Secrets of London
[Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora (/showthread.php?tid=1708)

Strony: 1 2 3


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 12.09.2023

Uwierzył Pandorze na słowo no bo nie miał innego wyboru. Skoro było grzecznie i obyło się bez problemów to dlaczego miałby w to nie wierzyć - nawet jeżeli była to prze kolorowana wersja wydarzeń. W dodatku zyskał tytuł pogromcy deszczu, czy mógł w takim przypadku chcieć coś więcej od życia? Nie wspominając o prezencie w postaci kaktusa czyli małego marzenia, które zostało właśnie spełnione. To nie był jedyny moment w którym Prewettówna była przydatna - tych przecież było dużo więcej ale nie wspomniał o nich, zostawiając to może na trochę lepszą okazję, zważając na fakt swojej porannej paniki. Hjalmar nie miał jednak zamiaru przestać dziękować, skoro ona zrobiła dla niego tyle dobrego - zaopiekowała się, przyprowadziła tutaj, położyła spać, a przede wszystkim zapanowała czy wręcz oswoiła aby się jej posłuchał, co już było wyczynem samym w sobie.


Gdyby ostrzegła go, że właśnie nadciąga albo że wchodzi do mieszkania to byłoby całkowicie inaczej. Nikt, a przynajmniej nikt kogo znał, nie lubił być zaskakiwany, tym bardziej w samym środku walki! Czy Pandora wzięła w ogóle pod uwagę fakt, że ten mógł mieć walkę o śmierć i życie? Co gdyby jego przeciwnik wykorzystałby okazję i go załatwił? Na całe jednak szczęście zarówno Hjalmar jak i jego sobowtór zareagowali w ten sam sposób, ponieważ byli własnym odbiciem - honorowo zaprzestali walki i spojrzeli się na Prewettównę w szoku. Przystojny z Ciebie facet... Spojrzał na szybko w lustro, przejeżdżając dłonią po brodzie aby przyjrzeć się sobie na odchodne.

Maślanka była swego rodzaju poranną tradycją w diecie Nordgersima i stanowiła jej podstawę, zupełnie niczym tona mięsa, którą również spożywał w ciągu dnia. Dalsze rozwodzenie nad maślanką zostało jednak przerwane przez ten cały bukiet róż, który nie dawał mu za nic spokoju. Siedział gdzieś w głowie i przypominał co kilka sekund o tym fakcie. Trudno do mnie dotrzeć? Uniósł zdziwioną brew, odwzajemniając spojrzenie kiedy Prewettówna złapała za kosmyk jego włosów, a następnie zgarnęła za ucho - Umm... - wydał z siebie krótki dźwięk zastanowienia aby po chwili wbić swoje spojrzenie w podłogę. Bo to nie jest takie proste Pandziu... Pokiwał przecząco głową z dezaprobatą na swoje czyny ale i w pewien sposób przeszłość z którą nie mógł się jednak rozstać ani wyprzeć, ponieważ jej skutki oddziaływały na niego po dziś dzień. Gdyby miał taką możliwość, to najchętniej by się pozbył tej plamy ze swojego życia aby tym samym pozwolić sobie na większą otwartość dla wszystkich. Pandora miała trochę racji w swoich słowach - Hjalmara dało się lubić, można było mu nawet zaufać czy na nim polegać. Problem pojawiał się z odwzajemnieniem tych rzeczy przez Islandczyka... Nordgersim bał się dopuszczać ludzi w kwestii bliższych relacji - obawiał się, że z powodu swojej choroby mógłby im zrobić kiedyś krzywdę. I to wszystko przez tą przeklętą likantropię.

Podrapał się po głowie w krótkim zastanowieniu na jej pytanie, parskając śmiechem na swoją myśl - Nie, nie... Dzięki. Nie trzeba - zakrył usta dłonią, aby się uspokoić. Islandczyk po raz kolejny przypomniał sobie o tych przeklętych kwiatach i mimowolnie spojrzał w ich kierunku, zastygając na nich przez dłuższą chwilę. Najchętniej podszedłby do nich, złapał i wyrzucił za okno aby zniknęły mu z oczu... Ale nie mógł tego niestety zrobić, ponieważ nie były to ani jego kwiaty ani od niego. Nawet gdyby starał się to zrobić po kryjomu, to Pandora prędzej czy później by się zorientowała czego tutaj dokonał - Emmm... Na bułkę? - zdziwił się, przenosząc ponownie wzrok na Prewettównę - Na talerzu niech będzie. Tak tradycyjnie - dodał, odchodząc od róż aby nie kusiła go chęć ich likwidacji.

Zatrzymał się przy kanapie, przysiadując na jej oparciu. To miejsce miało za równo wady jak i zalety. Z plusów był bardzo dobry widok na Turczynkę, a z drugiej kątem oka był w stanie dostrzec ten wazonik od jakiegoś lalusia. W myślach wyobrażał sobie jak rozkwasza mu twarz swoimi pięściami - Takie pytanie Pandora... Bo chyba kończysz powoli gotować... Przeszkadza Ci jak tak paraduję bez koszuli? Bo jeżeli tak to mogę iść ją założyć... W sumie powinienem ją był założyć bo to chyba tak nie wypada ale no... Nawyk trochę wziął górę - przyznał, kończąc tym samym swoje pytanie. Wystarczyło jedno słowo, a Hjalmar poszedłby posłusznie ubrać tę koszulę, splątując przy okazji swoje włosy - ogólnie rzecz biorąc, doprowadzić się do jakiegoś większego porządku.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 08.10.2023

Zrobiła to, bo chciała i żadne podziękowania nie były potrzebne, zwłaszcza że była przekonana, że Hjalmar postąpiłby w ten sam sposób. Tak to już było, gdy ludzie na siebie liczyli, gdy łączyła ich jakaś więź. Nie umiała lub też nie chciała nazwać tej, która wytworzyła się pomiędzy nimi, tkwiąc gdzieś pośrodku, w nieokreślonym chaosie wydarzeń i zrządzeń losu. Jakkolwiek odważna i empatyczna Pandora by nie była, nazywanie czegoś i nadawanie temu poważnego brzmienia, było dla niej trochę przerażające. Z pewnością winę ponosiła Ayday, męcząc ją ciągle o małżeństwo, opowiadając o związanych z tym obowiązkach i innych składnikach, których mieszanka tworzy relację męża i żony. Ta wydawała się brunetce poważna, pozbawiona wolności i swobody, uśmiechu, jakiegoś entuzjazmu. Jakby podcinała skrzydła, bo jaką więź można było zdobyć z kimś, kogo nagle wybrali Ci rodzice? Spełnianie marzeń Islandczyka było niewielką częścią tego, co mogła zrobić, aby mu się odwdzięczyć za wszystko, co dla niej robił, za bodźce, których jej dostarczał i za wyzwania, które jej rzucał. Wcześniej nie sądziła, że będzie w stanie wspiąć się na takie wysokie drzewo!

Przeglądanie się w lustrze nie było niczym złym, ot zwykłym nawykiem ludzkim, a Hjalmar naprawdę nie miał czego się wstydzić. Potrzebował tylko podbudowania wiary w siebie, odrobiny głaskania ego, czego właściwie Prewettówna nigdy mu nie odmawiała, jednocześnie będąc kompletnie szczerą. Nie rzucała pustych komplementów, nie lubiła bawić się cudzymi uczuciami. Zaskoczenia na jego twarzy już jednak nie zobaczyła, zabierając siatki do kuchni, bo przecież śniadanie się samo nie zrobi.

Nie była pewna, czy maślanka byłaby łatwa do kupienia w Wielkiej Brytanii. Nie pomyślała o tym, że akurat ten nabiał może być podstawą diety, a nie Skyr, którego instynktownie na sklepowej półce szukała. Ten, który Ingrid jej dała na Islandii, był przepyszny. Woda leniwie zaczęła bulgotać, zawartość obydwu patelni skwierczała subtelnie, a ona tkwiła oparta o blat, przyglądając mu się z zaciekawieniem, błyskiem w oczach. Uniesione brwi świadczyły o tym, że słowa, które wypowiadała, nie były tymi, których mógł się spodziewać. Nie odwróciła jednak wzroku, pozwalając sobie na krótkie przytaknięcie, które sugerowało dodatkowe potwierdzenie, tym razem niewerbalne. Westchnęła cicho, gdy odwrócił wzrok. Oczywiście, że było proste, tylko on sam sobie utrudniał, uwielbiał się męczyć. Może Niedźwiadek miał drobne skłonności masochistyczne? Lepiej było dać mu spokój, więc odwróciła się i wróciła do śniadania, czując już unoszący się w powietrzu aromat kawy.

- Co? Czemu się śmiejesz? - zapytała mimowolnie, odwracając głowę przez ramię i spoglądając na niego z uśmiechem, bo nie mogła sobie odmówić tego widoku. Nie robił tego często, więc zawsze sprawiał jej radość okazanym w tak widoczny sposób rozbawieniem lub optymizmem. Dostrzegła również, że jego wzrok powędrował w stronę wazonu, o którym dopiero teraz sobie przypomniała. Brązowe tęczówki na chwilę zatonęły w czerwieni płatków, nim wróciła do przygotowania dodatków do jego mięsnego śniadania. - Piękne, prawda? - zapytała pogodnie, nie widząc absolutnie niczego złego w ozdobie, nie zdając sobie sprawy, jak ich obecność go irytowała. - No tak, wtedy masz taką jajeczną kanapkę. Nie jadłeś nigdy tak? W takim razie musisz spróbować! Zrobimy trochę tak, trochę tak! - zdecydowała pomimo jego odpowiedzi, chcąc dać mu więcej możliwości. Zresztą, porcja była tak duża, że wystarczy z pewnością i na talerz i na pieczywo — wciąż ciepłe, które właśnie smarowała masłem. Dopytała, jak ściętą lubi i szybko owinęła się z dobrze opanowanym przez siebie daniem, chociaż tym razem okraszonym tym nieszczęsnym boczkiem i szczypiorkiem. Trochę wylądowało na połówce bułki, resztę na talerzu, który odstawiła na bok, aby trochę przestygnie, czekając na angielskie kiełbaski, które potrzebowały chyba jeszcze chwili. Zamieszała płatki w garnku, nucąc coś pod nosem i kroiła sobie owoce, gdy zadał jej najbardziej niedorzeczne pytanie, jakie słyszała. Rozchyliła usta zbita z tropu, o mało nie wypuszczając noża z dłoni i wbiła spojrzenie w maltretowaną brzoskwinie, przygryzając dolną wargę.
- Dlaczego pytasz? - rzuciła najpierw, starając się zachować normalny ton głosu, a potem prędko posiekała owoce do końca, obmywając dłonie i mieszając zawartość garnków.- Mówiłam Ci, żebyś czuł się, jak u siebie. Nie chcesz nosić koszulki, bo nie nosisz jej w domu? To nie zakładaj.
Wzruszyła nawet ramionami, obdarzając go pogodnym uśmiechem, chociaż prawda była taka, że zupełnie jej to nie przeszkadzało. Może odrobinę zaburzało rozsądek, skłaniając do wszystkiego tego, o czym nie powinna była myśleć i czego nie powinna była robić, ale była w stanie znieść te konsekwencje. Zauważyła, że spogląda na róże częściej, niż powinien, co sprawiło, że tym razem to Pandora uniosła brew.
- Zauważyłeś, że pachną trochę owocami? Czasem też zmieniają kolor. Czekaj, pokażę Ci! - zaproponowała, odwracając się w stronę wazonu. Zanim jednak wyjęła z niego kwiat, zsunęła płynnym ruchem bluzę, która nieco wyżej niż powinna, uniosła jasną koszulkę, którą pod nią miała, a potem odrzuciła materiał na parapet w kuchni, gdzie było siedzisko. Poprawiła top, zupełnie nie przejmując się odsłoniętym brzuchem lub nawet fragmentem purpurowego stanika, wyciągając kwiatek i ruszając w stronę Hjalmara. Oczywiście trochę pochlapała podłogę od mycia rąk, wchodząc w to wzorzystą skarpetą. Los chciał, że jak zwykle — szła szybko, obracając beztrosko samotną różą w dłoniach, a drewniana podłoga była dość śliska.
Gdyby zapytać Pandory, jak to wszystko się potoczyło, nie mogłaby chyba znaleźć odpowiedzi. Nim się spostrzegła, straciła równowagę, lecąc do przodu, z zaciśniętymi powiekami. Nie zwróciła nawet uwagi na kwiatka, którego upuściła i który spadł gdzieś bezgłośnie, gubiąc kilka płatków. Nie poczuła jednak uderzenia mocnego, jedynie w okolicy nóg, które musiały w coś uderzyć, bo potem znów jakby straciła równowagę, zapewne wpadając na jakiś mebel.
- Ups? - wydała z siebie, gdy brązowe ślepia z zaskoczeniem odkryły przed sobą twarz blondyna w otoczeniu musztardowego koca i szarych poduszek. Spoglądała na niego z góry, ciemne włosy spływały leniwie po prawej stronie, łaskocząc odsłonięte fragmenty skóry. Jej dłonie opierały się o jego tors i chociaż czuła zawstydzenie, naprawdę chcąc się ruszyć, nie mogła. Na pewno jej policzki były czerwone, ale widok niebieskich oczu z tak bliskiej odległości sprawił, że pochłonęły ją myśli dotyczące ich wcześniejszego wieczora. Ściągnęła brwi, łapiąc głębszy oddech, jedną rękę przesuwając tak, że oparła ją o poduszkę przy jego głowie, nie dotykając jednak palcami skóry na twarzy i uważając, aby nie pociągnąć mu włosów.
- Cały czas się zastanawiam… Zmuszasz się do spędzania ze mną czasu? Skoro wiesz, trochę się mnie boisz i tak dalej. - zapytała cicho, powstrzymując jednak kolejne słowa, które dotyczyły ich randki, o której Islandczyk nie pamiętał, a ona chyba bała się mu przypomnieć, wciąż czując wyrzuty sumienia, że to przez nią się tak napił. I ta reakcja rano! Dziewczyna przygryzła dolną wargę, kręcąc szybko głową i drugą dłonią po kilku sekundach przysunęła mu palec do ust. - Nie! Nie mów, to bez znaczenia. Nie uszkodziłam Cię?
Zapytała już głośniej, brzmiące tak, jak zwykle. Cofnęła się nieco, prostując i siadając — robiąc sobie z niego właściwie siedzisko, uniosła dłonie, poprawiając zsuniętą z włosów frotkę. Prawdopodobnie nie była gotowca na to, co może usłyszeć, a czego usłyszeć wcale nie chciała. Przecież on był takim człowiekiem, że nie zrobiłby drugiemu przykrości, nawet gdyby bawił się okropnie..- Chyba nie, wyglądasz na całego.. - stwierdziła pod nosem po tym, jak zlustrowała go wzrokiem. Dopiero teraz zauważyła kolec wbity w dłoń, a kwiatka tam nie miała. Prychnęła pod nosem, rozglądając się w poszukiwaniu zmaltretowanej róży, która musiała wlecieć pod kanapę, pod stolik lub ewentualnie pod Hjalmara. Już chciała powiedzieć, że przyniesie drugą, ale odgłos skwierczenia sprawił, że rozchyliła usta w niemym, przestraszonym okrzyku, łapiąc się za oparcie kanapy i chcąc zejść na podłogę, aby pobiec do kuchni. Pięknie, jeszcze mu spali śniadanie.


