Secrets of London
1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki (/showthread.php?tid=1516)

Strony: 1 2 3 4


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Alastor Moody - 07.07.2023

Kiedy Danielle znajdowała się jeszcze blisko, kiedy jeszcze obejmował ją swoim ramieniem, potarł jej bok, w przyjacielskim geście troski.

- Idąc przez Knieję, myślałem o nim, ale nie trafiliśmy na żaden nowy ślad jego obecności - powiedział, chociaż pewnie nie powinien o tym mówić. Nie chciał pogrążać jej w tych myślach, ale też nie mógł jej tak po prostu okłamać lub pozostawić bez odpowiedzi. - Jak się wyśpię, to tam wrócę - zapowiedział, bo nie mógł przecież wiedzieć, że całego i żywego Longbottoma nie odnajdą już nigdy, a Ida... Ida, chociaż wyglądała strasznie, dawała wciąż cień nadziei na to, że to wcale nie musiał być koniec. Przypominając sobie tę scenę Moody miał wrażenie, że rozmawiali tam z Danielle dłużej - że zahaczyli nawet tematem o to, co właściwie spotkało go w tej cholernej Kniei i jakim cudem wytrzymał tyle godzin bez snu, ale to wszystko było rozmyte. Bo chociaż była to rozmowa ważna, a Danielle była bliska jego sercu, późniejsze emocje przykryły to swoim rozmachem. W ten sposób silne zniknęło w gąszczu jeszcze silniejszych.

Czuł coraz intensywniejsze napięcie. Nie miał pojęcia, czy Mavelle też to czuła, czy to po prostu gigantyczne poczucie winy uciskało mu teraz żołądek tak mocno, że chciał wierzyć w dzielenie tego dyskomfortu z kimś innym, ale... Ona wcale nie wyglądała na zmieszaną. Przyszła tu jak gdyby nigdy nic, chociaż on sam nie dał jej znać, że odnaleziono Idę, więc...? Czuła się z tym dobrze? Z tym, co działo się pomiędzy nimi przez ostatnie dwa dni? Wiedział, że musieli porozmawiać, ale przecież nie mógł jej teraz stąd wyprowadzić i zapytać o to co między nimi było, bo by się po pierwsze spalił ze wstydu, a po drugie przyznałby, również przed sobą, że ta granica przyjaźni, jaką im Bones sama wyrysowała, zatarła się. Moody sprzed dwóch lat, który się musiał pogodzić z tym, że go zostawiła dla jakiegoś innego typa, prawdopodobnie pizdnąłby pięścią o szafkę na samą myśl o takim scenariuszu. Dzisiejszy Moody był w tym zagubiony. Nie był z tego powodu szczęśliwy, bo nie wierzył w to, że ich relacja była zdrowa - miał wrażenie, że nawet będąc ze sobą, kochali bardziej swoje wyobrażenia niż siebie samych, ale nie wzbudzało to w nim agresji.

Agresję wzbudziło w nim coś innego.

Nie była to Eden. Chociaż jej obecność sprawiała, że ta sytuacja stawała się jeszcze bardziej poplątana, skłamałby mówiąc, że nie chciał jej zobaczyć. Myślał o niej niejednokrotnie, od napisania do niej wiadomości powstrzymało go tylko to, że musiał iść ratować innych, a o niej wiedział, że jest bezpieczna. Chciał jej opowiedzieć o tym, co się przydarzyło jemu i jej bratu, ale znowu natrafił na ścianę - wiedział, że musieli porozmawiać, ale... teraz?

- Byłoby mi miło, gdybyś została - powiedział, nie witając się z nią nawet, bo miał wrażenie, że się ze sobą przywitali w listach. Chyba nie miał racji, chyba tylko wymienili między sobą krótkie informacje - bez tego „cześć”, które niby wypadało sobie powiedzieć, ale tak niewiele chciało mu przeleźć przez gardło, że nie potrafił normalnie myśleć.

Nie był to Bertie. W gruncie rzeczy to nigdy nie był Bertie, bo z nim chyba nie dało się pokłócić, a jeżeli kiedykolwiek przyjdzie dzień, w którym do tego dojdzie, Alastor zapewnie zwątpi w wiele rzeczy, które od zawsze uważał za oczywiste. Bertie był w tym wszystkim jak morska bryza szczypiąca policzki chłodem po długim, gorącym i męczącym dniu. Przeciął swoją obecnością tę niezręczność, nie bał się bliskości fizycznej, bo jako jedyny tutaj nie miał ku temu żadnych powodów. Ta wiązanka bardzo do niego pasowała - pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.

Zamiast tego głośno przełknął ślinę.

To była Danielle. Kolejne słowa zbierał w sobie już od dłuższej chwili, ale to chyba wejście Lestrange przelało czarę goryczy - Moody spojrzał się na nią z miną wyrażającą czystą irytację.

- Czy ty naprawdę wykorzystujesz to, że umiera mi siostra, żeby mnie CZYTAĆ? - Zapytał, głosem pełnym napięcia, ale wrzasnął dopiero kilka sekund później: PRZESTAŃ - chciał tym wrzaskiem przypomnieć jej o tym, jak bardzo nie życzył sobie takich działań wobec siebie. Bo to było jego życie, jego prywatność, na punkcie której i on i jego siostra mieli wręcz obsesję. Prędzej by nie jedli, niż zrezygnowali z kolejnej przeprowadzki, niż się poddali z chowaniem wszystkich informacji o sobie w zasięgu wzroku. - To jest obrzydliwe. Wszyscy tutaj są mi bliscy. - Więc po co? Po co się tak zachwycała tymi kolorami, po co tak machała łbem, skoro mogła po prostu zapytać i dowiedzieć się tyle, na ile czuli się z tym komfortowo? Bo tak naprawdę kochał wszystkich znajdujących się w tym pomieszczeniu. Na różne sposoby. Z różnym rezultatem. Dałby się za nich pociąć, gdyby mógł przehandlować swoje życie za ich, to by się nie zawahał nawet przez sekundę, dałby im odejść od siebie gdyby chcieli i po prostu w samotności zalał się rozpaczą, dałby im siebie wtedy kiedy mógł. Kochał ich, ale te relacje znaczyły dla niego o wiele więcej niż jakaś cholerna plama, były od nich o wiele bardziej złożone. Jeżeli nie zechciał opowiedzieć o tym sam, nie czuł, że ktokolwiek w jego otoczeniu był uprawniony do tego, by skrawek tej wiedzy posiąść i się na podstawie tego skrawka domyślać reszty z szeroko otwartymi oczyma.

