![]() |
|
[ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego (/showthread.php?tid=1585) Strony:
1
2
|
RE: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Avelina Paxton - 17.07.2023 Serce waliło jej tak szybko jak przy ich pierwszym spotkaniu, ale już się nie rumieniła, już nie była zawstydzona. Doskonale wiedziała na co go stać i po prostu mu na to pozwalała. Przywykła do jego obecności. Czasami jeszcze wprowadził ją w zakłopotanie, ale nie dziś. Dzisiaj sprawił, że miała inny obraz jego osoby. Pełny! Pełny obraz Rookwooda, od stóp do głowy – cały, w swojej potędze, słabości i osobie. Był tak majestatycznie piękny anwet, gdy miał oczy zalane łzami, nawet wtedy, gdy nieporadnie je wycierał, gdy suszył dłonie o koszulę i gdy złapał jej policzki. Przytulił jeden z nich do jednej z dłoni i cicho się uśmiechnęła, wciągnęła [powietrze powstrzymując te cholerne łzy w oczach. Czemu mi to robisz? – zapytała siebie w myślach. Nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie. Chciała je sobie zadawać do usranej śmierci. Zastanawiać się nad tym, czy gdyby miała więcej odwagi to, czy by przeżyła swój pierwszy pocałunek właśnie z nim? Chciała go pocałować, chciała, aby nigdy już nie wypuszczał ją z ramiona, ale nie zrobiła nic w tym kierunku. Patrzyła mu w oczy zagryzając usta, aby się nie rozpłakać. Czuła jak gula zbiera jej się w gardle i powoduje ten głupi ból z bezsilności. Oh, Rookwood – ty cholerna szujo jak mogłeś jej to zrobić? Jak mogłeś zniszczyć jej wspomnienie ciebie tymi cholernymi łzami? Złapała jego nadgarstki jakby nie chciała, aby puszczał jej twarz. Zaciskała na nich mocno swoje dłonie jakby sprawdzała, czy na pewno tu był. Świat jakby zwolnił, otoczenie nie istaniało. – One kończą się szczęśliwie i… – pocałunkiem. Nie powiedziała tego głośno, bo nie chciała, by ją całował. Chciała zatrzymać chociaż ten ból i niedopowiedzenie z dala od niego, z dala od rzeczywistości. Pociągnęła nosem z cichym westchnięciem. W końcu odważyła się to przerwać z bólem na twarzy, ale maskującym uśmiechem cofnęła się o krok wyswobadzając swoją twarz z jego dłoni. Po policzkach popłynęły jej łzy, więc znowu wciągnęła głośno powietrze. – Pieprzony, Rookwood – szepnęła patrząc na niego, nie odrywając od niego wzroku. – Czemu to tak utrudniłeś? Chciała go błagać o jakikolwiek cios, o złośliwe słowo, o wyzwisko, a nawet cios fizyczny. Chciała, aby sprawił, by na nowo go znienawidziła, ale nie potrafiła nic z siebie wydusić. Był zbyt piękny, zbyt rozbity, aby mogła go prosić o coś tak cholernie bolesnego. Wiedziała, że był zdolny do tego. Wiedziała, że jeśli poprosi go o rozbicie tego pieprzonego lustra złudnego uczucia to on to bez wahania zrobi. Był osobą, która w jej oczach mogła robić za destruktora. Świetnie sobie radził niszcząc siebie, więc czemu nie mógł zniszczyć też tego? RE: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Augustus Rookwood - 17.07.2023 Przyznałbym jej całkowitą rację, gdybym tylko znał jej myśli. Zabijałem siebie od wewnątrz, gruchotałem naszą relację od samego początku i niszczyłem pożegnanie, które mogło być przecież wymianą kilku kąśliwych uwag. Zamiast tego staliśmy tu i się rozklejaliśmy, nieświadomie odsłaniając przed sobą wzajemnie nasze serca. Może serio powinienem swoje złapać w ręce i zapakować je dla Aveliny w karton. Tak na wynos. Pamiętajmy, że byłoby mi lżej. Wpatrywałem się w jej oczy i widziałem... Miałem przynajmniej takie wrażenie, że widziałem w niej to wszystko, co też sam czułem. Poniekąd. Znalazłoby się tam jeszcze więcej, mniej i bardziej pięknych myśli. Byłem tego pewien. Jak mogłem doprowadzić do tak beznadziejnej sytuacji, robiąc jej