![]() |
|
[20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy (/showthread.php?tid=1318) Strony:
1
2
|
RE: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Ulysses Rookwood - 26.06.2023 Ulysses kiwnął głową. - Bo może się nie spodziewał – zgodził się z Cathalem. W głowie odtwarzał sobie sen Shafiqa dokładnie przypominając sobie poczynania mordercy. – Nie jestem ekspertem w sprawach ezoteryki i snów, ale istnieje możliwość, że o ile wybrał śniącego to nie wybrał osoby, która… - zamilkł, rozważając dalsze słowa. – Nie wybrał ratującego. Być może w jakiś sposób każde z nas samoistnie przywołało… ja ciebie, ty mnie, Leta ciebie… - opisał powoli, to co chodziło mu po głowie. Być może nawet robili to nieświadomie, będąc połączonymi nie jakimiś magicznymi więzami, ale zwykłymi nićmi przyjaźni. Wzruszył ramionami, dłuższą chwilę przypatrując się bez wyrazu znajdującej się w pomieszczeniu kobiecie. Czy jej ojciec i jego ojciec mogli maczać palce w tej samej sprawie? Z pewnością. Chester Rookwood był twardym, nieprzejednanym aurorem, który potrafił narobić sobie wrogów. Ale jakaż to musiałaby być sprawa, żeby aż tak zalazł przestępcy za skórę? I czy wtedy, szukając mściciela, nie powinni czasem szukać wśród rodzin sprawców? Pokręcił głową. Marszczył przy tym dość mocno czoło. - Nie przypominam sobie, żebym go widział ostatnio – ale też, chociaż młody Rookwood obdarzony był pamięcią absolutną, niemal zawsze celowo nie próbował obserwować otoczenia, nie wsłuchiwać się w cudze rozmowy, nie zaśmiecać sobie głowy wszystkim, co nie miałoby żadnego znaczenia. Nie szukałby wzrokiem Wellingtona tak długo, jak długo nie wiedziałby, że powinien to zrobić. – Ale jakiś tydzień temu przeczytałem napisaną przez niego skargę. Sugerował, że Shafiqowie a już szczególnie twoja grupa archeologiczna regularnie narusza wydany przez Międzynarodową Konfederację Czarodziejów Kodeks Tajności. Wyrażał głębokie ubolewanie, jakie to może mieć katastrofalne konsekwencje w Walii. Właściwie to Ulysses miał nawet powiedzieć Cathalowi, że najprawdopodobniej odwiedzi te wykopaliska jako wysłannik Ministerstwa Magii. Szczerze wątpił, by Shafiq, Crouch czy ktokolwiek z pracujących tam rzeczywiście celowo naruszał Kodeks Tajności, ale skarga była skargą. Pewnie powinien się ożywić na wzmiankę o zainteresowaniach Wellingtona, ale młody Rookwood pomyślał tylko o tym, że czegokolwiek Cathal by nie mówił, zdążył już jako tako prześwietlić czarodzieja. Jakby nie patrzeć, trochę im pasował do rysopisu człowieka, który mógł chcieć się zemścić. Nawet na całej ich trójce. Nie trzeba było być mistrzem empatii, by pojąć, że Fineas Wellington miał wybujałe ego, lubił uważać się za eksperta i nienawidził ośmieszenia, zwłaszcza publicznego. A tu grupa archeologiczna Shafiqa regularnie działała mu na nerwy a Leta zdążyła się z nim nawet publicznie pokłócić. - Potrzebujesz towarzystwa? – zapytał, gdy Cathal wspomniał o złożeniu wizyty. – Ciebie się chyba nie spodziewa, ale mnie może. – Zwłaszcza, jeśli liczył na to, że napisany przez niego donos ma odnieść jakiś skutek. RE: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Leta Crouch - 28.06.2023 No tak. Sędzia, auror, jedna sprawa, faktycznie – jak mogła o tym nie pomyśleć? Jakby ktoś bardzo chciał się odpłacić za swoje krzywdy (ehe, krzywdy, było nie rozra-, wróć, nie dać się złapać. Widocznie coś zrobiłeś źle). Ale możliwe bardzo, że ta opcja nie miała racji bytu, ewentualnie została całkowicie zignorowana na rzecz Welingtona, którego osoba niemalże magicznie zaskarbiła sobie zainteresowanie całej trójki. - Raczej nie – odparła po chwili namysłu, z wyraźnym wahaniem w głosie – Ale też mógł nie wchodzić mi w oczy. A tamtego dnia… nie przypominam sobie, żebym go zauważyła – przyznała uczciwie. Może za dbrze się schował, może był w cudzej skórze – dla bardzo chcącego zażycie eliksiru wielosokowego to na dobrą sprawę żadna trudność, nie mówiąc już o tym, iż przy odrobinie talentu do transmutacji, również można było dość łatwo zmienić facjatę. Na tyle, żeby nie zostać zauważonym jako „ta znajoma twarz” czy „o ty cholero jedna, jak śmiesz oddychać tym samym powietrzem, co ja!”