![]() |
|
[04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence (/showthread.php?tid=1357) Strony:
1
2
|
RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Mellvyn Ollivander - 03.05.2023 Bez słowa skinął głową na odpowiedź Jego Pani. Bez słowa, ale ze łzami w oczach. Lepiej poznali się dopiero wczoraj, wiedział to przecież, ale jak on chciał jej wierzyć w to, że faktycznie jej zależało. Starał się nie rozważać teraz innych scenariuszy. Próbował słuchać lekarki z takim samym zaangażowaniem co wcześniej, ale wciąż na bieżąco umykały mu wszystkie szczegóły. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby nie kręciło mu się w głowie. To pewnie przez oddech - wykonał kilka przesadnie głębokich wdechów i powolnych wydechów. Gdy zauważył, w jaki sposób uzdrowicielka odezwała się do Geraldine, zrozumiał, że to, co od niej czuł, to była niechęć. Skrywana niechęć. Ubodło go to zaskakująco mocno, chociaż zupełnie jej nie znał. Może to po prostu początek zjazdu, a może bał się tego, że będzie musiał się z nią zobaczyć w przyszłości jeszcze wiele razy, przynajmniej jeśli nie chciał zawieść Jego Pani. A faktycznie nie chciał. Ale nie wykluczał, że zrobi to przypadkiem. Wbrew swojej woli. Miał wrażenie, że niezależnie od chęci i włożonej w to pracy, kontrola nad własnym życiem, nad sobą, wyślizgała mu się z rąk raz za razem. Ćpał pierdolony odkamieniacz i to nawet nieprzetworzony, w stanie surowym. Był absolutnie świadomy na ile to było rozsądne, ale co z tego? Nie mógł z tym nic zrobić. Jak nie pazur, to znajdzie się coś innego. Jakiś środek do czyszczenia felg albo syrop na kaszel. Cokolwiek. Nie radził sobie sam ze sobą. Skręcało go w śródku i nic nie mógł z tym zrobić. Nie mógł nawet zaciągnąć się dymem. Mógł sobie najwyżej, kurwa, londyński wietrzyk powąchać. Wciskał język między trzonowce to z jednej, to z drugiej strony, żeby nie rozpraszać uzdrowicielki dźwiękiem wiecznego zgrzytania zębów. - Nie ma po co robić problemu - wymamrotał w odpowiedzi... na coś. - Ja sobie coś sam ogarnę. Nasennego niczego i tak nie ma po co. Mi dawać. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Florence Bulstrode - 04.05.2023 - Odstawienie smoczego pazura to proces, który można wspomóc lekami, ale którego leki nie załatwią – westchnęła Florence. Ogólnie trochę złagodniała, słysząc, że Geraldine najwyraźniej chce, aby ten mężczyzna zerwał z nałogiem. Tak naprawdę nie odczuwała wobec mężczyzny jakiejś szczególnej niechęci: zawsze była oschła i zasadnicza, gdy szło o pacjentów i stażystów, za to miękła wobec rodziny i nieco wobec przyjaciół. Nawet do Geraldine zwracała się raczej chłodnym tonem, aż do pytania, czy nic jej nie dolega. Chociaż… miał trochę racji, że na pewno nie punktował u kogoś takiego jak Florence Bulstrode ćpaniem. Niezbyt cieszyło ją, że Yaxley prowadza się w takim towarzystwie. – Kadzidła mają go uspokajać i złagodzić objawy, jakich może doświadczyć w najbliższych godzinach, gdy nagle odstawi granulat: ból głowy, kołatanie serca, i tak dalej. Jedno możecie zostawić zapalone w dzień, drugie w nocy. Przekazała Yaxleyównie fiolkę, a potem zamknęła pojemniczek z eliksirami i wsunęła go z powrotem do torby, wciąż zawieszonej w powietrzu. Wyjęła za to notes, w którym znajdowały się strony ze świstkami, potrzebnymi do wypisania recepty. Odnotowała nazwę kadzideł, ich liczbę oraz dawkowanie i wręczyła także i ten papierek Geraldine. - Jeśli faktycznie życzy sobie pan spróbować zerwać z nałogiem, radziłabym od