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 26.10.2023

Czemu się śmiał? To akurat było bardzo proste. Sposób, który Pandora wymyśliła na pozbycie się Hjalmara, był po prostu zbyt zabawny według niego - A bo śmieszny mnie Twój ambitny sposób aby narazić mnie na cukrzycę i tym samym doprowadzić do mojego zgonu. Wiesz, próbujesz mnie zasłodzić na śmierć komplementując oraz się tak ładnie uśmiechając. Ten dodatkowy cukier do kawy mógłby mnie naprawdę wykończyć - przyznał, przejeżdżając dłoniż po swoim torsie w całkiem dobrym humorze, który po jej kolejny pytaniu zamienił się w pokerową twarz. Nie, tragiczne Pokręcił lekko głową z dezaprobatą - Tak, przepiękne - zgodził się z udawanym, wręcz wymuszonym uśmiechem. Hjalmar w swojej głowie był zagotowany do tego samego koloru czerwoności co te cholerne kwiaty, jeżeli nawet nie gorzej - No nie... Niech będzie. Najwyżej sama dokończysz ten wynalazek jak mi nie zasmakuje - dodał, wzruszając ramionami. W tym momencie nie był pewien, która część Prewettówny wpadała na "takie" pomysły. Czy ta Angielska, czy ta Turecka? A może to przez mieszankę obydwóch części? - Jaką podasz, taką zjem. Nie jestem szczególnie wybredny - stwierdził, nie dopowiadając małego szczegółu dotyczącego swojej niewybredności w kwestii mięsa i produktów białkowych - co innego było z warzywami i owocami.

- No bo to Twoje mieszkanie, więc Twoje zasady... - odpowiedział zgodnie z prawdą. Nordgersim był tutaj tylko albo aż gościem. A w gościach nie należało się rządzić tylko postępować zgodnie z zasadami narzuconymi przez gospodarza - To nie tak, że w ogóle nie noszę. Po prostu praca po kilka, bądź kilkanaście godzin dziennie przy piecu sprawia, że korzystam z każdej chwili wolności. No i tak jakoś mi zostało, że rano chodzę bez niej. Ubieram dopiero jak wychodzę do kuźni aby fartuch mieć na co zarzucić - wytłumaczył. Ciężko było walczyć z nawykami, które nabyło się lata temu. Prawdę mówiąc mało brakło, a nawet by się nie spytał Pandory o jej zdanie w tym temacie i po prostu usiadłby jakby nigdy nic przy tym stole.

Chyba za często się spoglądał w stronę ich i tym samym spalił swoją operację na panewce. Idealny plan pozbycia się tych kwiatków, został zakończony spektakularną porażką - Ale co pachnie? - próbował palić głupa jakby zupełnie nie wiedział o co jej może chodzić. No bo przecież nie miał pojęcia - był całkowicie (nie)winny w tym momencie. Widząc jak Turczynka nie radzi sobie z bluzą - lub radzi sobie za dobrze, zależy jak ktoś chciał to interpretować - uniósł oczy do góry w kierunku sufitu aby nie zostać o nic oskarżonym. Za wszelką cenę próbował utrzymać wzrok na wysokości jej oczu, co niestety sprawiało konieczność spoglądania na różę, ku jego niezadowoleniu.

Utrata równowagi przez Prewettówne wymusiła na Hjalmarze szybką reakcję. Teraz był niczym bramkarz, który próbował oszacować gdzie padnie strzał aby móc go obronić. Wyprostował szybko ręce aby móc ją złapać - tylko tego brakowało aby upadła i zrobiła sobie jakaś krzywdę. Na całe szczęście był wysoki i tym samym jego długie ręce pozwalały na duży zakres ruchów. Dzięki Merlinowi był też od niej większy, co tylko ułatwiało mu kwestię uratowania Pandory - Arghh... - wydał z siebie niemal bezgłośny dźwięk, wpadając z impetem na kanapę, starając się zasłonić jej twarz, co by nie nabiła sobie żadnego guza.

Kiedy tylko otworzyła powieki, od razu przeniósł swój wzrok na jej oczy, wbijając swoje niebieskie tęczówki. Twarz miał zdziwioną ale zarazem zaniepokojoną - zupełnie jakby chciał zapytać "co się stało?" albo "wszystko w porządku?" czy nawet "nic Ci nie jest?" - To nie tak... - starał się odpowiedzieć ale w standardowy sposób zostało mu to przerwane. Wszystko przez ten przeklęty, dowódczy palec ciszy. Widząc jak tylko go uniosła, od razu wiedział jak to się dla niego zakończy. Zbyt dobrze znał ten scenariusz. Islandczyk przymknął oczy, biorąc ciężki wdech. Jak to nie ważne? To właśnie bardzo ważne... Próbował się zmusić aby jakoś przeciwstawić się temu zaborczemu wyciszeniu ale nie potrafił. No bo co miał zrobić - zacząć krzyczeć? Tupnąć nóżką w niezadowoleniu? Może się jeszcze popłakać? Żadna z tych opcji do niego nie pasowała, a już na pewno nie w tym momencie.

Po krótkiej chwili otworzył ponownie oczy, dostrzegając, że najpierw robił za materac, a teraz za siedzisko. Nie miał problemu zarówno z pierwszym jak i drugim. Ojojoj... Pomyślał, unosząc kącik ust do góry aby chwilę później pokręcić przecząco głową na pytanie odnośnie uszkodzenia. Nie zrobiła mu żadnej krzywdy. Może gdyby padł na podłogę czy worek gwoździ to mógłby się skaleczyć. Na szczęście był tuż przy kanapie, która w akompaniamencie poduszek i koca, absorbowała część impetu uderzenia.

Pandora zerwała się na równe nogi, zupełnie jakby ktoś ją poparzył albo poraził prądem. Hjalmar rozejrzał się wokół sofy w poszukiwaniu róży, której jednak nie odnalazł, a następnie załamał twarz w dłoniach. No i czemu... Rozważał przez kilkanaście sekund z samym sobą, aż w końcu się zebrał do kupy i powstał, ruszając w kierunku gospodyni tego domostwa. Albo jej powiesz teraz albo nigdy tego nie zrobisz... Atakował sam siebie, próbując wymusić pewne kroki na własnej psychice - Nie zmuszam się aby spędzać z Tobą czas. Bardzo sobie cenię każdą chwilę spędzoną z Tobą... - zaczął mówić zatrzymując się na środku pokoju, w tym samym miejscu z którego przyglądał się bukietowi - I to nie tak, że się Ciebie boję... Tylko... - wstrzymał się na moment, czując jak serce bije mu nademiar szybko - Chcesz wiedzieć? Proszę bardzo. Jestem wilkołakiem... - zacisnął pięść, gotując się powoli w środku - W-I-L-K-O-Ł-A-K-I-E-M! - przeliterował aby miała pewność, że dobrze usłyszała to co jej właśnie przekazał - Pierdolonym likantropem, zwierzęciem do ostrzału według Ministerstwa! Gorszym sortem ludzi, który żyje na tej ziemi! - wybuchnął niczym wulkan, a następnie podszedł szybko do okna gdzie uderzył pięścią w parapet - Jestem jebanym potworem... - dodał, spokojniejszym, trochę smutnym głosem, opierając się o ścianę. W tej chwili dało się dostrzec dwa lub trzy wbite kolce od róży, mniej więcej na wysokości pleców - Przepraszam... Nie chciałem podnosić głosu... Zrozumiem jak będziesz chciała zerwać kontakt... - przyznał, przecierając twarz wolną dłonią. No to teraz żeś się popisał Hjalmar, owacje na stojąco się należą.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 30.10.2023

