![]() |
|
Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia (/showthread.php?tid=1438) |
RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Cynthia Flint - 04.06.2023 Skoro nawet Martin — jak to przedstawił się jej niespodziewany towarzysz pogrzebu, ratunek z melancholijnej oraz dramatycznej opowieści — stwierdził, że miała szczęście, to musiało tak być. Wcale sobie nie wymyśliła jego nijakości, braku inteligencji, taktu i uroku osobistego. Słowa mężczyzny sprawiły, że kąciki ust na ułamek sekundy drgnęły jej ku górze, bo przecież na pogrzebie nie wypadało się aż tak szeroko uśmiechać. Nie mogła uwierzyć, w jaki związek chciał ją wplątać własny ojciec. Aż tak jej nie kochał? Przecież przynosiła mu więcej powodów do dumy, niż jej brat bliźniak, nawet jeśli była dziewczynką, a nie chłopcem. Nagły słowotok ze strony bladego Croucha sprawił, że wbiła w niego błękitne spojrzenie i słuchała o dziwo z pełną uwagą oraz zainteresowaniem, co wcale nie zdarzało się tak często. Jasne pasmo włosów leniwie uderzało w blady policzek Brytyjki, kołysane chłodnym, jesiennym wiatrem. - Widzę, że interesujesz się tym tematem. To hobbistyczne, czy raczej związane z pracą? - zapytała, nie mogąc się zdecydować, co by do niego bardziej pasowało. Mógłby być koronerem, jak ona — siedzenie w chłodni i w sztucznym świetle przez większość czasu sprawiała, że było się dość bladym. - Edward nie był Twoim faworytem, jest więc nas dwoje. Całe szczęście, że nie był człowiekiem przesadnie głębokim, bo naprawdę, nie chciałabym mieć na głowie zabłąkanego ducha. Odparła z delikatnym uśmiechem, pozwalając sobie na wzruszenie ramion. Byli sami, zamknięci na tarasie, a do tego mówili dość cicho, więc padające pomiędzy dwójką czarodziejów słowa z pewnością zostaną sekretem. Loża hejterów była nazwą odpowiednią, a co najważniejsze, zarówno Cynthii, jak i Martinowi zdawała się poprawiać humor, odciągać od tego całego lamentu i żałości, która trwała przy zamkniętej trumnie. Naprawdę chciała już mieć ten rozdział na sobie, szczęśliwie brutalnie przerwany przez alkohol oraz morze. Odetchnęła głębiej, podciągając do góry rękaw sukienki, gdzie krył się elegancki i skromny zegarek, którego jednak wskazówki poruszały się zbyt leniwie. Odsunęła się też od balustrady, zajmując miejsce obok Martina, wygładzając sukienkę — nie będąc w stanie znieść perspektywy ewentualnych zagnieceń, które mogłyby powstać na materiale. - Czy tutejsze ceremonie pogrzebowe długo trwają? Mam również wrażenie, że matka Edwarda liczyła na większą aktywność w kwestii przemów podczas opłakiwania tej olbrzymiej dla świata i nas straty. Odrobinę ironizowała, zachowując jednak resztki dobrego smaku oraz dobrych manier. Spoglądała gdzieś przed siebie, wzrokiem omiotła cały horyzont. Nie było to złe miejsce, miało z pewnością odrobinę uroku, ale siebie sobie tutaj zupełnie nie mogła wyobrazić. A jej przyszły i niedoszły mąż wielokrotnie sugerował, że powinni założyć rodzinę właśnie w Stanach. Cóż za okropny pomysł. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Martin Crouch - 04.06.2023 Na moment nawet zastanowił się, jakby to było żyć z Edwardem. Jeśli zamieszkaliby w rodzinnej rezydencji... cóż, dla Martina wiele by się nie zmieniło. Ale w przypadku Cynthii, wplątana zostałaby w te wszystkie banały rodu Sue. Ciotki zamawiałyby jej krawców, zabierały na herbatki i te wszystkie nudne spotkania starych panien i despotycznych mężatek. Opowiadałyby ploteczki z sądów, którymi zdecydowanie nie powinny były się dzielić. Zdradzałyby historie z młodości, gdy masowo bawiły się w łamanie serc mugolskich chłopców z pobliskich wiosek. To w końcu klasyczne zajęcie młodzieży z tej rodziny. Nigdy nie uważali, że mugoli należy wytępić — uważali ich za fantastyczne zabaweczki. Martin był jednym z niewielu, którzy się w to nie bawili. Szczególnie, że większość dzieciństwa spędził w Londynie z matką. Ta również z politowaniem spoglądała na tego typu rozrywki. A potem się dziwią, że wolała zatrzymać synów w Brytanii. — Właściwie jedno i drugie — odpowiedział po chwili. — Od dawna interesuję się filozofią, szczególnie zainteresowałem się nihilizmem... A w pracy przyszło mi przetłumaczyć kilka pism w podobnej tematyce. Od nieodpowiednich dla małego chłopca książek wszystko się zaczęło. Przez filozofię nauczył się języków, by czytać o niej w oryginale. Od języków zaczął zajmować się tłumaczeniem profesjonalnie, co zaprowadziło go do jeszcze większego repertuaru. — Możesz być pewna, że twoja rodzina będzie pamiętać o nim dłużej niż moja. To gorzkie stwierdzenie było prawdą. Sue mieli w zanadrzu jeszcze wielu takich Edwardów. — Miejmy nadzieję, że nie mam więcej kuzynów kawalerów, chociaż muszę przyznać, że nieszczególnie się w tym orientuję. Oczywiście nie wziął pod uwagę, że teoretycznie sam był wolny i to go mogło trafić w następnej kolejności. — Niestety tak. Moja rodzina z tej strony jest dość duża i z każdego takiego spotkania wyciskają ostatnią kroplę. Zapewne połowa z nich zostanie na noc, a jutro odbędą się poprawiny. A przemowy... Na pogrzebie jednego ze starszych członków rodziny wystawiono sztukę opartą na jego podkolorowanym życiorysie. Szczęśliwa dziewczyna nie zasmakowała jednak przepychu i teatralności, jakimi ociekali Sue. Krótko mówiąc, wszystko obchodzili z pompą. Jak na amerykanów przystało. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Cynthia Flint - 06.06.2023 Nie miała tak bujnej wyobraźni, tak wielkie kreatywności w sobie i odwagi, aby w ogóle próbować wyobrażać sobie życie u boku Edwarda. Nie uważała siebie za najciekawszego człowieka na świecie, ale na Merlina, mężczyzna był po prostu głupi i niewyżyty seksualnie, pozbawiony jakiejkolwiek głębi. Perspektywa porzucenia Londynu, jej kariery w Ministerstwie, która miała teraz tak się rozwijać, skoro przyjęli ją do tamtejszego prosektorium, Tori i Castiela.. Jeśli miałaby kiedykolwiek to zostawić lub z tego zrezygnować, to w grę wchodziłby tylko człowiek, którego sama sobie wybrała. Którego by może nawet pokochała, chociaż coraz rzadziej była w stanie postawić siebie przed takim rodzajem uczucia. Jej emocje wyciszały się, wymierały powolnie. Im dłużej przebywała wśród trupów, tym chłodniejsza się stawała i coraz mniej obchodził ją szeroki i piękny świat, trochę jakby każda sekcja dokładała czerni do jej okularów. Wizualnie pasowało do herbatek i haftów, ale Cynthia uważała się za znacznie lepszą, znacznie mądrzejszą. Zawsze miała dobre wyniki w nauce, była bystra i elokwentna. Jak mogłaby skończyć, spędzając dnie na plotkach na temat ludzi, którzy w ogóle jej nie obchodzi, debatując przy okazji nad najnowszą modą czy popularnym upięciem włosów na dany sezon? Takie życie nie było dla niej. Ona mogła mieć zabawki, owijać sobie ludzi dookoła smukłych palców, ale ona samą marionetką nie była i nie zamierzała nigdy zostać. - Skłamałabym, gdybym przyznała, że się tego właśnie