to, co robiłem... Powinniśmy być sobie obojętnie. Przecież taki był plan! Ale nie mogłem być względem niej obojętny, szczególnie kiedy widziałem te zaszklone oczy, kiedy dostrzegałem jej ból. Poczułem sam pustkę, kiedy osunęła się ode mnie. Nie chciałem tego. To nie było na miejscu. Bardziej naturalnie czułem się, kiedy była blisko mnie, co było swoją drogą niesamowicie abstrakcyjne. Nie powinienem się czuć przy niej tak na miejscu. Pieprzona PAXTON... Zamiast jednak ją wyzywać, wolałem ją pocieszyć. Pragnąłem odwdzięczyć się za to, co ona chwilę temu zrobiła dla mnie. Mleko się rozlało... Nie mogliśmy na to nic poradzić. - Nasz plan się rozsypał - zauważyłem, otwierając swoje ramiona na nią. Może też byłem w tej chwili poniekąd egoistą, bo chciałem chłonąć więcej jej bliskości i ciepła. Poryta sprawa. Postąpiłem tych kilka kroków w jej kierunku i znowu byliśmy blisko. Zamknąłem ją w swoich ramionach. Teraz już nie miała opcji by się wyrwać, chyba że zadałaby mi ból. Była do tego zdolna. Zapłakana czy nie, ale miałem przeogromną nadzieję, że schowa na chwilę swoje pazurki. - Nie wiem, jak możemy z tego wybrnąć, ale... nie chcę byś płakała - szepnąłem do niej, głaszcząc ją po plecach. Nie miałem pojęcia, czy to dopuszczalne w przytulasach, ale wydawało mi się czymś na miejscu. Może gdzieś to wyczytałem? Najpewniej. - Może złożymy sobie obietnicę? Coś, czego nigdy przenigdy nie złamiemy? - zaproponowałem, choć nie miałem zielonego pojęcia, jak mogłaby brzmieć taka obietnica ani co zawierać. RE: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Avelina Paxton - 17.07.2023 Strach mieszał się z bólem, nie chciała, aby się przed nią otwierał. Pragnęła, aby po prostu ją zostawił, żeby zniszczył ją w ten swój sposób, żeby był pieprzonym Rookwoodem, który przy pierwszym spotkaniu spowodował, że czuła ogromną obawę przed obcowaniem z nim. Teraz stała przed nim i pokręciła delikatnie głową, gdy rozpostarł ramiona. Wiedziała, że jeśli ja przytuli rozpłacze się, tak cholernie rozpłacze się. Czy chciał, aby też ukazała mu swoje słabości? Przecież tyle lat znajomości, a ona nie otwierała się przed nim za bardzo. Próbowała chronić ich znajomość, ich uczucia, próbowała stawiać te jebane ściany, aby ich nie przebiło nic. Teraz wszystko runęło. Budowała domek z piasku zapominając, że byle podmuch mógł go zniszczyć. Zbliżył się, a ona utonęła ponownie w jego ramionach. – Nie… – szepnęła, a z jej ust wydostał się szloch. – Pieprzony debilu – wydusiła między jednym wciągnięciem powietrza a drugim. Zaczęła łzami moczyć mu koszulę stojąc tak i nie mogąc się ruszyć. Jego ramiona cholernie silne, jak żelazne kajdany pętały jej serce, duszę i skuwały łańcuchami. Na zawsze już będą należeć do tego Rookwooda, a to sprawiało, że miała ochotę się rozpaść na kawałki. Dlaczego ludzie nie mogli przestać istnieć jeśli jakiś kawałek puzzli się zgubił, dlaczego uparcie egzystowali w rzeczywistości nie będąc pełnym obrazem siebie? Ona i on byli jak układanka, do której zgubiono puzzle, a może perfidnie ktoś je schował? Społeczność? Schowali je, aby nigdy nie mogli być w pełni sobą. – To nie rób mi tego – szepnęła zaciskając dłonie na jego ubraniu – nie otwieraj się do jasnej cholery, Rookwood… – wydusiła z siebie zagryzając zęby na swojej pięści, aby nie wydusić z siebie większego szlochu. – Kurwa… – zaklęła i znowu zapłakała tracąc siły, czując bezsilność do jego osoby. – Przysięgnij, że dzisiejszy dzień będziemy traktować jak sen, że pójdziesz swoją drogą, że nie zatrzymasz się i będziesz robił to, co chcesz, to co powinieneś i zapomnisz o mnie – szepnęła – jesteś moim przyjacielem, ale… ale nie możemy rozumiesz? Jesteś z innego