Secrets of London
[1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery (/showthread.php?tid=1216)

Strony: 1 2


RE: [1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery - Theodore Lovegood - 07.04.2023

- Zapewniam Cię, że masz go w sobie wiele – powiedział, przyciskając ją mocniej do siebie. Czuł się bardzo pewnie w jej towarzystwie i z jakiegoś powodu ciągnęło go jeszcze bliżej do niej. Jego wzrok odnalazł jej, słowa o pierwszych razach dudniły w jego uszach, głowa kiwnęła ze zrozumieniem, a następnie zaczęła się pochylać w jej stronę. Wszystko robił instynktownie, czując, że to jest właśnie najwłaściwsze ujście dla dziwnej harmonii w jego sercu, nachylił się, wysunął szyję przed siebie, już planował zbliżyć się w stronę jej ust, gdy nagle...
- Pierwszego poca...? - powtórzył za nią głucho. Jej zawahanie się wyrwało go z zamyślenia i sprawiło, że wrócił na ziemię, jakby został obudzony z głębokiego snu albo silnego uroku. Mrugnął kilkakrotnie. Niewiele było słów, które zaczynałyby się od liter „poca”. Właściwie to żadne nie przychodziło mu do głowy, choć miał bardzo dziwne wrażenie, że gdyby ktoś spytałby się o nie chwilę wcześniej, gdy patrzył głęboko w oczy Effie, to znalazłby je bez problemu. - Pierwszego poczarowania? - Uznał, że dziewczyna się przejęzyczyła i z tego powodu przerwała zdanie w połowie. Miało to dla niego duży sens, a właściwie bez zastanowienia doszedł do konkluzji, że pierwotnie najprawdopodobniej chodziło jej właśnie o czarowanie. Było to zajęcie, które czarodzieje często wspólnie uprawiali. O co innego mogło chodzić?
- Możemy trochę później poczarować, jeśli tego bardzo chcesz – zgodził się na jej propozycję. Sam nie był wielkim wielbicielem zaklęć, bo nie wychodziły mu dobrze, ale skoro Effie mocno zależało, to czemu nie? Wzruszył ramionami, gotowy spróbować, choć bez wielkiego entuzjazmu.
- Słyszałem niedawno o fajnym transmutacyjnym zaklęciu, które zmienia stopy w małe kółka, ale za nic mi ono nie wychodzi – zaproponował i uśmiechnął się lekko, trochę zwalniając taniec rozkojarzony przez rozmowę. Jeśli miała przy sobie różdżkę, to mógł przekazać jej, jak wyglądała inklinacja zaklęcia. Gdyby blondynce ono wyszło, to mogłaby być z tego niezła frajda. Mogliby pojeździć na swoich nogach, a nawet w ten sposób potańczyć!


RE: [1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery - Effimery Trelawney - 09.04.2023

Coś zadudniło jej w sercu, rozpościerając połacie harmonii i niezwykłej w swej krasie urokliwości – nigdy nie była kokietką, a jej czyny, rozbrajająco niewinne, acz uparte, zapewniały o dalece posuniętej delikatności, subtelności zawartej w gestach. Gdy przycisnął ją bliżej do siebie – coś wewnątrz zatrzepotało, rozpościerając się motylami ekscytacji, gdy nachylał się do niej. I gdy już nieomal dotknął jej ust, oddalił się, brzmiąc pytaniem skalanym retoryką. Pąs wstąpił na jej oblicze nieprzejednanie, barwiąc policzki i piegowaty nos różem – przełknęła ciężko ślinę, zaciskając dłoń na jego ramieniu, które przez moment było jej tak bliskie, tak miękko otulało ją dotykiem.

Pokręciła głową na jego słowa gwałtownie, zamykając ich w okowach bliskości niewiadomej i nade wszystko niepoprawnej. Nie była dotychczasowo równie blisko z jakimkolwiek mężczyzną, a to, jak pewnie trzymał ją w ramie tanecznej wzburzało tumany myśli ku górze, rozlewając je gdzieś pod rozgwieżdżonym niebem. Zacisnęła usta w wąską linię, nim uwolniła go z uścisku dłoni, te przenosząc na jego policzki.

Trwała tak przez ulotne momenty, oddychając odrobinę ciężej.

Pocałunki. Pierwsze pocałunki – wyklarowała, a w jej roziskrzonym spojrzeniu zawarła się salwa niewymownego.

Ułożywszy dłonie na jego policzkach, prędko zamknęła dystans ich dzielący. Jego wargi były przyjemnie ciepłe i miękkie, uginały się pod niepewnym naciskiem. Przeniosła dłoń na jego kark, drugą zarzucając mu na ramiona. Momentalnie wszystko inne przestało istnieć, przeradzając się w raptem scenerię dla ich zbliżenia – nic nie miało znaczenia, wszystko pozostawiło po sobie raptem cień istnienia. Odsunęła się po chwili niepewnie, spod na wpół przymkniętych powiek przelewając wzrok na jego oblicze.

Och, przepraszam – rzekła miękko, kręcąc głową. – Nie powinnam – dodała po chwili.




