Secrets of London
[22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria (/showthread.php?tid=1703)

Strony: 1 2


RE: [22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 08.08.2023

Krew ściekała jej z głębokiej rany na przedramieniu i z wierzchu dłoni, gdzie nóż przejechał niezbyt prosto i skręcił na nadgarstek. Wszystko bolało ją niesamowicie i piekło, Victoria kilka razy syknęła z bólu, nawet klęknęła, odruchowo zasłaniając drugą ręką głowę, kiedy książki sypały się na podłogę. Ta ranna bolała zbyt mocno, by robić jakieś gwałtowne ruchy. A potem usłyszała zwierzę… Miękki skok, ciężkie opadanie ciała. Warknięcie. Potem czyjeś sapnięcie. Słyszała kotłowanie się i szamotanie ciał, uderzenie i kolejny hałas upadającego regału.

Lumos. Koniec jej różdżki zapłoną światłem, dając wizję na scenę, na kompletny bałagan, porozrzucane książki – niektóre otwarte wydawały z siebie dźwięki, te łączyły się ze sobą w kakofonii. Teraz w tym świetle Victoria zobaczyła Brennę turlającą się po ziemi. Światło różdżki dawało go tylko trochę, nie robiło się nagle jasno w otoczeniu – ale na tyle, by Lestrange zobaczyła, jak jej biała koszula nasiąkała krwią, jak ta zaczęła kapać jej na spodnie, na podłogę, na książki…

Zakręciło jej się w głowie.

Na komendę Brenny podniosła się jednak, nie dość szybko, ale jej towarzyszka złapała ją za rękę i pociągnęła. Gdyby nie to, to tę ranną przycisnęłaby do brzucha, by jak najmniej nią ruszać, ale po prostu pobiegła, dała się ciągnąć, mocno zaciskając usta, by nie wydawać z siebie dźwięków świadczących o słabości. O bólu. Rany na tej białej koszuli były bardzo widoczne – Brenna nie musiała ich dużo szukać, jasne było, że chodziło o rękę.

Musiała się zatrzymać, musiała złapać oddech. Gdy ten długi korytarz (zbyt długi…) się skończył, zakręciła i na moment nabrała powietrza ustami, a następnie zaczęła się macać po kieszeniach na spodniach. Ranna ręka tręszła jej się trochę, a może cała się trzęsła… Z nerwów. Z bólu.

- Nie ma. Nie mam. Eliksirów – na rany – zawsze nosiła ze sobą chociaż jedną fiolkę na wszelki wypadek, a teraz jej nie miała. Na szczęście miała różdżkę, a jeszcze niedawno wydawało jej się, że jej nie ma. - Jasna cholera – znowu zacisnęła usta i podniosła głowę. Niedaleko były jakieś drzwi. Nie główne wyjście, ale przejście na zaplecze… Przecież wiedziała (kto jak kto, ale ona wiedziała…) że tam znajduje się tylne wyjście z biblioteki. - Chodź za mną – rzuciła do Brenny i rzuciła się do tych drzwi, by je otworzyć. Cicho zamknęła za nimi drzwi i przeprowadziła je przez kilka pomieszczeń.

- Nie wiem co się dzieje, Brenn. Mam wrażenie, że nic tu do siebie nie pasuje, że umyka mi coś ważnego – głos jej się trząsł, a po drodze zgarnęła z wieszaka czyiś płaszcz, by zrobić sobie na szybko bardzo prowizoryczny temblak. Miała uczucie, ze gdy trzyma rękę nisko, to jest tylko gorzej. - Nie wiem co to za facet. Nie wiem… Nie wiem. Nie rozumiem, ja… – niemalże kopniakiem otworzyła kolejne drzwi i uderzyło ją nagłe jaskrawe światło, a przynajmniej jaskrawe w stosunku do półmroku i ciemności jakie panowały w bibliotece. Kobieta musiała aż zmrużyć oczy. Ale kiedy zrobiła trzy kroki uświadomiła sobie, że wcale nie jest w środku Londynu, tyko… Gdzieś… W Dolinie Godryka. Tak to przynajmniej wyglądało. Jak jedno z pól. Porośnięte wysoką kukurydzą, tak wysoką, że była chyba gdzieś jej wzrostu.