Chciał uderzyć w coś ręką, ale najbliżej niego znajdowała się Mavelle, zaraz obok łóżko Idy. Zacisnął więc palce na materiale swojej bluzki i zagryzł zęby tak mocno, że już teraz wiedział, jak mocno rozboli go od tego głowa. Wycofał się na kilka kroków, kręcąc głową w niedowierzaniu, po czym opadł na krzesło stojące obok tego stolika, co na nim Bertie położył tę wiązankę. Tam dostrzegł liścik od ojca, ten co nie wyrażał żadnych emocji w związku z potencjalną śmiercią córki. Zgniótł go, jakby próbował wyżyć się na nim za ten stres, co mu tak dudnił teraz w oczach i sercu, a później celnie rzucił nim do stojącego w kącie śmietnika. Następnie schował twarz w dłoniach. Zgarbiony, z zasłoniętymi oczami, z łokciami opartymi o kolana, całkowicie zamilkł.


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Eden Lestrange - 07.07.2023

Nie pasowała do obrazka, który wymalował się w tej sali szpitalnej. Widziała to na twarzach pozostałych osób, słyszała to w ich tonie głosu, czuła to pod własną skórą. Była zbita z tropu do tego stopnia, że nawet nie odpowiedziała na żadne z przywitań; jedynie pokrótce lustrowała każdą kobietę wzrokiem, dając znać, że słyszy, co się do niej mówi. Z ich perspektywy pewnie malowała się jako osoba nieuprzejma i kompletnie nieprzyjazna, może nawet jako ktoś z kompleksem wyższości, kto nie zniży się do witania się z byle kim. I o ile to wcale nie było dalekie od prawdy, tym razem powód był inny - była zwyczajnie zdezorientowana. Nie nawykła do budowania relacji międzyludzkich na wzajemnym wsparciu i teraz nie wiedziała, jak się zachować, żeby zaprezentować się w dobrym świetle. Nie przygotowała wcześniej w głowie scenariusza tej sceny, więc stała jak kołek i nie robiła nic.
Już wzięła krok do tyłu, odwracając spojrzenie w kierunku ścieżki, jaką miała obrać, by zaszyć się w jakiejś ustronnej części kliniki - o ile taka teraz istniała, biorąc pod uwagę zaistniały ambaras i liczbę poszkodowanych przez Śmierciożerców. Zastygła jednak w ruchu, słysząc, że Alastorowi byłoby bardzo miło, gdyby została. Błyskawicznie odwróciła się z powrotem, dosłownie niczym policyjny pies, który usłyszał komendę, a następnie przestąpiła przez próg sali, wchodząc głębiej do środka. Czy to dowód, że spełniłaby jego każde życzenie, czy może po prostu była emocjonalnym wampirem i nie mogła tam wejść, jeśli wcześniej nie usłyszała zwerbalizowanego zaproszenia?
Zdezorientowany wyraz twarzy Eden zmieniło dopiero przybycie Botta, który potrącił ją w drzwiach, co ją nieco zirytowało. Kusiło, żeby zapytać go dosadnie, czy ma zez rozbieżny, że nie widzi, że ktoś stoi mu na drodze, ale to nie był czas i miejsce na nastręczanie sobie wrogów. Nawet jeśli w oczach Lestrange ten człowiek nie mógłby stanowić najmniejszego zagrożenia, nieważne, jak szczęśliwie ułożyłyby się dla niego gwiazdy. Przyszedł tu wesprzeć Moody’ego, a ona nie miała zamiaru Alka tego wsparcia pozbawiać.
Spodziewała się, że sytuacja w pokoju Idy będzie napięta i mimo pozornego przygotowania się na nieprzewidywalne, nagły wybuch Alastora i tak ją zaskoczył. Daleko było jej do empatki, ale pokłosie zamachu było rzeczą cokolwiek logiczną, więc mniej-więcej wiedziała, czego spodziewać się w obliczu ludzkiej tragedii. Niemniej, liczyła, że będzie zdruzgotany ze zgoła innego powodu. Zmarszczyła brwi w dziwacznej irytacji, słysząc, jak podnosi głos na Danielle. Niespodziewana reakcja wpierw wydała się Eden niebywale irracjonalna, ale im więcej oskarżeń rzucał w kierunku dziewczyny, tym jaśniejsza stawała się sytuacja. Kiedy zacisnął kurczowo palce na swojej koszuli, dosłownie poczuła fantomowy ból, prawie jakby wbił swoje palce w Eden, a nie samego siebie.
Spojrzała na twarz oskarżonej, patrząc na nią w nieodgadniony sposób. Z jednej strony wydawała się zaintrygowana faktem, że najprawdopodobniej ma do czynienia z aurowidzką, a z drugiej w spojrzeniu Lestrange zaszyło się pełne złości wyzwanie. Może i była skołowana zaistniałą sytuacją, ale nie była w ciemię bita; domyśliła się, że teraz Danielle doskonale wie, jaki rodzaj relacji łączy ją z Moodym. Uśmiechnęła się do niej niebywale fałszywie, dając znać, że lepiej, żeby dla własnego dobra zabrała ze sobą tę rewelację do swojego grobu.
- Skoro już jesteś taka zdolna, to z łaski swojej otwórz szerzej to trzecie oko i znajdź linię, która poprowadzi cię za drzwi - odezwała się wreszcie, przemieszczając się z wolna w kierunku krzesła, na którym usiadł Alek, lecz zerkając w stronę Longbottom, by wiedziała, że prośba kierowana jest do niej. - W innym wypadku obawiam się, że trzeba będzie niebawem dostawić tutaj drugie łóżko, specjalnie dla ciebie - wyjaśniła dosadnie, ale zarazem spokojnie, uśmiechając się nawet na sam koniec, prawie, jakby dawała Danielle tę radę z troski i dobrego serca. Naprawdę nie posądzała Moody’ego o podjęcie próby skrzywdzenia którejkolwiek z zebranych tutaj osób, choć doskonale widziała, jak walczył ze sobą, żeby nie wybić dziury w ścianie czy stoliku, ale szczerze powiedziawszy nie miała pojęcia, jak zareaguje, jeśli Ida jednak przegra walkę ze śmiercią. Nie czytała mu w myślach, to prawda, ale za to doskonale słyszała swoje własne - gdyby dowiedziała się, że Alastorowi puściły nerwy z powodu wścibskiej aurowidzki, też z chęcią rozważyłaby wcielenie w życie tej wersji rzeczywistości, w której dziewczyna nie widzi już żadnych kolorów.
Kucnęła przy fotelu, kładąc dłoń na jego kolanie. Istniała szansa, że zareaguje agresywnie na ten gest, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pchała ręce w kierunku paszczy rozwścieczonego wilka, by go uspokoić. Dotychczas wszystkie próby zakończyły się happy endem, więc i tym razem liczyła, że kusząc los osiągnie zamierzony cel. Chciała pokazać, że stoi po jego stronie, nawet jeśli graniczy ona z szaleństwem.


