Secrets of London
[1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel (/showthread.php?tid=1040)

Strony: 1 2


RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 17.03.2023

Póki co, to nie mieli między sobą takiej rozmowy od serca, w której odsłoniliby się przed tym drugim bardziej. Cała ich relacje była delikatna niczym najcieńsza porcelana, wystarczyło mocniej ścisnąć i mogliby zbierać strzępy, okruchy. Jasne, dałoby się taką filiżankę posklejać do kupy, ale byłaby już inna. Naprawiana. Więc Victoria nie wiedziała, co działo się w sercu i głowie Sauriela. Nie wiedziała też, że przyniosła do jego życia światło i ukojenie. Nie wiedziała, że je potrzebował. Ale tak, jak ona oddziaływała na niego, tak on działał na nią. Myślała o nim, uwzględniała go w swoich dniach i napiętym grafiku – teraz nawet chętnie, a nie jak za karę.

- Tak, tak – powtórzyła do niego, zupełnie nieświadoma, że ten strach na niego działał, że go pobudzał. Strach, który nie był wcale wymierzony w niego i nie był z Saurielem zupełnie związany. Przecież gdyby tak, to nie szukałaby u niego, zupełnie podświadomie, wsparcia i oparcia w swoim lęku zupełnie irracjonalnym. A na pewno irracjonalnym dla wyszkolonej w zaklęciach wiedźmy.

Nie zatrzymała go, kiedy wyszedł w deszcz. Nie chciała psuć momentu, w którym Sauriel miał całkiem uroczy pokaż opiekuńczości tym, że przecież mogłaby im bez problemu wyczarować parasol, i że nie musiał… zamiast tego poszedł, a do niej faktycznie wracały kolory. Nawet się do niego uśmiechnęła lekko, kiedy wrócił, mówiąc że zostali zaproszeni do środka. I już wstała, wysiadła ze środka, chowając się pod parasolką, która trzymał przemoczony Sauriel, i wtedy pomyślała o ich abraksanie.

- Chodź, jak nie znajdzie się dla ciebie żaden daszek to ci wyczaruje jakąś suchą budkę – budkę, stajenkę, daszek, zwał jak zwał. Victoria była autorem, nie budowlańcem i nie bardzo wiedziała jak to w ogóle nazwać. Więc i abraksan, niepocieszony i mokry, poszedł za Victorią, ciągnąć powóz i ostatecznie w taki czy inny sposób Lestrange odczepiła go od balastu i pozwoliła mu się gdzieś schować, a nawet osuszyła go zaklęciem. Jego i otoczenie wokół niego.

I padało coraz mocniej. Nawet parasol zdał się tylko na osłonięcie przez moment, bo zaczęło zacinać pod kątem i zaraz buty, spodnie i w ogóle wszystko było na Victorii mokre. I taka właśnie przemoczona do suchej nitki weszła do starego dworku, poprowadzona doń przez Sauriela.

- Dobry wieczór. Bardzo dziękujemy za gościnę – wymamrotała po czym westchnęła i po prostu skierowała na siebie koniec różdżki, by się wysuszyć. I Sauriela zresztą również.

- Herbata już gotowa, chodźcie – odezwała się śliczna blondyneczka, która pojawiła się w korytarzu i nawet puściła zalotnie oko do Sauriela.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 27.03.2023

Do otworzenia się potrzebny był klucz. Klucz należało wyrobić, dopasować do zamka. Najpierw poznać jego mechanizm. Niektórzy mieli łatwość w mówieniu, co im na sercu leży, a jeszcze innych problemy były, nikomu nie umniejszając, trywialne. Nie wszyscy rodzili się zbuntowanymi młodymi, którzy mieli chęć zmiany świata, a potem upadali na ten głupi ryj. Chyba nikt nie rodził się buntownikiem z wyboru. To życie pisało nam scenariusz i zbroiło nasze zamki. Sauriel miał ten zamek może i nie zbrojny, ale na pewno skomplikowany. Nadbudowany latami zebranych doświadczeń i traumami, które zakorzeniły się w jego głowie. Klucza nawet nie zamówił. Nie chciał go nikomu dawać. Bo zaufanie było bardzo kruchą rzeczą w świecie, w którym się wychował.

