjadania słodyczy, ale przejął talerzyk od Gio, bo czuł się do tego dziwnie zobowiązany. Właściwie nie miał pojęcia co ze sobą zrobić, nagle znalazł się w towarzystwie obcych ludzi, a jednego z nich partnerkę zamienił chwilę temu w bobra. Na Merlina, to się nazywa z deszczu pod rynnę. - Dziękuję - zwrócił się do Gio, zaaferowany, jakby ten nie podał mu wcale tortu, a bandaż do opatrywania ran w kryzysowej sytuacji. Powiedział to też z pewnym opóźnieniem i zanim wgryzł się w ciasto obdarzył je dziwnym spojrzeniem, jakby to ono miało zjeść jego. - Właśnie, co tam się właściwie stało? - podparł pytanie Geraldie, bo chociaż był sprawcą całego zamieszania, tak wolał, aby nikt się o tym nie dowiadywał. Rzut na ciasto i monety. [roll=1d100] RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Elliott Malfoy - 01.12.2022 Uśmiechnął się wymownie w stronę Perseusa, co miało oznaczać 'czekam' i prawdopodobnie nic więcej. Jeżeli przez 'zniszczę cię' miał na myśli wysyłanie mu kolejnych, dziwnych zdjęć zwierząt niepoprawnie je podpisujac to nie był pewien jak na to zareaguje, a przede wszystkim czy Percy w końcu odkryje jak wygląda ta upragniona salamandra? Kobieta, której podał rękę wydawała się być zbytnio w szoku, aby przyjąć jakąkolwiek pomoc, więc Elliott odetchnął w duchu. Absolutnie nie chciał być odpowiedzialny za doprowadzenie kogoś do pobliskiego krzesła czy wyprowadzenie z sali, więc bardzo się ucieszył, gdy blondynką, jeszcze chwilę temu lasko-żernym bobrem, zajęły się inne osoby. Wycofał się z grupy, mając zamiar porozmawiać z Daisy, reporterką i fotografką, którą zauważył wcześniej w tłumie, a która teraz stała odpowiednio blisko, aby nie musiał się specjalnie wysilać, aby zdobyć jej uwagę, bo to byłoby poniżej jego godności. Złapał w międzyczasie kolejny kieliszek od przechodzącego gdzieś w okolicy kelnera. - Nie mieliśmy okazji się poznać, nie osobiście - wyciągną do kobiety wolną rękę - Elliott Malfoy, chociaż to na pewno już wiesz - dodał czysto grzecznościowo, bo nawet jeżeli znała go z artykułów, plotek czy innych rozmów, tak nigdy nie mieli okazji, aby wymienić pare słów, nawet na gruncie profesjonalnym. Elliott kojarzył większość dziennikarzy, z którymi miał do czynienia, chęć kontrolowania każdego obszaru życia była jego największym motorem. Uśmiechnął się delikatnie do Lockhart, równie grzecznościowo, co przed chwilą się przedstawił. Nie chciał być nazbyt entuzjastyczny, w końcu dopiero co zmarła mu żona. Wcześniej mógł pozwolić sobie na pokazanie więcej emocji, bo szokująca i niespodziewana sytuacja na to pozwalała, teraz wrócił do swojego zwyczajowego traktowania wszystkiego z dozą neutralności i zblazowania. - Zapewne masz już w tym momencie wystarczająco historii, aby zapełnić samemu całe, jedno wydanie gazety - kontynuował, bo nie zwrócił się do Daisy tylko po to, aby ta mogła zrobić mu kolejne zdjęcie i przeprowadzić wywiad, co to, to nie. Miał w głowie coś większego - Na kolejne pewnie będziesz potrzebowała czegoś nowego, wtedy mógłbym służyć pomocą - zaoferował się, implikując przyszłą współpracę. Oczywiście nie za darmo, nie trzeba było mówić na głos, że Malfoyowi zależało, aby przedstawiła jego i temat licytacji w pozytywnym świetle i taka też była jego wiadomość pomiędzy wierszami. Nie chciał też obiecywać jej nie-wiadomo-jakich tematów, ale mógł być oczami w Ministerstwie, to powinno być dla niej odpowiednią zachętą, zwłaszcza, że Elliott też nie był byle kim, no, przynajmniej bardzo wysoko o sobie myślał. - Możemy być dla siebie przydatni. - podsumował i upił odrobinę szampana z kieliszka, szukając też w tłumie Erika, bo domyślał się, że prasie będzie zależeć, aby złapać ich na zdjęciu razem - zwycięzcę i 'nagrodę', oh jak przezabawnie brzmiało to w jego głowie, a zarazem dziwnie ... satysfakcjonująco? Odgonił tę narracje, na razie musząc skupić się na bardziej profesjonalnej części całego tego balu, z Longbottomem będą mogli porozmawiać później, gdy już spełnią swój 'obowiązek'. W końcu o wiele lepiej, aby prasa napisała o całym tym zajściu w pozytywny sposób, dla nich obu i ich rodzin też. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Daisy Lockhart - 02.12.2022 Daisy odsunęła aparat od twarzy. Najpierw obserwowała odprowadzaną Faye, potem skupiła uwagę na przemawiającej Elisie. Przeszło jej przez myśl, że Longbottomowie przypominali dobrze naoliwioną maszynę. Działali razem, jakby zawczasu zaplanowali, jak powinni reagować na wszystkie potencjalne, nawet te najbardziej absurdalne, wpadki. I Daisy musiała przyznać, że na swój sposób robiło to na niej wrażenie. Może nie aż takie by wystawić im laurkę w gazecie, ale…
Podniosła wzrok na zbliżającego się do niej Elliota Malfoya. Na jej twarzy pojawił się uprzejmy, wyuczony, choć niezbyt szeroki uśmiech. Raz, że nie była na tyle głupia by uważać, że mężczyzna podchodzi do niej ot tak, kierowany jakąś osobliwą nicią sympatii. Dwa, wciąż miała w pamięci, że był świeżo upieczonym wdowcem a czytelnicy „Proroka Codziennego” chętnie dowiedzieliby się, czemu pojawił się na balu, zamiast przeżywać po cichu żałobę. Trzy, no i była jeszcze wygrana w tej absurdalnej licytacji. - Daisy Lokchart – odpowiedziała, ściskając lekko wyciągniętą rękę. Odwróciła głowę od wpływowego mężczyzny, by popatrzeć na tańczących. Nie, nie spodziewała się kolejnego, przypadkiem (lub nie) zamienionego w zwierzę czarodzieja. Choć z pewnością widok przebiegających przez salę łosi, jeleni, saren, dzików, lisów, borsuków, wilków, jenotów, rysi i cietrzewi byłby aż nadto interesujący. Ale nawet jeśli nie, to coraz bardziej pijani czarodzieje również potrafili dostarczyć sporej dawki rozrywki. Patrząc, trawiła słowa Elliota. Był znany, bogaty, wpływowy i najwidoczniej oferował jej jakąś formę współpracy. Miała tylko nadzieję, że nie taką, przez którą miałaby jutro ominąć w artykule informacje o jego obecności na balu i o licytacji. Nawet jeśli ona o tym nie napisze, plotki i tak się rozejdą. Nie da się uciszyć kilku tuzinów czarodziei a sekret, który znało dwie osoby nie był sekretem. - Brzmi to jak bardzo hojna propozycja – zauważyła. Oczywiście, o ile rzeczywiście miał coś ciekawego do powiedzenia. Znowu się uśmiechnęła, kierując na niego pełną uwagę, tym razem szerzej, mniej sztucznie choć może przez to również mniej przyjaźnie niż wcześniej. – Czy to nowe ma jakieś realne kształty? – dopytała. Jeśli chodziło o Erika, teraz tak dzielnie chroniącego prywatności Nory, Daisy nawet nie patrzyła w tamtym kierunku. Prawda wyglądała tak, że właściwe zdjęcia już miała i chociaż przemiana w bobra była widowiskowa (tak jak i obecna rozpacz trafionej), trafiła na zwykłą dziewczynę. I chociaż z pewnością dałoby się ją ograć jakąś wyśmiewającą właścicielkę piekarni historyjką, Daisy miała w sobie tyle przyzwoitości by oszczędzić jej tego wstydu (i żadnego powodu by być wobec niej tak bezmyślnie okrutną). - Więc dlaczego zawitałeś na bal u Longbottomów? Zdaje mi się, że to dość… - w jej głosie pojawiło się wahanie, jakby albo ostrożnie ważyła słowa, albo bawiła się ich brzmieniem. – Dość trudny okres w twoim życiu. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Elliott Malfoy - 02.12.2022 Pozwolił, aby w pamięć wryło mu się imię i nazwisko, dopasował sobie je też do młodej twarzy, wymuszenie uprzejmego uśmiechu, za którym wszyscy się w takich sytuacjach kryli, też on sam, i kolejnych słów, które dziewczyna w jego stronę wypowiedziała. Sam zerknął mimochodem w stronę tańczących, ale nie widząc tam nic interesującego upił odrobinę szampana pozwalając, aby wcześniej przybrany uśmiech zelżał, a jego twarz przybrała smutniejszego, bledszego wyrazu komponując się idealnie pogrzebowe z dobranym, czarnym garniturem i blond włosami w lekkim nieładzie, co też nie było jego codziennością. - Miło mi poznać - odparł