Secrets of London
[Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków (/showthread.php?tid=1681)

Strony: 1 2


RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Laurent Prewett - 04.08.2023

Człowiek naturalnie przyjmuje rolę, w której się narodził. Brzmi śmiesznie, bo przecież niby każdy rodził się z czystą kartą. Chyba jednak nie. Były niemowlaki ciche i były głośne. Były te dzieci, które od początku były energią, a były te, które siedział z konikiem drewnianym w dłoni i przez parę godzin jeździły nim w miejscu. Nie, to nie było śmieszne, nie było dziwne. Florence była błogosławieństwem czarodziei w Londynie, tak uważał młody Prewett, a na pewno błogosławieństwem dla swoich krewnych. Żeby powiedzieć "miała za dużo czasu" - nie. Byłaby świetną matką, to na pewno i powinna mieć swoje dziecko, na które miłość mogłaby przelać. Aktualnie to Laurent niemal się cieszył, że go nie ma - i że tę część miłości może skradać dla siebie samego. Lecz nie to, by jej nie życzył znalezienia męża, o nie. Co to, to nie. Wręcz przeciwnie - chciałby, żeby znalazła kogoś, kto ją absolutnie pokocha i obsypie... może nie kwiatami, bo znając Florence mogłaby potem załamywać ręce, że to więdnie, że to gnije, a to niebezpieczne dla zdrowia i tak dalej...

- Byłabyś wspaniałą liderką. Wspaniałą Minister Magii. - Wiedział, że na to ambicji nie ma i że zabiega się jedynie (albo aż) o tytuł ordynatorski, czy też jego odpowiednik, ale Florence miała serce i myśli po właściwej stronie. - Tylko mi nie mów, że się na to na piszesz, zdaję sobie z tego sprawę, spokojnie. - Dodał od razu, żeby kobieta tego nie musiała mu wykładać i piorunować go wzrokiem, że gada jakieś głupoty. To była pewnego rodzaju głupotka, ale jednocześnie jego admiracja jej osoby. Wywyższał ją, no taka była prawda, widział ją w barwach co najmniej bohaterki, chociaż była prostą i konkretną kobietą, jak najbardziej realną i namacalną. A status wielkiej bohaterki, co rzuca wszystko i zmienia świat wcale jej nie pasował. Wizja bohatera dla Laurenta po prostu była zgoła inna od takiego hobbita, który bierze pierścień i idzie uratować Śródziemie. I nie, Laurent nie czytał Władcy Pierścienia.

Laurent mógłby przepraszać nawet za to, że nadmiernie przepraszał. Ale się opanował, tylko mu lekko warga zadrżała, jakby już chciał. Zamiast tego się tylko lekko uśmiechnął, jak taki dzieciak przyłapany na jakiejś małej głupotce, który decyduje się już niczego nie mówić dla własnego bezpieczeństwa! Ale to głupotka. Niby wie, że nie będzie kary, ochrzanu. I jednocześnie niby wie, że nie powinien. A jednak to robił. Przy Florence to go po prostu dobrze nastawiało i nastrajało. A nie jak ślimak, co mu czułek dotknięto i on zaraz się chował do skorupki, z której już nie chciał ni chuja wychodzić.

Przyjął grzebień i zaczął starannie i powoli rozczesywać jej włosy w trakcie opowiadania. Delikatnie. Lubił to robić. Było w tym coś łączącego, tworzącego jakąś... więź. Coś intymnego. Coś, czego w końcu nie proponował też każdemu. Nie był specjalistą w kokach, to na pewno nie. Nie zamierzał samemu sobie tutaj zanadto ufać, ale mógł jej rozczesać włosy - tak, żeby znowu były gładkie, żeby były uporządkowane, żeby można było z nich zrobić chociażby warkocz. I opowiadał. O tym pochodzie. Zarówno chciał jak i nie chciał. Logika tylko podpowiadała, że jeśli tego nie zrobi to będzie jeszcze cięższe i jeśli nie Florence - to przecież nikomu.

