![]() |
|
[25 kwietnia 1972] Widziałaś mój atlas grzybów? || Stanley & Cynthia - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [25 kwietnia 1972] Widziałaś mój atlas grzybów? || Stanley & Cynthia (/showthread.php?tid=1276) Strony:
1
2
|
RE: [25 kwietnia 1972] Widziałaś mój atlas grzybów? || Stanley & Cynthia - Stanley Andrew Borgin - 23.05.2023 Czy nie o to właśnie chodziło w ukrywaniu się? Aby przypadkiem ktoś się nie dowiedział o dziwnym hobby, szalonej rodzinie czy po prostu uprawianiu czarnej magii? Na pierwszy rzut oka mógł się wydawać nie groźnym, całkiem przyjemnym gościem, który trochę zasiedział się w BUMie i od kilku lat nie może skończyć swoich patentów Aurorskich - prawda była jednak dużo gorsza. Stanley był przesiąknięty złem do samego cna i gdyby spotkał samego siebie z chociażby 1970 roku, to splunąłby swojej kopii w twarz. Działanie dla dobra ludzkości, pomaganie słabszym i chorym, ochrona kobiet i dzieci - to były piękne idee, które jednak przeminęły z wiatrem i nic nie zapowiadało się, że miałyby powrócić. A już na pewno nie w świadomości Borgina, która aktualnie kręciła się tylko wokół jednej rzeczy - grzybobraniu i wszelkimi kwestiami z nim związanymi. Port? Uniósł brwi z ciekawością, nie komentując tej propozycji. To nie była aż taka głupia myśl kiedy się nad tym zastanowił. Większość magazynów stała gdzieś na uboczu i nikt do nie zaglądał przez większość czasu, a to było tym czego właśnie poszukiwał. Wszak czy to nie okazja czyni grzybiarza? Uśmiechnął się lekko na opinię Cynthii dotyczącej własnej osoby. Intrygujący? Nikt go chyba w ten sposób nie określił aż do dzisiaj. Przeważne padały argumenty o szaleństwie, jak chociażby słowa Lycoris czy opinii o jego nazwisku jako tych złych - uprzedzonych do wszystkich i wszystkiego, nienawidzących Crawleyów. W zgodzie z własnym sercem mógłby się zgodzić z drugim argumentem jako, że Borginowie nienawidzili tej rodziny, ponieważ dokonali zdrady krwi... Tak ten pierwszy był lekko krzywdzący, szufladkujący go w społeczeństwie. - Gdzieś bym śmiał - odparł, starając się wybronić z tego oskarżenia. Z drugiej zaś strony była to po prostu próba dobrej miny do złej gry. Chciał się czegoś dowiedzieć. Najlepiej tego co się mawia wśród wyższych sfer w Ministerstwie. W końcu, kto jak kto ale koronerzy mieli zapewne wiele wizyt u siebie od wszelkiej maści kierowników czy szefów wydziałów - Czarnoksiężnik? - przez krótki moment udawał, że nie do końca wie o kogo chodzi. Prawda była jednak dużo ciekawsza - w końcu Stanley był jednym z popleczników Czarnego Pana, więc bardzo dobrze wiedział kto jest tym całym 'czarnoksiężnikiem' - Wiesz jak to jest. Ogłosił swój manifest, a to zadziałało jak deszcz. A co się dzieje po deszczu? Rosną grzyby i grzybiarze. To musiało kiedyś nastąpić. Jeżeli nie on, to znalazłby się pewnie ktoś inny. Ktoś z podobnymi poglądami co on - zauważył. Borgin miał nieodparte wrażenie, że po 8 latach nieudolnych rządów Nobbyego Leacha i ogólnego panoszenia się Charłaków czy mugolaków, sprawę należało wziąć w końcu w swoje ręce i coś z tym zrobić - na przykład czystkę. - Czy ja jestem godny zaufania? - powtórzył po niej, kupując sobie trochę czasu na przygotowanie odpowiedzi. Odpalił też kolejnego papierosa, którym się mocno zaciągnął aby uzyskać dodatkowe kilka sekund - Wszystko zależy kogo spytasz - odpowiedział, wypuszczając dym z ust - Jeżeli Chestera Rookwooda to odpowie Ci za pewne, że jak najbardziej, można mi zaufać. Jak zapytasz Lycoris to może określić mnie jako opętanego czy niespełna rozumu. A jeżeli zapytałabyś Brenny, to najpewniej powiedziałaby Ci abyś trzymała się zdala ode mnie albo przynajmniej na dystans jako, że jestem z takiej, a nie innej rodziny - wymienił kilka przypadków opinii, które w większości były jednak nieprzychylne jego osobie. Nie przejmował się tym jednak w ogóle jako, że