Secrets of London
[10.06.1972] Blask świec - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [10.06.1972] Blask świec (/showthread.php?tid=1715)

Strony: 1 2 3


RE: [10.06.1972] Blask świec - Sauriel Rookwood - 28.08.2023

Z Saurielem to trzeba było czasami uważać, czego sobie życzysz, bo można się było zdziwić. Aczkolwiek ubijanie Ministra Magii rzeczywiście nie było tym życzeniem, które by spełnił jak dżin z butelki czy złota rybka. Oczywiście tylko dlatego, że był zbyt leniwy. W żadnym wypadku nie dlatego, że było to dla niego niewykonale. Albo przynajmnie niewykonalne, żeby nie został złapany i wsadzony do pierdla. Niestety więc Augustus musiał cierpliwie budować swoją nienaganną reputację i piąć się po szczeblach kariery. Albo stety? Nie trzeba bezpośrednio zabić człowieka, żeby być za jego śmierć odpowiedzialnym. Granica człowieczeństwa była czasami bardzo cienka. Po Saurielu na przestrzeni lat Augustus mógł się sam naoglądać, jak człowiek był wypaczany przez przelewanie krwi bliźnich. Jak z dość empatycznej i wrażliwej osoby skończyć właśnie tak - jako wyzuty z empatii osobnik bliski osobowości dyssocjalnej. Mógł być przykładem opowiadanym dzieciom, czego mają sięę wystrzegać w przyszłości.

- Widzisz? A ty się dziwisz, że nabijam się z twojej arcyciekawej pracy w Ministerstwie. Sam mówisz, że to gówniana robota. - Okej, wcale tak Augustus nie mówił, ale dla Sauriela tak to brzmiało. Nazwane innymi słowami. Tam, gdzie pewne były jedyne trupy to... hm. Ciekawe, że Sauriel był hitmanem, Augustus urzędnikiem i w obu przypadkach jedyne, co było pewne, to śmierć. Sauriel za dobrze znał funkcjonowanie Ministerstwa, żeby akurat temu zaprzeczać, bo w sumie Augustus ujął to wręcz perfekcyjnie. - Co ci powiem, to ci powiem, ale ująłeś to on point. - Punkcik dla kuzyna, gadane w końcu miał. Nawet jeśli czasami bardziej podobny był do nakręconego robota, którego pozbawiono odczuć. To tylko pozory! Augustus był ich mistrzem, brylował w nich jak serdelek w oleju. Albo ogórek w zalewie.

- Zaczynam się niepokoić, że już druga osoba w przeciągu miesiąca sugeruje, że byłbym ciekawym obiektem badawczym.- Prychnął z rozbawienia, bo tak naprawdę go to wcale nie niepokoiło. Może powinno. Już kiedyś był taki temat omawiany i było niepokojąco blisko wprowadzenia go w życie. Nie przez niego, naturalnie. Natomiast Sauriel tanio by swoje skóry nie oddał. I tak po prawdzie to jakby Augustus go zapytał, zaoferował parę flaszek whiskey albo torbę galeonów to Sauriel by pewnie powiedział bierz, co chcesz! Nie to, żeby Sauriel był sprzedajny, rzecz jasna, ale... ale był sprzedajny.

Polał sobie kolejną szklaneczkę, kiedy Augustus odprawiał swoje czary mary nad kociołkeim i wzniósł go w ramach pozdrowienia. Tak, mógł się bez problemu odezwać do niego w razie gdyby potrzebował pozbyć się kogokolwiek. I jeśli było mu z tym łatwiej to mógł to zbywać również żartem.

- Gdyby trzymali się razem to zaraz by się zebrała grupa aurorów, albo samozwańczych łowców, która by im się dobrała do dupy. - Tak, było w tym więcej jeszcze elementów. Ale ten był głównym. - Ministerstwo przecież przymyka oko na istnienie takich jak ja. Jakby mi ktoś odjebał łeb w ciemnym zaułku to jakoś nie sądzę, żeby się tym za bardzo przejęli. - Sauriel miał rzeczy, których się bał. Śmierć nie była jedną z nich, dlatego mówienie tego przyszło mu z łatwością, z jaką prosi się o popołudniową herbatę. - Poza tym wampiry są trochę bliżej bestii niż ludzie. Większość jest terytorialna, bo terytorium to pożywienie. Jakby mi się na moim podwórku zjawił jakiś obcy wampir to bym mu odjebał pewnie łeb na dzień dobry a potem zadawał pytania. - Innymi słowy: nie pytałby. - Ta... jak z kotami. Dobrze powiedziane. - Uśmiechnął się pod nosem. - A nie, bo znasz jeszcze jednego. Joseph, staruszek, który się kręci. Jakiś tam nasz... prapra...praaaa dziadek. Czy coś. - I osoba zarazem, która go przemieniła. Pan Joseph Rookwood - Sauriel nigdy nie pytał, ile ten miał lat. Nie chciał wiedzieć. Ale wiedział, że jest stary.




