![]() |
|
1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Limbo (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=62) +---- Wątek: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV (/showthread.php?tid=1246) |
RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Louvain Lestrange - 02.05.2023 Wzdrygnął się lekko na głos wydobywający się z oplątanej łańcuchami istoty, bladnąc delikatnie pod swoją maską. Tajemnicze siły tego miejsca w sposób arogancki i bezczelny próbowały zagrać na ich sentymentach, dlatego nie ociągał się z zaklęciem lewitującym. To coś, które próbowało ich powstrzymać przed ingerencją w to miejsce, rzeczywiście musiało być silne, skoro przeszyło jego osobę i posłużyło się Lorettą do przestraszenia go. Rozgniewany cisnął pokracznym cielskiem dalej w stronę drzew, nie dając jej szans na wyrządzenie szkód żadnemu z ich czwórki. Głosy w myślach wprawiały w niepokój, ale w żadnym wypadku nie zamierzał się ich wysłuchać. Spróbował wyczarować zaklęcie rozpraszające, które uniemożliwi dalsze mącenie mu w głowie i zablokuje dostęp do jego głowy oraz myśli. Jak na razie miejsce w którym się znaleźli nie sprawiło im poważniejszych kłopotów, więc nie ustępował kroku swojemu panu i wciąż za nim podążał. - Nie traćmy czasu i ruszajmy dalej. - mówiąc wskazał na ścieżkę, ale ruszył do przodu dopiero kiedy sam Lord zdecydował się iść naprzód. Udane zaklęcie bariery wciąż na nim działało, mimo tego rozejrzał się szybko dookoła. Wśród linii drzew, ukryte w cieniu czaiły się ślepia pozostałych bestii. Odwrócił się i ujrzał jak jedna z istot obok nich zaczyna się uwalniać z krępujących jej więzów łańcucha. Bez zastanowienia wycelował w nią swoją różdżkę i spróbował powtórzyć zaklęcie translokacji, tak jak na poprzedniej istocie, unosząc ją w powietrzu i wyrzucając ją wysoko i daleko ponad las obok. rzut na rozpraszanie w celu usunięcia głosów z głowy i uniemożliwienie dalszej ingerencji w swoje myśli [roll=PO] rzut na translokacje w celu uniesienia istoty która przemawiała głosem Roberta i wyrzucenia ją daleko w las [roll=Z] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Eutierria - 03.05.2023 Wilhelm, Theon
Czarny Pan wyglądał na podejrzanie spokojnego w obliczu trwającego wokół was chaosu. Ponownie wyciągnął z kieszeni ciemnego płaszcza kamień będący powodem całego tego zamieszania i uniósł go do góry, tak aby widzieć jednocześnie jego i to rozgwieżdżone pomimo dnia niebo. - Zadajesz mi pytania, na które ta magia sama dała ci odpowiedź. – Westchnął, przejeżdżając różdżką po chropowatej powierzchni skały. – Nie pokaże ci tego, co chcesz zobaczyć, dlaczego więc miałaby stworzyć ci ścieżkę prowadzącą do celu? – Ktoś mniej majestatyczny, ociekający sarkazmem, zaśmiałby się teraz zapewne i dał Wilhelmowi czas na ruszenie głową, ale Voldemort nie należał do osób, które w takich sytuacjach lubiły się pieścić, zwodzić na manowce, o ile sytuacja nie wymagała od niego zwyczajnej manipulacji. Zapytany, podał więc konkretną odpowiedź, nawet jeżeli uważał za rozczarowujące niepodjęcie się tej zagadki samodzielnie. Jego poplecznicy byli przecież tacy mądrzy. – Jest tylko jedno miejsce, które ta scenka próbuje ukryć przed naszym spojrzeniem – to mówiąc, skierował swoją uwagę w stronę wysokich krzewów uniemożliwiających przejście do lasu – miejsce, od którego próbuje was odsunąć – miał tu na myśli próbę odepchnięcia Theona w stronę stawu – miejsce, które w ogóle nie przykuło niczyjej uwagi. Ściana drzew nie wyglądała na szczególnie łatwą do przekroczenia. Istota, która pchnęła Theona, zatrzymała się w miejscu, spętana dobrze rzuconym zaklęciem. - Bracie, nie chcesz tego zrobić – zawyła, wpatrując się w niego ludzkimi oczyma – nie chcesz walczyć z siłami, które panują nad tym światem. Ale nie miała szans dodać nic więcej. Podzieliła los reszty – rzucona gdzieś w las, zamilkła. - Czyżby? – Voldemort wycelował różdżką w krzewy i po chwili pognała w ich stronę fala ciepła. Śmierdziała popiołem na kilometr. Tak mocno, że nawet wy musieliście pociągnąć nosem – swąd czarnej magii był w jego przypadku tak silny, że nie szło pomylić go z kimkolwiek innym. Musieliście liczyć się z tym, że krocząc tą ścieżką, staniecie się tacy jak on. Przerażający, ale jednocześnie łatwi do przejrzenia. Tak silne spaczenie niosło ze sobą również pewne ograniczenia i słabości. Roślinność, w zetknięciu z tą falą, usychała. W podobny sposób, co ta wokół Voldemorta i Theona, chociaż Czarny Pan posyłający tam swoją energię wywołał o wiele większą falę zniszczenia, niż po prostu idąc. Louvain
W pierwszej chwili, po rzuceniu tak krytycznie dobrego zaklęcia, zakręciło ci się w głowie. Nie mogłeś utrzymać równowagi i nagle upadłeś. Czułeś się tak, jakbyś znajdował się do góry nogami, a jakaś niewidzialna siła trzymała cię przy trawie, która znajdowała się tutaj zamiast nieba. Dojście do siebie zajęło ci kilka dobrych sekund, ale jako oklumenta, dzięki poprawnie wykonanemu rzutowi, mogłeś poczuć, w jaki sposób ta magia wkradała się do twojego umysłu. W ten sposób zdołałeś przejrzeć już całkowicie. Bajeczna oaza zniknęła na dobre. Znajdowaliście się na Polanie Ognisk, a właściwie to w jej krzywym odbiciu. Alternatywna rzeczywistość wszystko oddała tutaj na opak. Knieja Godryka była wielkim, nieskończonym placem wypalonej ziemi, natomiast tam, gdzie w rzeczywistym świecie znajdowała się polana – tutaj widziałeś pełno trawy i karłowatych drzewek rosnących w taki sposób, że pochylały się na bok, jakby coś wciągało je do wielkiego wiru w samym jej centrum. Kiedy Lord Voldemort uniósł w górę swoją różdżkę, ty nie zobaczyłeś umierających roślin. Widziałeś, jak chmura pyłu wzniosła się do góry, a Czarny Pan ruszył do przodu przez to wielkie pustkowie. Nie kierował się idealnie do tego wiru roślin i drzew, ale obrał całkiem precyzyjny kierunek, aby znaleźć się niedługo blisko nich. Mavelle, Patrick, Victoria
Spadaliście. To było obrzydliwie nieprzyjemne uczucie – czuliście się tak, jakbyście mieli lecieć tak już przez wieczność, jakby wskoczenie w ognisko było największym i być może ostatnim błędem waszego życia. Byliście w tej pustce sami i samotni, nie słyszeliście tu nikogo i niczego, aż nie uderzyliście o taflę wody. Przez kilka długich sekund nie mogliście oddychać, aż wreszcie wynurzyliście się po drugiej stronie Polany. Nie wiedzieliście, gdzie jesteście, ale Victoria mogła rozpoznać tę ścieżkę. To było to samo miejsce, w którym widziała wcześniej Voldemorta i trójkę Śmierciożerców. Wiedziała więc w którą stronę się udać, ale nie widzieliście ich stąd. Leżeliście na brzegu strumienia i mogliście (bez rzutu) osuszyć swoje mundury przed ruszeniem w pogoń za Śmierciożercami – tam, gdzie Victoria widziała tajemniczą kobietę. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Victoria Lestrange - 03.05.2023 Żołądek podleciał jej do gardła, umysł zaczął panikować – bo skoro spadają, to znaczy, że byli gdzieś wysoko? Victoria bała się wysokości, bała się właśnie spadania, bała się uderzenia o podłoże, chwilowego bólu, który miał zgasić światło jej życia. Przymknęła oczy… I wtedy nastąpiło uderzenie. Twarde, i zarazem miękkie, kiedy ciało zanurzyło się pod wodą, kończyny rozłożyły na boki nawet nie z własnej woli. Kobieta mocno ściskała swoją różdżkę, jak takiej deski, która miała ratować. A później wynurzyła się instynktownie i głośno nabrała powietrze w płuca. Zabawne. Najpierw jej paniczny lęk: lot i spadanie. A następnie to, jaką formę przyjmuje jej bogin: ona sama tonąca w wodzie. Dwa strachy w jednym – chociaż nie bała się wody. Chyba bała się samego tonięcia, braku powietrza w płucach, zastąpionego wdzierającego się doń wodą. Tę jednak wypluwała, kiedy na czworaka wypełzła na brzeg. Woda ściekała z jej ubrań, twarzy i włosów, które kleiły się jej do skóry, aż drżącą dłonią przetarła oczy i usta, i odgarnęła część włosów, które i tak miała splecione (choć już nie tak idealnie jak na początku Beltane). Rozejrzała się na boki i przed siebie. Nie była sama, dostrzegła Mavelle i Patricka, to dobrze, a potem… To miejsce… Wyglądało znajomo. – Żyjecie? – zapytała i podniosła się, nadal wpatrując w rysujące się przed nimi przejście. – To tu. To miejsce widziałam… wtedy. Widziałam też Voldemorta i trzech innych Śmierciożerców. I rudowłosą kobietę, która… Ona potrzebowała pomocy, czułam to wtedy całą sobą – teraz to widzieli, musieli więc jej uwierzyć! Tamta moc, to było coś, czego nigdy wcześniej nie czuła… Coś trochę… jak ta, która pchała ją w ramiona Sauriela jeszcze zanim zaczął się chaos. - Mavelle, jesteś w stanie się stąd skontaktować z resztą? Powiedzieć gdzie jesteśmy? - osuszyła swoje ubranie zaklęciem i wskazała dłonią kierunek. - Tam szli. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Mavelle Bones - 04.05.2023 Zdawało się, że lot ten trwał długo, prawie że całą wieczność. Na tyle długo, żeby nabierać pewności, iż to był błąd – i że w imię niczego zostawiła wszystkich, na których jej przecież zależało. I którym zależało na niej samej. Aż nagle nastąpiło uderzenie o taflę wody, odbierające dech. Czyli tak wyglądał koniec…? Myśl pojawiła się i rozproszyła; zaraz bowiem okazało się, że mogła oddychać. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, jakby to miało być ostatnia rzecz w życiu. Jednakże po tym oddechu nastąpił kolejny i kolejny, czula chłód, wszechobecną wilgoć… żyła? Żyli. Jeszcze. Wypełzła na brzeg i opadła na niego ciężko, próbując sobie wszystko poukładać. Na Matkę… Miała – mieli – tu zadanie, toteż musiała się zebrać. Rzecz jasna, z tym to jednak nie taka prosta sprawa, nie, gdy dopiero co było się pewnym, iż to lot ku śmierci. Ale powoli, poczynając od otarcia zalewającej oczy wody, poprzez próbę wyciśnięcia jej z warkocza, kończąc na przypomnieniu sobie o istnieniu różdżki – i spleceniu zaklęcia, żeby się osuszyć. Obecność Patricka wywołała niepokój – stanowił przecież jeden z filarów Zakonu i naprawdę wolałaby go tu nie widzieć. Aczkolwiek wątpiła, żeby posłuchał, gdyby powiedziała mu wprost: zostań. - Raczej tak – odparła Victorii, powoli wstając – To wygląda jak inny świat… wątpię. Ale spróbuję – odparła, przymykając oczy. Spróbowała przesłać wiadomość Atreusowi, iż ogniska Beltane faktycznie są portalem – i że ich niszczenie w tej chwili może nie być jednak rozsądne – a oni sami znajdują się jakby w innej krainie. - Zatem chodźmy im pokazać, ze popełnili największy błąd w swoim życiu – stwierdziła z ponurą determinacją w głosie i ruszyła we wskazanym kierunku, z pomocą węchu próbując ocenić, jak blisko Voldemorta mogli się znajdować, by móc zawczasu ostrzec towarzyszy i przygotować się przed ostatecznym wypadnięciem na spotkanie ze śmiercią. Bo co do tego, że tu nie będzie żadnej litości, nie miała wątpliwości. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Louvain Lestrange - 05.05.2023 W pierwszym momencie zdecydowanie pożałował podjęcia kolejnej próby rozproszenia magii tego miejsca. Nagły i silny zawrót głowy sprawił wrażenie, iż zaklęcie najzwyczajniej się nie udało. Nie mogąc utrzymać równowagi, kolana ugięły się pod nim, a on bezwiednie upadł, próbując utrzymać się chociaż na wyprostowanych rękach. Poczuł jakby grawitacja nagle zmieniła swoje zasady działania, a świat przewrócił się do góry nogami. Podciągnął odrobinę maskę, by złapać kilka większych oddechów ustami. Kiedy to chwilowe osłabienie ustąpiło, zaczął się rozglądać dookoła i dopiero dotarło do niego, że próba odcięcia się od wpływów na jego umysł, tak naprawdę okazała się nad wyraz skuteczna. Uśmiechnął się chyżo i poprawił swoją maskę, by znów ukrywała jego tożsamość. Czuł jak dotychczasowe ingerencje na jego percepcję ulatniają się, a on w końcu ujrzał prawdziwą wizję miejsca w którym się znajdowali. Podążanie ścieżką faktycznie byłoby błędem, gdyż miejsce które interesowało Czarnego Pana najbardziej, znajdowało się w innym miejscu. Niby wiedział, że ich pan jest najpotężniejszym czarnoksiężnikiem, ale zaklęcie którym utorował drogę, zablokowaną wcześniej przez krzewy i zarośla, i tak wprawiło go w zachwyt. Swąd czarnej magii tylko potęgował efekt i zdecydowanie powinien wzbudzać trwogę w tych, którzy zamierzali im dzisiaj przeszkodzić. Nie zostawiając w tyle, ruszył dalej za swoim przywódcą. Choć nie zmierzali idealnie w kierunku w którym, zdawać się miało, tworzył się wir uginający roślinność, bardzo uważnie rozglądał się dookoła. Chciał wykorzystać nowy obraz i wizję, którą udało się zdobyć, aby dostrzec coś interesującego, coś co posłuży jako wskazówka do dalszych poczynań. dwa rzuty na percepcję w celu dostrzeżenia czegoś ukrytego i/bądź potencjalnych zagrożeń [roll=N] [roll=N] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Patrick Steward - 06.05.2023 Patrick najpierw spodziewał się bólu, parzącego ognia, który przemknąłby z ogniska na jego ubranie, swądu palonych włosów i obezwładniającej słabości. I gdyby Steward mógł wybrać, chciał tylko by bolało go z daleka od reszty, by nie widzieli jak krzyczy, jak zwija się i płonie, jak pochłania go ogień i umiera. Wolałby zginąć samotnie, byleby ich tylko nie zatrzymywać. Były sprawy ważniejsze niż jego życie. Ale zamiast śmierci w płomieniach, poczuł że spada. Leci. Nie wiedział nawet czy na pewno gdzieś wędruje, czy też jednak umarł i trwa w nicości. A potem wpadł do wody i już naprawdę był pewien, że umarł. Umarł a bramą przez którą miał przejść była woda. To nawet miało sens, bo Clare, jego Clare, utonęła, więc dlaczego i on nie miałby? Jeszcze tylko chwila. Kilka sekund i woda zaleje jego płuca. Ale zamiast stanąć z ukochaną twarzą w twarz, wynurzył się z jeziora. Świat wrócił na swoje miejsce. Patrick popłynął pośpiesznie w