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Danielle Longbottom - 08.07.2023

Jej trzecie oko ujawniło się stosunkowo wcześnie i nikt z jej najbliższych niespecjalnie był tym zaskoczony - rodzina ze strony matki znana była z umiejętności odczytywania aur i nici powiązań, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Dostrzeganie aur było zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem. Z jednej strony super, łatwiej było jej empatyzować z innymi. Z drugiej - wiele osób reagowało podobnie do Alastora, uznając to za spore naruszenie prywatności. A ona nijak nie potrafiła wytłumaczyć, że naprawdę nie jest wcibska, po prostu ta ukazuje się niezależnie od niej. Wiele czasu i wysyłki kosztowało ją, by nauczyć się w jaki sposób z niego korzystać. Była pewna, że nauczyła się nad nią panować. Od wielu lat nie ujawniało się w losowych momentach, a jedynie w chwili,  gdy sobie tego życzyła - a to też, wbrew pozorom, nie zdarzało się często. Sądziła, że panowanie nad trzecim okiem ma w małym paluszku. Do dzisiaj. Czy to wina zmęczenia, przeżyć, traumy z nocy po Sabacie, która manifestowała się właśnie w ten sposób?
Zamrugała oczami, cofając się dwa kroki. Aury wciąż tańczyły wokół zebranych tu osób. Odwróciła głowę, wbijając wzrok gdzieś w ścianę. Ta przynajmniej nie oskarży ją o bycie strasznym, nieczułym i najgorszym człowiekiem na świecie.
- To nie... - tak, jak myślisz. Nie, nie uwierzy jej. Nie obchodziło ją z nim sypia Alastor, jakie relacje wiążą go z obecnymi na sali. Nawet gdyby, zdecydowanie nie wykorzystałaby tego, że jest w tak ciężkiej sytuacji, by przejrzeć go na wylot. Naprawdę uważał, że ściągałaby go tutaj do Idy wyłącznie dlatego?
Słowa Lestrange zapiekły ją do całego, jednak ściśnięte gardło nie pozwoliło w porę się odszeczknąć. Super pomysł pani
Lestrange, ale wolałabym dostrzec taką, która rozbłyśnie na ciemnym niebie, po tym jak wylecisz przez okno. Być może umieszczą nas wtedy w jednej sali, łóżko obok łóżka. To będzie wyśmienity początek zażyłej przyjaźni. Być może zdecydujesz się na ponowny lot za okno, trasa będzie Ci już znana.
Mimo to milczała. Nawet gdyby mogła, i tak pewnie by tego nie zrobiła.
- Przyjdę za jakiś czas, zobaczyć co z Idą - odpowiedziała tylko. Kłamstwo, wiedziała że poprosi o to innego uzdrowiciela.
Wycofała się i rzucając krótkie spojrzenie Mavelle, wyszła z sali.