RE: [10.06.1972] Blask świec - Augustus Rookwood - 31.08.2023

- Faktycznie momentami to gówniana robota, wręcz dosłownie, kiedy trafi rozcinać bebechy - przyznałem, wzdrygając się na widok albo rozwalonych jelit przez wypadek, albo rozcinanych na potrzeby badania. Żołądek wcale nie był lepszy, ale przynajmniej nie trącił aż tak dosadnie. Ugh! Byłem czyściochem. Nie przepadałem za takimi klimatami. Wolałem wyrzucić to w tej chwili z głowy.
Ale ogólnie miło, że w niektórych kwestiach Sauriel się ze mną zgadzał. Łapałem się na myślach destrukcyjnych, że mogę być jakąś mątwą rodzinną, ale kiedy tak sobie to zebrać w całość i przemyśleć, to nie tylko Sauriel cenił sobie moje słowa. Ojcowi również się to zdarzało, a to dopiero było wyróżnienie!
- Wiesz, Saurielu, nie powinieneś się dziwić - odparłem na ten obiekt badawczy. Zmierzyłem go niepokojącym, ale tak bardziej dla żartu, wzrokiem. - Fajnie byś wyglądał pod skalpem... Może chciałbyś się zgłosić na ochotnika? - zaśmiałem się, przywdziewając na drobną chwilę tę minę makabrycznego antropologa, jakiegoś z horroru wziętego, ale szczerze powiedziawszy, to jeszcze nikogo nie kroiłem na żywca. I nie kroiłem też wampira. To mogłoby być edukujące.
Rozsiałem się na fotelu, wysłuchując rozważań Sauriela na temat ewentualnej stadności wampirów. Możliwe, że miał rację. Czarodzieje od zarania dziejów usuwali z drogi wszystkie istoty, które mogłyby zaszkodzić ich władzy. Niekiedy w dosyć brutalny sposób, niekiedy w subtelny, aczkolwiek jedno było pewne - akurat śmierć Sauriela nie przeszłaby bez echa. Był jednym z nas - Rookwoodem.
- Pamiętaj, że jesteś Rookwoodem. Nawet po śmierci nie daliby ci świętego spokoju, drocząc sprawę do jej rozwiązania - powtórzyłem głośno własne przemyślenia i skrzywiłem się na wspomnienie o Josephie. Za bardzo nie miałem okazji z nim rozmawiać i było w nim coś tak nienaturalnego, że jednocześnie mnie fascynowało i odrażało. I niezależnie od moich pasji, jakoś tak nie było okazji ani szczególnych chęci by zamienić słowo. - On tam jeszcze żyje? Ten Joseph? - zapytałem przyciszonym głosem, jakbym bał się, że może mnie usłyszeć. Kto go tam wiedział?
Machnąłem różdżką by przemieszały się nasze przyszłe świeczunie.


RE: [10.06.1972] Blask świec - Sauriel Rookwood - 01.09.2023

Sauriel pokiwał głową na boki i wzruszył ramionami na to rozcinanie bebechów. Jemu tam się to nawet podobało. Potrafił snuć całkiem makabryczne wizje, a krew... no cóż, krew dla niego była pożywieniem i potrafiła być jak mizerny substytut seksu. Więc wizja rozwalonych wnętrzności była tylko wtedy odrażająca, kiedy wszystko śmierdziało gównem i zgnilizną. A niestety zwieracze często puszczały, kiedy ofiara została wyautowana z gry. Widząc minę Augustusa i znając jego podejście nie zamierzał mu snuć makabrycznych wizji gore i pchać je przed oczy, bo to mijało się z celem. A celem było miłe spędzenie tego czasu z kuzynem.

Czy ja czasem nie wspominałam, że przy Saurielu to trzeba uważać, czego sobie życzysz? Podobało mu się to spojrzenie, jakie mu zostało posłane, wręcz uśmiechnął się szeroko widząc to. Tak, w formie żartu, ale niektóre żarty można potraktować intencjonalnie poważnie.

- Jak mi zapłacisz odpowiednio dużo to proszę bardzo. I pod warunkiem, że nie będzie boleć. Za mocno. A jak ma boleć to zapłać więcej. I'm deadly serious. - Fakt, powiedział to poważnie. Jakoś tak nie sądził, żeby Augustus go rozebrał na części pierwsze i zostawił bez głowy, żeby sobie zdechł. Z prochu powstałeś w proch... a nie, to z martwego ciała powstałeś. To w sumie co się działo z ciałem wampira po śmierci? Chyba będzie musiał kiedyś zrobić w tej kategorii wywiad. Prychnął za to cicho, kiedy usłyszał o tym, że temat byłby drążony.