Trzeba przyznać, że wypowiedziane przez niego słowa odrobinę zbiły ją z tropu, sprawiły, że wpatrywała się w niego z nutą podejrzliwości, jakby to znów przemawiał przez niego alkohol, kiedy to był tak wylewnym facetem. Pandora jednak uśmiechnęła się jeszcze ładniej, wzruszając ramionami z miną niewiniątka, bo przecież nie szykowała żadnego zamachu na jego życie. Z nią tak już było, że ogólnie rzecz biorąc, uśmiechała się dużo, ale przy nim może trochę więcej?
- Nigdy w życiu nie chciałabym doprowadzić do Twojego zgonu, a uśmiecham się, bo przecież jestem najlepszą dziewczyną na świecie, nie? - odparła na swoją obronę, puszczając mu oczko i dopiero gdy znów spojrzała w patelnię, przygryzła dolną wargę z odrobiną zirytowania, bo nie powinna mówić tego głośno. Cóż, w najgorszym wypadku wyjdzie, że ma jakieś duże ego i jest mało skromna, trudno, przecież mu nie powie, że to jego słowa lub też procentów. - Jednak jeśli grozi Ci cukrzyca, mogę się spróbować przestać tyle uśmiechać, ale to będzie trudniejsze niż wtedy, jak mówiłeś, żebym się nie odzywała.
Przyznała szczerze, bo tyle, o ile słowa dało się stłumić, tak uśmiech zdawał się nieodłącznym elementem jej twarzy. Czerwone kwiat kontrastowały z jasnym wazonem, wydzielają słodki zapach róż oraz jakiegoś owocu, może truskawek? Nie umiała określić, jednak uznała ich przesłanie za miły gest, całkiem ignorując bilecik. Nie miała pojęcia, że biedne rośliny go tak irytowały, bo przecież lubił florę, co wywnioskowała z marzenia o kaktusie.
- Zwariowałeś? Nie będę jadła biednego prosiaczka! - oburzyła się nieco, jednak w sposób wesoły i żartobliwy, nie była zła za takie słowa. Wszak była kobietą tolerancyjną, ugodową i nikogo do wegetarianizmu nie zmuszała lub nie krytykowała jedzenia mięsa. - Warto próbować nowych rzeczy, potem może nie być już okazji. To dobre, jak Ci się śpieszy! Czasem sobie sama wrzucam na bułkę jajecznicę, czy sadzone.- wyjaśniła jeszcze, korzystając z okazji i dorzucając mu na talerz obok miejsca na jajecznicę ogórki oraz słodkie, małe pomidorki. Trzeba jednak przyznać, że brunetka była kreatywna i pomysłów miała naprawdę wiele, te żywieniowe były tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Wywróciła oczami na słowa o tym, że mieszkanie było jej, bo przecież sama kazała mu się czuć, jak w domu. On, Akane, Danielle czy Ger — każdy właściwie, kogo zaprasza, miał takie przykazanie. - Więc korzystaj z wolności, czuj się swobodnie. Przecież ja Ci to cały czas sugeruje. - rzuciła w odpowiedzi, zajęta przygotowywaniem mu jajecznicy, wbijając w żółto-białą masę spojrzenie brązowych oczu. Może i to lepiej, że tkwiła w tej nieszczęsnej kuchni, bo mogłaby się gapić, a to byłoby już niegrzeczne oraz nachalne, dobre przyjaciółki tak przecież nie robią. Nie pożera się wzrokiem swoich kolegów, nawet jeśli jest ku temu dobry powód. Zresztą, miał dobrą sylwetkę i ładne ramiona, a ona była tylko człowiekiem z mnóstwem wad, nie miała przecież niczego złego na myśli, czasem zerkając zbyt długo. Znając blondyna, pewnie i tak tego nie zauważył lub był zbyt miły, aby zauważyć.
-No zaraz Ci pokażę! - powtórzyła z nutą podekscytowania w głosie, myśląc, że tak się tymi różami zafascynował, że sprawi mu przyjemność. Los jednak przewidział zupełnie inną serię niefortunnych zdarzeń, niż planowała sobie Pandora. Nie przeszkadzałoby jej też, gdyby patrzył po prostu tak, jak wcześniej, a nie tylko na jej twarz, bo przecież kobiety w kostiumie kąpielowym już widywał, bielizna niewiele się różniła, jeśli nie była przesadnie prowokująca. Bez bluzy było przyjemniej, jakby odzyskała pełną swobodę ruchów. Biała koszulka trochę na niej wisiała, zbyt duża z małym słoneczkiem wyhaftowanym na kieszonce, którą miała na piersi.
Nie planowała się poślizgnąć, nie chciała wpaść na niego, jak jakiś taran i przewrócić na kanapę. Wiedziała jednak, że Hjalmar by ją złapał już w momencie, w którym straciła równowagę. Zawsze to robił, nawet jeśli groził jej śmiercią przez utopienie lub zepchnięcie z klifu, ratował ją i tak. Jak zawsze, jego dłonie złapały ja pewnie i stabilnie, poza przyjemnym ciepłem i zapachem skóry Islandczyka, nie poczuła żadnego bólu lub dyskomfortu, za co była oczywiście wdzięczna, chociaż może gdyby trochę się uderzyła, to by zmądrzała i przestała biegać, jak postrzelona po mieszkaniu. Niby wiedziała, co zobaczy po uniesieniu powiek, a jednak zaskoczenie i drobna oznaka nieśmiałości przemknęła przez jej twarz, sprawiając, że zastygła w bezruchu, nie zdając sobie nawet sprawy, że chyba na chwilę przestała oddychać.
Diabeł, sam Voldemort ją podkusił do wypowiedzenia tych słów, dlaczego musiała tyle paplać? Nie chciała się narzucać, nie chciała sprawiać mu więcej kłopotów, a tym bardziej nie planowała pytać, naciskać. To przez te błękitne, przypominające niebo oczy, palnęła ot tak. Na szczęście znała skuteczną metodę uciszania, posyłając mu przy tym trochę przepraszające spojrzenie, a potem podniosła się, wciąż czując pod palcami ciepło jego skóry. I trudno było skupić się Pandorze na czymś innym, więc po prostu zabrała się do udawania, że wcale tego nie było.
- Masz chyba przeze mnie pecha. - zauważyła ni to rozbawiona, ni to przepraszając, ciężko było stwierdzić. Gdyby spojrzeć na całą ich historię, ile razy coś było, bo ona źle zrobiła? Nawet jeśli pokręcił głową i zaprzeczył, przyglądała mu się chwilę badawczo, jakby niedowierzająco. Miał do niej naprawdę dużo cierpliwości.
Kiełbasa skwierczała, intensywny zapach roznosił się po pomieszczeniu, a ona naprawdę nie chciała popsuć mu jeszcze śniadania.
Doleciała do kuchenki, o mało nie wywalając się, marudząc coś pod nosem o swoim gapiostwie. Z uwagą przyjrzała się mięsu, ale nie było spalone, jedynie bardziej przypieczone, co przyniosło jej westchnienie ulgi. Zupełnie nieświadoma rozterek wewnętrzny swojego gościa, włożyła mu wszystko na talerz, a potem wyłączyła gaz pod swoją owsianką, która też zdążyła trochę wykipieć. Jak Hjalmar.
- Też lubię spędzać z Tobą czas i zawsze nie mogę się doczekać, gdy mamy się spotkać. - odpowiedziała pogodnie, odwracając głowę przez ramię z uśmiechem, bo naprawdę, sprawił jej tymi słowami przyjemność. Coś w jego twarzy sprawiło jednak, że ściągnęła brwi, pozostając w tej pozycji z delikatnie rozchylonymi wargami, a na twarzy malował się niepokój. Niebo spochmurniało, jakby miała nadejść burza. Nie bał się? To nie tak? Pytania cisnęły się jej na usta, ale milczała, nie chcąc go poganiać.
A potem wybuchł trochę, czego zupełnie się nie spodziewała. I chyba to ją bardziej zaskoczyła niż kwestia wilkołactwa. Może gdyby dowiedziała się, że zanim miała okazję spędzić z nim tyle czasu, to zareagowałaby inaczej, ale Pandora była tylko Pandorą, kochała cały świat i wszystkie zamieszkujące go stworzenia. Zacisnęła usta, a buzia jej złagodniała, delikatnie przytaknęła głową na znak, że rozumie jego przeliterowanie. Owszem, była zaskoczona, ale nie sama klątwa wydawała się jej najgorsza w tym, o czym jej powiedział. Zacisnęła powieki na hałas, który wywołał uderzeniem, mimowolnie zerkając na dłoń z nadzieją, że sobie jej nie uszkodził. Jej paznokcie stuknęły w kuchenny blat, westchnęła i odwróciła się przodem do kuchenki, przyglądając się owsiance. Zwilżyła spierzchnięte usta, łapiąc za rondel i przelewając jego zawartość do miseczki, wbiła w nią wzrok. - Nawet jeśli byłbyś świecącym jednorożcem, niczego by to nie zmieniło, ale dziękuję, że mi powiedziałeś. To musiało być dla Ciebie trudne.. - zaczęła łagodnie, łapiąc za naczynia po kilku sekundach i odstawiając jedzenie na blat, a potem dostawiając do nich zaparzoną kawę. Przetarła dłonie w spodnie, prostując się i wbijając w niego wzrok. Podeszła do niego dość lekko i szybko, jej dłonie oplotły jego pas, a palce splątały się na wysokości pępka ze sobą, zaciskając uścisk. Dostrzegła też wystające kolce, co skwitowała prychnięciem. Był zdenerwowany, dużo musiało go to kosztować.
- Jedna noc w miesiącu nie zmienia tego, kim jesteś i jaki jesteś. Ludzie się boją tego, czego nie umieją pokonać lub okiełznać, a Ministerstwo do niczego się nie nadaje. Poza tym.. - przerwała po chwili, wydając z siebie ciche mruknięcie zamyślenia, a potem przemknęła i okręciła się tak, że znalazła się między nim a ścianą. Złapała za jego policzki, unosząc jego twarz. - Każdy człowiek jest potworem, każdy jest taką różą z kolcami. Nie ma przecież idealnych osób. Co z tego, że jesteś wilkołakiem? Jesteś odważny, sprawiedliwy, masz dobre serce i zawsze się o wszystkich troszczysz. Jeśli ktoś taki jest zły, to co reszta świata ma powiedzieć? No i co to ma znaczyć, że zerwać kontakt? - zapytała już poważniej, siląc się na udawane oburzenie. Jej dłoń przemknęła niżej, palce zacisnęły się na podbródku. - Jeszcze raz tak zasugerujesz, a wezmę to do siebie i nigdy więcej się nie spotkamy. - zagroziła mu, a chwilę później puściła oczko, pozwalając, aby ręce jej opadły wzdłuż ciała z luźno puszczonymi palcami. - A teraz chodź, bo Ci wystygnie śniadanie. - zarządziła krótko, łapiąc go za nadgarstek i ciągnąc w stronę stołu. Mógł usłyszeć, że gada coś pod nosem o kolcach, którymi musi się zająć i faktycznie, gdy usiadł, to zanim zaczęła jeść swoją owsiankę, pozbawiła go nieprzyjemnych gości, przemywając dziurki po zielonych igiełkach, a przy okazji i sobie z palca jedną wyjęła. Usiadła obok niego, nieco, sięgając po leżącą obok miski łyżkę. Jej milczenie nie trwało jednak długo. Ciemne oczy zwróciły się w stronę jasnowłosego, a ona sama przekręciła się nieco na krzesełku, jednocześnie przechylając głowę nieco na bok. - Musiałeś być paskudnie samotny, Niedźwiadku. - mruknęła cicho, jakby to było jej największym problemem w całym jego wyznaniu i likantropii. Tyle stracił szans i ludzi przez to, że mogli go nie zaakceptować, skreślając przez uprzedzenia przy tym naprawdę wartościowego człowieka. I jego strach.. Często się bał? Co mogłaby zrobić, żeby mu pomóc i żeby poczuł się chociaż trochę lepiej? Owszem, wciąż jej głowa przetwarzała otrzymaną informację, ale zdawało się, że Prewettówna skupiała się na całkiem innych aspektach przypadłości, która go tak dusiła od środka. Nie zauważyła, że znów stuknęła paznokciami o miskę z owsianką, nie mogąc oderwać od niego wzroku - nie było to spojrzenie negatywne, przepełnione strachem lub oceniające, raczej łagodne i ciepłe, pełne troski, życzliwości. On zawsze będzie dla niej dokładnie takim, jakim dał się jej poznać. Zawsze będzie po prostu Hjalmarem, Islandczyk, Niedźwiadek z dalekiej Północy, który kontrastując z nią samą na każdym kroku, stał się stałym elementem jej codzienności, niezależnie od tego, co wydarzy się później. Nie umiałaby, a przede wszystkim, to nie chciałaby z niego zrezygnować.


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 15.11.2023

Słysząc odpowiedź Pandory chciał jej zapytać jedną rzecz - "skąd wiesz?". No bo skąd akurat mogła wiedzieć co mu siedzi w głowie. Czy potrafiła czytać w myślach? Raczej nie, chociaż może? - Umm... No ta-a-ak... Ale kto Ci to powiedział? - zapytał zaraz po tym jak puściło mu swoje oczko, które było również starym trickiem jak uciszanie palcem - Nie no. Czuję się dobrze... Taki no... Niewinny komplement, powiedzmy... - starał się wyjaśnić dlaczego na to wpadł, zupełnie jakby zrobił coś złego. Jakby komplementowanie drugiej osoby - tym bardziej najlepszej dziewczyny na świecie - było czymś złym.

Czerwony kwiaty nie kontrastowały z jasnym wazonem, a rozkwaszoną twarzą odważnego mężczyzny, który zaryzykował własnym zdrowiem dokonując tego aktu. Hjalmar obiecał sobie, że go odnajdzie i powie co sądzi o takim zachowaniu - lub co najmniej spróbuje to zrobić, chociaż szansa na to była raczej minimalna. Jedyny bilecik jaki mógł zaoferować tamtemu adoratorowi to bilet do wyjazdu z okolicy Pandory.

- Twoja strata - przyznał całkowicie poważnie. Mięso było przepyszne i pozwalało utrzymać wystarczająco duże chęci do życia dzięki spożywaniu jego. Nordgersim nie był niestety tak ugodowy i tolerancyjny w kwestii nie krytykowania wegetarian, wegan i wszystkich innych niejedzących mięsa - zwłaszcza jeżeli rozchodziło się o innych facetów. Wszak facet jak dąb, zjeść dobrze musi aby mieć wystarczająco dużo siły do działania i ciężkiej pracy - nawet jeżeli zwiększało to szansa na jakąś poważną chorobę w przyszłości - No mi się nigdzie nie śpieszy dzisiaj przecież - odparł zgodnie z prawdą. W zasadzie to nigdy mu się jakoś specjalnie nie śpieszyło. W końcu pracował w rodzinnym warsztacie, który miał kroków od domu. Te wszystkie nadprogramowe warzywa najchętniej by odrzucił na bok ale bał się, że zostanie przez Prewettównę przymuszony do ich zjedzenia, niczym niesforny dzieciak - w końcu takim przy niej był momentami - Niech będzie. Co złego to nie ja - przytaknął na jej zgodę. Z oficjalnym pozwoleniem mógł paradować bez większego problemu, pozwalając tym samym aby i jego rzemykowy przyjaciel poobserwował trochę świata, pomimo jego braku chęci na współpracę z Islandczykiem.

Nie musisz mi nic pokazywać. Nie chce tego widzieć bo mnie coś trafi... Starał się za wszelką cenę przekazać ten komunikat do jej myśli, jednak wszystko spełzło na niczym. Powąchanie tego kwiatka było mu potrzebne dokładnie tak samo jak jakiś guz - czyli wcale. Nie mógłby się ot tak po prostu patrzeć - Pandora mogła sobie tego nie życzyć, nie wypadało czy kilkanaście innych wymówek, który pewnie byłby w stanie przytoczyć w razie potrzeby. Kwestia kostiumów kąpielowych to było co innego ale ich też unikał jak ognia - tak jak wizyt na plaży.

Nie planowała ale to zrobiła, a Hjalmar nie miał innej możliwości żeby ją złapać. Prawdę mówiąc złapałby Prewettównę nawet jakby nie chciał tego zrobić - działał instynktownie. Może była to kwestia wychowywania z trójką młodszych sióstr, które należało pilnować na każdym kroku, a może ten typ już tak miał. W tym momencie to nie było aż tak ważne jak pewny chwyt i zapewnienie, że nic jej nie będzie. Była dorosła i mogła robić co tylko chciała - skoro według niej bieganie po mieszkaniu było "odpowiedzialne" tak też musiało być, a na pewno kiedy był ktoś kto był w stanie uratować "w razie w". Czy w mieszkaniu było rzeczywiście tak zimno, że policzki zrobiły jej się różowe, a wręcz lekko czerwone? Czy może chodziło o coś zupełnie innego? I zapewne gdyby nie ten przeklęty palec to mógłby się zapytać, a tak nie pozostało mu nic innego jak siedzieć cicho.