Postać opuszcza sesję



RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Mavelle Bones - 09.07.2023

W pomieszczeniu robiło się – o zgrozo – coraz bardziej tłoczno. Z jednej strony w jakiś sposób cieszyło – Moody nie był pozbawiony wsparcia bliskich mu osób, z drugiej… nie rozumiała tego dziwnego uczucia, którego opanowanie przychodziło z trudem. Choć czy w ogóle można mówić o opanowaniu, gdy wszelkie możliwe pragnienia były aż nadto żywe i wręcz dosłownie bolały? Bo to był ból – kurczowe trzymanie się granicy, jaką onegdaj nakreśliła z jakiegoś powodu nie było tym, co chciała robić, ale jednocześnie rozum podpowiadał, że to najlepsze, co mogła teraz zrobić.
  Odkryła też dziwną irytację, gdy Bertie się wepchnął bez pardonu – no hej, ja tu jestem, chciałoby się rzec. Ale zmilczała; kiedyś nie zrobiłaby o to awantury, tym bardziej nie powinna i teraz, a już nie w obecnych okolicznościach przyrody.
  Alastor był najważniejszy, a nie to, co siedziało w jej łepetynie, wyimaginowane bądź nie.
  Dlatego naprawdę się starała. Starała się nie mieć wszystkiego wypisanego na twarzy, co też nie było łatwym zadaniem, zwłaszcza że najzwyczajniej w świecie była zmęczona. Zmęczona utrzymywaniem ciągłej gardy, by pokazać najbliższym, że naprawdę jest dużą dziewczynką i nie muszą się o nią martwić, a klątwa to chuj – prędzej czy później uda się ją złamać i koniec, kropka, nawrzuca wtedy Voldemortowi tak, że odpadną mu uszy, a zadek wręcz uschnie i nie będzie mógł na nim siedzieć.
  Musiała być silna, w końcu była cholerną Bones, brygadzistką, nie wypadła sroce spod ogona. Żadna z niej delikatna panienka rodem z wyższych sfer, wyegzaltowana i mdlejąca przy byle okazji, wręcz na pokaz.
  Nie mogła pozbyć się wrażenia, iż w tym pomieszczeniu napięcie jedynie wzrastało. Wzrastało. I nagle wybuchło, a spojrzała z powrotem na Alastora z pewnym niezrozumieniem w oczach. Nie trwało to długo, bo trudno, żeby nie wszystko nie wskoczyło na odpowiednie miejsca, gdy doskonale się wiedziało, jakie zdolności posiadała kuzynka.
  Było źle, teraz – jeszcze gorzej.
  Coś w Mavelle kazało przywarować u boku Moody’ego, a jednocześnie – fuknąć na cholerną Lestrange i niego samego, że nie mają prawa naskakiwać na Dani. A już na pewno nie dziś. Tak, była rozdarta jak jasna cholera. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, iż było to naruszenie prywatności, co też ukłuło, bo niekoniecznie chciała się zdradzać z całą gamą uczuć, jaką teraz w sobie nosiła, a jak podejrzewała – Dani miała teraz wszystko na widoku. Ale nie była zła.
  Nie potrafiła być zła w tej chwili,  mając świadomość, że zaraz Longbottomówna usłyszy wieści, których przecież z pewnością miała nadzieję nie usłyszeć. Zabrakło jej też jakichkolwiek słów – werbalne i wyraźne opowiedzenie się po którejś ze stron nagle zdawało się być czymś wręcz nadludzkim. Ba, odruchowo już postąpiła ten krok, drugi, w stronę Alastora, już wyciągała rękę, by ponownie ułożyć ją na ramieniu mężczyzny w geście wsparcia, ale przecież…
  … była zimna. Była inna.
  Przypomnienie sobie o tym spowodowało, iż dłoń opadła. Na domiar złego, swoje trzy knuty dorzuciła Eden, która z pewnością była całkiem ciepła, nie powodowała, iż komu innemu robiło się zimno, i miała czelność się wpieprzyć przed nią. Między nich. Zabolało, co przyjęła z zaskoczeniem, bo nie czułaby tego nawet wtedy, gdy byli razem. Ale teraz…? Teraz się spłoszyła – obrazów we własnym umyśle, które pojawiły się nieproszone, nie wiadomo skąd i podpowiadały rzeczy, o których naprawdę normalnie by nie pomyślała.
  Spłoszyła się, to raz. Dwa, w przebłysku rozsądku zrozumiała, że uczucia przychodziły i odchodziły. Partnera przecież można było zmienić, tym łatwiej, jeśli obrączka nie błyszczała na palcu – a oni nawet nie mogli już się wzajemnie partnerami nazywać. Ale rodzina…? Rodzina zostawała tak naprawdę na zawsze. Musiała coś wybrać. I wybrała, mimo że nie mogła pozbyć się wrażenia, iż przez to coś w niej właśnie umierało. Śmiercią bolesną i niezwykle krwawą.
  - … to ja może lepiej pójdę po kawę – rzuciła w końcu, dość słabym głosem, wycofując się w stronę drzwi, żeby w końcu odwrócić się na pięcie i wypaść na korytarz.


Odkryj wiadomość pozafabularną
Postać wychodzi, ale prawdopodobnie powróci.



RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Bertie Bott - 13.07.2023

Bertie odwrócił się do nich plecami, całość swojej uwagi poświęcając stojącej przy łóżku Idy szafeczce. Otworzył szuflady, znajdując w nich absolutnie nic przydatnego, a potem złapał za drzwiczki, z jakąś dziwną nadzieją oczekując, że może znajdzie tam coś, co nadało by się na wazon, żeby bukiet tak szybko nie usechł. Niestety, wnętrze było tak samo rozczarowujące jak żałosne skrzypnięcie zawiasów przy otwieraniu, a Bott westchnął tylko smutno, uświadamiając sobie, że zaraz pewnie będzie musiał ruszyć w drogę po pomoc jakiejś miłej pielęgniarki.

W pewien sposób spodziewał się chyba, że wachlarz charakterów, pośród którego się znalazł, mógł niekoniecznie zadziałać. Wszyscy byli tu, żeby okazać wsparcie Alastorowi, to było oczywiste i nader szlachetne, nie ważne jakie konkretne nici go z nim wiązały. A jednak mimo tego napięcia wiszącego w pokoju i tak nie spodziewał się relacji Moody'ego. Zesztywniał na moment, słysząc jak tamten podnosi głos w stronę Danielle, po chwili domykając drzwiczki do nieszczęsnej szafki i pozwalając, by nieznośne skrzypnięcie pojawiło się zaraz po tak dosadnych słowach.
Bertie przygryzł policzek od środka, zdając sobie sprawę, jak kiepskie było to wyczucie czasu. Nie bardzo wiedział czy powinien kazać Langbottom wyjść, czy może w ogólny sposób spróbować załagodzić sytuację. Na szczęście jednak, lub nieszczęście, odezwała się Eden, mówiąc dokładnie co miała na myśli.
- Wszyscy jesteśmy zmęczeni... - powiedział zadziwiająco miękkim tonem, prostując się i wyciągając do nich ręce w uspokajającym geście, który szybko zmienił się w zwyczajne wskazywanie na drzwi. - Ale to nie miejsce na kłótnie i takie rzeczy - tu spojrzał na Dani, z jakimś dziwnym bólem i rozczarowaniem. - Jeśli chcecie się kłócić, wymyślać sobie i grozić, tam są drzwi. Chora potrzebuje spokoju. - oznajmił tonem pewnym i nieznoszącym sprzeciwu. Nawet jeśli Ida była nieprzytomna, nie znaczyło że mieli sobie tutaj urywać głowy.