spodziewałam. Filozofia to nietypowy wybór zainteresowania dla ludzi w naszym wieku. Oznacza to, że masz.. Jak to mówią, starą duszę? - zapytała zupełnie niezłośliwie, bo ludzi o takowej uznawała za bardziej interesujących, stabilniejszych. Nie była zbyt dużą fanką modernizacji świata oraz jego poglądów, teraz nie wypadało się interesować tym, co było poza językami. A więc blady Martin był tłumaczem, umiłował sobie Nihilizm. Nietypowa szkoła filozoficzna, chociaż nie chciała wchodzić w debaty na ten temat, miała zbyt ubogą wiedzę. Nie chciała wyjść na głupią, nie chciała wyjść też na przemądrzałą. - Nie byłabym przekonana. Odpowiedziała mu znów, pozwalając sobie na subtelny ruch ramion, bo była przekonana, że jej ojciec, jak i brat szybko odrzucą wspomnienia Edwarda w czeluść oceanu, tam, gdzie wcześniej tkwiło jego ciało. Samej Flintównie kojarzył się będzie już chyba tylko z przestrogą przed tym, jak mogła skończyć, gdyby nie zbieg okoliczności. - Ufam, że mój ojciec odpuści sobie szukanie dla mnie kolejnego kandydata na męża wśród Twoich kuzynów, nawet jeśli takowi by się znaleźli. Okres żałoby może sprawić, że zapomni i znajdzie inne możliwości. - wyznała mu nieco ciszej, chłodno i szczerze. Nie nawiązywała oczywiście do niego samego, bo wydawał się jej najbardziej interesującą w całym tym cyrku jednostką, ale kolejnego Edwarda by raczej nie zniosła. Błękitne oczy powędrowały ku szaremu niebu, wiatr kolejny wdarł się pod materiał czarnej sukienki. Listopad nie był tu tak chłodny, jak w Londynie, ale wciąż zostawiał dreszcz. - Nie przełożą chyba pochówku na jutro dla sztuki na temat życia Edwarda? Obawiam się, że byłaby to tragikomedia niezbyt warta uwagi, o czym tylko potwierdziły Twoje słowa w naszej dzisiejszej rozmowie. Trochę nie rozumiem takiego przyjęcia, zupełnie mija mi się to z celem żałoby — zachowanie gości, rzecz jasna. Twój kuzyn zdaje się tu najmniej ważny, pomijając jego matkę. Amerykanie byli naprawdę dziwni, celebrowali śmierć w sposób niemalże radosny. Co dały kłamstwa w jedno popołudnie na temat życia człowieka, który za kilka godzin miał skończyć na wieki pod ziemią, stając się pokarmem dla owadów, zmieniając się w kupę kości? Był to przecież tylko całun obłudy. Głowa Cynthii odwróciła się w stronę twarzy mężczyzny, a jej spojrzenie przesunęło po jego bladym licu. Nie wyglądała, jakby go oceniała lub zastanawiała się nad pochodzeniem tkwiącej na poliku blizny, zwyczajnie patrzyła. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Martin Crouch - 10.06.2023 Zastanowił się nad tym określeniem. Dość szybko całkowicie porzucił dziecięce zabawy na rzecz książek zdecydowanie nie przeznaczonych dla kogoś w jego wieku. — Tak, można to tak określić. Prawdę mówiąc czuł się staro, jakby wyczekiwał swojego pogrzebu każdego kolejnego dnia. Budził się z zaskoczeniem kolejnej porcji czasu danej mu od losu. Raz już prawie odszedł z tego świata. Pragnienie wykorzystania nowej szansy skończyła się śmiercią żony. Czuł oddech kostuchy na karku, która co chwila płatała mu figle. Rodzina Cynthii szybko zapomni o niedoszłym nowym członku rodziny. Martin wiedział to. Swoimi słowami chciał tylko podkreślić jak szybko do porządku dziennego przechodzi rodzina Sue, nawet po takiej tragedii. Ale nie zamierzał również kontynuować tego wątku. — Życzę powodzenia w tej kwestii — odpowiedział szczerze. Nie podobała mu się idea aranżowanych małżeństw, szczególnie, gdy zainteresowani w ogóle