Secrets of London
[06/05/1972] Kafeteria, Klinika magicznych chorób i urazów || Cameron & Heather - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [06/05/1972] Kafeteria, Klinika magicznych chorób i urazów || Cameron & Heather (/showthread.php?tid=1690)

Strony: 1 2


RE: [06/05/1972] Kafeteria, Klinika magicznych chorób i urazów || Cameron & Heather - Cameron Lupin - 17.09.2023

Najgorsze już za tobą — rzucił, starając się dodać jej nieco otuchy. — Będziemy ci zmniejszać dawki leków i nie będziesz miała już tylu spotkań z lekarzami. — Wzruszył lekko ramionami. — Na pewno pod koniec leczenia poczujesz się lepiej. Wizyta u fryzjera i w dobrej knajpie na Pokątnej będzie jak wisienka na torcie, która ci to wszystko wynagrodzi.

Bądź co bądź, odkąd Wood tutaj trafiła, nie miała zbyt wielu okazji, aby poczuć się, jak normalny człowiek. Podczas gdy lwia część obrońców Beltane wyszła ze starcia obronną ręką i mogli cieszyć się wolnością, tak niektórzy – jak Heather – musieli swoje odleżeć, zanim można było ich bezpiecznie wypuścić.

Może po tym, co przeszłaś, szepnie o tobie parę dobrych słów do szefostwa. To dopiero byłby gest! — Uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu. — Powinnaś dostać jakiś medal za odwagę czy zasługi dla świata czarodziejów.

Chociaż nie widział na własne oczy, jak wyglądało przybycie posiłków Ministerstwa Magii na miejsce zdarzenia, tak z tego, co słyszał, wywołało to niemały szok... Zarówno u tych, którzy przez noc bronili Beltane, jak i innych, których obowiązki służbowe wysłały w inne zakątki Anglii na ten dzień.

Powinna być. O ile nic się w tej kwestii ostatnio nie zmieniło. — Zacisnął usta, wlepiając spojrzenie w Heather. Odkąd się rozstali na polanie, nie mógł przestać o niej myśleć. W sumie nic dziwnego, w końcu ryzykowała życiem, gdy on... Zgubił się w lesie. Był to jednak inny rodzaj strachu od tego, który czuł w stosunku do Charliego czy rodzeństwa. Głębszy, bardziej skomplikowany, podszyty tęsknotą i niepewnością. — Może nasze uczucia przeładują jego czarną magię. Bądź co bądź, my się baaaardzo kochamy.

Parsknął cichym śmiechem, chociaż wiedział, że nie powinien. To była poważna sprawa, ale tu i teraz, to uczucia względem Rudej wybijały się na pierwszy plan. Cóż mógł na to poradzić? Poza tym kolejne słowa Heather tylko upewniły go w tym, że nawet krótka rozmowa o ich uczuciach była warta świeczki, pomimo niesprzyjających okoliczności.

Wyrwałabyś mu wianek, pobiła i sama się wspięła, a potem ja bym musiał cię nosić po polanie, jako największą ekspertkę od wspinaczki po wysokich palach? — Uniósł brwi. Ta scena wyjątkowo szybko rozgościła się w jego wyobraźni. Heather miała coś, czego on prawdopodobnie nie będzie miał nigdy – sprawność fizyczną. — Chociaż... Chyba byłoby bardziej efektownie, gdybyś to ty przerzuciła sobie mnie przez ramię i zaniosła gdzieś w krzaki.

Lub tego, co z nich zostało, pomyślał, przyglądając się skróconym włosom Rudej. Nie odważył się jednak wypowiedzieć tych słów na głos. W krótkich włosach wyglądała na nieco bardziej dojrzałą, jednak na swój sposób ta fryzura odkrywała też jej rysy twarzy. A te miała niezaprzeczalnie urocze. Kto wie, może z tego bliskiego spotkania z płomieniem wyjdzie coś dobrego i fryzura Rudej zostanie okrzyknięta nowym trendem w gazetach?

To tylko na czas podróży. — Machnął dłonią. Gdyby miał przeszmuglować w ten sposób Heather za granicę, to przecież nie targałby jej za sobą w postaci miotły przez tydzień lub dwa. Zajęłoby mu to maksymalnie dzień. Lub dwa. Wiele zależało od tego, czy nie zgubiłby się nigdzie. — Pierścionek też dobrze brzmi, chociaż łatwo go zgubić. A tego chyba byśmy nie chcieli...

Reszta posiłku upłynęła im na rozmowie i próbach zapomnienia o tym, co właściwie sprowadziła Rudą do szpitala. Gdy Cameron odprowadzał ją na salę z wózkiem, widział jak jej tęskne spojrzenie, co rusz mknie ku drzwiom prowadzącym na zewnątrz. Westchnął cicho pod nosem. Gdyby miał pewność, że nic jej się nie stanie, może nawet zabrałby ją na mały spacer. Ale teraz? Nie, na pewno. Jeszcze kilka dni. Jeszcze tylko kilka badań, co by mieli jasną sytuację. Wtedy wszystko powinno się unormować. Taką przynajmniej miał nadzieję.


Koniec sesji