- Jakoś wątpię. - Ale niewiele osób wiedziało, że Eryk, ojciec Sauriela, chciał go wydziedziczyć. Lub nie, inaczej. Nie chciał go wydziedziczać, więc uznał, że najlepszym sposobem jest zatrzymanie niepokornego syna przy sobie - na wieki. Było w tym coś popierdolenie prawdziwego - wtedy dziedzictwo w końcu nie ginęło. A Sauriel o tym wspominać tak nie lubił, jak i nie chciał. Jego wojna z własnym staruszkiem ginęła echem w korytarzach tego upiornego domu. - Żyje. Ma się kwitnąco. - Niestety. Na tyle, na ile wampir potrafił kwitnąć. - Jak świeczunie skończysz to sobie jeszcze golniemy, co kuzyn? - Zaproponował, a była to jedna z tych propozycji, której przecież nie wypadało odmówić! No bo jak - ze mną się nie napijesz? - Jeśli cię interesują wampiry to ja wystarczę. Nie polecam wiązać się z tym psychopatą. - Nie, niekoniecznie użył tego słowa intencjonalnie w pełnym znaczeniu. Raczej jako ogólnego określenia na psychola, na osobę, która ma nasrane w głowie. Nie to, żeby z Saurielem było wszystko okej, och nie. Po prostu z dwojga złego był tym lepszym diabłem. On żył tych dwadzieścia parę lat. Joseph - setki.




RE: [10.06.1972] Blask świec - Augustus Rookwood - 03.09.2023

- Chyba jednak nie mówisz poważnie z tym cięciem - odezwałem się po chwili, bo ja rozumiałem i akceptowałem to, że Sauriel był inny, bez obycia i zahamowań, ale to, z jakim przekonaniem to mówił, nie mieściło mi się w głowie, więc zacząłem brać pod wątpliwość to, czy serio tu z nim siedziałem i rozmawiałem o krojeniu go, czy może odpłynąłem gdzieś myślami do krainy swoich chorych fantazji. Aż zamrugałem kilka razy intensywnie, ale wciąż znajdowałem się tu wraz z Saurielem i on serio na mnie patrzył, i też siedział jak gdyby nigdy nic.
- Cóż, też bym chciał być takim chorym pojebem - stwierdziłem, prychając, a może śmiejąc się. Nie wiem, czy to było bardziej rozbawienie, czy może rozżalenie. Bądź co bądź, może gdybym był osobą lawirującą na granicy życia i śmierci, a nie trzymającą się uparcie życia i jedynie badającą śmierć, to żyłoby mi się - a może nieżyło - lepiej. Może coś było w tym takiego, co otworzyłoby mi oczy na sprawy, o których tak naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, udając albo okłamując siebie, że jednak mam. Ciekawe, co by powiedziała na to Vespera, żeby tak, no, tak zabić Augustusa Rookwooda dla eksperymentu naukowego.
- Wiesz co, ja bym sobie chętnie golnął już teraz, ale... Myślę, że wtedy skończysz z tymi penisowymi świeczkami. Albo z jakąś papką świeczkową. Cóż, najważniejsze to by na tym etapie nie zapomnieć włożyć knota - przyznałem, zerkając na kociołek.
Wstałem z fotela by się tym zająć. Nieco krępowała mnie obecność Sauriela, bo wiedziałem, jaką wcześniej miał opinię na temat mojego świeczkowania. Ale się przekonał, że to wcale nie tak, że fiu-bździu mam w głowie, tylko konkrety. Sam niekiedy za wiele analizowałem. Trochę niczym kobiety, może nawet bardziej. To już Vespera była mniej emocjonalna ode mnie.
- Dobra, przygotuję to teraz. Wywar już prawie gotowy - stwierdziłem głośno, po czym na moment odwróciłem się do Sauriela z uśmiechem. - A ty polewaj - poleciłem, by tak nie siedział i też się na coś przydał, a co! Hohoho! Z Pana Augustusa wychodził nam tu dyrygent, ale pewnie nie na długo.
Zapomniałem dodać Saurielowi, że, broń Merlinie, nie mógł się też ten nasz wywar woskowy zagotować, bo to też pokrzyżowałoby nam plany. Na szczęście grało, ale nie powinienem się przy żadnych ważnych czynnościach rozpraszać alkoholem czy też ploteczkami. Westchnąłem ciężko. Przygotowałem dwa stożki i zalałem woskiem, potem magicznie, za pomocą różdżki, umieściłem w nich knoty. Pedantycznie równiutko. Takie świecie będą palić się równomiernie i odpowiednio do rytuałów. Ach, uwielbiałem w sobie to, że bywałem perfekcjonistą. Czasami ta nerwica natręctw się na coś przydawała. Uśmiechnąłem się do siebie samego i jeszcze raz zerknąłem, jak się mają moje przyszłe dzieła. Doskonale.
- To teraz trzeba poczekać aż zastygną albo je do tego zmusić magią... Myślę, że możemy poczekać naturalnie, wypić sobie, a jutro będą jak znalazł. Kiedy jesteś umówiony z klątwołamaczem? - zapytałem, bo właściwie nawet go o to nie zagadałem. Może mu się spieszyło, a ja go bałamuciłem. Czy mi coś mówił o wizycie... Jakoś mi umknęło. Za wiele miałem ostatnimi czasy na głowie. Ale zapisałem sobie w głowie, by nie wiązać się z tym psychopatą Josephem. Tak, zdecydowanie wolałem towarzystwo Sauriela. Po stokroć. Kiedyś znacznie więcej czasu spędzaliśmy w swoim towarzystwie. Szkoda, że te wszystkie przyjaźnie, relacje z dzieciństwa diabli brali.