. - Czyli, zdaje się, mamy wspólny element dla nas wszystkich – podsumowała, wyjmując na chwilę lizaka z ust i majtając w nim powietrzu, zakreślając tym samym okrąg. Nie, żeby tych elementów samych w sobie nie było więcej – w końcu bez nich nie znaleźliby się w tym samym punkcie, w którym byli teraz – A skargę to niech sobie wsadzi, bałwan jeden – prychnęła, najwyraźniej oburzona najświeższą informacją. Oczywiście że musiał bruździć i podważać ich działania. Jakby miał równiej pod sufitem i dało się z nim dogadać – to zapewne nie byłoby powodów do takiego wykluczenia i, kto wie? Dałoby się współpracować. Ale nie. Przymrużyła ślepia, przenosząc spojrzenie pomiędzy mężczyznami. - Przespacerowałabym się z wami – stwierdziła – Tylko nie wiem, czy trzy osoby to nie będzie za duży tłok?- cała trójka na jednego Wellingtona, mógłby się „chłopaczek” poczuć zanadto przytłoczony, zagrożony i o, rozmowa nie przyniosłaby wymiernych efektów – W każdym razie, potrzebowałabym czegoś, co należy do niego... – a to już zabrzmiało dość złowieszczo. Co podkreślił chochlik w oczach Lety, gdy ponownie wsadziła lizaka do ust, przesuwając go tak, że patyczek wystawał z ich kącika. RE: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Cathal Shafiq - 29.06.2023 - Tak, pewnie będąc jeszcze w Egipcie i nie mając pojęcia o Walii, powinienem był przewidzieć, że mugole znajdą czarodziejskie ruiny, o których nie wiedział żaden żyjący mag i próbując je zbadać wpadną w magiczne pułapki. Ten przeklęty dureń - stwierdził Cathal z irytacją. Skierowaną nie ku Ulyssesowi, a Wellingtonowi. Owszem, doszło tam do poważnego naruszenia Kodeksu Tajności, problem polegał jednak na tym, że jeśli można było kogoś o to obwiniać, to czarodziei, którzy zginęli jakieś sześćset lat temu. Shafiqowie wkroczyli tam dopiero później, zgodnie z ustaleniami z Ministerstwem. Ale Cathal nie był zbyt zdziwiony skargą od tego przeklętego durnia. - Jeżeli chcesz - zgodził się na propozycję Ulyssesa. - Ale przede wszystkim chciałbym, żebyś podpytał o niego w Ministerstwie. Ktoś może coś pamiętać. A ta skarga daje ci doskonały pretekst. Chociaż nie liczył na wiele. Niewymownych nie bez powodu nazywano Niewymownymi. Cathal zastanawiał się nawet, czy nie rzucano na nich jakiegoś zaklęcia, które uniemożliwiało im mówienie. Spojrzał na Alethę, a jego usta wygięły się w dziwnym uśmiechu. - Nie - powiedział, kładąc na to słowo dość mocny nacisk. Odmowa mogła wydawać się obcesowa, ale... - Chcę, żebyś ty przespacerowała się do niego o trochę innej porze. Tak jak do pana Omara w Kairze. Trzy osoby na raz to faktycznie byłby tłok, a poza tym coś, co mogło wzbudzić nadmierne podejrzenia. Nie pomogłoby to także w realizacji planu - Cathal na razie chciał w końcu tylko wybadać sytuację. Ale Leta mogła obserwować mężczyznę interesującą ich porą. Nocą. I to tak, że ten bez wątpienia nie zorientuje się, co się stało. I Cathal już coś takiego raz delikatnie jej zasugerował w Egipcie, kiedy mieli drobne problemy z pewnym egipskim czarodziejem, niezadowolonym, że Anglicy grzebią w dziedzictwie jego kraju. (Z punktu etycznego zapewne miał rację. Ale Cathal nie był specjalnie miłym człowiekiem i nie zamierzał pozwolić, aby ktoś napadał na jego dostawców, bo życzy sobie, aby nie zakłócać spokoju ludzi martwych od tysięcy lat.) Nielegalna umiejętność Lety bywała przydatna. – Co do