stronę brzegu. Wychodząc czuł ciężar przemokniętego ubrania i chlupotanie wody w butach. Oddychał ciężko, wstrząśnięty niedawnymi przeżyciami. - Żyjemy - odpowiedział Victorii. Zaklęciem osuszył się. Ruszył za Lestrange razem z Mavelle. Obawiał się wspomnianych przez aurorkę śmierciożerców. Starał się mieć oczy dookoła głowy. W razie niespodziewanego ataku, próbowałby spleść tarczę, która by ich ochroniła przed wrogim zaklęciem. rozproszenie, gdyby coś ich atakowało, próbowałby osłonić ich tarczą [roll=N] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Eutierria - 10.05.2023 Louvain
Przemierzając to pustkowie razem z Voldemortem, Wilhelmem i Theonem nie mogłeś nie zauważyć, że twoi towarzysze (poza Czarnym Panem) byli w tym miejscu zagubieni – musieli łapać się na zagrywki tego, co mówił do nich ten las. Mamrotali coś pod nosem – prawdopodobnie odpowiadali na te dziwaczne groźby szeptane do ucha, które nie dostawały się już do twoich. Czułeś jednak dziwne napięcie, które mówiło jasno – coś wciąż próbowało się z tobą skomunikować i jedynie oklumencja pozwoliła ci uwolnić się od tego wpływu. Nie dostrzegłeś żadnego zagrożenia do momentu, w którym w tym miejscu pojawili się Brygadziści i Aurorzy. Mogłeś też zaobserwować, co prawda z bardzo daleka, ale wciąż dosyć wyraźnie, że nie spadli oni z nieba ani nie pojawili się tak po prostu – wyłonili się jakby z gruntu, lądując w stercie żwiru i piachu. Nie mogąc nawiązać żadnego normalnego kontaktu z pozostałą dwójką Śmierciożerców, musiałeś decydować o swoich następnych krokach bez ich udziału. Miałeś prawo zwątpić w to, aby mieli okazać się w jakikolwiek sposób przydatni do Czarnego Pana, ale on sam wydawał się być tym nieszczególnie wzruszony. Poruszał się z charakterystyczną dla siebie gracją, z kamienną wręcz miną niewyrażającą wiele poza skupieniem na dotarciu do źródła – do tej oazy na środku nicości. Wpierw nie zrozumiałeś, w jaki właściwie sposób nawigował was przez to miejsce, ale za którymś razem twoją uwagę przykuło nieśmiałe zerkanie w kierunku tutejszego nieba. Kiedy spojrzałeś na nie również ty, zauważyłeś jedną część wspólną tych obu światów – wciąż rozgwieżdżone pomimo panującego dnia niebo. Mavelle, Victoria, Patrick
Próba kontaktu z Atreusem zakończyła się porażką. Po pierwsze, było ci się niesamowicie ciężko skupić. Po drugie, odpowiadała ci pustka. Próbując nadać wiadomość przez fale, słyszałaś niemal absolutną ciszę – jedynie umysł Patricka mógłby na to jakkolwiek zareagować. Bulstrode nie odpowiedział więc w żaden sposób. Nie wiedziałaś, czy był w trakcie walki, czy to miejsce blokowało taki sposób komunikacji, czy... po prostu zginął. W śledzeniu Voldemorta nie potrzeba było wyostrzonego, psiego węchu. Śmierciożercy pozostawili po sobie szlak martwej trawy i roślin, które usychały od samej ich obecności. Wystarczyło więc, że nogi niosły was wzdłuż tej wypalonej ścieżki, wprost do miejsca, które Victoria widziała w swojej wizji. Rysująca się w oddali kobieca sylwetka leżała nieruchomo. Każdy kolejny krok stawiany w jej kierunku coraz mocniej utwierdzał was w tym, że kimkolwiek była ta istota, spóźniliście się. Stanięcie bezpośrednio obok było jednak największym szokiem – bo jej ciało, rozcięte przez Voldemorta na pół, zaczęło już zarastać mchem i korą. „Nie powinno was tu być”, dotarło nagle do waszych uszu, mówione przyjemnym, ciepłym szeptem. „Przecież nie przyszła jeszcze na was pora... Zawróćcie.” Trzy pary jasnych ślepi wpatrywały się w was z głębi lasu. Louvain