Dopiero kiedy i Longbottom i Bones opuściły pokój, odetchnął lekko, wyraźnie poddenerwowany. Potarł czoło, jakby tym samym chciał odpędzić nieprzyjemne myśli i sam zbliżył się do Alastora, na moment kładąc mu rękę na ramieniu, może żeby zwrócić uwagę, a może i też po to, żeby nieco wesprzeć.
- Pójdę po wazon. - oznajmił tylko, na moment jeszcze, gdzieś w progu, spoglądając na Lestrange. Nie było jednak w tym spojrzeniu żadnej nagany czy innych, raczej nieprzyjemnych emocji. Bardziej może wdzięczność.


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Alastor Moody - 14.07.2023

Kochał wszystkich ludzi, którzy przewinęli się przez tę salę, to nie uległo jego wątpliwości nawet na moment, dlaczego więc czuł w środku, że chciał powiedzieć Danielle jeszcze gorsze rzeczy, niż te wyduszone w przypływie gniewu? Chciał głośno skomentować to, co próbowała mu jeszcze odpowiedzieć, zanim wyszła z sali - bo domyślał się tych słów: że nie chciała, że to był tylko głupi błąd, albo coś czego nie kontrolowała, ale on by jej w tym momencie po prostu nie uwierzył. Czy chciał, żeby Eden ją stąd wygoniła? Nie. Był zmieszany. Bo jednocześnie miał jej dosyć, z drugiej strony nie był głupi, wiedział dobrze, że jej również na Idzie zależało, a w świetle tego jak przed chwilą walczyła o jej życie, miała takie samo prawo do zostania tutaj jak on... może nawet i większe.

Ale nie powiedział nic. Nie wstał. Nie skinął nawet głową do Bones, chociaż kiedy tylko znajdowała się w tym samym pomieszczeniu co on, wszystko powoli traciło na znaczeniu - chciałby po prostu wrócić do tej chwili, kiedy zeskoczył na dół z majowego pala i zobaczył ją skąpaną w blasku ognisk Beltane. Pewnie oszalał już kompletnie, dużo ludzi mu to mówiło od dawna, wytykając mu dziwaczne reakcje i obsesyjne podejście do bezpieczeństwa, ale to... To już była przesada, żeby być tak rozdartym pomiędzy dwiema kobietami, skoro do tej pory nieszczególnie chciał stać się stałą częścią czyjegoś życia, a koncepcję zostania przy kimś na dłużej zwykł przy przyjaciołach określać słowem „uwiązanie”. I co, teraz się chciał uwiązać do dwóch? Jakim skończonym chujem trzeba było być, żeby w ogóle mieć jakiś dylemat? To wszystko brzmiało tak obco, jakby to wcale nie był on, ale przecież czuł jak wali mu serce. Mogła być zimna jak trup, tak czy siak chciał, żeby trzymała na nim rękę, tak samo jak lgnął do dotyku Malfoy.

Oszalał więc. No i trudno.

No i trudno, bo się i tak przy nich obu czuł jak ćma lecąca do świecy.

Kiedy odkleił dłonie od twarzy, w pomieszczeniu znajdowali się już tylko w trójkę. On, Eden i walcząca o życie pod maską spokoju Ida. Jego wzrok wpierw odwrócił się w stronę siostry i wtedy poczuł, że miał mokrą twarz. Po jego policzkach spływały gorzkie łzy, których nie potrafił powstrzymać nawet mimo prób zaciśnięcia oczu. Nie wiedział jak zareagować, bo nie pamiętał już kiedy ostatnio płakał. Pewnie wtedy, kiedy był dzieckiem, bo wszystkie dzieci płakały, ale jemu życie kazało dojrzeć wyjątkowo wcześnie, a społeczeństwo nie tolerowało łez od takich jak on i Alastor w tę pułapkę wpadł już dawno - to dlatego szybko wytarł twarz rękawem siwej bluzki, chcąc jakkolwiek zamaskować słabość przed Eden. Na to było już za późno. Zanim się zorientował, że płacze, minęło kilka długich sekund.

- Cholera - warknął, uderzając dłonią w blat stolika, ale szybko zreflektował, że od tak gwałtownego ruchu, kucająca przy nim dziewczyna mogła upaść. Szybko złapał ją i przyciągnął do siebie. Nawet kiedy spojrzał na nią wreszcie, miał zaczerwienione poliki i oczy. Musiał pogodzić się z porażką. - Przepraszam, nie chciałem, żebyś mnie takim widziała... - przyznał z wyraźnym bólem, ale nie drążył tematu. Wolałby chyba, żeby go musiała wyciągać na siłę z jakiejś bójki, niż żeby go nakryła na płakaniu z powodu choroby siostry i na nic by było mówienie mu, że to strasznie głupie - dla niego to była normalność. Tak działał ten świat. - Przeżyłem to Beltane, ale tam umarło tyłu niewinnych ludzi, że nie wiem jak mam wrócić jutro do biura. - Mówił to jakby do ściany, może do tego łóżka, na którym leżała Ida, ale na pewno nie do Eden, chociaż wciąż trzymał ją mocno za rękę, żeby nie straciła równowagi. A może tak sobie tylko mówił, że jej pomagał w tym żeby nie upaść, bo po prostu chciał mieć ją blisko? Pewnie tak. Po prostu tak. Bo zawsze był na ten dotyk trochę chciwy, nawet kiedy nie wypadało. Tylko jak miał wyobrazić sobie granicę tego, czego ona od niego chciała?