czegoś, co należy do niego, zobaczę, co da się zrobić – skwitował, ale same klątwy miały to do siebie, że dało się je zdjąć. Shafiq wolałby pozbyć się Wellingtona – o ile ten faktycznie zaczaił się na nich w snach, używając jakiejś przedziwnej magii – w sposób ostateczny. I szybszy. – Na wszelki wypadek miejcie oczy otwarte. To nie musi być on – mruknął, bo na razie mieli tylko podejrzenia, żadnych dowodów. Nawet jeśli Wellington był faktycznie wrzodem na tyłku. Teraz musieli skupić się przede wszystkim na… pozyskaniu informacji. RE: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Ulysses Rookwood - 03.07.2023 Ulysses uniósł lekko kąciki ust dostrzegając oburzenie Cathala i Lety. Nie, nie był to prawdziwy uśmiech. Raczej nikłe rozbawienie z faktu, że mimo tylu lat, tylu tych samych sztuczek Wellingtona, wciąż potrafił zaleźć im wszystkim za skórę. - Wiesz, że to nie o to chodzi, prawda? – zapytał, posyłając przyjacielowi nieco łagodniejsze spojrzenie. – On po prostu sam chciałby przewodzić wykopaliskom w Walii. Nie chodzi o to, co zrobiłeś źle lub mogłeś zrobić lepiej. Chodzi tylko o to, że jesteś. W Ministerstwie, zawsze powtarza się, może nawet ojciec Lety robi to częściej niż mój, że wystarczy czarodziej a znajdzie się na niego paragraf. O ile młody Rookwood rzadko rozumiał nieśmieszne żarty tlące się w takich przysłowiach, o tyle tutaj zachowanie Wellingtona idealnie mu do tego pasowało. Zazdrość. Zwykła zazdrość popychała go do głupich działań bardziej niż cokolwiek, co Cathal, Leta lub nawet on sam, mogli rzeczywiście zrobić. Tylko czy posunąłby się do próby zamordowania ich? Tego Ulysses nie wiedział, ale gdyby miał kogoś wytypować i znaleźć, z pewnością szukałby właśnie Finneasa. Przecież to wszystko nie mógł być przypadek, prawda? Nie aż taki przypadek. - Dobrze. Sprawdzę go w pracy. Na tyle, na ile będę mógł – zgodził się odruchowo, chwilowo zajęty własnymi myślami. Może nawet jego ojciec wiedział coś o tej brudniejszej stronie Wellingtona? Bo że taka istniała wiedzieli już całą trójką. I chociaż młodego Rookwooda coś irytowało w myśli, że miałby we własne sprawy, tak blisko związane z Cathalem (bo na swój sposób starał się go chronić przed Czarnym Panem) zaangażować swojego ojca, gdy chodziło o sprawy związane z Biurem Aurorów, nie miał podstaw by nie ufać ojcu. - Gdybyście nie odnaleźli niczego, co do niego należy. Mam napisaną przez niego skargę – przypomniał na wszelki wypadek. Nie wiedział na ile ta mogła pomóc, ale zaoferować nic więcej nie mógł. Na kolejne słowa nie odpowiedział już nic więcej. Ciągle starał się pamiętać, że chociaż wszystko wskazywało na Wellingtona to wcale nie musiał być on. Tylko, że gdyby to nie był on, to kto w takim wypadku? To pytanie pozostało w jego umyśle otwarte. RE: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Leta Crouch - 07.07.2023 - Oczywiście że powinieneś był to wiedzieć. Ba, powinieneś codziennie zaglądać do szklanej kuli i przewidywać dosłownie wszystko – sarknęła, dając pewien upust swojej irytacji. Tak. Nie dało się ukryć, Wellington zalazł za skórę na tyle, że nie tylko nie darzyła go miłością, ale i też bardzo chętnie by go czymś „poczęstowała”. Dlaczego nie zrobiła tego do tej pory? Cóż, rzucanie klątwy na dosłownie każdego, kto ją wkurzył, mogłoby się nie skończyć najlepiej, nie mówiąc już o tym, że musiałaby chyba przekląć co najmniej z połowę miasta. Z Cathalem na czele, bo to przecież nie tak, że Shafiq wcale jej nie wkurzał (ze wzajemnością zresztą). Tak że tak, umiarkowanie wskazane. Oczy Lety rozbłysły. W zasadzie aż dziwne, że sama o tym nie zdążyła jeszcze pomyśleć; choć może to była kwestia skupienia się na „potrzebuję czegoś należącego do niego, tak na wszelki wypadek, jak mnie jeszcze bardziej wkurzy, to