Czy miał przez nią pecha? Raczej nie. W końcu to ona się potknęła, a nie on. Może w taki razie przynosił on więcej szczęścia, niż Pandora pecha, dzięki czemu miał okazję ją uratować? Być może. Ale to wiedział chyba tylko sam Merlin i nikt więcej. Im dłużej ją znał, im więcej z nią spędzał czasu tym coraz rzadziej chciał ją utopić albo zrzucić z klifu, co było bardzo dużym awansem w ich zawiłej relacji.

Tykającą bomba w postaci Hjalmara musiała w końcu wybuchnąć i pech chciał, że to akurat Turczynka musiała wysłuchać litani gniewu i zdenerwowania. Uderzenie pięścią w parapet było silne i przepełnione bólem, co pozwalało mu na rozładowanie negatywnej energii. Zawsze lepiej było uderzyć coś martwego, niż innego człowieka - teraz mógł tak mówić bo w końcu do tego dorósł. Świecącym jednorożcem? Jestem czymś gorszym... Obwiniał się w myślach, starając się dojść do siebie. Czuł wyrzut sumienia, że wypowiedział to w tak agresywny sposób. Mógł do tego podejść na spokojnie, wyjaśnić pokolei ale nie, po co? Lepiej było pozwolić aby to emocje przejęły górę, a potem się za to winić - dokładnie tak jak to uwielbiał robić. Mądry Niedźwiedź po fakcie.

Uścisk, którym go obdarzyła niemal sprawił, że rzeczywiście dokonał żywotu, ponieważ podskoczył w małych strachu. Chcesz mnie wykończyć... Po za tym zaskoczeniem był całkiem przyjemny i miał w sobie coś takiego, co pozwalało się uspokoić - Zmienia... - rzucił pod nosem, nie do końca chcąc aby to usłyszała ale z drugiej strony nie powiedział tego jakoś bardzo cicho, więc miała szansę aby to do niej dotarło. Uniósł kącik ust kiedy złapała go za policzki. W innym momencie za pewne by się zdenerwował, a teraz poczuł ulgę, że nie został odepchnięty? Odrzucony? Że po prostu była - nadal - Bo jestem inny. Ludzie nie lubią innych... - przyznał z lekkim wzruszeniem ramion - No bo ludzie... Boją się takich jak ja i zrywają kontakt. Znikają bez słowa. Udają, że nie znają... - dodał, wypuszczając ciężko powietrze z ust. Pokiwał głową na zrozumienie, pozwalając sobie na krótki moment przymknięcia oczu aby upewnić się, że nie jest to cholerny koszmar, a prawdziwa sytuacja. Hjalmar wolał być świadomy, że miał już to za sobą. Że Pandora wiedziała o wszystkim. Że to nic nie zmieniło mimo strachu, który go wyniszczał.

Pozwolił się pociągnąć, nie stawiając żadnego oporu mimo, że byłby w stanie się zaprzeć i ją powstrzymać. Przy swoich gabarytach było to jak ta bułka z masłem na którą nałożyła jajecznicy - niedorzeczne, a jednak. Zignorował jej słowa o jakichś kolcach... No bo jakie kolce? Zastanawiał się nad tym dopóki nie zaatakowała go z partyzanta, pozbawiając jakichś PRAWDZIWYCH kolców - Arrrghghghh... - wydał z siebie pomruk, wręcz ryk niezadowolenia na zaistniałą sytuację. Moment przemycia rany sprawił, że ten syknął z bólu. Niby taki duży, a wrażliwy jak pudelek co by nie mówić - Idzie się przyzwyczaić - przyznał wpatrując się w filiżankę z czarną kawą - Skoro i tak już wiesz, że jestem tym... I jeszcze nie uciekłaś... To nic mi chyba nie stoi na przeszkodzie aby powiedzieć coś więcej... - wziął głęboki oddech, ponieważ był to dla niego bardzo ciężki temat - Wszystko wydarzyło się jeszcze w Durmstrangu. Pewnej nocy, Ivar wpadł na pomysł aby zabrać Njalę na randkę pod gołym niebem aby mogli obserwować pełnię. Od początku wydawało to mi się średnim pomysłem, zwłaszcza, że nawet nasz profesor wspominał aby nie opuszczać budynku szkoły w tym czasie... Ale wracając do głównej historii. Ruszyłem za nimi - nie mogłem pozwolić aby któremuś z nich stała się krzywda. Zwłaszcza kiedy znany się od małego dziecka... - westchnął z lekkim uśmiechem na ustach - Wszystko szło dobrze do czasu kiedy dało się usłyszeć nawoływania wilka, który moment później wypadł z lasu i chciał się rzucić na Njalę. Ivarowi udało się go odepchnąć raz ale sama wiesz jak wygląda... No nie jest najpotężniejszej postury, więc każda kolejna próba obrony Rudej mogłaby się zakończyć źle. Wyskoczyłem z tych krzaków, uderzając go kamieniem i wrzeszcząc aby skupić na sobie jego uwagę. Doszło do naszego starcia z którego za dużo nie pamiętam. Trochę przepychanki, może jakieś próby boksowania się z nim... - pociągnął łyk kawy - Obudziłem się następnego poranka w szkolnym szpitalu i nie wiedziałem co się w sumie stało. Dopiero później mi opowiedzieli, że tamten mnie ugryzł i chwilę później uciekł, a Ivar z Njala zabrali mnie do skrzydła szpitalnego... Ot jak to się zaczęło. Od tamtej pory podchodziłem do wszystkiego z pewną dozą nieufności - tylko tej dwójce mogłem zaufać - skwitował. I tak też w sumie było. Do tej pory tylko te małżeństwo mógł uznać za swoich przyjaciół w pełni tego znaczenia. Oni znali go od podszewki, a on ich - tym bardziej, że dzielili wspólny sekret i walkę o życie.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 21.11.2023

Jego pytanie sprawiło, że zaklęła w myślach dość brzydko, zaciskając na chwilę zarówno usta, jak i powieki, czego na szczęście nie mógł dostrzec. Zawsze zadawał te pytania, których akurat nie powinien. I co miała mu niby powiedzieć? Nie chciała go okłamać, nie chciała też mówić mu całej prawdy, bo gdyby wypaliła, że on, to pewnie znów dostałby swojego ataku paniki, którego była świadkiem o poranku.
- Pluszowy wilk. - odpowiedziała nagle, wzruszając ramionami i zrzucając winę na jedną ze swoich maskotek, a na jego tłumaczenie, znów obdarzyła go krótkim spojrzeniem brązowych oczu, posłanym przez odwrócenie głowy. - Tak się tylko z Tobą droczę! Chociaż myślałam, że ze wszystkich możliwych epitetów, akurat nie słodką wybierzesz.
Nie dodała głośno, że było to miłe, ale wyraz jej twarzy z łatwością mógł to zasugerować. Tak, jak sprawa ich wczorajszej niby randki pozostanie tajemnicą dla Hjalmara, tak dla Pandory sekretem będzie nienawiść w stronę bukietu i ich nadawcy. Naiwnie przecież sądziła, że tak bardzo mu się róże podobają, chciała po prostu dać mu możliwość lepszego przyjrzenia się, poczucia subtelnego aromatu owoców, który wydobywał się z intensywnie czerwonych płatków.
Roześmiała się na jego słowa o boczku, kręcąc głową.
- Będę musiała z nią żyć. - odparła pogodnie, zupełnie nie mogąc sobie wyobrazić spróbowania tego nieszczęsnego boczku z jakieś rozkosznej, różowej świnki z zawiniętym ogonem. Już wystarczyło, że matka zmuszała ją okazjonalnie do jedzenia ryb lub innych owoców morza, których też brunetce było szkoda. Jakby się nad tym zastanowić, poza delikatnymi zaczepkami, to nigdy nie komentował lub nie krytykował nachalnie, lub brzydko tego, że nie jadła mięsa. Znała już Islandczyka trochę czasu i nie była w stanie wyobrazić go sobie rezygnującego z kebaba lub golonki na rzecz pesto, lub hummusu, a do tego ta praca w kuchni — musiałby jeść tyle warzyw, żeby dostarczyć sobie odpowiednią ilość kalorii i poprawiać to tak dużą ilością nabiału, że nie byłoby to zupełnie opłacalne i wiecznie chodził głodny. A taki człowiek stawał się drażliwy.
- Tak? To jak chcesz, to zostań do jutra. Jest mnóstwo rzeczy do zrobienia w Londynie za dnia. - zaproponowała tonem, który sugerował, że pomysł ten bardzo się dziewczynie podoba. Skoro już oficjalnie przyznał, że mu się nie śpieszy i że ojciec go nie zabije za jeden wolny weekend, spędzony trochę dalej od kuźni, to dlaczego tego nie wykorzystać? Wrzucając mu te pomidory na talerz, uznała, że doskonale dopełnią smakiem posiłek, dodając nutkę słodyczy, skoro i tak wspomniał wcześniej, że już tak robiła. - Oczywiście. Co złego, to nie Ty.
Nie było żadnym problemem zgodzić się z tym, bo z ich dwójki, to ona raczej zwiastowała chaos i kłopoty, bo Niedźwiadek czasy szkoły Magii już dawno zostawił za sobą, dzięki czemu ojciec mógł odrobinę odetchnąć. Za każdym razem, gdy jej wzrok padał na niedźwiedzia zawieszonego na rzemyku, o intensywnie niebieskich oczach — nie mogła powstrzymać uśmiechu. Minęło sporo czasu, odkąd go dostał, a wtedy przecież niezbyt był chętny na nawiązywanie znajomości z wariatką z lasu.
Nadal go nosił, nawet już nie szukał na to wymówek i ze spokojną głową mogła uznać, że wisiorek po prostu przypadł mu do gustu, a może nawet przywoływał dobre wspomnienia. Wychodziło jednak na to, że w kwestii odsłaniania jakiejkolwiek części ciała, to Hjalmar przejmował się bardziej, niż Pandora. Ona wcale nie narzekała, że może popatrzeć.
Wrzucenie do jednego worka z siostrami zostawiła za sobą, prawie też ten okropny kleszcz poszedł już w zapomnienie. Wiedziała, że zawsze by ją złapał i zawsze by ją uratował, gdyby miał taką możliwość, ale nie stanowiła tu wyjątku. Zrobiłby to dla każdego, bo był dobrym człowiekiem i podobnie, jak ona postępowała — sądziła, że byłby skłonny pomóc komuś nawet kosztem samego siebie. Bieganie wcale nie było odpowiedzialne, ale zwykle też nie było przecież groźne. To te krople, które spadły z różanej gałązki na drewnianą podłogę i zaatakowały jej skarpetkę, to wszystko ich wina. Nie mógł nie zauważyć rumieńca, a ona nie miała żadnej wymówki na ich pojawienie się. Owszem, zgrzała się trochę przy kuchni, ale odrobina pary nie spowodowałaby tego, co z taką łatwością wywołała cała ta seria niezręcznych zdarzeń. Powtarzała sobie, że byli przyjaciółmi, bo w innym wypadku, to pewnie coś bardzo głupiego strzeliłoby Pandorze do głowy pod wpływem tego, jak blondyn był blisko i z jaką łatwością mogła tonąć w jego niebieskich tęczówkach. Musiała stłumić westchnienie mając nadzieję, że chociaż nie usłyszy, jak szybko biło jej serce. Między innymi dlatego musiała się odsunąć zaraz po tym, jak go uciszyła. Potrzebowała odzyskać kontrolę, więc starała się zachowywać beztrosko i pogodnie, jak miała to w zwyczaju, ignorując lub bezczelnie uciszając poszczególne myśli, lub iskierki, które okazjonalnie wywoływały dreszcz na jej ciele. Gdyby wspomniał głośno o tym, że szczęście, które oznaczało i przywoływało jego imię i jej pech, nieszczęścia i przeklęta puszka ścierają się ze sobą na tyle, że się stabilizują, pewnie przyznałaby mu rację. I chociaż zmieniliby temat, ale na to było już za późno, bo swoim zbyt dużym gadulstwem uruchomiła już całą maszynę, trybiki ruszyły.
Jego złość była dla niej odrobinę zaskakująca, ale nie była czymś nowym, bo przecież już miała okazję widzieć go, gdy stracił cierpliwość i do głosu dotarł głęboko ukryty w nim temperament. Kolejne słowa mężczyzny sprawiały jednak, że coraz lepiej rozumiała to, co nim się kierowało — tak przynajmniej sądziła. Tylko te dłonie.. Jak zamierzał pracować, robić te wszystkie piękne rzeczy, kiedy uderzył z taką siłą w parapet? Mimowolnie złapała w palce swoją złotą literkę, zaciskając je mocno. Nie mogła przecież tak tkwić w milczeniu, bo jeszcze pomyśli, że się go boi. Szybko więc uwinęła się z jedzeniem, aby w kilkanaście sekund później znaleźć się przy nim, ciasno obejmując go rękoma. Palce splotła pewnie i stanowczo, jakby swoim gestem chciała pokazać mu, żeby nie miał wątpliwości, że to, co mówiła — było szczere. Oczywiście nie mogłaby go ochronić przed złem z całego świata, nawet jeśli bardzo chciała, ale mogła pozwolić mu poczuć, że nie jest w tym wszystkim sam, a fakt, że jest wilkołakiem, niczego nie zmieniał — no, może poza tym, że Pandora teraz będzie mogła lepiej go zrozumieć. Drgnął, podskoczył chyba nawet, ale ona zdawała się zupełnie tego nie zauważyć. Ściągnęła brwi, gdy w chwilowym milczeniu, spomiędzy ust blondyna uciekło tylko jedno słowo, tak bardzo niewłaściwe. Prychnęła, kręcąc głową, mocniej go obejmując. - Jak Ci mówię, że nie zmienia, to nie zmienia.
Uznała, że musi być bardziej dosadna, więc przemknęła gdzieś pomiędzy nim, parapetem, ścianą, jego rękoma — sama właściwie nie wiedziała, aby palcami złapać za jego policzki. - Bo większość ludzi to głupcy. Skreślać Cię tylko dlatego, że raz w miesiącu krzyczysz do księżyca? To nic złego. Zobacz, ile ludzi jest okropnych, ile nekromantów i fanatyków czarnej magii, którzy z premedytacją i każdego dnia robią innym krzywdę. A Ty? Ty jesteś najlepszym i najmilszym człowiekiem, jakiego znam. - przerwała na chwilę, nie mogąc powstrzymać zirytowanego wywrócenia oczami na wszystkich tych idiotów, którzy chodzili po świecie, kompletnie go nie rozumiejąc. - No to jak się boją, to są głupcami i więcej będzie dla mnie. Nie pozwól sobie wierzyć, że trzeba się Ciebie bać, że musisz się ograniczać. Bo to nie jest prawda.
Dodała ciszej, palcami kciukiem przesuwając po skórze, znacznie cieplejszej niż jej palce. Musiał się naprawdę zdenerwować, dużo go to kosztowało. Dziewczyna zacisnęła mocno wargi, przenosząc spojrzenie z jego oczu gdzieś w przestrzeń, jakby zastanawiała się, co mogłaby zrobić. Bo tak było, ona zawsze starała się coś zrobić. Powrót do normalności był dobrym początkiem, a potem? Potem pójdzie do biblioteki, dowie się więcej. Owszem, miała specjalizację w magicznych stworzeniach, ale nikt nie hodował wilkołaków. Znała legendy, mity, jakieś ciekawostki, może i fakty, nie spełniało to jednak jej wymogów. Skoro likantrop stał się tak ważną częścią jej życia, musiała wiedzieć wszystko na ten temat, aby móc być dla niego jak najlepszą przyjaciółką, wsparciem. Żeby chociaż troszkę mniej się bał, był mniej samotny.
- Oj już nie dramatyzuj, uprzedzałam, że je wyjmiemy. - rzuciła rozbawiona, przyglądając się oczyszczonym rankom, chyba przyzwyczajona do jego mruknięć, ryków i innych odgłosów Niedźwiedzich. Usiadła na miejscu, gdy skończyła i podała do stołu, przyglądając się swojej odrobinie przypalonej owsiance, bo przecież wykipiała. Owszem, owoce ją uratują, ale teraz przypominała bardziej budyń z grudkami, niż płatki. Pandorze to jednak zdawało się nie wadzić, chociaż merdała w niej łyżką, zamiast jeść.
- Znasz mnie już trochę, jak mogłeś pomyśleć, że ucieknę? - mruknęła z niezadowoleniem, nawet nutą oburzenia w głosie, gdy przeniosła na niego spojrzenie ciemnych tęczówek. Idąc jego śladem, sięgnęła po kawę, robiąc kilka łyków gorącego, pięknie pachnącego naparu. A potem zaczęła słuchać, nie przerywała mu i nawet głośniej nie oddychała. Po prostu patrzyła, uśmiechając się od czasu do czasu, czasem przytakując — wszystko to, co mówił — było tym, o co go podejrzewała. Zawsze dbał o innych, troszczył się i ich pilnował, nawet jeśli sam był milczącym i raczej nie lubiącym tkwić w środku zdarzeń facetem.
- Pewną dozą nieufności? - zaczęła po dłuższym milczeniu, gdy skończył swoją opowieść, unosząc na chwilę brwi. Chyba nikt nigdy nie zajął jej tyle czasu, aby się w jakikolwiek sposób na nią otworzył, nie wspominając już o tym, że próba zbliżenia się do niego przypominała wspinaczkę na mur, którym mówiła wcześniej. Zrobiła kolejny łyk kawy. - Ktoś, kto jest potworem — nie ratowałby innych kosztem siebie, wiesz o tym? No i tylko Ty możesz wpaść na pomysł boksowania się z wilkiem. Uwielbiam to, jak jesteś odważny, gdy jest to najbardziej potrzebne i sytuacja tego wymaga, żeby nikomu się nie stało.
Zamilkła na chwilę, odwracając się na krześle przodem do swojej miski, w której znów pomieszała w zamyśleniu, miażdżąc kawałki owoców metalowym sztućcem. Wolną dłonią odgarnęła na plecy włosy, które spłynęły jej na ramię pod wpływem obrotu na siedzisku. - Przepraszam. Czuję, jakbym to wszystko na Tobie wymusiła, bo za dużo gadam. Nie chciałam postawić Cię w niekomfortowej sytuacji, bo może wcale nie chciałeś mi mówić.. - zaczęła ciszej, głosem nieco innym niż zwykle, jakby faktycznie było jej przykro i się przejęła. Nie spojrzała też na niego, stukając paznokciami w białą miskę, którą podsunęła sobie bliżej. - Do samotności nie idzie się wcale przyzwyczaić. Dobrze więc, że miałeś ich przy sobie, takie wydarzenia zawsze mocno łączą ludzi, nitki stają się nierozerwalne. Jedzenie Ci wystygnie.
Westchnęła, przymykając na chwilę oczy, aby zaraz wsunąć sobie owsiankę do ust, chociaż wcale nie była głodna, to przecież nie mogła być hipokrytą, zwłaszcza że na zimno już nie była taka smaczna.