RE: [10.06.1972] Blask świec - Sauriel Rookwood - 03.09.2023

- Poważnie. - Nie, ciężko było każdemu normalnemu człowiekowi zaakceptować to, co mówił Rookwood. Owszem, ciało wampirów było martwe. Nie płynęła w nich krew, nie biło im serce. Ale myśleli, czuli tak samo jak każdy człowiek. Bolało jak każdy człowiek. Niektórzy mieli bardzo romantyczne pojęcie wampiryzmu, to chyba te książki. Ale wampir człowiekiem nie był, nie ważne, jak bardzo przekonywało się samego siebie czy jak mocno przekonywało cię do tego otoczenie. Jasne, człowiekiem siebie nawet nazwiesz, to co ludzkie nie było ci obce i nie będzie. Ale w wampirach, każdym z nich, drzemała bestia. Ta bestia chciała jeść, a jej głód był nasycony może przez krótką chwilę, kiedy całkowicie pozbawiła życia. Bolesny błąd, bo wtedy tworzysz kolejny wampirzy pomiot. Nie było chwili ulgi. Całkowitego zagłuszenia tego pragnienia tętniącego w żyłach. Osoby, które kiedyś były bliskie, nagle stawały się workami z krwią. Sauriel po przemianie prawie zniknął z życia na ponad dwa lata. Zerwał kontakty, ograniczył spotkania z rodziną do minimum, kiedy było to konieczne. W pewnym momencie rozumiesz, że nigdy nie będzie tak, jak dawniej. Możesz tylko nauczyć się samokontroli, ale jeden drobny błąd może sprawić, że zaraz ją stracisz. To nie było bezpieczne, choć Sauriel rzeczywiście kontrolował się doskonale. Nauczył się tego, został nauczony. A skoro przez Augustusem siedział człowiek z nutką zwierzęcia w sobie, które zawsze chciało żreć, to nie - nie było niczego normalnego w mówieniu, że można go kroić. To chyba już nawet wykraczało poza lekkie odchyły i ekstrawagancję. Saurielowi było jednak wszystko jedno. - Daj spokój! Ludzie przestają cię lubić. - Za to zaczynają się ciebie bać. Sauriel wyglądał jak typ spod ciemnej gwiazdy i niektórzy nie potrafili wytrzymać jego intensywnego spojrzenia czarnych oczu jak dwie studnie. Nienaturalnych. I nawet nie musiał się przy tym starać - ten typ tak miał. Tak jak Augustus wyglądał na idealnie uporządkowanego przyszłego Ministra Magii, wystarczyło, że wskoczył w gajerek i się naprostował.

- Nie pachnie to za ładnie. - To gotowanie świeczek, robienie ich, ten topiony wosk. - I to tak... do każdego rytuału czy czego tam.... inne pierdolniki się dodaje do tych świeczek? I czy wielkość ma znaczenie? Na pewno ma. - Uśmiechnął się zadowolony ze swojego własnego, paskudnego żarciku, który wyszedł mu w sumie trochę przypadkiem. Wnioskował, że składniki miały znaczenie, że może tam się dodawało jakichś ziół, czy... skarpety goblina, ciężko powiedzieć. Inaczej nie dostałby całej karteczki z zaleceniami. Zgodnie z zaleceniem swojego gospodarza rozlał im po równo kolejnej porcji whiskey i przesunął szklaneczkę delikatnie po biurku, żeby czasem się nie rozlała jej zawartość. Z ciekawością obserwował cały proces i to, jak był pieczołowicie przygotowywany przez samego Augustusa. Sauriel nie był pewny, jak to się działo, że otaczały go takie pedantyczne osoby, kiedy on sam był no... może nie burdelarzem, ale zdecydowanie do ładu było mu daleko. Pewnie odlałby te świeczki byleby były... tym nie mniej uśmiechnął się pod nosem, doceniając te starania. Nie wątpił w to, że trafił do najlepszej osoby, jakiej mógł, ale jakoś... i tak się milej robiło widząc coś takiego. Pewność wzrastała? Stawała się pewną pewnością? Cholera wie, jak to opisać. Dobrze było po prostu zweryfikować rzeczywistość, że nie tylko dostałeś to, czego chciałeś, ale i w zasadzie ociupinkę więcej. Prawie jakby Augustus dodał do tych świeczek swoją miłość.