- Co jest, kurwa – już się nie ugryzła w język (tak, ta elegancka i elokwentna dama znała najwyraźniej takie nieprzystojące słowa). To było dla niej trochę za dużo. Nawet odwróciła głowę… i nie zobaczyła żadnych drzwi, przez które przeszły. Za nimi były… kolejne pola uprawne.




RE: [22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria - Brenna Longbottom - 08.08.2023

Oczy Brenny otworzyły się szerzej, gdy zobaczyła rany. Odruchowo puściła pokaleczoną dłoń, kiedy Victoria usiłowała złapać oddech. A potem bez wahania pobiegła za nią: bo co innego miała zrobić? Nie chciała zostawiać Lestrange, gdy ktoś na nią polował. I nie chciała zostać sama w tym upiornym miejscu. Nie zrozumiała, o co chodzi z eliksirami, ale w tej chwili nie było to ważne. Najchętniej zatrzymałaby się na dłużej, spróbowała opatrzeć te rany… lepiej było jednak zająć się tym, kiedy będą bezpieczne.
- Nic nie rozumiem, Tori – przyznała bezwiednie, kiedy szła za Victorią. Nie gadała tyle, ile zwykle: ale i nic nadzwyczajnego. Nie były w sytuacji, w której nawet Brenna mogłaby radośnie paplać. Wciąż trzymała uniesioną różdżkę i omiatała spojrzeniem każdy kąt, jakby oczekiwała, że ciemnowłosy mężczyzna znów się pojawi. Zaatakuje. – Byłam w Kniei. A potem w Hogwarcie. A teraz tutaj. To niemożliwe? Ktoś nas zauroczył?
Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że tak… to nie jest naturalne. Wcześniej się na tym nie zastanawiała. Tak jak nie zastanawiałaby się w zwykłym śnie, dlaczego świat wokół jest dziwaczny, dlaczego przechodzi z jednego pomieszczenia do zupełnie innego. Ale to wszystko było zbyt dziwne na rzeczywistość.
I zbyt realne, jak na sen.
I kiedy wyszły na pole, kiedy wokół zaszumiała kukurydza, dłoń Brenny znów powędrowała do ręki Victorii. Tak, wiedziała, że to mogło ją boleć. Ale…
- Nie puszczaj mnie – powiedziała, a głos jej zadrżał. Strach ścinał krew w żyłach. Otaczający je krajobraz zdawał się niemal sielski, był nawet znajomy, czuła, że prawdopodobnie są blisko Dolin Godryka – choć jako żywo, nie pamiętała, by rosła tu kukurydza, ale po prostu wiedziała – a jednak w Brennie budził przerażenie. Myślała o tym, że na takim polu łatwo się ukryć. Równie łatwo, jak w ciemnych korytarzach biblioteki. – Chodzi mu o ciebie. Poluje na ciebie. Chce ciebie. Nie puszczaj mojej ręki. Nie może nas znowu rozdzielić.
Nie mogła pozwolić, aby Victoria została sama. Tak, Lestrange była aurorką, umiała walczyć, ale działy się tutaj przedziwne rzeczy. Świat wokół nich zdawał się naginać, tworzyć okazje, aby ciemnowłosy, krępy mężczyzna, mógł dorwać kobietę. Brenna widziała krew na jej ubraniu, sińce, które zaczynały już powoli pojawiać się na szyi.
Co jeżeli za trzecim razem nie zdąży?
– Musimy się stąd wydostać – powiedziała. Uniosła różdżkę, celując w kukurydzę przed nimi. Próbując zaklęciem zniszczyć część upraw. Później za nie zapłaci, ale musiały widzieć, dokąd idą… i czy ten człowiek nie czai się tuż przed nimi… Bo był tutaj. Na pewno tu był.


RE: [22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 09.08.2023

Pewnie gdyby to nie był sen, to rany na jej ręce bolałyby po stokroć bardziej – na szczęście nie była to rzeczywistość (czego Victoria nie wiedziała, chociaż tak wiele rzeczy tutaj nie pasowało), i chociaż Brenna złapała ją znowu za rękę, to dało się jakoś wytrzymać ten ból.