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 03.12.2023

Od początku wiedział, że nie można ufać tej pluszowej bandzie. Nie dosyć, że najpierw próbowały przeprowadzić na niego zamach, który na szczęście się nie powiódł, to teraz zdradzały sekrety czy nawet myśli, które trzymał schowane głęboko w swojej głowie. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że nie miał pojęcia, który zwierzak tego dokonał. No bo, że powiedział o tym akurat pluszowy wilk, nie znaczyło, że to on się dowiedział - może był odważniejsze od reszty i przyszedł do Pandory wszystko wyśpiewać. Jeszcze się z Wami policzę, zbrodniarze... Groził im w myślach, wyobrażając sobie jak rozrywa je na strzępy za karę. Przez ułamek sekundy przeszło mu jedne pytanie - "one budzą się w nocy"? To było lekko przerażające i raczej nie możliwe... tylko czy na pewno?

Miał kłamać albo mówić nie prawdę? Mógł. Miał zamiast 'słodkiej' wybrać 'chaos'? Mógł ale tego nie zrobił. Palnął po prostu to co przyszło mu do głowy - nie zwracał zbytnio na to uwagi, ponieważ uznał to za śmieszne. Co by jednak nie mówić, Pandorze należał się jakiś komplement za dzielne znoszenie jego porannych grymasów, ataków i wszystkich pozostałych dziwactw, które przed nią dokonywał.

Pokręcił przecząco głową, chcąc przez moment nawet ją przedrzeźniać jednak się przed tym powstrzymał. Ta rozkoszna, różowa świnka była jeszcze smaczniejsza na ciepło i spieczona na skwarki - wtedy osiągała swoją finalną formę, która przynosiła ukojenie na serce i cholesterol. Gdyby ktoś kazał mu jeść jakieś warzywne podróbki mięsa to najpierw spojrzałby się na taką osobę jak na dziwaka, a później dopytał czy osoba wypowiadającą te słowa jest na pewno zdrowia. A na sam koniec wyszedłby oburzony, rzucając pod nosem jakimś soczystym przekleństwem, po którym popukałby się w czoło, ukazując co sądzi o swoim rozmówcy.

Na słowa o pozostaniu do jutra pokręcił przecząco głową. Nie chciał robić problemu i miał przeświadczenie, że i tak już wykorzystał jej hojność do dna. Wszak i tak pewnie miała go już dość, a mówiła w ten sposób bo była bardzo uprzejmą i miłą kobietą, która zawsze chciała dobrze dla drugiego człowieka. Pojawiała się też jedna zagwozdka - czy jej zgoda na to, że co złego to nie Hjalmar, wynikała z uprzejmości czy rzeczywistego, prywatnego zdania na ten temat? Nordgersim mógł się dopytać aby się upewnić ale czy warto było przeżyć ewentualne zderzenie ze ścianą.

Nie mógł dalej ukrywać zadowolenia z rzemykowego przyjaciela czy wymyślać kolejnej wymówki na to dlaczego akurat tym razem go miał przy sobie. Bo o ile działały one jeszcze jakiś czas temu, tak teraz nie było mowy aby to się udało. Hjalmar musiał zaakceptować swoją porażkę na tym szczeblu - nie miał innej możliwości jak się z tym po prostu pogodzić i żyć dalej pełnią życia. Bez dwóch zdań mógł powiedzieć - Nordgersim zero, Prewett jeden.

Jedyną rzeczą jaką mógł jej doradzić to fakt, żeby bardziej uważała. Bo o ile nie miał problemu aby ją złapać - wręcz może się lekko ucieszył jako, że mógł się wykazać, a to zawsze łechta ego w przypadku mężczyzn - tak nie było go zawsze przy Pandorze aby móc ją ratować. I o ile szło usłyszeć jej bijące serce, dojrzeć jej zarumienione policzki i lekki strach w oczach, tak nic nie zostało z tym zrobione. Gdyby do tego pytania jednak doszło, to wszystko by się odwróciło - to Pandora zapewne próbowałaby to jakoś wytłumaczyć, przedstawić narrację w swoich ramach, tak aby wyjść z korzyścią na swoją stronę. To wcale nie byłoby zdziwieniem dla Niedźwiedzia, wszak robił to samo. Zawsze obracał narrację tak aby postawić na swoim lub przedstawić pewne wydarzenia w innym świetle aby nadal zachować swoją niezszarganą reputację i opinię.

Prewettówna nie powinna była się martwić o jego pięść, a o parapet. Pięść boleć przestanie, a parapet będzie do wymiany. Prawdę mówiąc jeszcze jedna taka akcja to i Islandczyk będzie do wymiany, ponieważ po prostu dokona żywota w jej mieszkaniu, schodząc na zawał serca - Dobrze... - odparł, wiedząc, że nie będzie w stanie wygrać z nią tego pojedynku. W głebi duszy nadal jednak nie był zbytnio przekonany co do tych słów, bo według niego zmieniało bardzo wiele, jeżeli nie wszystko. Krzyczę do księżyca? A więc to sądzisz o wilkołactwie? Ciekawe... Pokręcił lekko głową z uśmiechem zarówno na jego wycie jak i komplement, który mu przed chwilą sprawiła - Nie obiecuje - dodał na koniec, czując jak puszcza jego podbródek, zostawiając na nim przyjemne uczucie przez kilka kolejnych sekund. Hjalmar nie mógł jej obiecać tego, że nie będzie się przejmował. To była jedna z tych rzeczy, których nie byłby w stanie nigdy przysiąść. Wolał odsunąć się na bok, usunąć w cień, zniknąć z życia danej osoby niż pozwolić jej cierpieć ze swojego powodu.

Kiedy tylko skończyła swoją operację, spojrzał na nią z pytającym wzrokiem - "ciekawe kiedy mówiłaś?!". Z drugiej strony dobrze, że zrobiła to bez ostrzeżenia, ponieważ mógłby próbować się od tego wymigiwać, unikać jak ognia i koniec końców wrócić z kolcami do domu, licząc, że jakoś sobie wypadną - No wiesz... Nie na co dzień spotyka się likantropa. Ludzie mojego pokroju mają tylko dwie możliwości. Albo wpisać się do rejestru albo żyć na pograniczu prawa, licząc, że nikt się nigdy nie dowie... I po prostu... Nie wiem... Przepraszam, nie chciałem aby to tak zabrzmiało ale po tylu latach już tak mam. Bałem się, że to może być dla Ciebie za dużo... Ale z drugiej strony czy nie zajmujesz się hodowaniem dzikich zwierząt? - parsknął śmiechem wyobrażając sobie jak w swojej wilcze formie siedzi w stajni z Abraksanami i się z nimi kłóci.