- Jestem umówiony na: "im szybciej tym lepiej". Czyli: jak kurwa będziesz mieć świeczki to lecim. Ale kuzyn, no... w nocy i tak klątwołamacza nie umówię. Więc zdróweczko. - Najebany też do szpitala nie pójdzie, warto by było dodać. A przynajmniej osoba odpowiedzialna by coś takiego powiedziała. Na szczęście Sauriel był odpowiedzialny w piciu alkoholu - odpowiedzialnie pilnował, żeby żadna kropelka się nie zmarnowała.




RE: [10.06.1972] Blask świec - Augustus Rookwood - 03.09.2023

- Nie pachnie dobrze i nie czyści się dobrze. Chwała, że mamy od tego magię i skrzaty domowe - stwierdziłem zadowolony, bo nie wyobrażałem sobie ręcznego czyszczenia kociołka po tym całym warzeniu. Graniczyłoby to z cudem. - Gdybym zrobił ci ogromną świeczkę, to czekałbyś kilka dni na zdjęcie klątwy, bo zapewne będziecie całą spalać albo jej większość. Dodaje się barwniki, bo moc jest w kolorach i ich pochodzeniu. Reszta to tylko dodatki do wyglądu, ale tu nie dodawałem. Ach, i zaklęcie na koniec dla nadania jej specjalnych właściwości - przyznałem, po czym się nieco zmieszałem. Właśnie mówiłem Saurielowi o uroczym przyozdabianiu świeczek by były śliczniaste. Cóż, małżonka i siostra doceniały mój kunszt. Dobra, może tego nie wyłapie spośród moich słów.
Szczególnie że wszystko było dla niego żartem. Nawet rozmiar świeczek! Był po prostu niesamowity z tym swoim obyciem. Egzeplarz wampirzego czarodzieja godny opisania w jakiejś komedyjce.
Zostawiłem świece na swoim miejscu, sprawdzając dla pewności jeszcze raz, czy wszystko aby na pewno gra. Zabrałem swoją różdżkę i wróciłem do biurka, do Sauriela i naszych ciekawych pogadanek o wszystkim, niczym oraz o cięciu się na żywca, a co!
- Ok, to jutro z rana śmiało wbij do mojego gabinetu i je zabierz. Ja o świcie zaczynam pracę, więc mnie nie będzie - przyznałem, zapisując sobie w głowie jedynie to, by nad ranem zwieńczyć dzieło zaklęciem i zapakować je dla Sauriela w taki sposób by ich od razu nie zniszczył. Nie musiałem na niego patrzeć - choć właśnie patrzyłem - by stwierdzić, że podobny scenariusz może się wydarzyć. Zapewne zarwałbym noc, by zrobić mu jeszcze dwie zapasowe, ale niestety skończył mi się barwnik, a zdobycie go w godzinę zapewne byłoby dosyć trudne. Cóż, wierzyłem, że w tak ważnej sprawie poradzi sobie bez komplikacji. Oby mnie nie zawiódł.
- Powodzenia życzę. Będzie dobrze - stwierdziłem, wznosząc szklankę w górę. Zaproponowałem toast za niego i za jego partnerkę. Upiłem nieco whisky i odstawiłem szklankę na biurko. Nie sądziłem, że przyjdzie mi przyzwyczaić się do jej podłego smaku, a tu patrzcie. Lata praktyki w piciu. - Mówiłeś, że ludzie przestają cię lubić...? Ktoś się odkolegował odkąd masz parcie na krew? - zapytałem może aż nazbyt bezpośrednio, za co się ugryzłem z opóźnieniem w język, ale byłem ciekaw. Już dawno nie mieliśmy okazji pogadać od serca.


RE: [10.06.1972] Blask świec - Sauriel Rookwood - 04.09.2023

O zgrozo, tak! Sauriel pokiwał głową z pełnym zaangażowaniem na te mądra słowa kuzyna. Co prawda czarnowłosy uważał, że skrzaty też stworzenia i zasługiwały na taki sam szacunek jak czarodzieje, mugole, czy inni tacy, ale na głos niebezpiecznie było o tym mówić. Szczególnie w tym domu. Dlatego swoje mniemanie zachowywał dla siebie, ewentualnie wypowiadał się o nich w miejscach, gdzie to on mógł sprzedać gonga zadufanym czarodziejom myślącym inaczej. A nie, że to jemu spuszczą wpierdol za to, że był wielbicielem mugol i o zgrozo, skrzatów domowych. Tym nie mniej robotę skrzaty robiły wybitną i och, jak dobrze, że sprzątały! No i magia. Booorze, jakby trzeba było się schylać po te wszystkie gacie i inne takie... a tu nie. Mach różdżki i już wszystko poskładane, albo posłane do prania. Mugole mieli naprawdę cholernie ciężki żywot. Ale i sobie go ułatwiali - wynalazki, jakie robili, to dopiero był sztosik!