- Zostaw go i niech sczeźnie na tym mrozie... - Mruknął Sauriel, bardziej sam do siebie, kiedy Victoria postanowiła wykazać się odrobiną empatii i pomóc biednemu zwierzęciu. Sauriel był na jego męki zupełnie nieczuły, bo gdyby nie on to dalej by lecieli. Jeszcze nie pomyślał, że gdyby nie ten abraxan to lecieliby w burzy. I to raczej nie byłoby bezpieczne dla nikogo z nich. A na pewno byłoby traumą dla Victorii, jeśli o traumach mowa.

Sauriel stanął mokry jak kurczak w korytarzu i rozłożył ręce na boki, patrząc jak po nim spływa i ścieka. Nawet on odczuwał w tym wypadku chłód tego deszczu połączonego z temperaturą nocy, kiedy przeszedł do nagrzanego i ciepłego domu. Zanim zdążył teraz on marudzić i narzekać, to jedno zaklęcie doprowadziło go do stanu używalności. Tylko spojrzał na Victorię. To spojrzenie było zamiennikiem podziękowań.

Czarnowłosy uniósł jedną brew, ale i uśmiechnął się pod nosem na to oczko, które zostało mu puszczone, całkiem zachęcony przez ten krótki gest do rozmów. Sportowego flirtu. Poprawił odruchowo pierścinek na palcu i zachęcił gestem Victorię, żeby weszli do środka.

- W takie pogody nie warto latać... dobrze, że wasz abraxan wylądował. - Uśmiechnął się staruszek. - Witam damę, proszę usiąść. Ciepła herbata panią rozgrzeje.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 27.03.2023

To nie był świat ani czas zachęcający do tego, by taki klucz wytworzyć i komuś wręczyć w ręce, Victoria bardzo dobrze sobie z tego zdawała sprawę. Nie naciskała, chociaż miała nadzieję, że to się kiedyś zmieni, bo co to za życie za pancernymi drzwiami, przez które absolutnie nikogo się do siebie nie wpuszcza? Każdy miał swoje demony, choć nie wszystkie jednakowo wielkie, a te od Sauriela miały parę długich kłów i były bardzo stare. Wiedziały więc jak uderzyć żeby bolało, bo nauczyły się tego przez lata swojej egzystencji.
  - I jak wtedy wrócimy? – albo przede wszystkim – jak dolecą do swojego celu? Bo byli teraz może maksymalnie w połowie drogi… nie przejęła się w każdym razie złorzeczeniem Sauriela i po prostu zajęła się na chwilę abraksanem, nim sami schowali się w suchym i ciepłym budynku.
  To ciepło wręcz uderzało, kiedy było się tak wyziębionym jak oni – a może i nie byli długo na ten czynnik narażeni, bo ledwie chwilę, ale takie przemoczenie do suchej nitki robiło w końcu swoje. Wydało jej się jednak zupełnie naturalne, że skoro Sauriel się zaoferował i wyszedł w ulewę tutaj tylko po to, żeby poprosić o parasol dla niej, to ona odwdzięczy się osuszeniem ubrań. Nic więc nie powiedziała, nawet na brak podziękowania od Sauriela i równie bez słowa poszła przodem. I na nieszczęście widziała miny jakie dziewczęciem posyłało jej towarzyszowi, i to też wcale nie napawało ją radością.
  - Nie sądziłam, że złapie nas po drodze taka ulewa – powiedziałam kiedy już weszli do salonu, do którego ich zaprowadzono i poczęstowano herbatą. - Jeszcze raz dziękujemy za gościnę. Ale gafa, z tego wszystkiego zapomniałam się przedstawić. Victoria Lestrange, miło mi – może Sauriel już się przedstawił, albo ich przedstawił wcześniej, nie wiedziała tego, ale wolała to naprawić.
  - Edmund Binns – odpowiedział czarodziej i uśmiechnął się od ucha do ucha. - I moje córki: Daisy, Jasmine, Rose i Violet – przedstawił wszystkie cztery (bo gdy weszli do salonu nagle pojawiły się jeszcze trzy dodatkowe oprócz Violet, która tak się uśmiechała do Sauriela, że Victoria miała ochotę powiedzieć jej coś niemiłego) śliczne blondyneczki. Wszystkie pięknez wszystkie urocze. I gdzieś pomiędzy rozległo się wesołe szczekanie. - I jest jeszcze Fafik – dodał przybrubawy mężczyzna.
  - Jak ja jestem Fafik to ty jesteś Edek, Edku – rozległo się miarowym basem pomiędzy szczeknieciami. Tak… piesek gadał. Na co Victoria zrobiła oczy wielkie jak spodki.
  - Binns? – upewniła się. - Jesteście może spokrewnieni z profesorem historii z Hogwartu? – rzecz jasna mówiła o profesorze-duchu.


RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 29.03.2023

Wymień marudnego abraxana na marudnego wampira. Profit. Profit? Profit był taki, że Sauriel się chociaż gestem wykazał i po parasolkę kopnął, chociaż w zasadzie wcale nie było takiej wielkiej potrzeby. Magią w końcu można było stworzyć wszystko. A przynajmniej tak lubili mówić wielcy myśliciele i ci, którzy kładli swoje życie na szali przełomowych odkryć i eksperymentów z eliksirami. Czasami dobrze było jednak coś zrobić własnymi rękoma. Jak pożyczyć od kogoś parasol. Abraxan był niestety kluczowy w ich planach przemieszczania się, więc zrobienie z niego kotleta nie wchodziło w grę. Ani kiełbasy. Czy cokolwiek tam się z koniny robi, Sauriel naprawdę nie był znawcą. Nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek koninę jadł. A abraxianine? Czy to w ogóle inaczej smakowało? Cholera, na pewno, skoro te bestie pojone są whisky...

- Sauriel Rookwood. - Zgadza się, wypada się przedstawić, a mieli oboje takie nazwiska, że od razy było oczywiste, że nie są zbieraczami śmieci. Nie oznaczało to, że nie są psycholami, co się zasadzili na życie tych... ludzi. Dużej ilości ludzi. Sauriel nawet zamruga, kiedy kobiety zaczęły mu się mnożyć przed oczami, a każda blondyneczka. Miał słabość do blondynek. Nie chodzi o to, że podobały mu się... no dobra, podobały mu się blond włosy, ale chodziło o pewne skojarzenie. Jakoś najbardziej łagodne istoty, które spotykał, miały blond włosy. Spojrzał na Victorię. Nie, zdecydowanie nie blond. Spojrzał na tamtą czwórkę. Ale blond tej czwórki jakoś nie wydawał się do końca atrakcyjny. Istniała drastyczna różnica wyglądu między nimi a Victorią. Victoria była teraz jak ta zła wiedźma, która wtargnęła do zamku księżniczek i planowała ze swoim czarnym rycerzem porwać którąś z nich do mrocznych rytuałów. Sauriel uśmiechnął się nonszalancko pod nosem na to piękne skojarzenie, ale z grzeczności (bo nawet on wiedział, czym grzeczność jest) nie wypowiedział swojego skojarzenia na głos.

- Daleko. - Odparła Violet, uśmiechając się tak nieco... psotliwie. - Skąd jesteście? - Jej siostra szturchnęła ją łokciem i zrobiła pouczającą minę, która mówiła "tak nie wypada!", ewentualnie "opamiętaj się!". Nie wypadało? Może. Chyba. Nie było niczego złego w pytaniu. Najwyżej mogłeś doznać zawodu z powodu odpowiedzi.