- Nie wiem. Nie sądzę – odpowiedziała Brennie.

Nie, na pewno nie była już osiemnastoletnią czarownicą, która miała wziąć udział w balu, była dorosła – tak jak naprawdę, miała te dwadzieścia siedem lat, była aurorką i teraz rozpoznała na pasku spodni klamrę w kształcie litery M. Miała też przy pasku odznakę aurora. Nadal była ubrana tak samo jak przed chwilą w bibliotece, plus te dwa szczegóły. Biała koszula nie była już biała przez krew. - Zaczynam podejrzewać, że to nie jest jawa – rozejrzała się na boki, wiatr zakołysał łanem łodyg kukurydzy, porwał też włosy czarownicy, poczuła go na twarzy. Wydawał się prawdziwy. Ale tutaj wszystko wydawało się prawdziwe. Tylko… Nie miało sensu.

- Postaram się – w prawej ręce ściskała różdżkę, lewą, ranną, trzymała Brenna. Pewnie ślizgała się już dłoń od krwi, a Victoria czuła przytłumiony ból, ale znowu zacisnęła zęby. To nie był moment na mazgajenie się. Realizacja, że chodziło mu o nią wykwitła chłodem w żołądku. Co takiego zrobiła, żeby się narazić? Czy to jednak Śmierciożercy próbowali ją jakoś dopaść?  Czy to sprawka Voldemorta? Poczuła dreszcz na karku i pozwoliła się poprowadzić w pole kukurydzy, w dróżkę, którą Brenna utorowała zaklęciem.

Co one w ogóle wyprawiały? Dokąd w ogóle uciekały? Do dyrektora? Ciągle do niego? No tak, on przecież na pewno im pomoże – to wydawało się takie sensowne, takie oczywiste, że pomimo dziwnego wrażenia i pierwszych podejrzeń, Victoria zawierzyła temu uczuciu jakby było najważniejsze, najprawdziwsze.

Zborze szumiało na wietrze, kiedy zagłębiły się pomiędzy łodygi. To nie było proste zadanie, bo kukurydze rosły gęsto, jedna koło drugiej, dorodne, tak, że i kolby były już dojrzałe. Najlepiej byłoby przedostać się na drugą stronę jak najszybciej, ale zadanie było utrudnione, tym bardziej że musiały uważać, bo i Victoria miała wrażenie, że ten dziwny mężczyzna, znowu pojawi się znikąd i zaatakuje. I jakby na zawołanie – usłyszała po lewej stronie głośniejsze szuranie. Coś jakby… kroki? Ktoś się zbliżał. Odwróciła rękę w tamtą stronę i wystrzeliła zaklęcie, chcąc trafić, odgonić ktokolwiek się do nich skradał.

Nie było żadnego odgłosu bólu. Był za to… coś jakby… szczek. I tupanie wzmogło. Dopiero gdy spomiędzy kukurydzy wyskoczył lis i przebiegł im… z braku lepszego słowa – drogę, zrozumiała, że to była pomyłka. To tylko zwierzę.




RE: [22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria - Brenna Longbottom - 09.08.2023