- A to ja nie chce, ocipiałbym chyba. - W końcu nie należał do ludzi cierpliwych, jajko by tam zniósł, albo... ogórki zaczął sadzić z nudów! A to sadzenie ogórków to nawet nie był jego pomysł! A teraz miał wrażenie, że co się jakiś temat nie pojawi to bam - ogórki w głowie. Kurwa, straszne! Teraz miał w głowie ogórki w kształcie penisów. I to też było straszne. - Dobra, czaję, tutaj im mniejsze tym lepiej. Geeez. - Otworzył oczy na moment szerzej, fenomen! Ale nadal gadali o świeczka. Tak, ciągle o świeczkach. - Hooo... a robisz świeczunie takie... no nie wiem, na przykład - jednorożec. Albo świeczka-pufek? - Uśmiechnął się szeroooko, wyobrażając sobie Augustusa, jak siedzi z taką różową kulką i marszczy brwi, pochylony, pieczołowicie dłubiąc każdy włosek w tym wosku. I pewnie to wyglądałoby zajebiście! Mógł się z tej wizji nabijać, ale kuurwa, miał przeświadczenie, że naprawdę by zajebistą figurkę zrobił. - Ej, weź mi kiedyś jebnij taką ozdobną świeczunie. Kota. Czarnego. - I powiedział to poważnie, nawet bez uśmiechu. - Dam narzeczonej w prezencie. A tobie za to... nie wiem, łychę? Kurwa ja biedny jestem, co się daje takim poważnym ludziom jak ty? - Alkohol Sauriel mógł prezentować każdemu, bo pewne było jedno - nie zmarnuje się! No dobra, nie każdemu. Ale osobom takim jak Augustus jak najbardziej. Może i nie był alkoholikiem (chyba), ale dobra whiskey się nigdy nie zmarnuje.

- To jak mam wbić do gabinetu to zasłoń okno, bo mnie zjara. Chyba że ty tak celowo. To taka pułapka, żebyś potem zbierał mój proszek. - Zakpił sobie trochę, ale tak, mógł sam po to podejść, nie było problemu. Tylko naprawdę wolałby nie otworzyć drzwi i nie przywitać się ze swoim marnym końcem - czyli słońcem. Niby to byłaby ulga w jego kurewskim życiu... ale w zasaadzie to całkiem nieeźle mu się teraz żyło?

- Ja się odkolegowałem. Po przemianie od razu się nie da żyć nawet między ludźmi. Wszyscy to dla ciebie tylko chodzące mięso z krwią. - Skrzywił się z niezadowoleniem. - Ale co, myślisz, że każdy chce sobie tuptać w obecności gościa, który cię może zaraz wszamać? Łeeh. Daj spokój. - Machnął ręką. - W chuju to mam. Dzięki, kuzyn. A, słuchaj... bo ze Stanleyem będziemy mieli kilka słoików z ogóreczkami, podrzucić ci? Do wódeczki jak znalazł. - Ach. Nie ma to jak wspólna posiadówka Śmierciożerców.




RE: [10.06.1972] Blask świec - Augustus Rookwood - 05.09.2023

- To też nie tak, że im mniejsze, to lepiej, bo z kolei nie mogą się palić za krótko. Nie mogą zniknąć przed końcem rytuału - zaśmiałem się, dopiero teraz zwracając na to uwagę. Nigdy nawet nie brałem pod uwagę zrobienia miniaturki świeczki, bo to było dla mnie naturalne, że ona musi być taka i chuj. Właśnie taką zawsze robiłem. Czasami wyższą, czasami niższą. Bądź co bądź bawiły mnie reakcje Sauriela. Nawet głupie świeczki potrzebowały odpowiednich umiejętności do zrobienia.
- Cóż, czarnego kota mógłbym zrobić, gdybyś w końcu przestał tak rżeć z tworzenia świeczek - odparłem pół poważnie, pół rozbawiony. Alkohol uderzał mi do głowy, więc nie żywiłem do niego urazy. Poza tym Sauriel miał taki charakter, że czarodziej robił się przy nim od razu lżejszy, prostszy, mniej zdyscyplinowany. Trzeba było na to uważać, bo nie zawsze można było aż tak się wyluzować, ale czasami takie coś się przydawało by przypadkiem nie zwariować. Tak, właśnie doceniałem towarzystwo Sauriela „Czarnej Owcy” Rookwooda. - Normalnie nie robię takich fanaberii, ale skoro to prezent, to nie ma sprawy. Nic nie musisz mi dawać. Po prostu pozostańmy w dobrych stosunkach, cokolwiek by się nie działo - zaproponowałem już bardziej rzeczowo. Niby się uśmiechałem, ale kiedy tak pomyślałem o budowaniu siatki znajomości, to szczególnie wsparcie rodziny było ważne, a niezależnie od tego jaki był Sauriel, to jednak mój kuzyn. Wiedziałem, że pomimo poluźnienia naszej relacji, wciąż mogę na niego liczyć, ale pragnąłem by o tym pamiętał. Podobnie jak on o tym, że też ma we mnie sojusznika.
- Szczególnie, że jesteś biedny - odparłem już z przytykiem, z cwanym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Zaśmiałem się, podnosząc niemy toast. Whisky wchodziła jak trzeba. - I te ogórki chętnie przygarnę. Ogórki zawsze w cenie - przyznałem, szczególnie kiedy chodziło o ciąże u tych naszych kobiet. Sauriel w sumie jeszcze nie miał okazji przejść przez to, co ja trzykrotnie. Najlepiej przydałaby się paleta ogórków, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że tym razem z brzuchem miała chodzić moja siostra bliźniaczka. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć, a jednak... Stało się.
- I wybacz... Za rzadko ze sobą przebywamy. Przyznam szczerze, że kiedy masz polewę z każdego tematu po drodze, to łatwo jest zapomnieć, że jesteś żądną krwi bestią - zaśmiałem się, choć zapewne nie powinienem. Gdyby tak stanąć na drodze głodnego Sauriela, zapewne nie skończyłoby się to dla mnie dobrze. Szczególnie że, biorąc pod uwagę opinie mojej żony, byłem całkiem kuszący.
Słowa, które wyznał na temat wampiryzmu dały mi do myślenia. Nigdy tak naprawdę się nie zastanawiałem, jak to by było być wampirem, a powinienem. Przecież to temat godny przy badaniu śmierci. Czemu w tym przypadku śmierć się nie dokonała, tylko pozwoliła przezwyciężyć się pradawnej klątwie? Co w niej było takiego wyjątkowego, że nie pozwalała zbierać żniwa?