świata jeśli otworzę dla ciebie serce to je zniszczysz, to twoja… twoja rodzina je zniszczy, a wiem, że tego nie przetrwasz. Ja sobie poradzę, ale... – mówiąc to cały czas szlochała, przerywała i jąkała się. Nie dawała rady wypowiadać pełnych zdań bez przerywania ich. RE: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Augustus Rookwood - 17.07.2023 Wiedziałem, co w tej chwili czuła. Sam parę minut temu rozpadałem się na miliony skrawków. Nie potrafiłem zebrać myśli. Ba, dalej to czułem. Mniej intensywniej, bo byłem w tej chwili bardziej skupiony na Avelinie aniżeli na sobie, ale... Wciąż miałem to w sobie, ten żal, tą rozpacz. Zachowywałem siłę dla niej, choć ta siła również była ulotna. Obawiałem się, że jak tylko stracę Avelinę Paxton z oczu, to rozpadnę się totalnie. Nie chciałem tego czuć. Nie chciałem do tego dotrwać. Nie chciałem słuchać jej słów. Spodziewałem się czegoś innego, ale... czego mogłem oczekiwać? Nic, czego mogłem pragnąć, nie mogło wymknąć się spomiędzy tych warg. Była rozbita. Łamała się. Też miałem ponownie łzy w oczach. Nie chciałem patrzeć, jak płacze. Serce mi pęknie. Nie mogłem... - Avelino... Czy aby na pewno tego chcesz? Dokładnie to mam ci przyrzec? - pytałem powoli, niepewnie, starając się to jak najdłużej rozciągnąć w czasie, byleby nie usłyszeć odpowiedzi na jej pytanie. Kończył się rok szkolny. Za chwilę mieliśmy udać się do powozów, które odwiozą nas na pociąg. I tyle. Koniec przygody w Hogwarcie. Wstrzymałem oddech w oczekiwaniu. Nie chciałem o niej zapominać. Nie chcialem zniszczyć jej serca. Czy nie było innej drogi? Przełknąłem głośno ślinę i zamknąłem oczy, pragnąc zapamiętać tę chwilę, to uczucie, ten zapach. Zaraz to zniknie. Minie. Niczego już nie będzie. Tak jak mówiła Avelina, zapomnę ją. Tak trzeba było. Nie musiałem czekać na odpowiedź. Nie potrzebowaliśmy jej. Wszystko zostało już zasądzone z góry - wiedzieliśmy to, kiedy tylko stanęliśmy na swojej drodze. Dlatego byliśmy skurwysynami dla siebie. Nienawidziliśmy się, czyż nie? Puściłem ją, nie patrząc już na nią. Powoli zabrałem swoje dłonie. Robiły się sztywne, kiedy to robiłem. Stawały się puste. Nie rozumiałem tych nowych uczuć. Były bezsensowne, niepotrzebne. Może faktycznie powinienem o tym zapomnieć, ale... To ciepło, ten dotyk, ten zapach. Było spuścizną... bezsensowną, niepotrzebną, czyż nie? Zacisnąłem zęby. Wcześniej Avelina klęła, obrażała mnie. Nie byłem w stanie się odgryźć. Nie czułem się wystarczająco... Nie było to na miejscu. Już nie. Stanąłem ze dwa metry od niej. Niemalże stykałem się plecami ze ścianą. Uniosłem delikatnie podbródek, dumnie, ale nic nie mówiłem. Czekałem, ale sam nie wiedziałem na co. Na to, że pęknie, że jednak się ukorzy i do mnie wróci? Czy na to, że sobie pójdzie i zostawi mnie w diabli samego? Czułem całym sobą, że koniec był bliski. Wszystko zniknie. Cały świat. RE: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Avelina Paxton - 17.07.2023 Zegar tykał, wyznaczał sekundy tej chwili, ulotnej, słabej, zranionej. Bała się tego, co będzie gdy ją puści, bała się, tego co będzie jak pójdą do pociągu. On już tu nigdy nie wróci, a ona jeszcze przez najbliższe trzy lata będzie zamknięta w tym zamku, będzie wracać do miasta na dwa miesiące w roku, ale nie będzie dane jej go spotkać, nie będzie dane powkurzać. Najbardziej bała się tego, że gdy wróci tu po wakacjach nie będzie potrafiła odnaleźć się na korytarzach bez jego obecności, bez jego uśmiechu tak cholernie wkurzającego, wrednego i czarującego. Bała się być tu sama, wiedziała, że patrzenie na korytarze bez niego będzie ją cholernie bolało. Wiedziała, że przesiadywanie w wielkiej sali bez jego