- Tak. Pewną dozą nieufności. Taką zaporą, która jest nie do przejścia póki nie wyrażę na to zgody, zdradzając swój sekret - dopowiedział biorąc łyk kofeinowego napoju - Może masz rację? Co innego miałem zrobić jak nie zacząć się z nim boksować? Miałem pozwolić aby skrzywdził Njalę i Ivara? I o ile Ivarowi się należało za ten tragiczny pomysł to czemu Njala miałaby przypłacić za to swoim życiem? Za jego głupotę? Nie do pomyślenia - przyznał, opierając się łokciami o blat - Przestań. Każdy by tak zrobił na moim miejscu. To nie była żadna odwaga, a głupota. Powinienem mu po prostu natłuc do tej pustej głowy, że to jest tragiczny pomysł albo donieść do profesorów aby ich powstrzymali... - ciężko westchnął, pochylając się nad czarną kawą by po chwili zobaczyć swoje rozmyte odbicie. Czy tak wygląda potwór? Zastanawiał się, szukając odpowiedzi na swoje pytanie, która niestety nie nadchodziła - Przestań - poprosił, kładąc swoją dłoń na dłoni Pandory, zaciskając ją lekko od góry aby mieć pewność, że nie będzie w stanie uciszyć go swoim palcem ani wykonać żadnej innej chaośniczej sztuczki. Całe szczęście argument większej siły był nadal po jego stronie i zamierzał teraz z niego skrzętnie skorzystać - Nie przepraszaj. To nie jest Twoja wina - stwierdził stukając kilka razu kciukiem w bok jej dłoni - Dobrze, że to zrobiłaś. Że tak to wyszło. Inaczej dalej byś myślała, że się Ciebie boję... Nie chciałem. Taka jest prawda... Gdybyś nie zaczęła to bym pewnie nigdy nie powiedział o tym, bo wiesz... Taki, ciężki temat... - pociągnął większy łyk kawy, nie puszczając jednak jej dłoni jeszcze przez chwilę - Idzie się przyzwyczaić. Uwierz. Człowiek znajduje sobie wtedy jakaś wymówkę, usprawiedliwienie na taką sytuację. Czasem popada w jakieś nałogi czy używki... Ale wszystko jest możliwe w tym świecie. Nie ma rzeczy, które byłyby nie do osiągnięcia - stwierdził, ściągając swoją dłoń na blat aby po krótkim namyśle wziąć widelec do prawej dłoni - A mieli jakiś wybór? Byłem dla nich trochę jak piąte koło u wozu... Ale z drugiej strony trzymaliśmy się od zawsze. Widziałem ich wzloty, ich upadki... Byłem ich rozjemcom. A oni w podzięce mnie nie odrzucili jak inni... - pokiwał głową na zgodę, że trzeba było się wziąć za jedzenie. Byłaby wielka szkoda jakby ten przepiękny posiłek przygotowany przez Pandorę miał się zmarnować. No i przede wszystkim ta soczyście zrobiona świnka w połączeniu z jajecznicą - no coś pięknego.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 08.01.2024

To wszystko było bardziej skomplikowane, niż sądziła. Pandora przecież nie była kobietą, która kłamała — a co gorsza, była w tym beznadziejna, bardzo łatwo było ją wziąć pod włos i cała intryga się wydawała, bo była też naiwna, przesadnie ufna. Niby wiedziała, że dobrze robi, nie mówiąc mu randce i zrzucając to na pluszaki, a jednocześnie ciążyło jej to strasznie. Im dalej, tym prościej miało być, a brunetka miała wrażenie odwrotnego działania tej zasady.
Wcale nie było tak, że go znosiła lub był męczący, lubiła jego towarzystwo. Nie było dla niej problem dla odmiany się nim zająć, gdy to przecież on zwykle pilnował jej. Mało kto nazywał ją słodką, więc nic dziwnego, że była nieco zaskoczona akurat tym słowem, ale nie znaczyło to, że nie sprawił jej przyjemności i nie zrobiło się jej miło. Niewiele komplementów traktowało poważnie, większość przecież była bezpodstawna, sztuczna, rzucona przez konieczność wynikającą z sytuacji.
Ciekawe, co Hjalmar kochał bardziej — mięso, wędrówki po lesie, kowalstwo, czy może jubilerstwo? Prewettówna już nawet nie pamiętała, jak świnka smakowała — kurczak, baran, cokolwiek, bo przecież, zanim rzuciła jedzenie zwierzaków, jadała normalnie. Dało się żyć bez mięs, zastąpić je, ale początki były trudne i kilkukrotnie miała naprawdę gorsze dni, które wywoływała narastająca anemia, brak odpowiedniego dostarczania składników odżywczych, ale z czasem wszystkiego się nauczyła.
Wbiła w niego pytające spojrzenie, gdy pokręcił głową, bo coś jej podpowiadało, że Islandczyk ubzdurał sobie, że sprawia jej kłopot lub nadużywa jej gościny.
- No dobrze, ale.. Gdybym nie chciała, żebyś został, to bym nie proponowała, okay? - powiedziała dla pewności, sugerując tym samym, że zawsze mógł zmienić zdanie. Jej zgoda, że co złego, to nie on, wychodziła z tego wszystkiego, co zdążyli razem przejść. Z tego, w jakim stopniu dał się jej poznać. Był ostatnią osobą, którą podejrzewałaby o jakąkolwiek formę premedytację, celowe krzywdzenie innych lub sprawianie kłopotów. Uśmiechnęła się do niego, ale też do swoich myśli. - Pomyślałam sobie w ogóle, że dam Ci klucze tutaj. Wiesz, teraz jak mieszkasz w Anglii, to może Ci się przydać nocleg w Londynie. Mnie często nie ma, ale nawet jak będę, to nie musisz się krępować. Zawsze jesteś mile widziany, tak samo w Turcji, moja rodzina często o Ciebie pyta!
Oznajmiła mu pogodnie, pozwalając sobie na delikatny ruch barków, który miał sugerować, jakby mówiła najbardziej oczywiste rzeczy na świecie. W jej głosie dało się jednak znów usłyszeć tą nutę dominującą, która źle znosiła sprzeciw. I tak by z nią pewnie nie wygrał, miała tysiące argumentów, dla której to był świetny pomysł. Mimowolnie znów zerknęła na niedźwiadka na rzemyku, który tylko wywołał dołeczki w śniadych licach. Już wtedy miała rację, pasował do niego.
Czy tłumaczyłaby się? Szukałaby wymówek? W takiej sytuacji, gdy nie miała drogi ucieczki, nie była taka pewna. Może wyrzuciłaby tysiące słów, zamiast odwrócić spojrzenie, zmienić temat? Uznała jednak, że niczego nie zauważył, skoro nie zapytał, dziękując też trochę swojej skutecznej metodzie uciszania. Bo Pandora sama przecież niewiele rozumiała. I był taki moment, że chciała otworzyć usta i coś powiedzieć, ostatecznie jednak ugryzła się w wewnętrzną część policzka, wracając do normalnej siebie w nienormalnej dla siebie pozycji, chociaż czy to pierwszy raz, jak w jakiś sposób robiła sobie z niego materac lub siedzisko? Nosił ją przecież nawet na plecach, nie wspominając o metodzie na worek ziemniaków.
Wolałaby, żeby nie umierał w jej mieszkaniu lub najlepiej wcale nie umierał, jeszcze tkwiąc w jej towarzystwie, bo najpewniej wyrzuty sumienia by ją też w jakiś sposób zabiły. Z tym akurat miała doświadczenie, doskonale pamiętała ciemne momenty ze swojego życia, od których minęło już przecież ponad dziesięć lat.
Uśmiechnęła się łagodnie, chociaż mógł zauważyć zadowolenie z jego odpowiedzi. Nie drgnęła nawet o milimetr, zastygając w chwilowym bezruchu z dłońmi na policzkach blondyna, które delikatnie gładziła. Chciała go uspokoić, zapewnić o tym, że ten wybuch to nic takiego, podobnie, jak wilkołactwo. Trzeba było więcej, żeby Pandorę przestraszyć lub zniechęcić. - Uśmiechnąłeś się. - zauważyła cicho, zadowolona z takiego obrotu wydarzeń i zupełnie nieświadoma tego, że gdzieś tam w środku wątpił w to, co mówiła. Nie okłamałaby go przecież w takiej sprawie. Hjalmar uśmiechał się tak rzadko, że każdy ten gest sprawiał, że ona sama była szczęśliwa, a co dopiero w takiej sytuacji. - Nie musisz obiecywać, ale chociaż się postaraj.
O nic więcej nie mogła go przecież prosić. Nie mógł też sam decydować o tym, czy być w czyimś życiu lub nie być, ale do tego postanowiła, że wróci innym razem. Nie chciała znów go denerwować, zwłaszcza że sama przecież już dawno na ten temat zdecydowała i tu musi być, jak Pandora chce. Nie może być inaczej. Nie wyszedłby stąd głodny, nie wyszedłby też z kolcami wbitymi w plecy, nie na warcie Turczynki.
- Na Merlina, przestań mówić o sobie, jak o kimś gorszym. - poprosiła, ściągając brwi w niezadowoleniu, które było wypisane na jej twarzy. Brązowy kosmyk, który uciekł jej z kitki, drgnął leniwie i wypadł zza ucha, usiłując przykleić się do ust lub łaskotać szyję, ale nie zwracała na to uwagi, zajęta wbijaniem w niego spojrzenia. Tęczówki przypominające płynny karmel zdawały się iskrzyć upartością. Westchnęła zaraz, odwracając na chwilę wzrok. - Owszem, trochę zajmuje.. - zaczęła cicho, zastanawiając się, czy powinna mu wspomnieć, że każde magiczne stworzenie to przy nim błahostka. Ich zachowania przypominały mechanizmy, działały w ten sam sposób i jak się poznało schemat, poradzenie sobie z nimi nie stanowiło żadnego problemu. Z nim było inaczej, ciągle rzucał jej wyzwania, ciągle ewoluowała ich relacja i to w sposób, którego nie umiała przewidzieć. Łatwiej było oswoić smoka niż jego. - No i jak je oswajam, to muszę być za nie odpowiedzialna. Więc za Ciebie też będę, jak Cię oswoję i sprawię, że uwierzysz w siebie i w to, co Ci cały czas powtarzam.
Dodała nieco pewniej, wracając wzrokiem do niebieskich tęczówek, zupełnie jakby rzucała mu jakieś wyzwanie. A jak Pandora sobie coś postanowiła, nie istniała siła we wszechświecie, żadna magia, która zmieniłaby jej zdanie. Fakt, że się roześmiał, poprawił jej nieco humor i sama zaśmiała się pod nosem, kręcąc głową.
- To więcej niż pewna doza nieufności. - mruknęła cicho, jakby chcąc go uświadomić, że jego słowa były niedopowiedzeniem miesiąca. Znała się przecież na ludziach, była towarzyska i przez lata znalazła metody radzenia sobie praktycznie z każdym. Niebieskooki niczego jednak nie ułatwiał.
-Nic innego, bo Ty to Ty. Nie poszedłeś do profesorów, nie powstrzymałeś ich, bo chciałeś dla nich dobrze, więc zdecydowałeś się ich sam pilnować, licząc, że nic się nie stanie. Sam zrzuciłeś na siebie odpowiedzialność za ten wieczór, bo coś do siebie czuli. I to widziałeś. - odparła na jego słowa bez zawahania się, zupełnie naturalnie. - Nie każdy, większość by machnęła ręką, tłumacząc sobie, że nic się nie stanie, a jak się wyda, że podglądali, to popsułaby się im relacja. Doceń siebie. Jesteś odważny.
Powtórzyła znowu, wywracając odrobinę oczami. Przyglądała mu się, gdy zatapiał spojrzenie w kawie, której ona z kolei na chwilę dała spokój. Nie był potworem.
Gdy położył dłoń na jej ręku, zbiło ją to nieco z tropu. Ona, owszem, często naruszała jego przestrzeń osobistą i robiła, co chciała, ale on sobie przecież nigdy na to nie pozwalał. Nie drgnęła nawet, odwracając twarz w jego stronę, ignorując przyjemny, ciepły dreszcz, który przemknął jej po ciele, gdy potarł po skórze kciukiem. Miał duże, przyjemnie chłodne dłonie. Dlaczego właściwie się tyle nad tym zastanawiała? Dlaczego reagowała w taki sposób? Przecież byli przyjaciółmi, a ona nie mogła się w nim zakochać, bo zwyczajnie nie powinna tego robić. To zbyt duże ryzyko dla utraty dobrej relacji. Gdy przechodziło się przez pewną linię, pokonywało granice, wszystko się zmieniało i powrót był niemożliwy. Nie zdawał sobie sprawy, jak ciężko było dziewczynie tak impulsywnej, tak żyjącej chwilą, usiedzieć w miejscu i nie robić tego, na co miała ochotę, tylko dlatego, że jakiś szept w głowie powtarzał jej, że nie mogła. Przeniosła wzrok na jego dłoń, obracając swoją i łapiąc jego palce w uścisk, pokręciła delikatnie głową. - Nie możesz tak robić. - zaczęła, prostując głowę, odrobinę przysuwając się na krześle, wzdychając. Wbiła w niego spojrzenie, ignorując subtelnie mrowiące od ciepła policzki, udając, że wcale nie oblewały się kolejnym, delikatnym rumieńcem. Była przecież silną i niezależną kobietą, odważną. Umiała postawić sprawy jasno. - Patrzysz tak na mnie, mówisz mi takie rzeczy, łapiesz mnie za rękę i jeszcze nie nosisz koszulki — co mi wcale nie przeszkadza, ale jestem na Merlina tylko człowiekiem, a jak będziesz tak robił, to zrobię coś bezmyślnego, co może mieć okropne konsekwencje. - przerwała na chwilę, przenosząc na chwilę wzrok na jego usta, a potem na trzymaną przez niego filiżankę, jakby nie mogła się zdecydować. - Nie możesz mieć potem do mnie pretensji, jeśli Cię pocałuje, a wcale nie powinnam. No i właśnie, nie chciałeś, a powiedziałeś, bo Cię do tego zmusiłam.
Urwała, kręcąc głową i odwracając się przodem do swojej miski, wbiła w nią spojrzenie. Może wcale nie była dla niego dobrą przyjaciółką i właściwym towarzystwem? Powinien jej to powiedzieć, jeśli sam by chciał, a nie dlatego, że była uparta, jak osioł. - Co to za życie, gdy ciągle usprawiedliwiasz to, czego chcesz i sobie na to nie pozwalasz? Nie chcę, żebyś tak żył i żebyś był taki samotny, żebyś miał się za potwora. Nie jesteś potworem. -westchnęła, przysuwając do siebie dłonie, gdy cofnął swoją. W ogóle się już odechciało jej jeść. Owszem, zachowywała się teraz egoistycznie, wiedziała, ale nie panowała nad tym, co mówiła. Nie była w stanie znieść myśli, jak musiał cierpieć i uważać, jak odtrącał ludzi, bo uważał, że tak powinien, a nie dlatego, że chciał. - Dlaczego mnie nie odtrąciłeś, już wtedy, na Lithcie w takim razie?
Zapytała, zerkając na niego, znów łapiąc za łyżkę, którą zamieszała w chłodnej owsiance. Nawet zjadła trochę, ale tylko rosło jej to w ustach. Jego następne słowa sprawiły, że dosłownie sztućce wypadły jej z rąk, uderzając o blat i z echem lądując na podłodze. Gwałtownie obróciła się na krześle, wstając i podchodząc do niego ze złością. - Jak możesz tak mówić? Jakie mieli wyjście? Piąte koło u wozu? Serce by im pękło, gdyby Cię słyszeli. Pomyślałeś, że nie odrzucili Cię, bo jesteś ich przyjacielem? Bo jesteś dla nich ważny? Bo jesteś niezastąpiony? - wyrzuciła odrobinę podniesionym głosem, mając ochotę tupnąć, jednak zamiast tego, drobne ręce zacisnęły się w pięści. Prychnęła, powstrzymując chęć rzucenia czymś. - Myślisz, że ja spędzam z Tobą czas, bo nie wiem, bo mi Cię szkoda? Że Cię nie odrzuciłam, bo się lituje? - nie mogła przestać mówić, chociaż bardzo chciała. Gdy była zła, mówiła dość szybko, a do tego rozbrzmiewał jej mieszany akcent, podkreślony przez silny temperament objawiający się w gestach lub mimice twarzy.