wpierw pozwalając sytuacji płynąć i się rozwijać. Zaproponował kobiecie współpracę, głownie dlatego że młodsi dziennikarze byli wciąż nieprzeżarci strukturami wydawnictw, być może bardziej podatni na manipulacje, ale też skorzy do współpracy, przynajmniej tak wnioskował ze swojego doświadczenia. Nie mial jednak pewności, że wszystko pójdzie po jego myśli, bo mimo że plan, aby podejść do prasy opracowywał jeszcze w domu, tak nie był pewien z jaką osobą będzie miał do czynienia - to wciąż był teren do wybadania. - Aktualnie jeden, wysoki, o nazwisku Longbottom. Jeżeli chodzi o te późniejsze 'nowe' to będą mogły mieć różne kształty w zależności od artykułu, który przeczytam jutro w gazecie - odpowiedział pewnie, ale nie na tyle bezpośrednio, aby brzmieć niegrzecznie czy impertynencko. Nie wciskał w swoją wypowiedź pewności, ze wszystko pójdzie po jego myśli, chociaż implikował, ze taką ma nadzieję, jeżeli jakakolwiek współpraca ma być owocna. Nie podpisuje się umowy bez uprzedniego sprawdzenia, że wszystko przebiegnie fair, a w takich wypadkach owy 'kontrakt' nie dość, że był niepisany to jeszcze posiadał okres próbny. - Przechodząc do konkretów, bo to na nich ci zależy. - nie przeszkadzało mu szybkie przejście do pytań, jakie Lockhart chciała mu zadać - Moja świętej pamięci żona na pewno by się cieszyła, że tyle pieniędzy przeznaczone jest na szczytny cel. Nie ma w moim przyjściu tutaj żadnego innego powodu, jak fakt, że bardzo lubiła tego typu wydarzenia i cieszyła się na pomoc, dla tych, którzy tej pomocy najbardziej potrzebują. Tak duża kwota, którą udało mi się przekazać jest uczczeniem jej pamięci. Przedkładam takie kwestie wyżej niż własne samopoczucie i potrzebę żałoby, uważam, ze działanie to coś, co pozwala lepiej wyrazić nasze prawdziwe intencje. - wyjaśnił dobierając słowa w naturalnym dla siebie porządku i brzmieniu, nie przedarła się przez nie ani nawet ćwierć nuty fałszu, a samo spojrzenie Malfoya wyrażało może nie troskę, ale głęboki smutek nad tym, że żony z nim tutaj zabrakło i, ze nie mogła osobiście pomóc, mimo że bardzo chciała. Zaraz też odwrócił głowę odnajdując w tłumie Erika. Sytuacja z Norą oraz podgryzaniem laski Perseusa wydała się opanowała, więc uniósł dłoń machając do Longbottoma, aby zwrócić na siebie jego uwagę i przywołać do siebie oraz Daisy. Wiedział, że ten nie przepada za prasą, ale jeżeli obydwaj mogli mieć wywiad z głowy za jednym zamachem, w dodatku dać dziennikarce faktyczny materiał na napisanie go i zrobienie pozowanego zdjęcia, tak żadna ze stron nie powinna narzekać. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Erik Longbottom - 02.12.2022 Nie dało się już zaprzeczyć, że wieczór ten na pewno pozostanie na długo w pamięci zarówno gości, jak i samych gospodarzy. Na co dzień raczej rzadko kiedy ma się okazji doświadczyć na własnej skórze tak fascynującej mieszanki chaosu, magii, przypadku i niespodziewanej atencji. Tak jak przetrwanie licytacji stanowiła dla Erika niemałe wyzwanie, tak przemiana Nory w bobra i atak reporterów, który nastąpił chwilę później, znacząco osłabił jego siłę woli, jak i nadwyrężył zazwyczaj dosyć obszerne pokłady cierpliwości. Wychodząc przed szereg, naprawdę spodziewał się, że ktoś faktycznie do niego dołączył. Nikt się jednak zbytnio ku temu nie kwapił, zapewne dlatego, że próbowali doprowadzić do porządku to bagno, które panowało tuż za plecami mężczyzny. Kątem oka dostrzegł, że Brenna stara się odciągnąć nieco oszołomioną Norę w nieco bardziej ustronne miejsce. Reszta gości zaś była raczej zajęta dojściem do siebie po tym jakże traumatycznym spotkaniu z magicznym bobrem, toteż nie mógł ich zbytnio winić, że nie rzucili się mu na pomoc. Dobrze, że Ciebie mamy, pomyślał z wdzięcznością, orientując się, że matka przejęła rolę swoich dzieci na scenie, przekierowując uwagę gości do następnej części wieczoru. Odetchnął z ulgą. Tak, niespodziewana