- To powinno być gdzieś tutaj – powiedział nagle Voldemort, stojąc zadziwiająco blisko rzeczywistej, leśnej ściany. – Czuję tutaj najsilniejszą – mówił dalej, wyczytałeś nawet z ruchu jego warg „energię”, ale nie słyszałeś go już. Czułeś się tak, jakby coś za wszelką cenę próbowało dostać się do twojej głowy, ale nie mogło przedrzeć przez ścianę, jaką postawiłeś wokół swojego umysłu jako oklumenta. Po kilku sekundach szumu udało ci się odzyskać słuch. – Z całej tej trójki słyszysz mnie tylko ty. – Faktycznie, pozostała dwójka wydawała się wyjątkowo nieobecna. – To godna podziwu umiejętność, aby przeciwstawić się takiej sile. Co widzisz przed sobą? Widziałeś wir. Wir krzewów i roślin, kwiatów i małych, czerwonych owadów, które latały pomiędzy nimi. Od samego spoglądania w jego centrum miałeś zawroty głowy, ale nie tak silne, abyś nie ustał na nogach. „Nie mów mu tego”, usłyszałeś. O wiele głośniej i wyraźniej, a kiedy te słowa rozbrzmiały w twojej głowie, niebieski ogień na samym środku tego miejsca buchnął dymem. „Okażemy ci łaskę, jeżeli zawrócisz.” RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Victoria Lestrange - 11.05.2023 Przejście przez gęsty las było uczuciem mocno surrealistycznym – jeszcze chwilę temu kotłowali się na polanie, gdzie rozpalone były wielkie ogniska by świętować Beltane. Teraz z kolei szli ścieżką znaczoną martwymi roślinami pośród tych pięknych drzew. Swąd czarnej magii był tutaj wręcz namacalny i tak mocno nie pasujący do miejsca i otoczenia. Rudowłosa postać odznaczała się na tle zieleni. Płomień jej włosów… była tam, gdzie zapamiętała ją Victoria. I aż ścisnęło jej się serce, kiedy byli już na tyle blisko, by widzieć co się stało. Ta roślinność, która już wyciągała do niej ręce była chyba najmniej dziwnym elementem wszystkiego, co miało miejsce wokół. Oraz w tym miejscu. Victoria nie rozumiała co się dzieje, to co widziała wcześniej i na co patrzyła teraz wymykało się jej pojęciu zrozumienia. Była obserwatorem tego co się dzieje? Czy tego co nadejdzie? Nigdy nie przejawiała zdolności trzeciego oka, więc nie bardzo umiała się w tym dopasować… - Nie zdążyliśmy… – zaczęła. I wtedy głos. Do głosów w swojej głowie również nie była przyzwyczajona. Wręcz bała się, że ktoś mógłby mieszać jej w umyśle – dlatego nauczyła się oklumencji. W pierwszej chwili nawet złapała się za skroń. A potem rozejrzała na boki, chcąc zlokalizować źródło dźwięku. Trzy pary jasnych oczu były dobrze widoczne na tle… ciemności? Kniei? - Nie jestem pewna, to co widziałam to była teraźniejszość? Przyszłość? – irracjonalność tego wszystkiego sprawiała, że choć powinna czuć strach – nie czuła go. Był tylko niepokój. I brak śmierciożerców. Starała się mieć te oczy na widoku, ale i tak dyskretnie rozejrzała się na boki, starając się wypatrzyć czy są w niebezpieczeństwie. I w razie czego zasłonić czarem siebie bądź towarzyszy. To miejsce przesiąknięte było magią. Percepcja – rozglądam się [roll=Z] Rozpraszanie – w razie potrzeby na siebie albo Mavelle bądź Patricka [roll=PO] RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Patrick Steward - 13.05.2023 To miejsce było niepokojące. Okropnie niepokojące. Patrick zmarszczył brwi, patrząc zmieszanym wzrokiem na martwą roślinność, namacalny znak ścieżki śmierci, którą pozostawili za sobą śmierciożercy i ich