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 14.01.2024

Przymknął powoli oczy, poruszając tym samym głową na znak zgody. Mógłby się kłócić, może nawet odpyskować... ale po co? Żeby uciszyła go swoim palcem? Całkowity brak sensu - Pyta? A o co pytają? I niech zgadnę kto najczęściej pyta. Czy jest to Deniz? - odparł, będąc w sumie trochę ciekaw. Miał wrażenie, że nie zrobił zbyt dobrego wrażenia na temat samego siebie. W końcu to on znokautował jednego z gości na imprezie, wywołując poruszenie wieczoru. Mało brakowało aby zabił tam wtedy tego mężczyznę... No ale był on sobie sam winny, że Hjalmar akurat był w pobliżu... I obserwował Pandorę... I że tak wyszło, bo tak by właśnie brzmiała narracja jakby ktoś go teraz o to zapytał. "Akurat spojrzałem" - to też mogłaby być jego odpowiedź w tej kwestii. Nie zmieniało to jednak faktu, że młodej kuzynce Prewettówny mówił, że nie ma zbytnio szans i żeby nie robiła sobie zbyt dużych nadziei na nic. On był stary, a ona za młoda.

Nordgersimowi nie pozostało nic innego jak zastanowienie się jaką jest poduszką, skoro zapytać o nic nie mógł, ponieważ po prostu nie było mu to dane. Gdyby sam miał określić to powiedziałby, że całkiem wygodną z funkcją chrapania - zwłaszcza po alkoholu.

- Umm... Lekko? - odparł, nie widząc sensu w ukrywaniu tego. Całe zasługi za wywołanie tego uśmiechu mogła przypisać na swoje konto, nie potrzebny byłby sędzia aby to rozsądzić - Spróbuję - potwierdził aby usłyszała to co chce. Aby nie musieli ciągnąć tego nieprzyjemnego tematu. Ludzie w końcu działali w ten sposób - chcieli słyszeć tylko to co chcieli usłyszeć, nawet jeżeli było to małym, słodkim kłamstewkiem. Na jej kolejną prośbę tylko ciężko westchnął, pozwalając sobie odpuścić komentarz w tej sprawie. Może nie czuł się gorszy ale na pewno inny od całego ogółu społeczeństwa, a to mu wystarczyło do bycia 'gorszym'.

- Nie pozostaje mi w takim razie życzyć nic innego jak powodzenia. Nie tak prosto się tresuje wilki... A zwłaszcza te dzikie, chowane w głębokich lasach Islandii... - odparł, po części akceptując wyzwanie. Przeniósł też swój wzrok, po raz kolejny tego dnia, na jej twarz, widząc jak zrobiła to samo. Po chwili mruknęła coś pod nosem - ucząc się od mistrza pomruków jak to się robi - czego niestety nie dosłyszał ale jako, że moment wcześniej zaśmiała się pod nosem, uznał to za nic ważnego. Dobry humor Pandory też był dla niego bardzo ważny, niemal tak jak zachowanie swojej tajemnicy przed ogółem społeczeństwa.

- Czy to nie było trochę naiwne? Myślenie, że nic się nie stanie mimo przekonania, że będzie inaczej? Nie chciałem ich winić, bo przecież nie wiedzieli, że tam będzie - westchnął - No to każdy komu chodź trochę na kimś zależy... Niech będzie. Jestem odważny - przytaknął po raz kolejny co by się nie pokłócić o to. W pewnych sprawach rozumieli się bez dwóch zdań ale były tematy - jak ten - który dzielił ich grubą linią i ciężko było przekonać jedną jak i drugą stronę, co do swojej racji.

Nie spodziewał się, że Pandora - lub chaos - wpadnie na jakąś kolejną sztuczkę i wykorzysta jego własną broń przeciwko niemu samemu. Hjalmar chciał przecież tylko przytrzymać jej dłoń aby go przypadkiem nie uciszyła, a wyszło... Wyszło jak zwykle - czyli po myśli Prewettówny. Zupełnie jakby to ona rozdawała karty w tej rozgrywce i miała za każdym razem asa w rękawie. Już zabieram... Pomyślał, chcąc zabrać dłoń na jej słowa skoro nie mógł tak robić, ale nie udało mu się to, ponieważ złapała je w uścisku - swego rodzaju pułapce.

Wydał z siebie bezgłośne "jak?", unosząc zdziwioną brew na jej słowa - Ja nie mogę tak robić? Mam przypomnieć kto tu na kogo wpada? A potem jeszcze ucisza, nie pozwalając dojść do słowa? Zresztą pytałem czy mam założyć koszulę, mogę iść to zrobić teraz jak mam tak nie robić. Zresztą skoro Ci to nie przeszkadza, to w czym jest problem? - odparł na swoją obronę - Nie moż... - zaczął niepewnie. "...esz?" dokończył pod nosem - A czy ktokolwiek miał do Ciebie o cokolwiek pretensje? I dobrze zrobiłaś, że zmusiłaś. Tak to chociaż wiesz i nie będziesz zaskoczona jak kiedyś coś się stanie, a ja się przemienię w swoją drugą formę... To dopiero mógłby być dla Ciebie szok - dodał, ciesząc się z takiego obrotu spraw. Nie daj Merlinie wydarzyłaby się jakaś tragedia podczas, której musiałby się przemienić w wilkołaka, a wtedy Pandora zapewne nie wiedziałaby co jest dla niej większym szokiem - to wydarzenie czy Hjalmar, który stał się likantropem.

- Nie przejmuj się mną. Tyle czasu dawałem radę, dam radę tak dalej robić. Nauczyłem się z tym żyć. Najtrudniejsze jest zaakceptowanie tej sytuacji, a później jest już z górki - wytłumaczył jakby to było coś prostego. Bo według Nordgersima była - zmagał się z tym już tyle lat, że przestał zwracać większą uwagę, zupełnie jakby to było czymś normalnym. Myśl, Hjalmar, myśl... Ze wszystkich możliwych pytań nie spodziewał się tego o Lithcie. Nic więc dziwnego, że wyprostował się na to pytanie - Umm... A miałem? Powiedzmy, że mi... Zaimponowałaś? - wzruszył lekko ramionami, zastanawiając się jakby mógłby jej to wytłumaczyć - Najpierw pojawiasz się na Islandii akurat podczas tego święta... W dodatku w mojej miejscowości... Masz czelność wpaść na mnie w tłumie ludzi, a później zamknąć tych wszystkich głąbów... - zamilkł na chwilę, nie wspominając o sposobie w jaki Pandora tego dokonała - No i tak pomyślałem, że skoro już się pojawiłaś na miejscu... I wykazałaś... - przerwał, nie kończąc ostatniej myśli. Hjalmar uważał, że i tak już powiedział za dużo.

Nie spodziewał się za to, że jego słowa otworzą puszkę Pandory - dosłownie. Słysząc jak upuszcza sztućce, a potem wstaje i rozpoczyna swoją kanonadę, lekko się przeraził. Nie mówił nic, a jedynie obrócił się do niej na krześle, wsłuchując się w jej atak złości - Przepraszam - powiedział, wstając z krzesła, łapiąc ją za zaciśniętą pięść, którą następnie przyłożył do swojego torsu - Jeżeli Ci pomoże się uspokoić to proszę bardzo, uderz. Nie kumuluj tego w sobie bo nic dobrego z tego nie będzie. Wyładuj ten gniew - dodał, wolną dłonią zbierając włosy do tyłu, ponieważ spadły mu na oczy kiedy zaczął spoglądać w dół na Pandorę - Przepraszam, nie tak to miało zabrzmieć. Nie zostawili mnie, ponieważ są prawdziwy przyjaciółmi. Wiem o tym, jestem im wdzięczny i dałbym się za nich pociąć czy pokroić żywcem. Tak samo jak za nich, tak samo i za Ciebie. Tobie też jestem wdzięczny... - przyznał nabierając powoli powietrza, puszczając jej pięść - Uważam, że nie... Chociaż wiem, że byłabyś do tego zdolna. Powinienem być bardziej wdzięczny za to czym mnie obdarza los... Bo tak łatwo wszystko zepsuć, a ciężko naprawić. Ale nic na to nie poradzę, że zachowuje się jak młody, niewdzięczny szczeniak... - pokręcił przecząco głową po czym zaczął przecierać twarz dłonią, zakrywając przez dłuższą chwile całą okolicę nosa i oczu. Nie pozostało mu nic innego jak wierzyć, że Prewettówna zrozumie o co mu chodziło i przebaczy ten 'wybryk' - Przepraszam - powtórzył po raz kolejny, mniej pewnym głosem niż jeszcze chwilę temu.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 22.01.2024