rozpoczęcia zmniejszenia dawek o połowę. Odstawienie całkowicie może być niemożliwe od razu. To wymagałoby żelaznej woli i osobiście tylko raz spotkałam się z takim przypadkiem. Poza tym warto stosować niezbyt mocne środki, łagodzące objawy. Jakie konkretnie – to już sprawa jednostkowa i zależy, jakie objawy odstawienia będą szczególnie dawały się we znaki. Warto w szpitalu skonsultować się z kimś w działu eliksirów – wyrecytowała Florence, powracając do swojego bardzo rzeczowego tonu. Informacja o tym, że nie ma po co zapisywać środków nasennych, sprawiła za to, że Bulstrode znów skupiła spojrzenie na jego wymizerowanej twarzy, odrywając je od torby, w której właśnie chowała notes. - Dlaczego? Wspomniał pan, że nie ma uczulenia… - powiedziała, po czym zmarszczyła lekko brwi. Do tej pory brała objawy raczej za efekt narkotyków i utraty krwi, ale tak ogólnie… - Nocna mara? – strzeliła. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.05.2023 - Nie robisz żadnego problemu. - Postanowiła się wtrącić. Nie mogła znieść tego, że podchodził do tego w ten sposób. Odczuwała potrzebę zaopiekowania się nim. Nie zamierzała nawet o tym dyskutować, bo już podjęła decyzję. Jak ona się na coś uparła - nie było odwrotu i tyle. - To oczywiste. - Powiedziała jeszcze do Florence. Miała świadomość, że leki tego nie załatwią, jednak mogły pomóc. Poradzić sobie z tym w miarę łagodnie. Na pewno było to prostsze od całkowitego odstawienia. - Chodzi o to, żeby zrobić to w łagodny sposób. - Na tym przede wszystkim jej zależało. - Tak zrobimy. - Odrzekła słysząc instrukcję Bulstrode związaną z paleniem kadzideł. Nie, żeby wierzyła specjalnie w ich moc sprawczą. Jakoś do niej nie docierało, że kadziła mogą być ogromną pomocą, ale warto było spróbować, jeśli miały pomóc chociaż trochę. Przejęła od Florence wszystkie potrzebne papierowe informacje. Będzie musiała na spokojnie to przeczytać i przetrawić. Zbyt wiele informacji do niej docierało w tej chwili i miała wrażenie, że jeszcze moment, a zupełnie się zgubi. - Co Ty byś poleciła? - Zapytała jeszcze uzdrowicielki. Miała z tym na pewno większe doświadczenie od tej dwójki i liczyła na jakąś konkretną odpowiedź. Wierzyła w to, że im pomoże. Przecież zawsze jej pomagała, nie mogła teraz zachować się inaczej. Geraldine była trochę nerwowa, spowodowane było to tym, że czuła się bezradna. Tak naprawdę nie miała pojęcia, w jaki sposób mu pomóc. Potrzebowała konkretów, a to właśnie Flo była osobą, która znała się na rzeczy. Szpitalom Yaxley nie ufała, z tego, co rozmawiała z Mellvynem on również, wolałaby ich unikać jak ognia. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Mellvyn Ollivander - 04.05.2023 Jego frustracja narastała; miał wrażenie, że postrzegał rzeczywistość ze zbyt dużym opóźnieniem, żeby w ogóle poskładać toczącą się obok rozmowę do kupy. Kiedy zamykał oczy, widział ciszę, a kiedy je otwierał - szarzejący obraz klatkujących ruchów obu kobiet. Gdyby teraz wciągnął, chociaż mikrodawkę, to lepiej radziłby siebie z tym wszystkim. Z słuchaniem, z przestrzeganiem zaleceń, z dochodzeniem do siebie po utracie krwi. Spojrzał tęsknie na moździerz, znów, ale powstrzymał się od wstania do niego. Wszystko będzie ciężkie, bolesne i prawie niemożliwe. Mętnym spojrzeniem patrzył w otwarte okno, z którego wciąż płynęły te same ciepłe, skośne promienie popołudniowego słońca. Wcześniej tak go zachwycały... ale teraz zwyczajnie drażniły. - Chodzi mi o, uhh. Nie o fizyczne objawy - próbował tłumaczyć swoje