RE: [1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery - Theodore Lovegood - 07.05.2023

- Och… - westchnął głośno, uzmysłowiwszy sobie, do czego dziewczyna od samego początku zmierzała. No tak, jak mógł się nie domyślić, jak mógł zapomnieć o pocałunku? Wpatrywał się w dziewczynę, jakby był zaskoczony własną głupotą i niedomyślnością, a kolejne wydarzenia działy się bez konieczności jego interwencji. Nie musiał nic robić, był w tym momencie niczym najbardziej fartowny podróżnik pod słońcem, który na krzywy ryj załapał się na wyprawę w ekscytujące i fantastyczne miejsce. Zbyt zaskoczony przez wszystko pozwolił blondynce przeżyć wszystkie wątpliwości i rozterki związane z podjęciem ryzyka, a jedynie na sam koniec przechylił lekko głowę i nadstawił usta.
To, co działo się z jego umysłem, można by porównać do tego, jak reagowało ciało w stanie nieważkości. Jego działanie było inne, nienormalne, niedostosowane do nowych praw fizyki sytuacji, w której się znalazł. Kręcił się w kółko, wierzgał, nie wiedząc, gdzie jest góra, a gdzie dół, i jak odzyskać stabilny grunt pod nogami. Próbował opanować rosnące w nim emocje, ale zamiast tego przycisnął do siebie ramiona dziewczyny i oddał się wzniosłej chwili, która trwała albo wieczność, albo ułamek sekundy – nie był do końca pewien. Kiedy odsunęli od siebie swoje usta, wyglądał tak, jakby ktoś rzucił w niego naraz dwa zaklęcia, osłupiające oraz rozweselające. Otworzył oczy, jakby został obudzony z głębokiego snu.
- Och… - stwierdził wyjątkowo mądrze po chwili, gdy zorientował się, że towarzyszka coś do niego powiedziała – Wszystko jest w porządku – dodał po kolejnej przerwie, gdy rozum zaczął już do niego pomału wracać. Uśmiechnął się do niej szeroko, szczęśliwy, ale również trochę niepewny tego, co powiedzieć lub zrobić.
- Nie musisz przepraszać – zapewnił ją czule i przeczesał dłonią jej grzywkę w ciepłym geście - To było niespodziewane, ale bardzo miłe - dorzucił, nie wiedząc do końca, jaki przymiotnik byłby najodpowiedniejszy. Wyjątkowe, zaskakujące, ekscytujące? Nie był pewien, czy dwa słowa, jakie użył, były najwłaściwsze.


RE: [1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery - Effimery Trelawney - 19.05.2023

Absurdalnie nic nie miało znaczenia; całokształt bytowania przemienił się w spopielony masyw pragnień i wspomnień zakopanych głęboko wśród miriad myśli. Może gdyby była odrobinę mniej nieważka, odrobinę mniej zlękniona i spontaniczna w tym wszystkim – może wówczas wiedziałaby lepiej jak zachować się pośród tych deszczy majowych i gałęzi rosnących przy skwerze. Bo w gruncie rzeczy to właśnie to cechowało ją najdobitniej, dając znać niejednokroć jak bardzo niedorosła w swojej kilkunastoletniej krasie była. Błękity rozlewały się niebanalnie, a rozgwieżdżone niebo, skalane czernią rozlanej kawy, uśmiechało się do niej niepewnie, zupełnie jakby wyczuło jej nieracjonalność idącą w kompanii z młodzieńczą buńczucznością.

Jego usta były ciepłe i miękkie, nierzeczywiste i odległe. Sunęła kciukiem wzdłuż jego kości jarzmowej, przedłużając tę chwilę o zbawienne sekundy, umykające niezamieszkane, a jednocześnie pełne doznań. I dopiero gdy się od niego odsunęła, wzrokiem uciekając gdzieś w bok, wzięła głębszy oddech, zdając sobie sprawę z nieodwracalności tego, co właśnie nastało – miłego i zakazanego gdzieś w głębi umysłu podlotki.

Nie była w stanie znaleźć właściwych słów, właściwego dictum dla całokształtu sytuacji, w głębi klatki piersiowej jednak coś zatrzepotało niespokojnie, brakiem pokory puentując całość chwili, tej jednej, w której dali się ponieść ku niebiosom. Oddech przyspieszył nieznacznie, gdy zsuwała dłonie z jego policzków, odgarniając z jego czoła jeden z kosmyków niesfornie opadłych na czoło.

Nigdy bym nie pomyślała, że ty… – zaczęła, przełykając ciężko ślinę. – Że ty i ja… Och, na niebiosa, nie potrafię się nawet wysłowić. Chciałabym aby ta chwil trwała wiecznie. Aby już zawsze czuć twój dotyk, twoje usta… Jestem naprawdę beznadziejnym przypadkiem – dokończyła, puentując słowa lekkim westchnięciem.

Coś w niej pękło w końcu, odblokowując nieznane do tej pory meandry samej siebie. Zadrżała lekko w jego ramionach, ponownie uginając się pod melodyką tańca, wiodącego powolną melodią – jakby zupełnie stworzoną dla nich.


Koniec sesji