RE: [10.06.1972] Blask świec - Sauriel Rookwood - 06.09.2023

Spojrzał sceptycznie na mężczyznę przed sobą i nie to, że był debilem (za którego chciał uchodzić), ale czy na pewno nadal mówili o świeczkach? Sauriel nie miał pojęcia, że aż taka waga musiała być przykładana do tego, żeby się odpowiednio paliły, nie za długo, nie za krótko, że trzeba było wypalić całe... skąd miał wiedzieć? Bawienie się w rytuały to nie jego broszka - wolał iść i komuś przypierdolić w pysk, nawet jeśli miał potem skończyć z twarzą równie obitą. To budowało adrenalinę. A zaklinanie, siedzenie w kółeczkach ze świeczkami? Naah! Nuda. Nie dość, że to trwa i trwa, to jeszcze trzeba się bardziej wysilać, używać głowy, odpowiednio inkantować... na samą myśl miał ochotę ciężko wzdychać - a nawet nie oddychał!

- Spec od długości się znalazł. Z linijką mierzyłeś? - Sauriel, jak było wspomniane, miał dziwny talent do zbierania wokół siebie ludzi-perfekcjonistów. A nawet jeśli nie perfekcjonistów obsesyjnych, to nadal ludzi, którzy musieli mieć wszystko uporządkowane. Obserwował już kompulsywne układanie książek Robercika Mulcibera, nie-sławnej aktualnie lewej rąsi Czarnego Pana, przy którym musiał pomagać. A tak akurat przed misją, w której mieli zaszlachtować gościa na kawałki i jego łeb do Ministerstwa wysłać. Widział, jak Stanley sadził ogórki, kolejny Śmierciożerca od siedmiu boleści i mierzył linijeczką dołki, bo w książce napisali, że ziarna trzeba wsadzić na głębokość 2,5cm. To mierzył. A teraz jeszcze nic tylko czekać, aż Augustus będzie odmierzał co do centymetra, a jak mu nie przypasuje - to piłowanko! O bogowie... piłowanko jak cię mogę, ale jakby miał to robić od końca to Sauriel chyba by skisł wewnętrznie.

- Powiedziałem, że możesz na mnie liczyć, a nie że możesz oczekiwać niemożliwego. - Palnął w odpowiedzi na to, że miałby przestać się śmiać ze świeczuszek. Jeszcze czego, może że miałby być zawsze miły? I kurtuazyjny? - He? Nie musisz na mnie... o ty zboczeńcu. I see what you did here. - Wyszczerzył kły w paskudnym uśmiechu. Oczywiście to nie jest tak, że świński poziom żartów Sauriela był czymś, co można było zatrzymać. To znaczy - można było, tylko po co ryzykować? Bo kiedy nie żartował to był wkurwiony. A kiedy był wkurwiony to ludzie rzadko chcieli z nim krzyżować drogi. Bo był zwyczajnie nieobliczalny. Odpierdalało mu i potrafił każdemu przywalić w ryj. Więc tak - po co ryzykować? - Słuchaj no, mi już nie staje, więc chyba nic z tego nie będzie. Zresztą - z kuzynem? Jesteś gejem? - Nie posądzał o to Agustusa, zresztą pociągnął to w pełni w ramach żartów. Natomiast to pytanie sprawiało, że ludzie nagle spadali z krzesełek i zaczynali pluć na wszystkie strony tego świata. Jakby to było największe zło tego świata. Nie to, że jesteś Śmierciożercą, nie. To, że ktoś pomyślał, że jesteś gejem! Więc zrobił to ze złośliwości, diabeł. Oby tylko dobra whiskey się nie zmarnowała!