- Z nie twój zasrany interes Londynu. - Odpowiedział Sauriel i nawet pokusił się na odpowiedzenie na ten uśmiech Violet. Ale nie dało się nie powiedzieć, że był to uśmiech sztuczny, grzecznościowy. Zwłaszcza, że zaraz zniknął. Bo uwaga Sauriela skierowała się na psa, a zdziwienie objęło jego facjatę w pełni. Gadający pies. Cóż. Mają gadającego konia. Więc czemu nie gadający pies..?

- Mieliście szczęście, że abraxan wylądował na czas. - Dodała Daisy.




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 30.03.2023

Victoria też już myślała sobie teraz, że mieli cholerne szczęście, że ich abraksan zaczął marudzić i chciał wylądować, i że się nie przejął pyskowaniem Sauriela a posłuchał jej cichej prośby by wylądować, bo ulewa jaka ich złapała bębniła wszędzie wokół tak, że nawet w tej pięknej rezydencji mogła słyszeć jak deszcz zacina. Lot w takich warunkach ani trochę nie był bezpieczny, ani tym bardziej rozważny.
  Sauriel miał za to albo szczęście albo pecha z tymi blondynkami, bo z kolei doświadczenia Victorii mówiły wszem i wobec, że nie wszystkie blondynki są łagodne. Ba, wystarczyło spojrzeć na Malfoyów… tym niemniej nie, jej własne włosy trudno było pomylić z blondem, bo nawet obok niego nie stały. Jej uroda nie była tak jasna jak tych pięknych dziewcząt, córek pana Binnsa. Przy nich była wręcz jak noc, jeśli one były dniem. Noc bez księżyca i gwiazd, jednak ciepła i letnia, bo ton jej skóry i włosów nie był wcale taki zimny. W tej czerni, w którą była ubrana, rzeczywiście wyglądała jak taka wiedźma, co się zasądza na nadobne dziewice, zwłaszcza że trudno jej było ukryć pewną wymalowaną na twarzy irytację, jaką odczuwała. A która się z upływającym czasem pogłębiała, bo śmiechom i chichom nie było końca, a przynajmniej nie od jowialnego pana Binnsa, jego gadającego psa i córek, z których to jedna zwłaszcza ją wkurzała od początku, bo im dalej w las tym częściej kręciła się przy wampirze. A to go przypadkiem dotknęła, a to czy czegoś mu nie podać, a to coś tam. I tylko ten deszcz nie cholery nie przestawał padać.
  Dlatego gospodarz zaproponował, że mogą tu zostać do rana, bo jak zna te okolice (a przecież w niej mieszkał), to jak się taka ulewa zapłata to trzyma kilka godzin i leje, i leje… ale nad ranem powinno być już spokojnie. Więc wskazali im pokoje, w jakich mogli spędzić tę noc, dziewczęta odprowadziły ich, by pokazać co gdzie jest. Wtedy też Violet, która tak się cały wieczór przy Saurielu kręciła, złożyła mu bardzo jednoznaczną propozycję, po której Victoria uniosła tylko brwi i skrzywiła się już naprawdę mocno, widząc, że kobieta nie ma za grosz wstydu. Wkurzyło ją to już mocno i bez słowa pożegnania zamknęła się w pokoju, który sama miała zająć, zatrzaskując drzwi nieco zbyt gwałtownie.
  Nie umiała zasnąć. Kręciła się po pokoju dłuższy czas, wyglądając za okno, z nadzieją, że może przestanie lać nieco wcześniej? Ale nie przestawało. Bardzo niekomfortowo się tutaj czuła. Raz że ten cholerny lot i jeszcze czekał ich następny… a potem przynajmniej jeszcze jeden żeby w ogóle wrócić do Londynu. Dwa, że ulewa złapała ich tak naprawdę nigdzie. Trzy, że gospodarz był taki miły, może nawet zbyt miły… miała jakieś takie wrażenie z tyłu głowy, że coś tu jest nie tak… i cztery – ta cholerna Violet. Cóż.
  Zmroziła oczy chyba na godzinę. Gdzieś nad ranem. Przymknęła je, zmęczone, na pięć minut, ale czuła, że to było bardzo długie pięć minut… a kiedy je otworzyła to wcale nie siedziała w miękkim fotelu, a pokój, w którym była, nie był przestronnym pokojem dla gości.
  Był zabita dechami ruderą. Szopą. Siedziała na taborecie, na brudnej od ziemi szmacie, opierając się o kilka desek, które miały robić za ścianę. Było zimno, przeraźliwie zimno… i jasno. Bo był już poranek. Okno nie miało szyby, dach to były trzy deski na krzyż… dobrze że dzień był pochmurny i żadne promienie słońca się nie przebijały… słońce. Dzień. Sauriel.
  O Matko!
  - Sauriel! – krzyknęła, zrywając się na równe nogi, stojąc w jakimś błocie. Serce jej mocniej zabiło że strachu, że mogło mu się coś stać, że może przegapiła jakiś moment, w którym wyszło słońce i go spopieliło… ta myśl postawiła ją na nogi szybciej i skuteczniej niż najmocniejsza kawa.


RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 30.03.2023

Mimo swojego grumpy nastroju całkiem nieźle zaczął się bawić w towarzystwie staruszka i jego córek. Nawet jeśli jedna z nich za bardzo się do niego przylepiała. Ale i ona podejmował z nią, do pewnego stopnia, słodkie rozmowy. Sprawiało mu to po prostu przyjemność. Tkwiła w tym pewnego rodzaju nostalgia. I była to inna twarz Sauriela niż ta, którą Victoria miała okazję zobaczyć - bo Sauriel potrafił mieć bardzo gładkie teksty i być niezwykle czarujący, jeśli tylko tego chciał. A chciał tego, kiedy druga strona wprawiała go w odpowiednio rozluźniony nastrój. Jak ta właśnie blondyneczka. Jej jednoznaczna propozycja została jednak skwitowana cichym keknięciem i powiedzeniem "jak podrośniesz". Nie miał pojęcia, ile miała lat, ale nie wydawała się dojrzałą kobietą. Może już nie nastolatką, ale nadal - nie dojrzałą kobietą. Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Hm. Gdybać sobie można, bo przecież Sauriel już nie był człowiekiem. A gdyby nim był, to być może wiele rzeczy potoczyłoby się nadal zupełnie inaczej.

Sauriel pozajmował swój czas książkami w pokoju, ale nie było niczego przykuwającego jego uwagę, więc stwierdził, że do poranka przedrzemie. Nie było mowy o tym, żeby wyjść na zewnątrz, nadal ulewa zalewała świat, więc z braku laku zapadł w swój pseudo-sen. Letarg.

Instynktownie budził się wyczuwając promienie, gdy słońce się budziło, albo gdy zachodziło. Jedno z dwóch. Czego jednak się nie spodziewał to tego, że nad jego głową nie będzie bezpiecznego dachu. Ruiny, stary popiół i węgiel. Czarne oczy zrobiły się jak spodki. Czarnowłosy czmychnął za ruiny jednej ze ścian, kuląc się w jej cieniu. Jego instynkt stawał dęba, ale on sam nie był przerażony. Nie. W pierwszym momencie jak najbardziej, bo to działał właśnie instynkt. W drugim? Co za różnica... W kurczącym się cieniu ściany, zamiast krzyczeć do Victorii, wampir odpalił leniwie papierosa i odetchnął ciężko. Ruiny. Wspomnienie nocy. Ludzie, którzy ich ugościli... jego umysł działał ciężko. I zupełnie nie przyswajał informacji sprzed obudzenia w połączeniu z tymi po przebudzeniu.

- Tu jestem. - Chciał podnieść rękę, żeby pomachać, ale się powstrzymał. - Ale beka, co? - Uśmiechnął się kącikiem ust, przymykając zmęczone oczy. Jakby rzeczywiście było się z czego śmiać. - Jednej nocy zasypiasz w łóżku, drugiej budzisz się na jakichś szmatach. Co za przygoda...