nie byli przychylni takiej kolei rzeczy. Sam dał temu szansę. Jego bierność nigdy nie dokonałaby żadnej zmiany w życiu. Takie małżeństwo zmuszała go do przystosowania się do nowej sytuacji, o czym w pewnym sensie marzył. Ale i tym nie dano mu się nacieszyć. — Nie, Edward był nikim ważnym. Pochowają go wkrótce, gdy Mistrz Ceremonii wystarczająco się znudzi i przypomni wszystkim o celu przyjęcia. Czuł na sobie spojrzenie Cynthii. Przyzwyczajony był do tego. Sam wybrał sobie taki los. Nie zgodził się na całkowite uleczenie ran. Pamiątka przypominała mu, co przeżył i w imię czego. A może po prostu miał nadzieję, że dzięki temu wyróżni się z tłumu? Przyciągnie do siebie ludzką ciekawość? Zostanie zauważony? Jednocześnie nie używał blizn jako pretekstu do pogawędki. Zdawał sobie sprawę, że dla wielu osób, szczególnie dam, jego lico stanowiło nieprzyjemną zagadkę odkrywania całkiem przystojnej twarzy zrażonej szkaradztwem. — Wybacz za ten przykry widok — mruknął wpasowując się w grzeczne i kulturalne normy. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Cynthia Flint - 11.06.2023 Nie było niczego złego w byciu starą duszą. Zdaniem blondynki, ceniły one wartości już dawno zapomniane, skreślone przez szybko zmieniające się i wyglądające tylko w przyszłość społeczeństwo. Nie dziwiła ją chęć rozwoju oczywiście, była to naturalna kolej rzeczy i miała wykreować świat lepiej przystosowany do obecnych potrzeb zamieszkujących go ludzi, jednak odnosiła wrażenie, że zbyt szybko skreślano pewne wartości, pewne rzeczy. Łatwiej było teraz coś wyrzucić, niż naprawić. Skłamać, niż próbować zmienić siebie lub wręcz kłamać, aby uzyskiwać aprobatę towarzystwa. Czy ona nie robiła tak samo? - Nic więc dziwnego, że rozmowa z Tobą należy do tak łatwych. Skomentowała jedynie, pozwalając sobie na krótkie i dość subtelnie uniesienie kącików ust ku górze. Śmierć była czymś naturalnym, wszystko przemijało, a robienie z tego tabu lub strach przed rozmowami na jej temat były błędem, który potęgował tylko w ludziach uczucie strachu. Ona sama miała swój pogrzeb starannie rozplanowany, wszystko zapisane w testamencie i przypieczętowane przez odpowiedniego urzędnika. Martin również wyglądał na pogodzonego ze swoim losem, trochę tak, jakby śmierci wręcz wyczekiwał. Życie przestało dawać mu jakąkolwiek radość i nie miał celu, z którym mógłby biec? Edward nie był wart pamiętania przez nikogo, poza swoją matką. Nie osiągnął niczego imponującego, nie był personą charyzmatyczną lub wyjątkową. - Gorzej być chyba nie może. Miała nadzieję, że nie może. Ojciec chyba tak źle by nie chciał dla swojej jedynej córki, która była być może niestety, ale zbyt inteligentna i bystra dla większości płytkich mężczyzn. Mógłby skupić się teraz na szukaniu żony Castielowi, który przecież miał zostać głową rodu, nie ona. Świat aranżowanych małżeństw funkcjonował już tak dawno, że czasem wątpiła, że kiedykolwiek to się zmieni. Przedstawiciele dwudziestki ósemki, zwłaszcza ta najbardziej szanowana i potężna część, nie pozwoli przecież, aby ich potomkowie obniżali standardy. - Tęsknisz za swoją żoną? Zapytała nagle, jakby zapominając o tym, czy to pytanie było na miejscu, czy może nie. Coś w jego spojrzeniu i zachowaniu sugerowało błękitnookiej, aby słowa te uciekły spomiędzy jej ust. Na jego słowa o Mistrzu Ceremonii i o tym, że życie Edwarda nie zostanie przedstawione, jako sztuka teatralna, odetchnęła z ledwo wyczuwalną, ale ulgą. Nie byłby