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Eden Lestrange - 14.07.2023

Przegoniwszy wszystkie osoby trzecie z sali była zadowolona z siebie jedynie przez moment; wraz z ciszą, która nastąpiła po trzasku drzwi zamykających się za Bottem, przyszło poczucie, że zachowała się jak pies ogrodnika. Sama nie zje, a drugiemu nie da.
Wiedziała, że wsparciem była żadnym. Moody miał z niej tyle pożytku w tym zakresie, co ze ściany nieopodal - też się mógł o nią oprzeć, równie dużą ilość ciepła mógł od niej uzyskać. Emocjonalnie miały również wiele wspólnego, a ponadto od obydwu wszystko się odbijało - nie tylko krytyka, ale również dobre rady i jeszcze lepsze chęci. Różnica była taka, że ściana nie mogła rzucić mu sarkastycznego komentarza, co przegoni z pokoju jego przebodźcowaną przyjaciółkę, bez której ingerencji nie spotkaliby się dziś w sali szpitalnej, a raczej na cmentarzu. A więc, bądź co bądź, w ostatecznym rozrachunku ściana wygrywała.
Eden nici powiązań nie widziała, toteż nie miała pojęcia, że serce Alastora jest rozdarte pomiędzy jedną a drugą. Vice versa; on też nie był świadomy, że Lestrange mimo wszystko tkwi w swoim małżeństwie nie tylko z przymusu, ale i z bliżej nieokreślonego uczucia. Nie była pewna, czy to nienawiść, czy miłość, ale wiedziała, że było to podszyte swoistą nostalgią, która dawała wrażenie domu. Nie chciała z niego rezygnować, ale jednocześnie każdy powrót doń łączył się z bólem w głębi klatki piersiowej, który wyciskał dech z piersi. Alek czegoś takiego nie powodował.
Toteż ich dwójkę łączyło właśnie to niezręczne uczucie, że robią coś głupiego, coś tak niedorzecznego, że wstyd w lustro spojrzeć, a jednak brnęli w to dalej. Spontaniczne osoby pewnie machnęłyby już na to ręką, stwierdziły, że los zadecyduje, co ma być, to będzie. Ale nie oni. Oni potrzebowali kontroli, chorobliwej ilości kontroli. Szaleństwo rodziło się z tego, że czuli, jak ją tracili i nie wiedzieli, jak to zatrzymać.
Wzdrygnęła się nieco, gdy uderzył w stolik. Zdawała sobie sprawę, że był skory do wybuchów w gniewie, ale i tak zawsze ją tym zaskakiwał. Prawie zatoczyła się do tyłu, ale złapał ją w porę, zawsze czujny. Nawet kiedy jego własny świat walił się na jego oczach.
- Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. Jeśli nie zwalniasz ani na moment, twój organizm prędzej czy później zrobi to za ciebie - zaczęła spokojnie, patrząc na niego nieco chmurnym spojrzeniem. - Acz przymusowo i prawdopodobnie w najmniej dogodnym dla ciebie momencie. - Z jednej strony nie chciała wcierać soli w rany, ale Eden nie nadawała się na pocieszycielkę. Pragnęła zwrócić jego uwagę na to, że nie miał najmniejszego wpływu na swój wybuch i jego reakcja była w pełni oczekiwana. Lestrange miała absolutnie w nosie, czy płakał, czy nie - jej opinia o Moodym pozostawała taka sama. Był niedorzecznie dobrym człowiekiem, który szuka ukojenia w złych miejscach. Poza tym mówiła z autopsji. Jeszcze nie tak dawno również wybuchła płaczem przed Williamem i nie pamiętała, kiedy ostatnio było jej tak niebosko wstyd jak wtedy. Doskonale rozumiała, co teraz czuł.
- Nie zbawisz całego świata, choć wiem, że będziesz próbował. - Wolną rękę lekko wsparła na jego mokrym policzku, by zwrócić  twarz Alastora ku sobie. Chciała spojrzeć mu w oczy, upewnić się, że dotarze do niego przekaz. - Jak padniesz z wycieńczenia, czy fizycznego, czy psychicznego, nie uratujesz nikogo więcej. Nie będzie cię dla Idy, kiedy już się obudzi. Tylko złego diabli nie biorą, ta maksyma ciebie nie dotyczy - wyjaśniła, patrząc świdrującym wzrokiem prosto w jego oczy. Nie miała zamiaru odpuścić mu tak łatwo, choć zdawała sobie sprawę, że powstrzymywanie Alastora od pracy zakrawa na walkę z wiatrakami i to jeszcze po omacku. - Do żadnego biura jutro nie wracasz - zarządziła niczym najgorsza matka, po czym wsparła się na jego kolanach rękoma, by stanąć na równych nogach. Nie planowała jednak wisieć nad nim niczym sęp; przyciągnęła go do siebie, otaczając go jednym ramieniem. Ludzie potrzebujący wsparcia się obejmują, czyż nie?


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Alastor Moody - 17.07.2023

Im mniej osób im towarzyszyło, tym łatwiej przychodziły mu próby uspokojenia się. Wciąż był rozgrzany jak piec, tak gorący, jakby miał zaraz zejść od jakiejś choroby, ale trochę go już rzeczywistość ostudziła. Głośny oddech stawał się coraz mniej słyszalny - zaraz pewnie będzie tak cichy jak ten Idy, która wciąż, nawet mimo tego jak silnie potrzebował jej obecności, spała. Czy miała się kiedykolwiek obudzić? Danielle powiedziała dosyć dobitnie, że uczynili wszystko, co w ich mocy, ale to z jakiegoś powodu wydawało się jakieś takie niewystarczające. Tak samo jak jego działania podczas sabatu.