się dowie, co oznacza włażenie tam, gdzie go nie proszą”. Bo zabijanie zabijaniem, ale gdyby sprawa się przeciągała czy coś w ten deseń – po prostu wolała mieć możliwość. Zawsze lepiej mieć jakąś kartę w rękawie niż być jej pozbawionym, prawda? - Z rozkoszą – stwierdziła bez najmniejszego zawahania. Tak, nie miała żadnych oporów przed tym, by wykorzystywać tę umiejętność do czegoś innego niż jedynie badania miejsc, w które mieli się zapuścić, pod kątem – chociażby – bezpieczeństwa. Skinęła lekko głową, zgadzając się z Calem. Tak. Mieli w tej chwili domysły, dużo domysłów, ale pewność? Trochę do tego brakowało, zwłaszcza że należało wziąć jeszcze poprawkę na fakt, iż nikt z tu zgromadzonych najzwyczajniej w świecie nie przepadał za Wellingtonem. A co za tym idzie – bardzo łatwo nagiąć fakty, żeby tylko pasowały do teorii. - Hm, jest to jakaś opcja – uznała po chwili namysłu – Ale to ostateczność, jeśli nie uda się zdobyć niczego innego – dodała zaraz. Ot, trochę mało osobista rzecz, jak na oko Crouch; kwestią „ginących” w urzędzie dokumentów się nie przejmowała z bardzo prostego powodu: spreparowanie drugiego takiego listu to wręcz bułka z masłem. I zapewne nikt by się nie zorientował, że w aktach sprawy leży nieoryginalny dokument. - Reasumując, ty składasz mu wizytę, ty sprawdzasz w ministerstwie, ja też mu składam wizytę. A potem się zobaczy, co dalej – mruknęła. Bo może z tego całego sprawdzania jednak wyniknie, iż to nie Wellington, chociaż… gdzieś w środku tak naprawdę już chyba wydawała na niego wyrok. Bo kto inny by to mógł być? RE: [20.04,72, zmierzch, Little Hangleton] Zamknijmy jego oczy - Cathal Shafiq - 08.07.2023 - Wiem. Ale i tak ta gnida mnie wkurza – powiedział Cathal z odrobiną irytacji w głosie. – Wiecie, że on ostatnio chwalił się, że wykopał jakąś tam rzeźbę? Jestem więcej niż pewien, że jest fałszywa. Widziałem zdjęcia i jej styl się nie zgadza. Wellington był tym rodzajem człowieka, którym Shafiq pogardzał. To, że mu bruździł, to było jedno. Drugie – był przy tym brużdżeniu tak żałosny, że Cathal nie mógł go nawet nienawidzić. Gdyby w swoich działaniach zachowywał jakąś klasę, być może Cal obdarzyłby go formą niechętnego szacunku, ale w tej chwili miał ochotę po prostu rzucić na niego drętwotę za rogu, a potem rzucić na pożarcie wężom. Z drugiej strony, upomniał sam siebie, nie wolno tego drania lekceważyć, jeśli to faktycznie on wszedł w ich sny. Ta magia była przedziwna. I bardzo niebezpieczna. – Co za pech. Wyrzuciłem moją szklanką kulę przez okno po pierwszych zajęciach wróżbiarstwa – parsknął Cathal. Wybrał wtedy numerologię, starożytne runy i wróżbiarstwo, bo upierała się przy nim matka, a poza tym zdawało się mu ciekawsze niż magiczne stworzenia czy mugoloznastwo – kto chciałby uczyć się o mugolach? Dość szybko jednak zrezygnował z tych lekcji. Kiwnął głową na podsumowanie Alethei. – Bez pośpiechu. Wprawdzie Wellingtona nie byłoby mi szkoda, ale dobrze się upewnić, że to na pewno on jest winny – przyznał, po czym wyprostował się i spojrzał najpierw na nich, potem na wszystkie materiały, jakie zgromadził na blacie. I zaczął je składać: po części, by zrobić miejsce, po części, bo podejrzewał, że jeśli zostaną tak porozrzucane, będą drażnić Ulyssesa. – Skoro wszystko mamy ustalone, a dziś niczego już nie zrobimy… - …Leta w końcu zacznie działać nocą, a on i Ulysses jutro… – Ulysses, przygotowałem dla ciebie krąg runiczny, tak na wszelki wypadek. Twój, Leta, rozłożymy jutro. – Skoro dziś miała wybrać się na wycieczkę, nie mogła zrobić tego z barierą. - Macie ochotę czegoś się napić, czy wzywają was obowiązki? Niezależnie od decyzji, sam miał zamiar napić się szklanki whiskey. Czuł, że tego potrzebuje. A sprawa Wellingotna… cóż. Dopiero się zaczęła. Koniec sesji
|