to interesujący spektakl, a Flintówna była kobietą, która nienawidziła marnować czasu. Przyglądała mu się z zaciekawieniem, ale bez jakiejkolwiek próby oceniania lub też krytykowania blizn na jego ciele. Bardziej zastanawiało ją ich źródło, o czym mogły świadczyć, co je spowodowało? Martin nie jawił się jej, jako łowca potworów. Na jego słowa pokręciła głową, zaprzeczając im. - Nie uważam tego, za przykry widok. - przyznała szczerze, nie odwracając od niego spojrzenia lub też głowy. Nie była jedną z tych delikatnych dziewcząt, które na najmniejszą bliznę lub ślad na dłoni krzywiły się z obrzydzeniem i pogardą. Widziała gorsze rzeczy, bardziej paskudne miała w dłoniach, przeprowadzając sekcje. Jego znamię nie było czymś, czego powinien był się wstydzić. - Bardziej intryguje mnie jej historia. Wybacz, jeśli jestem nazbyt wścibska. Jest po prostu nietypowa, a z racji mojego zawodu i niedawno odbytych staży, próbuję sobie przypomnieć, czy widziałam już podobną. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Martin Crouch - 17.06.2023 Zdziwiło go stwierdzenie Cynthii. Jeszcze nikt nie powiedział nic miłego o konwersacjach z nim, wręcz przeciwnie. Uznawany był za mrukliwego, nietowarzyskiego, mądrzącego się gbura i trzeba było go ciągnąć za język, aby się czegokolwiek dowiedzieć. — To nieoczekiwany komplement — odparł. Edward w pewnym momencie wyparował nawet z ich rozmowy. Nie było to zaskakujące. Wręcz oczekiwane. Tym on był — tematem na pięć minut. Rozmowa z panną Flint stanowiła wyzwanie dla Martina. Potrafiła zainteresować go tematem, zadawać celne pytania, zmusić do refleksji. Poświęcił chwilę na myślenie o Kordelii. Z jednej strony szczęśliwie trafiła na kogoś tak spokojnego jak Martin. Z drugiej — to wciąż stanowiło jej koniec, bez względu na niego. Wiele razy zastanawiał się, czy być może dziewczyna miała jakiegoś ukochanego i z tego powodu aranżowane małżeństwo popchnęło ją do opuszczenia świata. Chodziła mu po głowie opcja, że to on bezpośrednio był przyczyną. Ale nie potrafił jeszcze dopuścić tego do przemyślenia. — Nie zdążyłem nawet jej dobrze poznać. A do stanu małżeńskiego przez dwa tygodnie nie da się przyzwyczaić. Nie tęsknię więc... Ale żałuję utraconej szansy na, być może, normalne życie — dokończył w myślach. Bo na to liczył. że z biegiem czasu pozna się lepiej z Kordelią i pojawi się między nimi więź. Zdecydowanie była kobietą, z którą znalazłby wspólny język. Ale obydwoje potrzebowali czasu, by się otworzyć i zbliżyć do siebie. A może jego osąd był bardzo daleki od prawdy biorąc pod uwagę zakończenie tej przygody? Zainteresowanie szkaradną twarzą sugerowało, że być może była uzdrowicielem. To uspokoiło Martina. Cynthia nie chciała znać historii dla współczucia, lecz genezy blizn dla poszerzenia wiedzy. Dla umysłu, nie emocji. Cóż za powiew świeżości. — Czarna magia i zaklęte ostrze. Pełna kuracja nie była niemożliwa... — Nie wiedział, jak powinien wyjaśnić swój wybór. Spojrzał gdzieś w dal i wzruszył ramionami. — Tak wyszło. Nie wyjaśnił jak zła magia znalazła się na jego twarzy i z czyjej ręki. Uznał, że to nie miało tu znaczenia. Chyba, że źle ocenił kobietę i nie była uzdrowicielem, a brygadzistą. Chociaż w tej roli jej nie widział. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Cynthia Flint - 17.06.2023 Nie uznawała wcale, jakby zmuszał się do konwersacji z nią lub był mrukliwy, ale może to była kwestia okoliczności lub Edwarda? Gdyby spotkała go w innym czasie oraz miejscu, byłoby inaczej? Trudno było jej stwierdzić. Łatwiej było jej dogadywać się jednak z ludźmi o starej duszy, którzy wydawali się jej zwyczajnie ciekawsi. Może dlatego, że sama nie była przekonana do tego całego uwspółcześniania się przez kolejne pokolenia? - Ciesze się, bo takie zwykle są najbardziej zapamiętywane. - odparła mimowolnie, wzruszając ramionami, bo faktycznie, ile można słuchać tych wymuszonych, sztucznych i oczywistych słów w swoim kierunku? Nie pamiętała, kiedy dostała komplement, który w jakikolwiek sposób by ją zaskoczył, sprawił, że jej policzki poróżowiałyby naturalnie, a nie z wymuszenia, co często musiała robić. Nie tęskniła za rozmową na temat Edwarda, miała już jego i tej całej pogrzebowej szopki dotaczającej jego osoby, zwyczajnie dosyć. Martin okazał się jakąś formą ucieczki, całkiem intrygującą, głównie przez swój brak "energii życiowej", przypominając odrobinę żywego trupa. Flintówna doskonale odnajdywała się w ich towarzystwie, byli ciekawsi, niż większość Ministerstwa Magii. Jego sposób bycia - ten, który miała okazję poznać, trwający w tej chwili, dawał wrażenie, jakby za Kordelią tęsknił. Wydawało się jej jednak, że chodziło o coś głębszego, niż śmierć małżonki, bo Cyna nie była kobietą romantyczną i nie umiała wyobrazić sobie siły miłości, która podobno uderzała, niczym grom z jasnego nieba. Emocje były skomplikowane na tyle, ze samo myślenie o nich wyrwało ciche westchnienie spomiędzy jej ust. - Zabrzmię może okrutnie, ale z jednej strony, czy to nie lepiej dla Ciebie? Podobno gorzej jest tęsknić. - powiedziała z tym swoim chłodnym spokojem w głosie, mimowolnie myśląc o ojcu i jej matce. Stary William nigdy się już nie ożenił, chociaż przypuszczała, że w jego życiu obecne były jakieś kobiety. - Czy stan małżeński zmienia w jakikolwiek sposób codzienność? Nie miała pojęcia, nie było jej na szczęście dane się przekonać o tym, jak Edward zdewastowałby jej dzień. Była pewna, że tak by było. Blondynka była ułożona, działała według planu, pracowała mnóstwo i była ambitna, często przesadnie. On by tego nie tolerował, kazałby jej pewnie tkwić w domu i zajmować się dziećmi, o których ciągle wspominał. Cynthia miała odwagę wierzyć, że jego żywot zakończyłby się prędzej lub później, na szczęście los zaoszczędził jej związanych z tym formalności. Jego nazwisko też nie pasowało do jej imienia. Zerkając na twarz Martina, wierzyła, że wiązał jakieś nadzieje w związku ze swoim małżeństwem z Kordelią, w przeciwieństwie do tego, jak ona traktowała perspektywę życia z Edwardem. Szkoda, że nie było dane mu sprawdzić, czy by się ziściła. Co spowodowało te blizny? Pytanie nie mogło przestać rozbrzmiewać echem w jej głowie, gdy wbijała w niego spojrzenie błękitnych oczu. Nie poganiała go jednak z odpowiedzią, przypuszczając, że temat był dość bolesny i pewnie musiał padać okazjonalnie ofiarą przykrych komentarzy, których podstaw zupełnie nie umiałaby zrozumieć. - Nie chciałeś skorzystać?- ściągnęła brwi, stukając paznokciami o skórę na ramionach, gdyż oplotła je rękoma. Dlaczego nie chciał się tego pozbyć? Czyżby niosło ze sobą jakąś bliznę sentymentalno-emocjonalną, która mogła być określona mianem przyczyny jego braku entuzjazmu do życia? Przekręciła głowę na bok, jasne pasmo znów spłynęło jej na twarz. - Mogę? - zapytała , obracając się na siedzisku przodem do Martina, wysuwając subtelnie dłoń w jego kierunku, oczywiście nie robiąc niczego bez jego zgody. Nie chciała być nachalna. Jej umysł jednak próbował odnaleźć treści z ksiąg powszechnie tępionych lub takich, które miała okazję przeglądać u wiedźm w Nowym Orleanie. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Martin Crouch - 18.06.2023 Chciałby tęsknić. Chciałby, żeby cokolwiek przykuło go do życia. By mógł coś czuć. Ale nie udało się. Dalej więc tkwił w otępieniu, oderwany od wszystkiego. W tym momencie doszedł do wniosku, że nawet jego nietypowa żałoba po bracie nie miała w sobie nic z tęsknoty. Nie lubił Briana i nic tego by nie zmieniło. Nie chciał się z nim widywać. Ale sposób, w jaki zginął, wzburzyła Martina dogłębnie. Postanowił zatrzymać swoje przemyślenia dla siebie, nie dzielić się tym z Cynthią. Nie widział sensu w aż tak głębokim otwieraniu się przed nieznajomymi. Głównie z założenia, że nikt nie chciałby nawet o tym słuchać. — W wielu przypadkach prawdopodobnie tak. U mnie... niewiele się zmieniło. Nie zmieniłem nawet miejsca zamieszkania, każdy dzień był właściwie taki sam. Crouchowie mogli pozwolić sobie na przydzielenie Kordelii jej własnych pomieszczeń. Dzięki temu małżeństwo mogło sypiać komfortowo, czyli w osobnych sypialniach. Martin nie odczuł więc zmiany. Często nawet zapominał, że z tą nieśmiałą kobietą przemykającą korytarzami domu jest związany węzłem małżeńskim. Dwa tygodnie stanowiło zbyt krótki okres czasu. — Stwierdziłem, że to zbędna fatyga. A oprócz tego liczył na odstraszenie zbędnych rozmówców podczas przyjęć i spotkań rodzinnych. To stanowiło tylko tą praktyczną stronę. Istniał jeszcze jeden, z początku nieświadomy powód takiego wyboru — blizny były pamiątką. Pamiątką wydarzenia w jego życiu. Namacalnym dowodem na to, że nie siedział cały czas w miejscu przepuszczając czas między palcami. Skoro mowa o macaniu. Spojrzał na Cynthię zaintrygowany prośbą. — Tak — odpowiedział po chwili. Założył włosy za uszy i pochylił się w stronę kobiety, by ułatwić jej dotyk. Nie wpatrywał się w nią podczas tego, oczywiście. To byłoby niezręczne. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Cynthia Flint - 20.06.2023 Wyzwaniem było znalezienie czegoś, co sprawiałoby, że życie jest piękne. Czasem te funkcje spełniali inni ludzie, czasem przyjaciele, a czasem kariera. Im starszy był człowiek, tym trudniej było czegoś się złapać, aby nie zwariować w tak szybko zmieniającym się świecie. Pogoń za nowoczesnością nie zawsze był dobry, podobnie, jak odejście od starych prawd i reguł. Nie sądziła, że tyle z Martinem może ją łączyć, chociaż działało zupełnie inaczej, to cel był jednakowy — chęć poczucia czegoś, odebrania bodźców ze świata zewnętrznego. Cynthia nosiła tyle masek, że zapominała czasem, kim była. Miała zasady, reguły i potrzebę kontroli, która dawno już definiowała jej życie, nie dając zbyt wiele przestrzeni na swobodę. Czy bycie pustym nie było trochę przerażające? Owszem, człowiek był silny oraz niezależny, ale jakim kosztem. - Rozumiem. To jednak pokrzepiające, że całe życie się nie zmienia od obrączki i przysięgi.