Ileż to ludzi musiało przebywać w tym szpitalu z podobną niepewnością... A on sobie lata temu poprzysiągł, że do takiej sytuacji nigdy nie dopuści, póki nosi na piersi odznakę Biura. Ta szorstkość, którą nabył z wiekiem, te wszystkie marzenia, które zaprzepaścił dla kariery Aurora, relacje zniszczone bezpowrotnie - obrócił swoje żyje w ruinę, a teraz ktoś mu próbował zburzyć ostatni budynek - ostoję tego, kim był. Jak na coś takiego w ogóle zareagować? Ale to była o wiele większa tragedia, niż początkowo zakładał. To była tragedia człowieka rozumiejącego pojęcie śmierci jak nikt inny - wszyscy umierali, niektórzy umierali o wiele wcześniej, niż powinni, ale... z jakiegoś powodu jego umysł nie chciał dopuścić do scenariusza, w którym to nie on umiera pierwszy. Słowa Eden niby do niego docierały, niby od zawsze wiedział, że ta praca będzie jego końcem, taki ten zawód nosił ryzyko zawodowe, po prostu... Kiedy myślał o odejściu innych, zawsze postrzegał to jako coś, co ciężko temu uniwersum wybaczyć, ale kiedy myślał o sobie - jakaż to była oczywistość, że kiedyś zniknie. Tylko w tym wyobrażeniu niekoniecznie ktokolwiek za nim tęsknił, a teraz? Aż rosła mu gula w gardle kiedy do niego dotarło, ilu ta wojna przyniosła mu przyjaciół. Skąd miał nagle tyle osób zdolnych do rzucenia wszystkiego i przyjścia tu dla niego, tak po prostu? Chyba ich sobie oswoił szybciej, niż sam siebie oswoił z ideą, że miał wokół siebie kogokolwiek poza Idą i Bottem. Nie oczekiwał nigdy od wszechświata niczego w zamian za swoje działania, a jeżeli już, to maksymalnie zardzewiałej tabliczki z imieniem, powieszonej na jakimś drzewie w Kniei, czasami wspomnienia, że był tu kiedyś ktoś, kto im pomagał, żeby im zdjąć z pleców ciężar szarej i smutnej codzienności. Tacy ludzie jak on byli potrzebni do tego, żeby być im wdzięcznym, a później o nich po cichu zapominać, dlaczego więc...?

Dlaczego tyle osób tak mocno od siebie uzależnił? Dlaczego tutaj byli i dlaczego bycie kochanym było jednocześnie tak przyjemne i tak przerażające?

- A co innego mam robić? Przecież ich nie zostawię z tym wszystkim samych, a... - siedzenie w domu w samotności i rwanie sobie włosów z głowy brzmiało gorzej niż spojrzenie w oczy rodzinom ofiar - sytuacja nie brzmi, jakbym mógł pozwolić sobie na to, żeby stracić dzień lub dwa.

Sam nie wiedział, co go skłoniło do dobrania słów w ten sposób.

Bones dała mu kiedyś dużą nauczkę za takie myślenie - za to, że nigdy nie było go w domu, zawsze musiał być gdzieś daleko i robić cokolwiek, zawsze musiał coś robić i prawie nigdy jej w tym nie uwzględniał. Powinien z tego pewnie wyciągnąć lekcję na całe życie, był tego nawet świadomy, ale wciąż funkcjonował po swojemu. Kiedy tu był potrafił jak nikt inny pokazać jak bardzo jej chciał - złapał ją za biodra i przesunął się na krześle, tak żeby znalazła się pomiędzy jego nogami, przycisnął ich ciała do siebie, zatapiając twarz w jej ubraniu, objął ją rękoma i tak bezsilnie westchnął. A kiedy go nie będzie? Czym on się różnił od Williama? Spojrzał w górę, opierając brodę o jej klatkę piersiową.

- Co byś zrobiła, gdybyś nadal pracowała w biurze?


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Eden Lestrange - 22.07.2023

Dotychczas nie mogła w wyobraźni zwizualizować scenariusza, w którym poświęca swoje życie dla kogoś, choć niejednokrotnie próbowała, by sprawdzić, czy ostały się w niej jakiekolwiek resztki empatii. Mówiła zawsze, że zrobiłaby wszystko dla rodziny, ale przy tym zakresie znajdowała się mała gwiazdka, wyjątek, który nie był obejmowany przez obiecywaną polisę. Uchyliłaby dla niej nieba, a gdyby to nie było możliwe, rozwarłaby wrota piekieł zamiast tego, gwoli zasady “jak nie drzwiami, to oknem”. Sprawiłaby, żeby świat stanął na głowie, zatrząsł się w posadach, a może nawet i runął, bo straty w ludziach nie miały znaczenia, gdy w grę wchodziło życie jej bliskich. Niemniej nie widziała się w roli męczennika.
Może była zbyt egocentryczna, by dopuścić do siebie koncept samej siebie w roli altruistycznej ofiary. A może po prostu do tej pory nie spotkała nikogo takiego, kto w oczach Eden byłby warty postawienia swojego życia na szali.
Spoglądając na Alastora wiedziała, że on nie zmaga się z takimi rozterkami. Rzuciłby się w ogień dla zupełnie obcych osób, więc nawet nie próbowała wyobrażać sobie, co poświęciłby dla bliskich. Po jego heroicznej śmierci okrzyknęliby go co najmniej świętym, tego była pewna, a to tylko potęgowało uczucie, że tak bardzo nie pasowała do jego świata. Może to kwestia zwykłego efektu aureoli, ale wydawała się przy nim tak moralnie brudna, że nawet nie wiedziała, czy powinna mu teraz służyć radą. To jakby anioł pytał demona, co powinien ze sobą w życiu poczynić.
- Wybacz, że uderzę z grubej rury - zaczęła, od razu żałując tego, co miała powiedzieć dalej, ale po cichej analizie zysków i strat we własnej głowie doszła do wniosku, że do Alastora albo dotrze terapia szokowa, albo nic. - Ale istnieje również szansa, że za ten jeden czy dwa dni twojej siostry może już z nami nie być. Wolisz przeczesywać knieje w poszukiwaniu martwych ciał, zamiast spędzić z siostrą, możliwe, że ostatnie jej dni? - Zapytała, wpatrując się w niego zmartwionym spojrzeniem.
Patrzyła na niego tak bez przerwy, aż do momentu, gdy przyciągnął ją do siebie i wtulił się, wciskając twarz w nią samą. Eden westchnęła tuż po nim, choć z zupełnie innym wydźwiękiem; brzmiała, jakby serdecznie mu współczuła, co nie było częste w przypadku Lestrange.
- Co ja bym zrobiła? Prawdopodobnie wzięłabym twoje dyżury, żebyś mógł o siebie zadbać. Ty byś miał to kompletnie w dupie, przyszedłbyś do roboty i tak, więc łaziłabym za tobą jak groteskowa wersja anioła stróża, próbując odwieść cię od uskuteczniania heroicznych, acz suicydalnych czynów. Narzekałabym ci intensywnie nad uchem, że przez ciebie pracuję po godzinach, i że jak to się wszystko skończy, to będziesz musiał mi to zrekompensować. To też byś miał pozornie w dupie, a koniec końców przyniósłbyś mi pączka lub inne ciastko, na które rzekomo „po prostu nie miałeś ochoty”. - Przedstawiła mu niezwykle szczegółową wizję, która teraz wydawała się dziwacznie nostalgiczna, ale zarazem najbardziej prawdopodobna. Pogłaskała go czule po głowie, a drugą rękę położyła pomiędzy jego łopatkami, spoglądając na niego z drobnym uśmiechem. Z jednej strony wiedziała, że to nie jest sytuacja, w której powinno jej być do śmiechu, ale z drugiej… Tak po prostu na nią działał.