nie zależało mu już na jakichkolwiek większych znajomościach w Ministerstwie. Stanley zdawał sobie sprawę, że z tym co robi i z kim się zadaje, jego kariera w tym urzędzie może się tak szybko zakończyć, jak się zaczęła. - No cóż... Nie każdy się nadaje do tej roboty - stwierdził, nie określając jednak co dokładnie miał na myśli. Pozostawił Cynthii swoje słowa do własnej interpretacji. Marcus był trochę za dobrze ułożonym chłopakiem - nie wyglądał w końcu na osobę, która byłaby skłonna do takich rzeczy, więc praktyka w Mungu odpowiadała mu jak najbardziej. Zwłaszcza jeżeli w Ministerstwie miałoby się zrobić bardzo gorąco. - Nikt nie mówił, że będzie prosto. Ja zresztą też nie obiecuje żadnych sukcesów czy nawet kwestii całkowitego bezpieczeństwa... Moi koledzy i koleżanki, lubią sobie powęszyć jak na Brygadę przystało... Stąd właśnie są takie wymagania - dodał spokojnym głosem, rozkoszując się nikotyna - Dlatego tak ważne są sprawdzone osoby - pokiwał głową na znak akceptacji swoich słów z samym sobą. Nie oczekiwał od niej listy dwudziestu nazwisk czy czegoś w tym stylu. Raczej chciał dowiedzieć się kto może być ewentualnie zainteresowany taką współpracą. Z drugiej strony nie miał też możliwości stawiania jej żądań jako, że to ona trzymała go w tym momencie w szachu. - Bo widzisz. Jakbyśmy żyli w innym kraju jak na przykład Szwecja, to byłoby więcej ludzi trudniących się tą sztuką. W Durmstrangu, nauka o czarnej magii jest w podstawie programowej. I nie rozchodzi się tylko i wyłącznie o obronę przed nią, a czynną praktykę pod oczami sowich opiekunów. A co ważniejsze za ich zgodą i powszechną aprobatą - przyznał. W tym momencie zaczął rozważać posłanie swoich przyszłych dzieci do tej właśnie szkoły aby miały dużo prostszy kontakt z tą dziedziną magii. W Hogwarcie było ciężko to praktykować i wystarczyło aby tylko ich ojciec miał pod górkę z nauką. RE: [25 kwietnia 1972] Widziałaś mój atlas grzybów? || Stanley & Cynthia - Cynthia Flint - 28.05.2023 Gra pozorów zawsze była formą sztuki, szuflowaniem aktorskiego kunsztu poza deskami teatrów lub opery, gdzie tworzona kreacja miała omamić tylko widownię, tu wyzwanie było znacznie większe, niosące za sobą inne formy ryzyka, niż wygwizdanie. Ciemność jednak zdawała się przeplatać z codziennością coraz mocniej każdego kolejnego dnia, gdy samozwańczy Lord zdobywał uznanie oraz posłuch, sięgając przecież jedynie do konserwatywnych i próżnych serc Londyńskiej Śmietanki Czarodziejskiej. Nie trudno było zasiać ziarno poczucia w wyższości w istotach tak tego łaknących, zwłaszcza jeśli niosło to za sobą poszerzenie wpływów lub pieniądze. Stanley był dobrym aktorem, niepozornym człowiekiem z Ministerskich korytarzy, którego potencjał zdawało się zatrzymywać lenistwo. Byłby dobrym aurorem, nawet jeśli jego idee mijały się z tym, które prawo i społeczność uznawały za szlachetne. Czy grzybobranie nie było dziedziną magii niezrozumianą, zupełnie skreśloną z głupiej obawy przed śmiercią i związanymi z nią legendami, które miały powstrzymać ludzką ciekawość, aby Ci nie próbowali sięgać po nieśmiertelność? Wcale nie była tak daleko, jak powszechnie sądzono — nie licząc oczywiście wampirów, które ogromnym kosztem uzyskały to, czego tak wielu pragnęło. Jej ojciec miał duże magazyny w porcie, jak i niepozorne klitki, na które nikt nie zwracał uwagi. Była przekonana, że sam nie do końca zdawał sobie sprawę, co do niego należy i nie widziała żadnego problemu, aby przeczesać biurko w gabinecie ojca w celu znalezienia odpowiedniego miejsca, które mogłaby również zaopatrzyć w pięknego prawdziwka lub jakąś psią podróbkę, zależnie od preferencji. Musiała jednak wiedzieć, że Borgin był bezpieczny i godny zaufania, dlatego jedynie wspomniała o miejscu, nie wchodząc w szczegóły. Starała się nie wybierać strony w narastającym konflikcie, jednak ojciec wychował ją dość