gra, której stawką były ostatnie dwa fanty tego wieczoru oraz wstęp do balu, zdecydowanie działały na ich korzyść. Gdyby tylko nie te cholerne flesze, które błyskały mu tuż przed twarzą, być może nawet by się uśmiechnął. Zamiast tego na jego twarzy gościł kwaśny wyraz twarzy, jakby miał gorzką pigułkę do przełknięcia. I tak poniekąd było. — Zapewniam Państwa, że wszystko mamy pod kontrolą. To był tylko drobny incydent. Zapewne jeden z naszych gości za dużo wypił. — Rozpoczął swój wywód, starając się wykrzesać z siebie uspokajający uśmiech. Odruchowo chciał schować ręce za plecami i zwrócić wzrok gdzieś przestrzeń, aby odizolować się od stada dziennikarskich sępów, jednak zmusił się do utrzymania, z co bardziej odważnymi kontaktu wzrokowego. — Sytuacja została już opanowana, co w dużej mierze zawdzięczamy stalowym nerwom naszych gości. Mamy niesamowite szczęście, że bawiący się z nami czarodzieje oraz czarownice są nie tylko niebywale hojni, ale mogą też popisać się ponadprzeciętnymi, a wręcz wybitnymi umiejętnościami magicznymi. To jest właśnie ten poziom obycia, który mamy nadzieję, że uda się wpoić wychowankom sierocińca, z którym współpracujemy. Na wszelkie pytania, którymi przerzucali się reporterzy, starał się odpowiadać rzeczowo, jednak na tyle wymijająco, aby nie musieć udzielać informacji na temat tożsamości poszczególnych gości, którzy znaleźli się w centrum całego zajścia. Co jak co, ale klubokawiarnia Nory nie potrzebowała już chyba dodatkowej reklamy, a Perseus wraz z małżonką zasługiwali na chwilę oddechu, biorąc pod uwagę, że laska Pana Blacka została niefortunnie uszkodzona. Erik akurat był zajęty odpowiadaniem na kolejną falę zapytań, gdy gdzieś z boku rzucił mu się w oczy czyjś gest. Automatycznie podążył w tę stronę wzrokiem, zauważając Elliotta, który najwyraźniej starał się zwrócić na siebie jego uwagę. Zmarszczył brwi, dostrzegając obok niego młodą dziennikarkę, która wcześniej kręciła się niedaleko sceny. Huh, czyli jednak ktoś wziął na siebie część siły ognia mediów. Doceniał to. Co jak co, ale wyglądało na to, że prasa miała pełne ręce roboty i robiła, co mogła, aby zapewnić sobie teksty na najbliższe dni, o ile nie tygodnie. — Proszę wybaczyć, ale wzywają mnie inne obowiązki. Jestem pewny, że uda się wam zrobić jeszcze parę dobrych zdjęć. Bądź co bądź, goście mają jeszcze okazję wygrać pewne niespodzianki. — Chcąc podkreślić swoje słowa, odebrał od jednego z kelnerów talerzyk z ciastem i symbolicznie przepołowił go na pół. — Proszę spróbować, może akurat szczęścia wam będzie sprzyjać. Jakby ta noc nie była dla was wystarczającym sukcesem, pomyślał z przekąsem, odsuwając się na bok. Na szczęście nie było już zbytnio czego bronić, skoro problem został zażegnany, toteż Erik mógł skierować swe kroki w kierunku Malfoya. W drodze do niego odłożył talerzyk z nienapoczętym ciastem na tacę kelnerki. Jako organizator i tak nie powinien brać udziału w tej grze, więc nawet nie był szczególnie zainteresowany tym, czy wylosował cokolwiek wartego uwagi. — Proszę wybaczyć zwłokę, Pani koledzy po fachu byli nadzwyczaj... absorbujący — powitał Daisy, bez namysłu zatrzymując się na tyle blisko Elliotta, że stali praktycznie ramię w ramię. Przeczesał lekko dłonią włosy. — Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku? Przeniósł wzrok z dziennikarki na swego przyjaciela, pozwalając, aby jego słowa zawisły w powietrzu pomiędzy ich trójką. W gruncie rzeczy nie wiedział. po co został przywołany, więc liczył, że to niewinne pytanie da mu wgląd w to, na jaki temat toczyła się dyskusja. A raczej, jaką rolę miał w niej wypełnić, skoro już został do niej zaproszony. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Alastor Moody - 02.12.2022 Nie był już pewien - czy to on doprowadził do tej tragedii, do tego stanu, w którym Nora zwijała się kompletnie zawstydzona i przerażona, czy był tu jedynie mniej istotnym elementem. Wiedział tylko jedno - było mu przykro, nie chciał widzieć tej sceny, aż głośno przełknął ślinę i na moment porzucił potrzebę poszukiwania czarodzieja odpowiedzialnego za rzucenie tego nieszczęsnego zaklęcia. Chciał znaleźć się obok, zapewnić jej jakieś poczucie komfortu i... chyba dopiero wtedy, kiedy zobaczył przy niej Brennę, wróciła do niego pozornie oczywista myśl, że jeżeli ktokolwiek miał wesprzeć pannę Figg w tej sytuacji, to z pewnością nie był to on. Dosłownie przed chwilą czmychnął pomiędzy ludzi, chcąc uniknąć niewygodnego kontaktu. Miałby ją teraz pocieszać? Miałby ją zabrać na bok? I co miał tam niby zrobić, dać jej drinka? To wszystko było o wiele lepsze w tym wydaniu, w którym daje jej po prostu spokój i pozostawia w dłoniach kogoś o przynajmniej dwie tony cieplejszego od niego. Ciekawskie spojrzenia otaczających go ludzi odbijały się od niego kompletnie. Nie obchodzili go reporterzy, nie obchodzili go przypadkowi gapie, nie obchodzili go plotkarze i plotkary - przejmowanie się tym teraz wybiegało gdzieś daleko poza to, co widział przed sobą - zdruzgotaną dziewczynę potrzebującą pomocy. Eden miała rację - chwytanie go od tyłu za ramię nie należało do rzeczy najrozsądniejszych i w innych warunkach zareagowałby pewnie o wiele silniej niż zrobił to teraz - chwytając ją za dłoń i odwracając się w jej kierunku. Szczerze mówiąc, spodziewał się ujrzeć tam Ashling. Lestrange mogła więc zobaczyć, jak wyraz jego twarzy zmienia się diametralnie. Najpierw wyglądał, jakby chciał coś od razu powiedzieć. Później przyszła ta część, kiedy pomyślał: Oh. Następnie jego brwi zbliżyły się do siebie, by po chwili mógł uciec spojrzeniem gdzieś w bok, kiedy tylko oberwał rzuconym beznamiętnie wulgaryzmem i krytyką swojego zachowania. Zdecydowanie nie spodziewał się tego, że to akurat ona zareaguje. Jeszcze bardziej nie spodziewał się tego, że zostanie przez nią zrugany. - Ja... staram się sprawić, żeby Black nie rozdeptał bobra? - Brzmiało absurdalnie, ale co innego miał powiedzieć? - To byłaby tragedia... - Lekko zmieszany rzucił spojrzeniem za swoje prawe ramię. Figg, asekurowana, przepraszana i wyprowadzana na zewnątrz, nie potrzebowała go w nawet najmniejszym stopniu. Utrwaliwszy sobie w głowie, że nie musi za nią biec, ani robić tutaj jeszcze większego zamieszania, rujnując przyjęcie i występ przepięknej kobiety, która oczarowała publikę swoim majestatem, wrócił wzrokiem do Eden i bardzo tego pożałował. Nie dlatego, że coś do niej miał. Było przecież wręcz przeciwnie - nawet otwarcie skrytykowany na środku parkietu w sali balowej, otoczony rzędami potencjalnych gapiów, wpatrywał się w nią jak wcześniej, jak zawsze - psimi oczami zawieszonymi wpierw na oczach, później na wąskich ustach. Żałował, bo w takich momentach niektóre rzeczy mimowolnie wracały do serca. Rzeczy, jakie lata temu postanowił zakopać najgłębiej, jak się da... i zapomnieć. Nie zapomniał. A jeżeli zapomniał, to właśnie to odkopał. Nie potrafił połączyć tych rzeczy ze sobą - tego jak interpretował zmieszanie Nory przez pryzmat tego, jak on postrzegał swoją relację z Eden. - Wszystko okej? - Pytanie rzucił wprost, nie kłopocząc się puszczeniem jej dłoni, o ile nie wyrwała jej wcześniej spomiędzy jego palców. Nie miał zamiaru ukrywać tego, że ją obserwował i był świadkiem dziwacznej kłótni i licytowania za absurdalnie wielkie pieniądze... uh, czegokolwiek, co licytowała, a co później wylicytował jej brat. Kiedy zaczęła grać muzyka, oboje wciąż stali na parkiecie. Powinien się pewnie czuć o wiele mniej pewnie, niż się teraz czuł, decydując na zaproszenie jej do tańca. Gryfoński hart ducha nie pomógł mu przecież nigdy w rozwoju tej historii. Dlaczego dzisiaj było inaczej? Nie znalazł żadnych wymówek ani wykrętów. Gdyby do niego sama nie podeszła, gdyby nie stała tak blisko - pewnie by się wahał do ostatniej piosenki, a później obserwował, jak tańczy do