Secrets of London
[ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki (/showthread.php?tid=1209)

Strony: 1 2


RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Dellian Ollivander - 07.04.2023

Cicho się zaśmiałem pod nosem, gdy odpowiedziała mi o pluciu żołądka. Nie byłem pewny, czy ona naprawdę nie chciała spędzić ze mną czasu, czy po prostu nadal była ślepa i nieświadoma tego, że są ludzie, którzy chcą z nią po prostu spędzić czas.

— Masz racje, wybacz mi ponownie. – odpowiedziałem, ale uśmiech nie schodził mi z ust. Zawsze się przy niej tak głupawo uśmiechałem i nie wiedziałem, dlaczego. Dziewczyna była pocieszna i urocza w swoim braku umiejętności obcowania w społeczności. To ja byłem tu z defektem, ale miałem wrażenie, że więcej rozumiałem z takich relacji. Podobało mi się to w niej, ponieważ była wyzwaniem. – W takim razie może herbata? Chyba, że się spieszysz to nie będę cię namawiać już. – uniosłem dłonie w geście poddania się.

Nigdy nie miałem zamiaru wykorzystywać ludzi ze względu na ich sławę lub to, co reprezentowali sobą na językach innych osób. Dla mnie poznawanie ludzi było sztuką, obcowanie wśród nich i lawirowanie w słowach, aby nikogo nie urazić, aby zdobyć ich przyjaźń i uznanie było bardziej pożądane niż jakaś pusta fraza, że byłem z takim i tamtym. Lubiłem znać ludzi, lubiłem wiedzieć jaką kawę piją, co lubią jeść na śniadanie, co lubią dostawać w prezentach, czym lubią być zaskakiwani. Kochałem ludzi, bo byli niedoskonali w swoich doskonałościach i po prostu chciałem sprawiać przyjemność tym, którzy byli dla mnie ważni. Byłem Misjonarzem, który chciał dla każdego dobrze, ale byłem również świadomy, że nie każdego uda mi się pokochać, że nie każdego uda mi się zadowolić i zdobyć. Dlatego pozostawałem wśród przyjaciół i dawałem im drobne prezenty.

Zaśmiałem się cicho na wspomnienie tego nie fortunnego upadku ze schodów. Zdarzało mi się to rzadko, ale wtedy byłem naprawdę rozproszony, nieuważny. Zawsze starałem się sprawdzać, czy schodzenie ze schodów będzie dla mnie bezpieczne. Wtedy tego nie zrobiłem i nie dość, że sobie zrobiłem krzywdę to i prawie ją staranowałem w ostatnim momencie przeskakując ją.

— Oh, tak pamiętam ten dzień jakby był wczoraj. Naprawdę zaskakujący sposób poznawania ludzi nie sądzisz? Na szczęście cię nie wywalili i mogłaś dalej ukazywać swój perfekcjonizm murom zamku i przestrzeni nad boiskiem. – odpowiedziałem, a z ust nie schodził mi dobry uśmiech, szczery i pełen zadowolenia, że miałem ten zaszczyt ją poznać. – Jedną z wielu rzeczy jaką żałuję jest to, że nie mogę zobaczyć cię w akcji. – wyznałem szczerze.




RE: [ Pan Mruczkens ] – Dellian & Mackenzie – boczne uliczki - Mackenzie Greengrass - 08.04.2023

Mackenzie miewała skłonności do mylnego odczytywania cudzych zamiarów i zachowań albo wręcz doszukiwania się w nich złych intencji. Było to częścią składową charakteru, sposobu, w jaki działał jej umysł, wychowania, wyjątkowo nieciekawej sytuacji rodzinnej oraz doświadczeń.
Tyle że tych mechanizmów nie rozumiała nawet sama Greengrass, nie mająca zbytnich skłonności do takich analiz. Ciężko było, aby mógł pojąć to ktokolwiek inny. Gdyby Dellian choć część swoich myśli wygłosił na głos, prawdopodobnie byłaby bezmiernie zdumiona, że w ogóle można podchodzić w ten sposób do ludzi. I raczej wzbudziłoby to w niej tylko jeszcze większe podejrzenia.
Mimo to uśmiechnęła się blado na jego propozycję.
- Może następnym razem. Muszę odebrać szaty od Rosierów. Inaczej bym się tu nie teleportowała – przyznała. Wolałaby podróż proszkiem Fiuu albo nawet jeszcze dłuższą i pozornie mniej komfortową, na miotle.
- Czy ja wiem? Często nokautuję ludzi przy pierwszym spotkaniu. Tylko zwykle siedzimy wtedy na miotłach.
W ustach kogoś innego mógłby to być żart. Może nawet całkiem udany. Ale Mackenzie mówiła absolutnie poważnie. Zresztą, po prawdzie, pewnie już wcześniej mijała Ollivandera na szkolnych korytarzach czy w Pokoju Wspólnym. Tyle że on jej nie zobaczył z przyczyn oczywistych, a ona nie zwróciła na niego uwagi, bo ludzie zwykle zlewali się jej z tłem. Nawet zapamiętanie twarzy bliższych znajomych było zaskakującym wysiłkiem.
Ostatnie zdanie zdołało jednak dokonać czegoś, co zdarzało się rzadko. Mackenzie, uświadomiwszy sobie (rzecz absolutnie oczywistą, ale o której jakoś nie pomyślała dotąd), że Ollivander po prostu nie może nie tylko grać w quidditcha, ale też obserwować rozgrywek, zaczęła mu odrobinę współczuć. Bo jak w ogóle bez tego żyć…?
- To trochę straszne. Móc słuchać co najwyżej komentatorów sportowych – powiedziała, marszcząc brwi. – Muszę lecieć, bo się spóźnię. Miłego dnia, Ollivander, Bell – rzuciła, po czym odbiła się od bruku. Uznała, że chrzanić, nie idzie po te szaty piechotą, a po prostu tam podleci.

Koniec sesji