- Nie jestem biedny, jestem OSZCZĘDNY. - Właściwie to nie. Sauriel lubił życie wygodne - i te galeony wydawał. Starał się coś tam przyoszczędzić, ale zawsze znalazły się jakieś wydatki i tak to się jakoś rozpływało. I problemem nie była ilość zarobków tylko ich niestałość. Szczególnie, kiedy było się tak leniwym jak on. Więc tak, nie powiedział tego nawet na poważnie, bo nie ma sensu zaprzeczać oczywistości. - To ci skołuje ogórkaski. - Powinny były wyjść absolutnie zajebiste. Bo mieli chociaż kogoś, kto potrafił je sadzić - czyli jego narzeczoną. Inaczej mogłyby wyjść różne dziwne mecyje. A tak? Jak to Stanley orzekł: nigdy więcej ogórków z rynku!

- Bo nią nie jestem dla przyjaciół. - Sauriel miał trzy kategorie ludzi w swoim życiu: bliscy, neutralni i wrogowie. Neutralnie prędzej czy później lądowali w jednym z dwóch worów, to był jedynie etap przejściowy. Oczywiście były osoby, o które dbał bardziej i mniej, wrogowie, którymi interesował się mniej albo... albo nie żyli. Ewentualnie byli takim Josephem, który był dla niego nietykalny - bo za silny. Nie było za co przepraszać od strony Augustusa, czego wybaczać. Gdy ktoś ci nie pokazuje swojej drugiej strony czy natury to... łatwo zapomnieć, że ta osoba ją ma. - Przynajmniej mogę bezkarnie chlać whiskey bez groźby kaca z rana. Salut! Za to warto wypić!




RE: [10.06.1972] Blask świec - Augustus Rookwood - 09.09.2023

Wywróciłem oczami, nawet nie się nie powstrzymywałem. Saurielowi było jedno w głowie i nawet się z tym nie krył. Jeśli tylko miał ku temu sposobność, to wtrącił swoje trzy grosze z podtesktem erotycznym i właściwie nie wiem, na co liczył? Że zarumienię się niczym dziewica konsekrowana? Może jeszcze lata temu, MOŻE i to prawdopodobnie totalnie niemożliwe, bo jako dzieciak byłem wybitnie porywczy i raczej sam skłonny do podobnych insynuacji. To ja byłem tym, co zawstydzał. Sic!, właśnie tak poznałem Avelinę, chcąc ją zdominować swoją osobowością. Opierała się. I tym samym rzuciła na mnie urok, taki urok, że nie mogłem się otrząsnąć do dziś. To ewidentnie musiał być jakiś urok, rodzaj białej magii, której nie byłem ewidentnie w stanie ogarnąć.
- Wiesz, jesteś tak boski, że dla ciebie zamierzałem zostać gejem - odparłem z ironią w głosie, choć kiwałem głową na potwierdzenie tych słów.
W międzyczasie też zacząłem się zastanawiać nad tą niemożnością Sauriela, nawet nie zdając sobie sprawy z tego jak wiele stracił, zostając zapewne wampirem. Cóż, w takim układzie siły, powinien raczej zostać himalajskim mnichem, a nie zaręczać się z panną Lestrange. Widać, że świat stawał na głowie, a pradawane zasady diabli brali. Nie moj interes, nie moja sprawa.
- Zastanawiam się, jak poradzę sobie z tą informacją... Myślę, że nie jestem w stanie - dodałem niby to poważnie, ale wzruszyłęm ramionami. Postanowiłem z kolei wznieść toast. - Za to, że nie będziesz obciążał świata swoimi potomkami. I też za to, że nie możesz ruchać mnie dupę - odparłem rozbawiony, nie uszczypliwie, tylko odczepnie, bo Sauriel śmieszkował na każdym kroku, a ja tylko w specjalnych momentach i oto właśnie na moment zawitał do nas ten ów moment.
Ponownie też wniosłem z nim toast za to, że mógł swobodnie pić bez kaca. Mnie niestety on czekał. Już po trzech szklankach whisky potrafiłem go mieć, choć to nie tyczyło się innych alkoholi. Whisky jakoś specyficznie oddziaływała na mój organizm, ale nie byłem w stanie sobie jej odmówić. Była zbyt szlachetnym alkoholem w naszych stronach. Dodawała jakieś trzydzieści punktów do klasy.
- Salut! - wniosłem, po czym postanowiłem podsuować nasze spotkanko. - Jak już wpadniesz odebrać te świecki, to nie martw się. Zmiotę twoje prochy osobiście - zaśmiałem, bo tak jakoś znowu mi wpadła do głowy ta myśl, że mółby zginąć, chcąc uwartować życie... Miało to w sobie jakiś czarny humor, do którego miałem słabość. Czarodziej może wychodził z kostnicy, ale kostnica z czarodzieja już nie.