- odparła ze spokojem, faktycznie, czując ulgę. Nie lubiła zaburzać swojego rytmu oraz przyzwyczajeń, zresztą żadnego związku w życiu nie miała i nie była pewna, czy umiałaby chodzić na kompromisy w każdym aspekcie codzienności, który łączył ludzi. Słowa Croucha z pewnością sprawiły, że nieco przychylniej spojrzała w stronę instytucji małżeństwa. Posiadanie bogactwa i dużego domu z pewnością pomagało. Jego stwierdzenie zbiło ją z tropu, nieco zaskoczyło i przez ułamek sekundy faktycznie, na bladej i drobnej buzi zagościła emocja zdziwienia, co nie było często spotykane. Musiało więc to być blizną sentymentalną, czymś powiązanym z wydarzeniem, które odmieniło jego życie — nie widziała innego, sensownego powodu, dla którego pragnąłby pozostawić znamiona w takim miejscu. Nie zamierzała jednak pytać, nie była to sprawa Cynthii. Ledwo się znali, nie oczekiwała przecież żadnych zwierzeń i dzielenia trosk życia z Martinem. Musiało być mu ciężko na Londyńskich salonach, gdzie większość bezmózgich i pozbawionych charakteru czarodziejów, skupiało uwagę głównie na aparycji. Mogła udawać największą idiotkę, ale dopóki wyglądała schludnie i odrobinę uwidoczniła swoją sylwetkę, dla większości nie miała siła jej umysłu żadnego znaczenia. Było też tak trochę prościej lawirować w tematach, których społeczeństwo nie akceptowało. - Nie musisz odwracać wzroku. Dla niej to nie był problem, nie wzbudzało to w niej nieśmiałości czy niezręczności, nie zmieniało niczego. Skoro dostała pozwolenie, nie mogła tego nie wykorzystać. Jej dłonie powędrowały do góry, a zimne palce przywarły do obydwu policzków z zaskakującą delikatnością i wprawą przesuwając się po kości policzkowej, aż opuszki natrafiły na zagłębienia. - Przypomina trochę zagłębienie po pazurach, ostrze musiało być zaczarowane przez zdolnego czarnoksiężnika. - skomentowała niemalże bezgłośnie, przez co trudno było określić, czy mówiła do siebie, czy może do Croucha. Korzystając z niewielkiej odległości, która ich dzieliła, zlustrowała jego twarz błękitnymi ślepiami. Wyglądały trochę, jak blizny po walce, takie, jakie w niektórych krajach nosiło się z dumą i wzbudzało z nimi podziw. Spotkała się z podobnymi podczas praktyk w Nowym Orleanie, ale na plecach. - Tortury? - szepnęła kolejny raz, tkwiąc tak jeszcze chwilę, zanim cofnęła dłonie. - Dziękuję, że mi pozwoliłeś. RE: Listopad 1970, Stany Zjednoczone | Wszystkie odcienie szarości | Martin & Cynthia - Martin Crouch - 29.06.2023 Martin żył w absolutnej bierności wobec życzeń matki, tak więc przekazanie go w ręce innej kobiety niczego nie zmieniało. Nie wymagano też od niego wiele, przez co był w stanie godzić się na drobne niedogodności w zamian za ogólny święty spokój. Z Kordelią było podobnie. Chociaż to ona przybyła pod skrzydła rodziny Crouch, tak więc matka Martina wciąż pociągała za sznurki. — Z pewnością wiele zależy od okoliczności... Gdybyś musiała się przeprowadzić i mieszkać z Edwardem tutaj... — Skinął w stronę domu. — Twoje życie zdecydowanie doznałoby katastrofalnej zmiany. Mój przypadek był na tyle komfortowy, że cały czas pozostałem w swym domu, a Kordelia była równie niezainteresowana mariażem, co ja. Gdy pozwoliła mu patrzeć, zerknął na nią, ale tylko na moment. Chciał zobaczyć jej reakcję. Tak, jak przewidział — nie było w jej dotyku niczego z chorej fascynacji dziwactwami. Po prostu naukowe oględziny. Spuścił wzrok. Rozpoznała prawdziwe źródło blizn, ale nie chciał teraz zmieniać wersji wydarzeń. Nie odpowiedział na pytanie, a na podziękowanie skinął głową. Spojrzał na nią na nowo przez chwilę. Dostrzegł znajome cechy jej twarzy. Jasna cera, błękitne oczy, świetliste włosy. Zupełnie jak jego matka. Nie miała w sobie jednak tej zaciętości i trzymającego w garści salony uśmieszku. Przypominała bardziej jego samego. I dlatego postanowił zadać pytanie. — Nie jesteś uzdrowicielem, prawda? |