- Jeśli to nie jest jawa, byłoby świetnie się obudzić. Ale skoro te rany nie pomogły, to szczypanie chyba też nie zadziałała – odparła Brenna. Sen? Czy to mógł być sen? Zdawał się jej realny: czuła ciepło słońca na skórze, zapach krwi wwiercał się w nozdrza, gdy kukurydza padła przed zaklęciem, słyszała szum, kiedy sypały się kłosy. Ale miewała już sny, które zdawały się rzeczywistością…
…tyle że wtedy były nią. Po prostu w przeszłości. To natomiast nie mógł być sen widmowidza. To nie była przeszłość. Nigdy nie przeżyła czegoś takiego. Wątpiła, by ktokolwiek przeżył. Wszystko, co tu się działo, było niemożliwością.
Szła do przodu, wciąż ubrana tak samo, jak wcześniej: w ubrania, w których zwykle włóczyła się po Dolinie Godryka. W tej chwili nie myślała już o dyrektorze. Chciała przede wszystkim wydostać się z tego pola. Znaleźć jakieś miejsce, w którym zaatakowanie ich nie będzie tak łatwe, jak tutaj, w którym będą miały lepszą widoczność. Pomoc… byłoby świetnie dotrzeć do domu którejś z nich, zająć się ranami Victorii, wezwać wsparcie, ale wszystko tak bardzo nie pasowało, że Brenna nie była już pewna, czy to w ogóle możliwe.
Usłyszała kroki. Dłoń Victorii, mokra od krwi, wyślizgnęła się jej z ręki, kiedy Lestrange odwróciła się gwałtownie i wypaliła zaklęcie. Gdyby szedł tam człowiek, trafiłaby pewnie, ale spomiędzy roślin wybiegł tylko lis. Czy to nie był na pewno animag? Przypadek? A może miał tylko odwrócić uwagę? Brenna rozglądała się, z uniesioną różdżką. Serce mocno waliło jej w piersi. Kiedy ostatni raz czuła się tak bezbronna i bezużyteczna…? Ach, tak, całkiem niedawno, gdy tkwiła z Heather w dziurze w ziemi i starała się nie pozwolić, by je zasypało, nie mając pojęcia, co dzieje się z innymi…
Nasłuchiwała. Czekała na jakikolwiek ruch w pobliżu. Gotowa rzucać drętwotę, gdyby ten człowiek znów się pojawił.
Do licha, może jeżeli zdołałaby go ogłuszyć, wydostałyby się stąd. Może nie powinny uciekać, a raczej próbować go dorwać?


RE: [22/23 maja 1972] Sen nocy majowej | Brenna & Victoria - Victoria Lestrange - 09.08.2023

Otrzymać pomoc byłoby świetnie, tylko gdzie, jak? Dotarcie do własnego domu było tutaj jakąś naturalną myślą i potrzebą, ale najwyraźniej nie było to takie proste. Trzeba było się przedrzeć przez pole kukurydzy i potem… Potem to się zobaczy.

Piękny, rudy lis, był pewnym zaskoczeniem. Victoria wstrzymała oddech, gdy już zdała sobie sprawę, że ktoś (czy raczej coś) jest zbyt blisko, by jakkolwiek zareagować i już gotowała się na najgorsze… ale on po prostu przeskoczył im przez tę bardzo wąską, utorowaną przez zaklęcie Brenny dróżkę i jego piękna kita zniknęła pomiędzy łodygami kukurydz. Słychać było tylko trzaski i szelest liści i kolb, ocieranych o siebie, kiedy zwierzak biegł, najwyraźniej przestraszony, raz, że obecnością dwójki ludzi, a dwa, że zaklęciem panny Lestrange.

Victoria czuła, że serce jej biło jak szalone. I przez co? Przez cholernego lisa… Chyba do reszty oszalała. Nawet przyłożyła sobie dłoń, którą trzymała różdżkę, do serca, jakby dzięki temu to bicie miało się uspokoić.

Coś ją właśnie tknęło.

- Jestem pewna, że to sen – zaczęła, marszcząc przy tym brwi. - Przecież normalnie jestem–

Nie dokończyła, bo w tym momencie krzyknęła i poleciała do przodu. Od tyłu poleciało całkowicie nie zbłąkane Diffendo, tnąc po drodze łodygi kukurydz i ostatecznie plecy Victorii na ukos. Padła na kolana i wypuściła różdżkę z dłoni. To wtedy Brenna w kontrataku rzuciła Drętwotę, trafiając mężczyznę (był tutaj, tak jak się spodziewały…) w klatkę piersiową i odrzuciła go do tyłu. Był blisko. Na tyle, że Longbottom mogła się przyjrzeć jego twarzy, jeśli wcześniej tego nie zdążyła.

Victoria padła na ziemię i zniknęła


Obudziła się gwałtownie, leżąc we własnym łóżku, a nie na polu kukurydzy. Tak samo jak Brenna.


Koniec sesji