RE: 1972, Wiosna, 3 maja - Wnętrze kliniki - Alastor Moody - 02.08.2023

Nie odpowiedział na to pytanie. Niby wiedział, że przy niej mógł, bo się już przy niej przyznał do tylu wstydliwych rzeczy, że kolejna nie zrobiłaby różnicy, ale tkwiło w nim jakieś poczucie winy. Tak, wolał przeczesywać Knieję Godryka w poszukiwaniu martwych ciał. Tak, wolał iść tam pracować, zamiast siedzieć z siostrą. Nie dlatego, że jej nie kochał - kochał ją bardzo, ale to wszystko go dusiło. Kiedy przebywał gdzieś poza tym wszystkim, kiedy znowu nie był częścią społeczeństwa, bo się od niego odizolowywał, czuł się wolny. Wolny od tłamszących go uczuć, wolny od emocji, które potrafił przyrównać do dłoni zaciskającej palce na jego szyi. Był znany z odwagi, wręcz z brawury. Potrafił mówić rzeczy, których inni wstydziliby się mocno. Potrafił próbować ją uwieść, chociaż posiadała męża, a on miał jeszcze wiele nierozwiązanych spraw. To tworzyło obraz kogoś silnego, kogoś, kto się nie będzie bał zetknięcia z własnym umysłem, ale tak nie było - nie był taki, Moody się swojego umysłu bał. Moody to wszystko w sobie gasił. William Lestrange nie istniał, kiedy nikt o nim nie mówił. Bones leżąca martwa przy ogniskach nie istniała, kiedy biegł zgasić ostatni z katalizatorów. Ta Ida na skraju fizycznego wyczerpania również nie musiała istnieć, gdyby był gdzieś tam z ojcem i pomagał mu w kolejnym zadaniu.

Nie marnował się tam przecież. Nie musiał mieć sobie tego za złe. On będzie tam, daleko, na pierwszej linii. Oni będą bezpieczni. On nie będzie musiał obserwować tego, jak jego głowa znowu pcha go w objęcia szaleństwa. Oni... wbrew pozorom, będą martwić się o niego o wiele mniej, niż kiedy siedział tutaj i tracił nad sobą kontrolę. Nieskończona pętla. Nie chciał tu być, żeby nie cierpieć. Jednocześnie nie mógł jej tak po prostu zostawić, bo przecież wydłubie sobie oczy, myśląc o tym, że absolutnie każdy mógł tutaj wejść. W każdej chwili.

Wydusił z siebie jedno.

- A śmiałaś się wcześniej, że przydzielili mi przedszkolankę.

Później zamilkł.

Zatapiając twarz w jej ubraniu, nie mógł nie zadać sobie pytania: czy gdyby się jednak wtedy odważył wyjawić swoje uczucia, zamiast trzymać to w sobie, to by się to wszystko inaczej ułożyło? Inaczej, czyli jak? Zaprosiłaby go na wesele? Parsknął do tej myśli. Przerwał tym samym naprawdę długą ciszę ze swojej strony. Sam już nie wiedział, ile tak tkwił, korzystając z jej bliskości, ogrzewając jej brzuch swoim oddechem, ale pewnie drętwiały jej już nogi. Gdyby nie okoliczności, to by ją pewnie przyciągnął do siebie bliżej, żeby posadzić na swoich kolanach. Nie zrobił tego oczywiście. Wręcz przeciwnie - wstał. Powoli, tak żeby mogła się wycofać na krok lub dwa. Jego lewa ręka, wciąż dotykająca ciała blondynki, rozluźniła to objęcie. Prawa została zabrana - podrapał się po skroni, przy okazji zaczesując za ucho niesforny kosmyk włosów.

- Postaram się odpocząć, zanim tam pójdę - powiedział spokojnie, jakby był to jakiś kompromis, a nie kolejny przykład tego, jak bardzo uparty się stał. - A teraz przeszedłbym się po kawę, ale - spojrzał na Idę - nie chcę zostawiać jej samej. Poczekasz tutaj? - Wizja obcej osoby wchodzącej do tego pokoju nie opuszczała go na krok, nawet mimo tego, że Danielle próbowała go uspokoić. To tak nie działało. Miał na punkcie młodszej siostry obsesję, z której nie potrafił się wyleczyć. Kiedy sam wykonał krok w stronę drzwi, spojrzał na nią jeszcze - z wyrazem twarzy przybierającym błagalny ton, jakby mówił: proszę, ale na głos tego proszę nie powiedział. - Ah i Eden - odwrócił się w niej stronę jeszcze, żeby się nad nią pochylić i pocałować ją raz jeszcze - dziękuję. - Tym razem inaczej, o wiele inaczej, niż wtedy, kiedy się spotkali w The Loft i pijani odważyli się na więcej. A za co dziękował? Za to, że tu była. I miał nadzieję, że nadal tu będzie, kiedy wróci. I za to, że próbowała przemówić mu do rozsądku, chociaż wszyscy inni poddali się na sześćdziesiątym razem. To było bezsensowne, ale urocze.

Jeżeli nie miała nic przeciwko, wyszedł na korytarz.