RE: [1 kwietnia 1972] "Ulewa" | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 30.03.2023

Prawda była taka, że ta inna twarz Sauriela, ta czarująca i rzucająca gładkimi tekstami, też wprawiała ją w parszywy nastrój, bo pokazywała jej… czego sama nie ma. Najzwyczajniej w świecie sprawiało jej to przykrość, bo jaką jej winą było to, że nie była słodką blondyneczką i że została siłą w tą relację wsadzona? Też chciała być adorowana. Też od czasu do czasu chciałaby poflirtować z kimś, kto jej się podoba ze wzajemnością. I co? I musiała patrzeć na to jak jej przyszły narzeczony robi właśnie to z jakąś obcą dziewuchą i to jeszcze w tak podłym dniu. Ale Sauriel nie wiedział jak bardzo kiepski to był dzień dla Victorii i że z jej strony to wszystko było dla jego wygody, nie żeby wiedza o tym cokolwiek by w jego zachowaniu zmieniła.

Myśl o tym wieczorze to na szczęście nie było pierwsze, co po tym gwałtownym przebudzeniu przyszło do głowy Victorii – tylko strach o to, czy się temu parszywcowi nic nie stało. I na szczęście nie. Siedział w jakimś ciemnym kącie, w którym Victoria dość szybko go zlokalizowała po głosie i na szczęście nie musiała się długo przedzierać przez powywalane deski. Sama wyglądała kiepsko… no jak ktoś kto nie spał całą noc – bo nie spała. Udało jej się zmrużyć oczy ledwie na chwilę. Ale to, że sobie tam przycupnął z fajką, zamiast się nawet zastanowić czy jej coś nie jest, uderzyło ją dość prędko. Kobieta zmierzyła go więc wzrokiem i przypomniała sobie poprzedni wieczór i zirytowała się w kilka sekund, z początku po prostu patrząc na niego bez słowa.

- Tak. Ale beka odpowiedziała mu i po prostu wbiła w niego spojrzenie, nim sięgnęła dłonią do sakiewki przy pasie, by wyciągnąć z niej dwie fiolki z jakimiś płynami. Jedna była opatrzona karteczką z napisem „na ogień” a druga „sprawdź mnie” i wyciągnęła je do Sauriela. - Chciałam ci to dać wczoraj, ale jakoś nie było okazji chciała mu dać w powozie. Albo jak już wylądują u celu, a nie tu, gdzie całkiem o tym zapomniała, a potem jej nastrój po prostu się psuł. Więc dostał teraz, absolutnie bezceremonialnie, kiedy się kulił w cieniu ściany, zupełnie w nieodpowiednim momencie, ale Lestrange uznała, że niech ma na wszelki wypadek. A potem bez słowa poszła, by wydostać się z tej rudery i sprawdzić co z ich abraksanem… I w ogóle. Kiedy tak odeszła z dziesięć kroków, to zatrzymała się, westchnęła i spojrzała w dach, którego tu nawet nie było, ale nie w tym w ogóle była rzecz. Zastanawiała się nad czymś ewidentnie, po czym ściągnęła swoją czarną marynarkę, odsłaniając ciemną, dopasowaną koszulę. Zadrżała jeszcze bardziej w tym chłodzie, ale odwróciła się do Sauriela i rzuciła do niego tę marynarkę, by bez słowa tym razem już faktycznie wyjść. To po to, żeby nie wiem, osłonił sobie łeb i mógł stąd też wyjść. A tymczasem Victoria szybko zlokalizowała nieszczęśliwego abraksana, który ewidentnie ucieszył się na jej widok i wychynął z budki, którą mu wczoraj zrobiła. I dobrze, że mu zrobiła, bo patrząc na stan tej rudery… W każdym razie, na nieszczęście Victorii, byli gotowi do dalszej drogi.


Koniec sesji