potrzeby dotyczące rzucania prochu, ale nie był pewien, czy czasowo w ogóle wbił się w dobry moment. - O czucie się, psychiczne. Boli mnie w środku. To jest, kurwa, koszmar. Nie wiem. Jak ludzie się nie zabijają od trzeźwości. Zwrócił oczy na twarz uzdrowicielki, której imienia dalej nie znał. Chwilę zastanawiał się, czy mówienie o tym, o czym powiedział, nie było zbyt niesprawiedliwe w stosunku do Geraldine, która przecież też musiała tego słuchać, ale stosunkowo szybko zaplątał się we własnych myślach. Pozostało mu tylko dotkliwe poczucie winy i stres. Był bardzo niezadowolony z obecnej chwili otrzeźwienia i nie miał ochoty dłużej w niej partycypować. - Proszę Pani, ja nie wiem - bąknął w odpowiedzi na ostatnie pytanie uzdrowicielki, chociaż wiedział doskonale i był świadomy, że ona też. Jakimś cudem po prostu zgadła, że to Nocna Mara, raczej rzadka choroba, więc musiała zauważyć już wystarczająco dużo symptomów. Wstał wtedy, nareszcie, i odwrócił się do okna, że niby przez nie wyglądał. Widoki były niezwykle interesujące. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Florence Bulstrode - 04.05.2023 Niechęć Geraldine do szpitala zawsze odrobinę irytowała Florence. Bulstrode, mimo tego, że jej pewność siebie miała siłę tarana, pozostawała też świadoma, że kształciła się w konkretnych dziedzinach – i choć liznęła nieco wiedzy z zakresu każdej specjalizacji, to jednak najlepsza była w usuwaniu skutków czarów, leczenia podstawowych obrażeń i łamaniu klątw. Rekomendacje w zakresie zrywania z nałogiem leżały poza tym obszarem i wolałaby zdać się na specjalistę. Rzecz w tym, że przeczuwała, że Geraldine i jej towarzysz, którego imienia i nazwiska wciąż nie poznała, prawdopodobnie do takiego nie pójdą. - Łagodny, ziołowy eliksir uspakajający na pewno nie zaszkodzi. Mogę też przepisać miksturę, która powinna odrobinę zmniejszyć… głód, ale można zażywać ją maksymalnie przez dwa dni, odradzam więc przyjmowanie jej na początki procesu – powiedziała w końcu z westchnieniem. Na słowa Mellvyna skierowała ku niemu uważne spojrzenie jasnych, chłodnych oczu. – Na choroby ducha nie umiem zaradzić. Moją specjalnością są te fizyczne. Jeżeli problemem była raczej psychika, to jedyne, co Florence mogła poradzić, to udać się do Lecznicy Dusz. Nie czuła się dostatecznie kompetentna, by w takich przypadkach wydawać jakiekolwiek zalecenia. Nie bez powodu nawet przez sekundę nie chciała być magipsychiatrą. Wszystko było znacznie prostsze, kiedy miałeś widoczną ranę do zaleczenia, a nie taką, którą ktoś nosił na duszy. - Nie powinien pan jeszcze wstawać – oświadczyła. – Życzy pan sobie, żeby Geraldine zbierała go nieprzytomnego z dywanu? – zapytała, mając dziwne wrażenie, że tylko taki argument może powstrzymać mężczyznę przed wędrówkami. Nie wiem. Zmagała się przez chwilę sama z sobą. W końcu, po momencie milczenia, gdy stała z zaciśniętymi ustami… - Lekarstwo, z tego, co mi wiadomo, jest w zaawansowanej fazie prac. Proszę nie tracić nadziei. Być może pan zdąży… ale tylko, jeśli narkotyk nie zabije pana przed chorobą – powiedziała wreszcie krótko. Może właśnie tej nadziei potrzebował. Nie chciała mu obiecać wyleczenia. Ani zdradzić, że zasadniczo William Lestrange podobno miał już przepis, a brakowało tylko fazy testowej, sprawdzenia skutków długoterminowych i dystrybucji – nie chciała zrzucać koledze ze szkoły na głowę chorych z całego świata, dobijających się do jego drzwi. – Myślę, że mogę was już zostawić. Pamiętajcie proszę, że pacjent powinien najbliższe godziny spędzić w łóżku. Odpoczywając. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.05.2023 Musiała przyswoić dużo informacji, wcale nie ułatwiał tego fakt, że była nieco wstawiona. Powtarzała sobie w głowie po kolei wszystkie zalecenia Florence, aby zapamiętać jak najwięcej z jej instrukcji. Szło jej to jednak średnio. Miała nadzieję, że jakoś uda jej się później to wszystko ogarnąć. Musiała to zrobić, nie było innej możliwości. Trochę się bała, że nie podoła, że sobie nie poradzi. Czuła bowiem, że to ona jest tą bardziej odpowiedzialną w przypadku ich dwójki. Słysząc słowa Ollivandera jedynie mrugnęła. Nie odezwała się wcale. Próbowała to przetrawić. W prawdzie po tych kilku godzinach ich dosyć intensywnej znajomości zdążyła go już nieco poznać, jednak czy była gotowa na takie wyzwania? Może jeszcze nie do końca. Starała się jednak nie dać tego po sobie poznać. Ona musiała być silna - jak zawsze, bez względu na to, co by się nie działo. Miała tego świadomość. Gerry milczała nadal, gdy zaczęli rozmowę o chorobie, która go dręczyła. Przecież też jej wspomniał o tej przypadłości, skoro jednak nie chciał nazywać tego wprost przy uzdrowicielce nie zamierzała w to ingerować. - Przepisz wszystko, co jest potrzebne. Proszę. - Spoglądała na Florence uważnie. Miała nadzieję, że to wszystko o czym wspominała faktycznie pomoże. Zresztą nie mieli nic lepszego. Musieli zastosować się do jej wskazań. Wierzyła, że jej doświadczenie będzie wystarczające. Spojrzała na Bulstrode kiedy ta zaczęła wspominać o remendium na nocną marę. Próbowała odczytać, czy mówi prawdę, czy chce Mellvyna jedynie pocieszyć. Nie umiała jednak tego stwierdzić, wcale nie tak łatwo było z niej odczytać takie informacje. W głębi duszy jednak miała nadzieję, że jest to prawda i może faktycznie niedługo ktoś odkryje lekarstwo, byłaby to naprawdę dobra wiadomość. W końcu medycyna cały czas brnęła do przodu, może faktycznie miało się to wydarzyć? Powinna się zainteresować, kto zajmuje się tym tematem, nie zamierzała jednak męczyć tymi pytaniami Florence w tym momencie. Zdąży jeszcze zawrócić jej głowę. Podniosła się z łóżka, aby zbliżyć się do uzdrowicielki. Wyciągnęła w jej stronę dłoń, chciała uścisnąć jej rękę i podziękować za owocną współpracę. - Dziękuję za pomoc Florence, Twoje wsparcie jest nieocenione. Będziemy pamiętać, proszę wystaw mi jeszcze rachunek za swoją usługę. - Przecież oczywiste było, że uzdrowicielka nie przyszła tu w ramach wolontariatu. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Mellvyn Ollivander - 05.05.2023 Czy zamierzał uwierzyć jej, że po prostu cierpiał na "chorobę ducha"? Nie, absolutnie nie. Zamierzał dalej twierdzić, że to objawy zespołu odstawiennego smoczego pazura. Uzdrowicielka mogła być dobra, ale nie mogła być doskonała i jego zdaniem właśnie tutaj popełniała błąd - nie uwzględniała tego, że niektórzy po prostu nie mogą zupełnie zrezygnować ze wsparcia substancji. Takie już były ich organizmy. Kiedy lekarka kazała mu usiąść, wpierw spojrzał na nią z niedowierzeniem, a później... po prostu usiadł. Faktycznie, jej argument był nie do odrzucenia. Geraldine już zbierała go z dywanu metaforycznie, teraz jeszcze tego brakowało, żeby robiła to dosłownie. Jeszcze nie był pewien, jak to zrobi, ale zamierzał wyjść przed tą jebaną dwudziestą na Nokturn i zająć się swoim umówionym zleceniem. Brakowało mu tchu, kręciło mu się w głowie, a owszem, ale czy to pierwszy raz był w takim stanie? Myślami krążył wokół