- Rozumiem to. - Przyznał. Cisza, ciepła herbata i jej zapach i dźwięk rozczesywanych miarowo włosów. Rozumiał panikę. Rozumiał, że to nie było wszystko "celowe"... Niby to rozumiał... - Mi też jest przykro, że to widziałaś. Potem musiałaś tych ludzi opatrywać. Że musiałaś się zastanawiać, czy ktoś twój bliski tam nie zabłądził. - Bo to jej na pewno zawracało głowę. Znał ją przecież za dobrze. - Jak usłyszałem o tym marszu to wiedziałem, że nie będzie z tego niczego dobrego. Nie spodziewałem się jednak... nie spodziewałem się, że skończy się to takim dramatem. - Ostatnie pociągnięcia grzebieniem i Laurent bardzo, bardzo starannie podzielił jej włosy na trzy, żeby zrobić równiutkiego warkocza. - Nie krępuj się go rozwiązać i zrobić go tak, jak powinien być. Brakuje mi nieco w kunszcie fryzjerskim. - Powiedział z lekką ulgą, że temu okropnemu tematowi towarzyszyło coś tak bliskiego i cennego. Taka miła chwila. Jakoś to wszystko było dzięki temu łatwiejsze do przełknięcia.




RE: [Lato 1969] Marsz Praw Charłaków - Florence Bulstrode - 04.08.2023

- Poprawka. Byłabym wspaniałą ordynatorką Munga – sprostowała Florence bez fałszywej skromności. Minister Magii? Tak, Laurent miał rację, tym nie była zainteresowana. Obchodziło ją coś zupełnie innego. Co nie oznaczało, że nie chciała zajść wysoko. Nie pragnęła zmieniać całego świata, nie uważała się za bohaterkę, za to chętnie przeprowadziłaby kilka drobnych zmian w czarodziejskiej klinice.
Chociaż wiele osób w szpitalu by się z nią nie zgodziło. I z całą pewnością niejeden młody student Akademii albo nawet pacjent, który miał kontakt z panną Bulstrode, na słowa Laurenta odnośnie błogosławieństwa, czym prędzej wzywałby uzdrowicieli z Lecznicy Dusz. Ewentualnie Brygadę Uderzeniową, aby poinformować, że Florence rzuciła na niego jakieś nielegalne zaklęcie.
Prawie się nie ruszała, gdy czesał jej włosy. Kasztanowe, średniej długości, sięgające mniej więcej do łopatek, idealna długość dla kogoś, kto nie miał dużo czasu na ich pielęgnację, a jednocześnie lubił schludne fryzury takie jak warkocz czy wysokie upięcie. Gdyby pozostawiła je samym sobie, lekko by się kręcił, ale Florence nie tolerowała takich rzeczy i zwalczała to kręcenie za pomocą odpowiednio dobranego szamponu.
Nie odpowiedziała już na jego słowa. Bo krótko mówiąc, obojgu im było przykro: że tak wyglądał świat, w którym żyli. Że zdarzały się w nim takie rzeczy. A Florence przeżyła już dość lat, by wiedzieć, że nawet jeżeli ten mały fragmencik udałoby się naprawić, zawsze popsują się jakieś inne. Bo taka byż była ludzka natura.
– Też spodziewałam się, że coś pójdzie źle – przyznała tylko. I nie potrzebowała do tego jasnowidzenia. – Mam wrażenie, że to dopiero początek – dodała jeszcze, bezwiednie. Małe konflikty o władzę Nobyego Leacha. Marsz charłaków i kontrmanifestacja. Szepty tu i ówdzie w kuluarach. Florence niezbyt się tym interesowała, ale nie była głucha ani ślepa. Na razie jednak byli tutaj, w kuchni, oboje bezpieczni, więc kiedy podniosła się, odruchowo poprawiła nieco warkocz i ruszyła do jednej z szafek, na którą rzuciła wcześniej zaklęcie chłodzące.
– Sałatka z makaronem i warzywami – oświadczyła, wyciągając półmisek. Potraktowała go kolejnym czarem, tym razem ogrzewającym i rozłożyła porcję na dwa talerze. – Opowiedz, co dokładnie planujesz dla Forest – zaproponowała, wracając do stolika.
Na dziś wystarczyło już rozmów o charłakach, marszach i innych strachach.
Koniec sesji