konserwatywnie i mimowolnie czuła niechęć do tych, którzy splątywali swój los z mugolami, rozrzedzając czarodziejską krew. Nie zagłębiała jednak historii rodów, zupełnie ją nie obchodziły noszone przez ludzi nazwiska — może jedne były lepsze, może drugie gorsze i różniły się wpływami, ale dopóki nic nie ingerowało w jej bezpieczną, pełną rutyny i oraz kontroli codzienność, było to bez znaczenia. Ktoś, kto przez nieuwagę i roztrzepanie zabrał do pracy księgę tak niebezpieczną, nie mógł zostać określony mianem innym, niż intrygujący, skoro już poznała jego małą pasję do grzybków. Nie poruszała tematu nekromancji nawet ze swoją przełożoną, nawet jej najbliżsi nie mieli pojęcia o tym, co w rzeczywistości robiła większość nocy spędzonych w kostnicy Ministerstwa. Było to więc orzeźwiające, ale też sprawiało, że bardziej niż zwykle uważała na gesty czy słowa. Trzeba jednak przyznać, że kilkukrotne, szybsze bicie serca było przyjemną odmianą od spokojnej, niewzruszonej melodii, którą wygrywało ono na co dzień. - Obawiam się Mój Drogi, że Twoja niewinność przeminęła razem z atlasem. - odparła tylko z delikatnym ruchem głowy, dając mu do zrozumienia, że mógłby po prostu zapytać o to, co chciał wiedzieć, a ona być może zdradziłaby mu parę sekretów. Zaskakujące dla niej było cały czas to, jak często ludzie narzekali na zapach formaliny lub ogólnie pojęty "odór śmierci", który wypełniał to miejsce, a jak wielu z nich zaglądało do niej na herbatę i ciastka przy okazji odbioru dokumentów lub innych bredni papierkowych. Marnowali wiele galeonów i czasu na określanie przyczyn śmierci szlam. Smutne. Starała się nad Voldemortem zupełnie nie zastanawiać, dopóki nie będzie to konieczne. Konsekwencje związane z odkryciem przez kogokolwiek tego, że w ogóle rozmyślała nad wypowiadanymi przez niego słowami, mogłyby tragicznie wpłynąć na karierę. A on chciała zostać głową tego biura najszybciej, jak było to możliwe — dopóki jej ojciec nie wpadł na pomysł kolejnego małżeństwa z jakimś, pożal się Merlinie Amerykaninem bez mózgu i bez prezencji. - Jako zapalony grzybiarz, pewnie... Rozważałeś jego manifest pod kątem własnych poglądów? - zapytała delikatnie, podnosząc na niego jasnobłękitne, chłodne spojrzenie i uśmiechnęła się subtelnie, pozwalając sobie na zrobienie kolejnego łyka ze szklanki. - Wybrał zaskakująco dobry moment, zważywszy na to, co dzieje się w naszym cudownym miejscu pracy. Zauważyła tylko, jakby sugerując, że czas oraz miejsce wcale nie były przypadkiem. Czy niezadowolenie wśród dwudziestki ósemki oraz podział wewnętrzny nie potęgowały się w ostatnich latach, kiedy to osób brudnych było więcej niż czystych? I ten Leach ze swoją chęcią wprowadzenia równości, nawet dla Charłaków. Dziwny to był mężczyzna, sprawiał wrażenie bardzo głupiego, gdy miała okazję stanąć z nim twarzą w twarz, chociaż akurat tych ostatnich — Charłaków, niezadowolenie oraz gorycz byłaby w stanie zrozumieć. Jednak mugoli? Nie drgnęła, nawet gdy powtórzył jej pytanie, przyglądając się jedynie temu, jak próbował znaleźć odpowiednie słowa oraz uzyskać trochę czasu, zupełnie jakby się gdzieś śpieszyli. Cynthia jednak nie zamierzała go poganiać lub naciskać, stąpali przecież, bo bardzo delikatnym gruncie, a do tego w Ministerstwie miało wszystko uszy, chociaż gdyby miała wybrać — prosektorium było najbezpieczniejszym miejscem do najniebezpieczniejszych tematów. Wzbudzało niechęć oraz strach, unikano go. Nawet stażyści przeciągali swoje przerwy, doprowadzając Lycoris do szaleństwa. - Dość ciekawy zbiór poglądów na Twój temat, zwłaszcza porównując Pana Rookwooda oraz Brenne. Intrygujące osoby wybrałeś, aby mi to przybliżyć. Wzruszyła delikatnie ramionami, przenosząc wzrok z jego twarzy na swoje dłonie, jakby zastanawiała się nad tym, co powiedział. Prawda była jednak taka, że Flintówna myślała nad tym, czy warto byłoby dowiedzieć się samemu, wszak jej własna opinia była tutaj tą najbardziej istotną. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że w każdym z tych słów, kryło się jakieś ziarno prawdy, a Stanley był personą złożoną i wyrachowaną, jeśli umiał stworzyć tyle opinii na swój temat. Być może nawet grał lepiej niż ona? Ruchem dłoni przesunęła po jasnych pasmach, bezgłośnie wzdychając. Gdyby nie fakt, że była odrobinę samotna w swoich zainteresowaniach grzybowych, to zupełnie inaczej poprowadziłaby tę rozmowę i innych rzeczy oczekiwała. A tak rozsądek podpowiadał jej, że w tak delikatnym hobby, warto było mieć kogoś, kto mógłby dzielić się z nią doświadczeniem. Te trujące, jak i te jadalne grzyby były do siebie bardzo podobne, odrobina nieuwagi i nieszczęście było gwarantowane. - To prawda. Predyspozycje są kluczowe. - zgodziła się po chwili ciszy, przywierając plecami do oparcia siedziska, przyglądając się pogrążonemu w chaosie stolikowi, który nieco drażnił jej pedantyzm, ale nie drgnęła nawet, aby poprawić cokolwiek na jego blacie. - Trudno mi się nie zgodzić, ciekawość niektórych może sprawiać kłopoty, jeśli zbyt mocno zwróci się na siebie uwagę, zwłaszcza takim atlasem. - przeniosła na niego spojrzenie, sugerując mu między wierszami, żeby naprawdę, sprawdzał, co przynosi do pracy, bo taka, chociażby Brenna — słońce w najczystszym wydaniu, mogłaby sprawić mu kłopoty. Zakończyć nie tylko jego karierę, również swobodę życia. A Azkaban miał ciasne cele. - Wielka Brytania zawsze była krajem ideałów i sprawiedliwości, nawet jeśli spojrzeć na Monarchię Mugoli — każdy chce być diamentem bez skazy. A powszechnie wiadomo, że świadomość istnienia skaz sprawia, że kamień jest piękniejszy, bardziej pożądany. Biała magia nie ma racji bytu bez czarnej, zupełnie nie rozumiem robienia z niej takiego tematu tabu. Nieświadomość, brak wiedzy, doświadczenia.. To składniki najlepszego przepisu na tragedie. Gdyby w Hogwarcie uczono Czarnej Magii, mieliby większe szanse w starciu z nią oraz na przewidywanie pojedynków innych, niż te klubowe. Ze wszystkim tak było, każdym aspektem życia, gdzie doświadczenie pozwalało na przygotowanie, wyciągnięcie wniosków oraz wzmocnienie. - Powinniśmy iść na kolację, Stanley. Rzuciła jedynie, gdy jej spojrzenie powędrowało na zegarek. Chwilę później — tak, jak przypuszczała, do kanciapki wpadł zdyszany Marcus, jak zwykle spóźniony i z poplamionym fartuchem. - Zgubiłem się na korytarzu. - wyznał ze smutnym uśmiechem, lustrując opiekunkę swojego stażu wzrokiem, a potem kiwnął głową Borginowi, zaraz się prostując i poważniejąc, wygładził kołnierz. - Znowu? Jejku, ale jesteś niezdarny. - powiedziała miękko, wstając i podchodząc do niego, aby podać mu tkwiącą w jej kieszeni chusteczkę. - Nie powiem nic Lycoris, ale musisz bardziej uważać. Doprowadź się do porządku, a później przygotuj siódemkę do cięcia. - Przyniosłem Pani kawę, ciemną. - Oh, ktoś tu chce dziś rozcinać mostek? Leć. - szturchnęła go ze słodkim uśmiechem w ramie, a chłopak uśmiechnął się, zaciskając chusteczkę i zniknął gdzieś w głównej sali, najpewniej do zlewu. Cynthia pokręciła delikatnie głową, wzdychając ciężko i obróciła się w stronę swojego gościa z miną już poważniejszą, bardziej pasującą do jej chłodnego sposobu bycia. - Zobaczę, co da się zrobić w sprawie grzybobrań oraz grzybiarzy, daj mi kilka dni. Wyślę Ci sowę — prywatnie z terminem oraz miejscem spotkania. Pilnuj atlasu. Zakończyła, unosząc odrobinę kącik ust ku górze, zanim wygładziła materiał stroju i wyszła z kanciapki, a zaraz za nią jej gość, któremu dla niepoznaki wręczyła jeszcze raport, który mógł zabrać do swojego biura. Niespodzianki na początku tygodnia nie wróżyły zwykle niczego dobrego, ale ta była dość intrygująca, aby nie poświęciła temu chwilę. Podpytanie i obserwacja nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Koniec sesji
|