palącej kwestii tego, że musiał w jakiś sposób zdjąć z barków Jego Pani możliwie największą część swojego gówna. Nie rozumiał, dlaczego tak chętnie brała je na siebie, ale był absolutnie pewien, że nie było to dla niej zdrowe. Nie mógł wykorzystywać jej dobrej woli i później tak po prostu sobie... zdechnąć. Uzdrowicielka mówiła o lekarstwie i o tym, że może jeszcze go doczeka. "Zaawansowana faza prac" mogła znaczyć cokolwiek, prawdopodobnie trwała już od dziesięcioleci. - A skąd Pani ma te informacje, jeśli można wiedzieć? - wymamrotał zaskakująco oschle. Gdy Jego Pani zapytała o rachunek, wytężył słuch, ostentacyjnie odrywając od kobiet spojrzenie i patrząc gdzieś w przestrzeń. RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Florence Bulstrode - 05.05.2023 Florence wypisała kolejną karteczkę, a potem wręczyła ją Geraldine. Nie próbowała ich przekonywać - bo po pierwsze, nie miała żadnego interesu w nakłonieniu tej dwójki do dania jej wiary, po drugie, nie mogła przecież zagwarantować, że lekarstwo faktycznie będzie działało na dłuższą metę i zostanie wprowadzone do obiegu. - Od osób zaangażowanych w prace - odpowiedziała tylko krótko na pytanie mężczyzny, który przynajmniej miał tyle rozumu, że usiadł, gdy zganiła go za bieganie po pomieszczeniu. Eliksir, który wzmagał produkcję krwi, nie działał w końcu błyskawicznie, a on stracił tejże krwi sporo. W dodatku miał w niej zdecydowanie za wysokie stężenie alkoholu oraz narkotyku. - Nie trzeba. To była piąta wizyta. Prześlę ci rachunek za miksturę - rzuciła jeszcze w stronę Geraldine odnośnie kosztów, po czym przerzuciła sobie torbę przez ramię i skierowała się ku kominkowi. Sięgnęła po garść proszku Fiuu, wrzuciła go w płomienie i znikła z cichym trzaskiem. Postać opuszcza sesję
RE: [04/1972] problemy życia doczesnego | Geraldine & Mellvyn & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.05.2023 Uśmiechnęła się jedynie do Florence słysząc, że to piąta wizyta. Cóż, nazbierało się ich ostatnio. Jednak bycie stałym klientem miało swoje zalety, chociaż w przypadku Yaxley jeśli chodzi o pieniądze było to zupełnie obojętne - miała ich tyle, że mogła nimi szastać na prawo i lewo. Miłe było to, że czuła, że mimo wszystko łączy ją jakaś więź z uzdorowicielką, że przez lata współpracy połączyła je relacja. Doceniała każdy stały element w swoim życiu, bo nie miała ich zbyt wiele. Odprowadziła jeszcze Bulstrode do kominka, pożegnała ją nim ta zniknęła w płomieniach. Ta wizyta nie przebiegła tak źle, jak się spodziewała. Florence nie oceniała, zachowała się profesjonalnie. Wytłumaczyła dokładnie, jak powinno przebiegać dalsze leczenie. Powinna sobie z tym poradzić. W końcu nie z takimi rzeczami już walczyła w swoim życiu. Yaxley była silna, samodzielna, na pewno da radę z takim wyzwaniem. Może trochę na początku panikowała, jednak z każdą minutą czuła się pewniej. Wróciła do sypialni, przeczytała po cichu jeszcze raz zalecenia uzdrowicielki. Ułożyła je sobie wszystkie po kolei, sięgnęła po pióro, aby zrobić sobie swoją własną listę, żeby mieć wszystko dokładnie rozpisane, aby nic co istotne jej nie umknęło. - Chodź się połóż, słyszałeś, co mówiła. - Powiedziała jeszcze do Ollivandera. Zresztą sama chciała odpocząć. Ten dzień zaczął się bardzo intensywnie, a noc wcale nie należała do mniej burzliwych. Potrzebowali snu. Przynajmniej tak się jej wydawało. Za dwie godziny i tak musiała mu dać kolejną dawkę leku, więc dobrze by było, aby wykorzystali je w pełni. Koniec sesji
|