Już dawno uzmysłowiła sobie, że im bardziej dosadnie się coś Hjalmarowi mówiło, tym lepiej. Inaczej mógł wymyślać jakieś głupoty jak na przykład z nadużywaniem tej gościnności. Nie chciała się z nim kłócić, ale musiał wiedzieć, jaka jest prawda. Nie zdawała sobie sprawy, że jej palec wzbudzał też takie przerażenie, że wolał przytakiwać, niż mówić, co sądził. Może nie powinna go używać?
- Deniz też, ale Ismet i pozostałe również. Nawet moja mama, jest pod wrażeniem, że wtedy się tak zachowałeś, ryzykując swoim zdrowiem i opinią. I może trochę wdzięczna, że dzięki temu, moja nie ucierpiała? Ojcu o Tobie opowiadała, ale Deniz im przerwała, mówiąc mu, że chciałaby być Twoją żoną. - odpowiedziała mu z rozbawieniem, przypominając sobie jedną z sytuacji, gdy w jej domu poruszony został temat Islandczyka. Poza Geraldine i Akane był pierwszą osobą, którą zabrała w rodzinne strony swojej matki, większość znajomych miała okazję być tylko w rodzinnej posiadłości Prewettów w Londynie, którą zajmował jej ojciec. Znacznie bardziej nudnej, smutniejszej niż ta w Turcji Nie wspomniała mu jednak, że Deniz dostała z łokcia w bok, gdy znów fantazjowała o zaręczynach z nim. Musiał być wygodną poduszką, bo niezwykle rzadko zdarzało się, aby Pandora po jakimkolwiek przebudzeniu chciała wrócić do spania, zrywając się zwykle na równe nogi.
Przytaknęła, że lekko, ale to było lepsze, niż złość lub grymas niezadowolenia. Samą siebie zaskakiwała tym, jak uważnie przyglądała się jego twarzy, próbując rozszyfrować drzemiące w nim emocje — zwykle z marnym skutkiem. - Lubię, gdy się uśmiechasz. - skwitowała jedynie, nie ciągnąć już dalej tematu obietnicy lub też próbowania, które mu zasugerowała. W głębi duszy i tak miała wrażenie, że jej nie posłucha, ale nie może też zabronić jej prób zmiany podejścia do tematu, odrzucenia samotności. Była może nosicielem nieszczęść, miała swoją czarną puszkę i oblicze gorsze, niż przypuszczał, ale nie zmieniało to faktu, że najchętniej zabrałaby również te złe rzeczy od niego, dokładając sobie. Merlin jej świadkiem, że gdyby istniało zaklęcie, które pozbawiłoby go tej klątwy i przeniosło na nią, skorzystałaby z tego. Obiecała sobie przecież lata temu, że będzie żyła tak, aby inni się uśmiechali, traktując każde spotkanie jako możliwie ostatnie. Trzeba było wynosić więc najlepsze wspomnienia. Nie przypisywała sobie jednak jego uśmiechów, nie mogłaby tak egoistycznie myśleć — już teraz nie, chociaż egoizm czasem przejawiał się w jej słowach czy gestach, niezależnie jak mocno próbowała go ukryć. Podążając jego śladem, również bezgłośnie westchnęła, raz jeszcze przesuwając wzrokiem po twarzy Hjalmara, jakby chciała upewnić się, że wszystko będzie w porządku. Bo naprawdę, mogłaby złożyć przysięgę krwi, wycie do księżyca nie zmieni wiele w tym, jak go postrzegała, nie po takim czasie i tylu wspólnych momentach, które mocno się w niej zakorzeniły.
- To prawda, możesz być moim największym wyzwaniem, ale skoro dotarliśmy aż tutaj, jak mogłabym się poddać, wilczku? - bezradnie rozłożyła dłonie, sugerując mu tym samym, że nie miała żadnego wyboru, skoro już się na to uparła i sobie postanowiła, że doda kolorów do jego codzienności. Nie bardzo wiedziała jeszcze jak, ale przecież miała czas, aby znaleźć odpowiedni sposób, właściwą metodę. Patrzyła na niego z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, łagodnie, ale i z pewnym smutkiem, wyrzutami sumienia, bo wciąż miała poczucie winy. Nienawidziła stawiać innych w niekomfortowej sytuacji i trudno było jej przetłumaczyć, że wcale nie było tak źle, jak szeptał jej umysł. No i ta samotność, żarząca się myśl, która nie dawała jej w ogóle spokoju, bo w gruncie rzeczy — pomimo tego, że był milczący, to lubił przebywać z ludźmi. Nie zdawał sobie sprawy, jak dużo wnosił do towarzystwa i jak mocny miał na nie wpływ, jak mocny wpływ miał na nią samą.
- Tacy są ludzie, zakładamy, że nic się nie stanie, zawsze wierzymy w szczęśliwe zakończenia. - odparła cicho na jego słowa, spuszczając na chwilę wzrok. Imponował jej tym, jak ruszył na pomoc swoim najbliższym, nawet jeśli było to tak niebezpieczne. Ona zrobiłaby najpewniej to samo, nie myślałaby zupełnie o sobie, gdyby groziło coś jej przyjaciółkom, rodzinie, czy Hjalmarowi — z tego pewnie nie byłby zadowolony, robiąc jej później wywód o lekkomyślności, ale taka była prawda. Przez to, że on tak zawsze dbał o jej bezpieczeństwo, chciała się odwdzięczyć tym samym. - Nie brzmisz wiarygodnie teraz. - skwitowała z westchnieniem, unosząc brew na jego odpowiedź. Jak mógł wątpić w to, że był odważny? Przecież był odważniejszy chyba, niż ona — chociaż nie w tych samych płaszczyznach, bo ich odwaga zdawała się uzupełniać. Tam, gdzie Pandorze jej brakło, nadrabiał ją Islandczyk i odwrotnie. Byłoby nienaturalne, gdyby się ze wszystkim zgadzali, zwłaszcza tak ze sobą kontrastując, będąc niczym słońce i księżyc — porównanie to sprawiło, że kąciki warg jej drgnęły ku górze, jakby uświadomiła sobie, jak trafne było jej porównanie, pierwsze skojarzenie, wtedy w pokrytym śniegiem lesie.
Nie postrzegała tego tak, jakby wszystko było po jej myśli, wręcz przeciwnie. Sprawiał, że wszystko było bardziej skomplikowane, niż gdy ona kontrolowała całą sytuację i naruszała jego przestrzeń osobistą. Ścisnęła jego palce dość pewnie i mocno, ignorując to, co najzwyklejszy, tak prosty gest w niej wywołał. Blondyn nie dość, że chaos do siebie przyciągał, to jeszcze go prowokował lub nawet wywoływał, gdy ten spokojnie drzemał. Jego mina zasugerowała jej, że nie spodziewał się tego, co zrobiła i że znów przeszedł go chyba dreszcz strachu i niepewności, który tak notorycznie u niego wywoływała. Znów. Mówiła więc wprost.
- Gdy ja na Ciebie wpadam, to nie masz takich myśli. - odparła na swoją obronę, nieco ściszonym głosem, chociaż za wszelką cenę nie chciała brzmieć na zawstydzoną. Westchnęła, gdy zaczął mówić, a potem przerwał. I co ona miała z nim zrobić? Nauczyć się czytania w myślach? Nie uciekła spojrzeniem od jego oczu, gdy mówił, jakby zastanawiała się nad sensem wypowiadanych przez niego słów. Dobrze zrobiła? Nie była taka pewna, wchodząc aż tak buciorami w jego prywatność, zachowała się egoistycznie, paskudnie. A z drugiej strony, czy nie było faktycznie lepiej? Czy nie ulżyło jej, że to nie kwestia tego, że ona była nękającym go problemem? I jeszcze ta nachalna chęć… Zacisnęła usta, znów przygryzając wewnętrzną stronę policzka, starając się uspokoić to wszystko, co wrzało w jej umyśle i sercu. To było wiele informacji, a Pandora była przecież żywiołowa, wszystko przeżywała intensywniej, niż sama sądziła. - Przemienisz się ot tak? - zapytała ostatecznie, nieco ciszej, jakby uznała, że to będą najbardziej odpowiednie słowa, które nie wywołują żadnej kłótni. Nie mogła sobie przypomnieć zbyt wiele o wilkołakach przez to, że nie postrzegała go w taki sposób, bo był przecież jej ulubionym Islandczykiem, Niedźwiadkiem. Nie umiała go postrzegać w sposób, w jaki pisano w książkach lub szeptano, stąd też takie, a nie inne pytanie. Miał trochę racji, byłaby w szoku, olbrzymim, ale znając samą siebie, nie sądziła, że by z niego zrezygnowała, nawet gdyby dowiedziała się w inny sposób.
- Jak mam się niby nie przejmować? - zapytała z niedowierzaniem, kręcąc głową. Zwariował? Powinien był o tym myśleć, zanim spędził w nią taki sposób Lithe, zanim ją do siebie przyzwyczaił na tyle, że nie mogła doczekać się kolejnej okazji do spędzenia z nim czasu. - Nie powinieneś tego akceptować, w tym cały problem. - dodała szeptem, przymykając na chwilę oczy. Próbowała się uspokoić, policzyć do dziesięciu. Nie chciała dać się ponieść emocjom, nie chciała się na niego wściekać, nie miała prawa. A jednak irytował ją tak strasznie, gdy mówił o sobie w ten sposób..
Zaimponowała? Uniosła brew, zachęcając go spojrzeniem do rozwinięcia myśli. Przed oczami zatańczyły jej wspomnienia, posmak piwa na jego ustach, mina jego kolegów. Wcale tego nie planowała — owszem, chciała mu podziękować, ale nie wierzyła, że wybierze właściwe miasteczko, a potem.. Wszystko poszło w sposób samoistny, po prostu dała się ponieść chwili, porwać do świata, którego przecież zupełnie nie znała. - To mi coś pokażesz w ramach nagrody za wykazanie się?
Zapytała retorycznie, kończąc jego myśl, nie bardzo chyba chcąc znać odpowiedź na to pytanie. Przesunęła dłonią po oczach, drugą zaciskając na łyżce. - Byłeś pewnie na mnie zły, jak Cię pocałowałam.
Zauważyła jeszcze, pozwalając ręku swobodnie opaść, aby mogła usiąść nad miską. A potem to już zupełnie straciła nad sobą panowanie, liczenie niewiele dało. Słowa wylewały się spomiędzy jej ust, nie uciekała od niego wzrokiem i sama nie wiedziała, kiedy znalazła się na ziemi. Paznokcie wbijały się jej w skórę od mocno zaciśniętych pięści. Skoro on nie chciał o siebie walczyć, to ona będzie musiała to zrobić za niego, była w stanie, bo przecież była silna, mogła wszystko. Powtarzała sobie to często, powtarzali jej to rodzice — chociaż to bardziej była krytyka, niż motywacja, bo nie dostosowywała się do tego, czego od niej wymagali wraz ze społeczeństwem.
Ona się gotowała, a on po prostu przeprosił? Rozchyliła usta zaskoczona, chcąc znów wybuchnąć, ale widok jego twarzy i fakt, że złapał ją za rękę, przysuwając do swojego torsu, czym zbił ją zupełnie z tropu. Przenosiła spojrzenie pomiędzy swoją dłonią, a jego twarzą, gdy poprawiał jasne włosy, nie bardzo wiedząc, co ma z nim zrobić, bo przywykła, że gdy się już odpalała, to ktoś się po prostu z nią kłócił. I niby na nim miała gniew wyładować? Przecież to niedorzeczne. Gdy mówił, milczała, wpatrując się z miną, jakby toczyła prawdziwą wojnę wewnątrz siebie. Jakim cudem tak szybko łagodnieje przez niego? Gdzie była jej iskra? Znów to robił.. Jego słowa sprawiły, że drgnęła jakby niespokojnie, czując mocniejsze wypieki na policzkach, potęgowane szybkimi uderzeniami serca. Gdyby przyłożył jej dłoń do piersi, pomyślałby pewnie, że ma jakiś atak. Jej pięść się rozluźniła, przymknęła na kilka sekund oczy, łapiąc głębszy oddech. Powtarzała sobie kilka słów niczym mantry. Była tylko człowiekiem, robiła źle, ale powinna ich unikać, gdy mogła, ale co, jeśli nie była już w stanie się powstrzymać? Jakim prawem była na niego tak wściekła, a jednocześnie tak bardzo się martwiła? Zupełnie nie rozumiała. Znów mówił, przepraszał, a ona milczała, przyglądając się później, jak przeciera oczy. Dawno tak długo nie siedziała cicho. - Jesteś naprawdę, naprawdę… - urwała, słysząc brzmienie własnego głosu, na które pokręciła głową, przykładając wyprostowane palce do jego skóry, pozwalając, aby dłoń do niej przyległa. - Przestań mnie bez sensu przepraszać. I mówiłam, jestem tylko człowiekiem.
Będzie się tym martwiła później. Była głupia, naiwna, lekkomyślna, nieodpowiedzialna i pewnie tylko wszystko psuła, ale trudno. Nie umiała powstrzymać swojej wolnej dłoni, która zacisnęła palce na jego nadgarstku i z zaskakującą siłą pociągnęła go w dół, zmuszając, aby się nachylił. Nie mogła też poradzić sobie z mimowolnie unoszącym się do góry ciałem, bo stanęła na palcach. Gdyby zapytał ją, dlaczego przysunęła się bliżej, patrząc mu jeszcze chwilę oczy, zanim musnęła swoimi wargami, usta Hjalmara — nie znałaby odpowiedzi. Nie miała absolutnie żadnego argumentu, poza zwyczajną chęcią, potrzebą? Szukała, zastanawiała się — może to kwestia tej aury poczucia bezpieczeństwa, którą roztaczał? A może fakt, że ją uspokajał? Pocałowała go jednak w zupełnie inny sposób, niż zrobiła to Lithcie, gdy chciała po prostu go trochę sprowokować, a także zamknąć usta jego kolegom. Jej dłoń przesunęła się nieco w lewo, jakby chciała sprawdzić, czy serce biło mu szybko, czy może zupełnie nie robiła na nim wrażenia. Całowała go łagodnie, ale jednocześnie zupełnie pewnie, jakby nie była to nieprzemyślana decyzja, coś więcej niż zwykły impuls. Gdy poczuła, że drżą jej stopy, odsunęła się, nie patrząc mu jednak w oczy z widocznym zawstydzeniem, pozwalając sobie opaść na panele. Westchnęła ciężko, a trzymaną za nadgarstek dłoń przeniosła niżej, układając ją na swojej talii. Bez słowa — bo co niby miała mu powiedzieć mądrego, skoro sama nie wiedziała — przytuliła się do niego, sugerując wcześniejszym ruchem, żeby po prostu ją objął. Przesunęła palcami po odkrytych plecach Islandczyka, opierając podbródek gdzieś na wysokości obojczyka, bo do ramienia nie sięgnęła, pomimo instynktownego wspięcia się na palce u stóp chwilę później, znów. Wyjątkowo też nie patrzyła mu w oczy, nie odwracała twarzy w jego stronę, wbijając spojrzenie gdzieś w przestrzeń za nim lub nawet w jego skórę. - I tak właściwie, to nie był wilk z tą najlepszą dziewczyną, trochę zmieniłam.. - mruknęła cicho z wyraźnym poczuciem winy w głosie, jakby co najmniej wbiła nóż jego siostrze w plecy — chociaż daleko było do takiej rangi przestępstwa jej małemu kłamstwu. No i temu, że go pocałowała, bo przecież nie powinna. - To znaczy, był wilk, ale nie pluszowy, tylko jak się okazuje, taki prawdziwy. Zaskoczyłeś mnie tymi słowami. - wciąż brzmiała na pełną wyrzutów sumienia, tłumaczącą się, ale mógł z łatwością wyczuć, że uśmiechnęła się pod nosem. Dłoń, którą trzymała przy jego torsie, przesunęła wyżej, na jego szyję, odrobinę jakby się zasłaniając, żeby nie mógł na nią spojrzeć. Miała nieodparte wrażenie, że gdy się od niego odsunie, to nie będzie mogła się odezwać, straci zupełnie kontrolę. Pewnie pięknie popsuła ich przyjaźń bez konkretnego powodu, a myśl ta sprawiła, że zacisnęła powieki. Będzie musiała mu się wytłumaczyć, chociaż może znał ją na tyle, aby samemu sobie odpowiedzieć? Nie raz mówiła mu przecież, że jest impulsywna, robi, a potem myśli. I jeszcze uprzedzała, że ją prowokował, a jak mówił takie rzeczy.. Przygryzła dolną wargę, zaciskając nieco palce, bardzo delikatnie wbijając je w jego skórę. - To ja przepraszam.