spojrzeń będzie cholernie ją krzywdziło. Pytanie, które zadał poszło w eter, bo mu nie odpowiedziała. Jasne, że nie chciała, aby przyrzekał, ale musiał. Musiał obiecać, że to koniec. Gdy ją puścił poczuła chłód, jak coś roztrzaskuje ją na drobne kawałki. Odsunęła się od niego twardo uderzając w ścianę naprzeciwko niego plecami. Oparła o nią tył głowy i spojrzała w sufit powstrzymując łzy. Nie patrzyła na niego. Tak było łatwiej, tak było lżej. Nie chciała widzieć jego oczu, bo bała się, że zrobi coś złego. Otarła wierzchem szaty twarz z łez, aby ją osuszyć. Czuła jak nowe pojawiają się w jej oczach, więc znowu powtórzyła czynność. Cisza. Tylko to im pozostało. Milczenie i nie wypowiadanie tych słów, których żadne z nich nie chciało usłyszeć. W końcu spojrzała na niego, odbiła się od ściany, podeszła do niego szybko, bez ostrzeżenia, niespodziewanie. Ucałowała jego policzek szepnęła ciche żegnaj, a potem odsunęła się od niego jeszcze szybciej i zaczęła biec w głąb korytarza oddalając się od niego, brnąc do wyjścia z lochów, aby wybić się na gwarny korytarz, gdzie każdy zbierał się ze swoimi rzeczami, aby zająć najlepsze miejsca w powozach. To co widziała tutaj było całkowitym przeciwieństwem tego, co przeżyła w tamtym korytarzu. Czy tego dnia ktoś złamał jej serce? RE: [ Czerwiec 1962 ] – zakończenie roku szkolnego - Augustus Rookwood - 18.07.2023 Zapomnę - pocieszałem się złudnie, kłamiąc własnym myślom i emocjom. Przecież Avelina Paxton kompletnie nic nie znaczyła. Była nikim. Dlatego miałem zapomnieć. Była nikim. Była pierwszym lepszym dziewczęciem, które napatoczyło się w szkole, nie dawało spokoju i tylko ciągle dokuczało, jak gdyby nie miało żadnych innych, bardziej produktywnych rzeczy do roboty. Ale to koniec. I to dobrze. Teraz mój spokój będzie niezmącony. Będzie wszystko w jak najlepszym porządku. Doskonale, czyż nie? A mimo to czułem gorycz oraz rozpad. Niechybnie umierałem. Przeklinałem siebie, że pozwoliłem sobie na doprowadzenie się do tego stanu, jednocześnie obiecując sobie, że coś podobnego już nigdy nie nastąpi. Żadna dziewczyna nie namiesza mi w głowie. Będę wolny od mimozowatych rozterek. Teraz będzie tylko praca i samodoskonalenie. Nic więcej. Utonę w swoich pasjach. Zrobię to, kiedy tylko zniknie ten ból. Nie byłem w stanie nic teraz zdziałać. Potrzebowałem to przetrwać, przejść żałobę i zapomnieć. Potrzebowałem czasu. Dokładnie tak to zrobię. Wedle schematów specjalistów. Byłem jak sparaliżowany, kiedy ona zdobyła się na drobne pożegnanie. Zacisnąłem jeszcze mocniej wargi, kiedy jej usta spoczęły na moim policzku. Cichy szept, ledwo słyszalny dotarł do mych uszu, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć. Nie byłem pewien, czy potrafiłem w tej chwili się poruszyć. O zgrozo, ewidentnie smarkata dziewczyna była bardziej dojrzała i poukładana aniżeli ja, ale... nie potrafiłem być w tej chwili wystarczająco silny, wystarczająco odporny, wystarczająco dobry. Uciekła. Zniknęła. Już jej nie było. Cisza zaczęła być uciążliwa, przejmująca. Nie potrafiłem jej znieść, więc wrzasnąłem na cały głos i przypierdoliłem jeszcze ze dwa razy w ścianę. Bolały mnie ręce. Bolało mnie serce. Wszystko mnie bolało. Czułem się chory. Postępowało. Umrę... Jak nic umrę! Najgorsze było jednak to, że musiałem doprowadzić się do porządku by wsiąść do pociągu, udawać zadowolonego i potem dotrzeć do domu, a tam... Być odpowiednim, stabilnym emocjonalnie synem swoich rodziców. Chuj. Postanowiłem poczekać aż odnajdzie mnie Vespera. W końcu to zrobi, więc zsunąłem się na posadzkę i udawałem, że byłem tą wkurwiającą ciszą. Nie byłem namacalny. Nie było mnie tu. Niczego tu nie było. Koniec sesji
|