pan. Jeśli jeszcze miałby jakieś wątpliwości, która strona była właściwa, wydarzenia na Beltane nierozerwanie skierowałyby jego myśli ku stronie Dumbledore’a. Trzeba było być skończonym szaleńcem, by decydować się na robienie takich potworności w imię potęgi, której istoty nawet się nie pojmowało. Całym sobą czuł, że nie był chciany w tym miejscu. Ale nie przyszedł tu po akceptację lub zdobycie popularności. Przywiodły go w to miejsce słowa Victorii. Chciał uratować kapłankę (choć teraz już nie był pewien czy to na pewno była kapłanka, ale też nie chciał dopuszczać do siebie myśli o tym, że mogła być kimś więcej). Patrick chciał ocalić wszystkich. Tak naprawdę, gdyby tylko miał w sobie moc, dzięki której mógłby to zrobić, okazałby się zadziwiająco litościwy. Teraz, przez słowa Victorii, dotarło do niego, że nie zdążyli. Dopiero po nich dostrzegł leżącą na ziemi sylwetkę. Wbił w nią twardy, niedowierzający wzrok, tak jakby nie mógł zrozumieć, że mogli pojawić się na miejscu za późno. Ba, nawet mech i kora porastające ciało nie sprawiły, by Steward uznał, że nie dało się jej już uratować. Na pewno był jakiś sposób. Musiał istnieć. Chcę ją uratować, odpowiedział w głowie przyjaznym głosom. Rozglądał się, szukając jakiejś wskazówki, która by mu podpowiedziała, co należało zrobić. [roll=PO] - percepcja na: rozglądał się, szukając jakiejś wskazówki, która by mu podpowiedziała, co miałby zrobić. [roll=PO] - percepcja na: rozglądał się, szukając jakiejś wskazówki, która by mu podpowiedziała, co miałby zrobić. RE: 1972, Wiosna - Beltane - W ogniu widzieli koniec IV - Mavelle Bones - 13.05.2023 Zgodnie z podejrzeniami, próba wysłania wiadomości spełzła na niczym. Nie rozumiała, dlaczego tak trudno było jej się skupić – zdecydowanie to nie powinno mieć miejsca. A pustka… cóż, w końcu znaleźli się gdzieś indziej, nieprawdaż? Choć może nawet i nie o to chodziło. W każdym razie, poinformowała krótko, że nie udało się skontaktować. Odraza. Szlak martwej trawy i roślin budził najszczerszą odrazę. Wobec Voldemorta i jego popleczników – jeśli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości w zakresie ich zepsucia, to postawienie delikwenta przed takim dowodem powinno był je rozwiać, co do jednego. A jeśli jednak nie… to najwyraźniej był głuchy i ślep na wszystko i nawet cegła prosto w łeb nie mogłaby tu wiele zdziałać. I jednocześnie głęboki smutek. Tym większy, gdy zrozumiała, że pojawili się tu zbyt późno. Czyżby więc zatem Voldemort zrealizował swoje plany? I w końcu smak goryczy. Gdyby odwołano Beltane… och, gdyby. Teraz trzeba będzie zmierzyć się z konsekwencjami, których nawet do końca nie potrafiła sobie wyobrazić. W milczeniu wpatrywała się w istotę, ofiarę Voldemorta, przed którym jej nie ocalili. Złość. To nie powinno się było wydarzyć. A tacy jak on nie powinni móc chodzić wolno. - Nie możemy. Musimy go powstrzymać – szepnęła cicho, ledwo słyszalnie, w odpowiedzi głosom, które posłyszała. Uniosła spojrzenie i zamrugała. Trzy pary ślepi. Kto… co? Ich głos słyszała czy co…? Powstrzymać Voldemorta i… Czy możemy jej jakoś pomóc? Również się rozejrzała, szukając dalszej trasy czarnoksiężnika. Jeśli brakowało już martwej trawy – pociągnęła nosem, starając się złapać trop. Próbowała też dostrzec cokolwiek, co sugerowało obrany przez niego kierunek, jeśli zaś ostatecznie nic nie rzucało się w oczy, po prostu spytała w myślach: W którą stronę poszedł? |