niej z mężem. Teraz wszystko zdawało się być idealne i chociaż pewnie nie do końca wypadało, bo coś tam (a niech te wszystkie konwenanse) - wszechświat naprawdę postarał się, aby nie dać mu żadnego pola manewru, niejako zmuszając do utonięcia w obliczu nieszczęśliwej miłości. - Zatańczysz? Warga lekko drgnęła mu do góry w próbie uśmiechu, na szczęście nie obnażając wybitych zębów, mogących nieciekawie skomponować się z szeregiem nowych zadrapań wokół prawego ucha. Trochę się zestrzał od czasów, kiedy razem pracowali, ale wciąż był sobą - tym samym, obitym Moodym, jakiego musiała pamiętać z biura. Wracały do niej wspomnienia? RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Alice Selwyn - 03.12.2022 Jak już padło, to wróżenie nie było jej mocną stroną, choć nie była tak beznadziejna, jak w starciu ze światem dzikiej natury, w tym przypadku każdy krzak, który miał igły był zamiennie jałowcem, gdy był nieduży lub świerkiem, gdy było wielkości drzewa, ale braki w umiejętnościach nie przeszkadzały podrążyć temat. Poza tym, jakby każdy znał się na wszystkim w sposób bardzo zadowalający, to nikt by nie miał co robić. - Skorzystam chętnie - powiedziała to całkiem szczerze, bo nie miała za dużo pytań odnośnie przyszłości. Na ten moment była pewna, że sprawa zasadzki na ich grupę w trakcie skoku jest pogrzebana lepiej, niż McKinnon po drugim powstaniu z martwych. Zastanowiła się nad nie tylko w przyszłość, oj każde z jej rodzeństwa byłoby chętne na sprawdzenie swoich domysłów odnośnie, kto to też mógł być ich tatusiem. Alice poczuła, jak coś nieco lepkiego i bardzo złośliwego przebudziło się w niej domagając się by rzuciła ten kamyczek by spowodować aferę spadkowo-rodową. Zdecydowanie nikt by z linii Sokratesa nie byłby w ogóle wtedy brany pod uwagę, jako spadkobierca teatru, a zatem nie byłby brany kompletnie pod uwagę na głowę rodu Selwynów. Na razie zapiła te myśli kolejnymi łykami wina. - Powiedz mi tylko, gdzie prowadzisz salonik. Obserwowała tyle, ile się dało z tego zamieszania, skoro zaraz kolejne osoby ustawiły z siebie mur, by osłonić ofiary wypadku od pobocznych gapiów i dziennikarzy. Dostrzegła fragmenty sukni, która przypominały w sposób uderzający, kreację Nory, więc była przekonana, że dobrze połączyła kropki. - Chyba tak, kto by ryzykował taką akcję odwetową przy tylu ewentualnych świadkach. - Występ Faye co prawda zapewnił odpowiednią zasłonę dymną, ale mimo wszystko. Po chwili Alice, jakby się zreflektowała, że właśnie uznała, że gości balu jedynie, co powstrzymuje przed robieniem przykrych czy niemoralnych rzeczy, to świadkowie. - Poza tym na pewno nie było celowe. Wypadek, przypadek. Od jakiegoś czasu bardzo łatwo jej przychodziło takie szybkie i negatywne ocenianie. - Och, przyjmuję taki komplement i wysoką ocenę - skłoniła lekko głową na znak wdzięczności, choć roześmiała się wesoło. To było miłe i przyjemne, nawet mniej lub bardziej żartobliwie została pochwalona. - Po prostu naturalnie nasiąknęłam teatralnością i dramatami, znaczy tymi obyczajowymi, żadne przygotowania do przedstawień nigdy nie przebiegają gładko, przynajmniej nie u Selwynów. Widziałam tyle tarć między odtwórczynią głównych ról a dublerkami, niechęci albo wręcz przeciwnie z partnerami scenicznymi, oskarżeń o faworyzowanie, a jeszcze nie dotarłam do spięć z garderobianymi i załamań nerwowych rekwizytorów czy scenografów. - W tym czasie do obu kobiet podszedł kelner z tortem, Alice zdała się na ślepy traf i dostała kawałek czekoladowy. Na ten słodki czas musiała się rozstać z swoim kieliszkiem. - Czy Longbottomowie teraz chcą doprowadzić do incydentu z zadławieniem? - Taki obrót spraw wcale ją by nie zaskoczył. - W każdym razie z pewnością nie potrafię ubrać relację w słowa, jak obecne tu dziennikarki, z równoczesnym naszpikowaniem tekstu tyloma drobnym złośliwostkami, pewnie bym się skończyła na tych nagłówkach. Może przyjmują na staż? - zastanowiła się na pół serio. rzucam na tort [roll=1d100] RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Daisy Lockhart - 03.12.2022 Daisy przyglądała się twarzy Elliota, szukając w niej oznak fałszu albo prawdziwego, głębokiego żalu, gdy mówił o śmierci żony. I chociaż nie widziała fałszu, nie widziała również oznak prawdziwego, głębokiego żalu. Widziała kogoś, kto przybrał wystudiowaną wcześniej pozę, kto dobrze wiedział co chce powiedzieć, pewnie nawet układał sobie podobną przemowę wcześniej. Na dobrą sprawę chyba nawet się tego po nim spodziewała.
Wzruszyła ramionami. Nie znała zmarłej. Nie darzyła jej więc jakąś sympatią bądź antypatią. Nigdy też nie śledziła przesadnie uważnie losów małżeńskich Malfoyów (poza tym, co wiedzieć wypadało: kto z kim się ożenił, komu urodziło się dziecko, kto umarł). Nie miała emocjonalnego stosunku do całej sprawy i nie widziała powodu, by wypisywać w artykule cokolwiek innego niż powiedziałby Elliot. Nawet jeśli brzmiało jej to trochę miałko i mało wiarygodnie. Najwyżej będzie musiała to obudować właściwą narracją. - Jeśli tylko chcesz, żeby akurat takie słowa pojawiły się w „Proroku Codziennym” – podsumowała. – Ale od razu nasuwa mi się jedno pytanie, dość oczywiste, jak mniemam czytelnicy również o tym pomyślą, nie łatwiej byłoby wylicytować za tak niebagatelną kwotę obraz? Broszkę? Kupowanie ludzi, nawet tylko po by zjeść z nimi kolację jest dość… ekstrawaganckie. – I skupiające na sobie uwagę. Choć może to właśnie o nią chodziło Elliotowi. Dając swojemu rozmówcy chwilę czasu na odpowiedź, zainteresowała się przemówieniem Erika skierowanym do dziennikarzy. I nagle zrozumiała, że jak w każdej maszynie zdarzały się wadliwe części, tak i w rodzinie Longbottomów przytrafił się słabszy element. Na nieszczęście okazał się nim akurat piękny Erik, który, gdy tylko jego matka odwróciła uwagę zebranych od bobra, postanowił dziennikarzom z wdziękiem o nim przypomnieć. Zamrugała a jej brwi powędrowały do góry w wyrazie kompletnego zaskoczenia. - Więc co skłoniło cię do tak zawziętego licytowania akurat kolacji z Erikiem? – zapytała. Zagryzła język, żeby nie dodać: zakładam, że jego uroda, bo raczej nie inteligencja. Ale raz, że nie była blisko z Elliotem, by pozwolić sobie na takie wredne przytyki do – tylko co zaobserwowanej sytuacji, a dwa, że… rozmawiający z nią mógłby pomyśleć, że implikowała mu coś czego w żadnej mierze nie robiła – a robienie sobie wroga z Malfoya też mocno podkopałoby jej własną inteligencję. – Zakładam, że chodziło o starą przyjaźń i w jej ramach, postanowiłeś go wybawić od towarzystwa… - spróbowała sobie przypomnieć imię właścicielki kasyna. - Seraphiny Prewett. Nie znała młodego Longbottoma na tyle, by nie zakładać, że ten mógł mieć z Seraphiną jakąś nieszczęśliwą historię miłosną. Albo też nienawidził się z nią od lat i teraz przyjaciel ratował go przed niezręcznym spotkaniem. Było wiele możliwości. I chociaż Daisy wiedziała, że prawdy i tak nie pozna – w końcu Elliot nie powie jej, że chodziło o jakieś nieuregulowane stare długi, podejrzanie tanio sprzedaną kamienicę czy coś podobnego, warto było przynajmniej podrzucić mu jakiś trop, dzięki któremu mógłby dodać sobie trochę – w oczach czytelników – człowieczeństwa. O ile zależało mu na zaprezentowaniu podobnego oblicza. Uśmiechnęła się uprzejmie do Erika, gdy ten wreszcie do nich podszedł. - Zrobię wam zdjęcie, dobrze? Jak będziecie obaj wyglądali ładnie, mogę nawet przesłać potem kopie na pamiątkę. W lepszej jakości niż to, co będzie w „Proroku Codziennym”. – Z powrotem wzięła do ręki aparat. Cofnęła się o krok. Wyregulowała ostrość. Chwilę się przymierzała, tym razem starając się trochę bardziej, żeby naprawdę pstryknąć im jak najlepsze zdjęcie. - Eriku, to czyj to był pomysł? To wystawienie akurat kolacji z tobą na licytację? Przyznam, że chociaż przyniosło piorunujące efekty, za które dzieci z sierocińca z pewnością będą wdzięczne, to jest trochę… osobliwe – zapatrzyła się na Longbottoma. – Ach, no i… jak rozumiem, jesteś bardzo zadowolony, że licytację wygrał akurat Elliot Malfoy, tak? Spodziewałeś się, że możesz pomóc w zdobyciu tak zawrotnej kwoty? Było coś jeszcze, co chciała mu powiedzieć, ale z tym ostatnim, musiała poczekać aż odpowie na jej pytania. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Mavelle Bones - 03.12.2022 W odpowiedzi na spojrzenie Patricka mogła się jedynie uśmiechnąć, dość bezradnie – jakkolwiek by nie patrzeć, ją samą zaskoczyła popularność kuzyna, a dokładniej rzecz ujmując, jej skutki. I nawet nie była do końca pewna, czy można to było tłumaczyć chęcią pokazania, jak wielkim jest się filantropem, skoro poprzednie fanty nie osiągnęły odpowiednio wysokich cen. Znaczy, nie powiedziałaby, że poszły tanio, ale wobec tego, co działo się właśnie teraz… Najwyraźniej nie doceniła – i zapewne nie tylko ona – uroku, jakiego Longbottom wokół siebie roztaczał. I o ile wcześniej żartowała, że Patrick mógłby z nim konkurować o miejsce na okładce czasopisma, tak teraz, gdyby wziąć te żarty na poważnie, dobitnie jasno okazywało się, iż Steward nie miał z Erikiem chociażby najmniejszych szans. Chyba że to jednak nie kwestia uroku, tylko kaprysu bogatych ludzi. Nie wnikała, nie chciała wnikać, najważniejsze, że cel balu ewidentnie zostanie zrealizowany i to z nawiązką, tyle jej w zupełności wystarczało. - Chyba tak – przytaknęła, odwracając się i rzucając czujniejsze spojrzenie przez wejście na taras. Hmm. No nie wyglądało, żeby się paliło, więc chyba nie istniała potrzeba, aby biec z wyciągniętą różdżką i rzucać się gasić pożar – niekoniecznie ten dosłowny. - Wracamy? Coś mi się zdaje, że roznoszą coś pysznego. No i chyba czas na wasz pierwszy taniec? – zasugerowała. Może i gustowała w muffinkach a’la pizza, ale też nie gardziła i innymi dobrociami; zresztą, pewnych rzeczy wręcz nie można było odpuścić. Jak na przykład tortu Nory. Tak że generalnie miała zamiar wrócić do środka, choćby tylko po to, żeby porwać kawałek tortu – również i dla Patricka i Seraphiny, jeśli nie uznali, że jednak wolą jeszcze pooddychać świeżym powietrzem. Torcik [roll=1d100] RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Eunice Malfoy - 03.12.2022 Jakkolwiek by na Faye Perseus nie patrzył – technicznie rzecz biorąc nie miałaby powodu do pretensji, biorąc pod uwagę pakt, jaki onegdaj zawarli. Praktycznie zaś? Sama będąc zasłuchaną, niezbyt przyglądała się temu, co się dzieje obok, a tym samym nie zdawała sobie sprawy z tego, w jaki sposób jej własny mąż spoglądał na śpiewaczkę. Może to nawet i lepiej, bo jeszcze mogłoby się okazać, że niekoniecznie poczułaby jedną wielką obojętność na taki widok. Co zaś do samej Nory – nie wyglądało na to, by miała się zbulwersować za rycerskość męża. Ot, nieznajoma dziewczyna w dość kiepskiej sytuacji, biorąc pod uwagę przemianę i odmianę na oczach wszystkich tu zgromadzonych; sama pewnie spaliłaby się ze wstydu, gdyby znalazła się w podobnej sytuacji. Choć też prawda była taka, że gdyby znajdowały się sam na sam, to bardzo możliwe, że nawet by jej powieka nie drgnęła. Tu i teraz… należało pamiętać o opinii publicznej, czy tego się chciało czy nie. - Wygląda na to, że jest tu ciekawiej niż się zapowiadało – mruknęła cicho pod adresem męża, gdy Brenna już zabrała Norę. Z cichym westchnięciem wstała, po czym kontrolnie rozejrzała się dookoła. Tańce. Nie wyrywała się do nich, mając wzgląd na nieszczęsną nogę męża, ale to tak czy siak nie był żaden problem. Zwłaszcza że roznosili tort; i dopiero teraz zdecydowała się na wrzucenie czegoś na ząb. Wyglądał na tyle apetycznie, że jakoś nie potrafiła odmówić kawałka czekoladowego ciasta, gdy pojawiło się przed jej oczami… - Jak myślisz, będzie galeon bądź sykiel? – rzuciła lekkim tonem, wbijając widelczyk w smakołyk. Torcik [roll=1d100] |