![]() |
|
[13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick (/showthread.php?tid=1734) Strony:
1
2
|
RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 09.02.2024 Korciło go, żeby znowu wzruszyć ramionami. Z góry założył, że prawidłową odpowiedzią, która jako jedyna miałaby znaczenie dla Sebastiana, był: kowen. Ale Sebastian był McMillanem a on był Stewardem, który niemal całe swoje życie spędził na ukrywaniu się i nie wyróżnianiu w tłumie. Przez lata maskował swoje zdolności, udawał głupszego niż był w rzeczywistości i mniej spostrzegawczego byle tylko nikt nie zwrócił na niego przesadnej uwagi i przypadkiem nie zainteresował się śmiercią jego rodziców. A teraz był Zimny. Pisano o nim w gazetach i plotkowano na ulicach. Stało się wszystko to, czego za wszelką cenę starał się uniknąć. W dodatku w głowie miał tykające wspomnienia swojego ojca, które atakowały jego umysł wtedy, gdy miały na to ochotę. Czuł się jak w potrzasku. - Bulstrode jest chyba zachwycony przypływem popularności – powiedział wreszcie. A on, w odróżnieniu od Patricka, Mavelle i Victorii, właściwie pojawił się na końcu, na chwilę przed tym jak wszyscy stracili przytomność. Tylko czy to miało jakiekolwiek znaczenie? – Tam w Limbo… to miejsce nas nie chciało. Od początku próbowało zawrócić. Ale oni nie mogli zawrócić. Cała ich wędrówka nie miałaby sensu, gdyby wtedy zawrócili. Nie skłoniły ich do tego ani szepty ani nawet widok martwej (kobiety, kapłanki, Matki, boginki) nie mógł ich do tego zmusić. Chcieli powstrzymać Czarnego Pana, choć nawet nie wiedzieli co właściwie próbował zrobić. Dopiero, kiedy Steward patrzył z boku, widział że ich zachowanie nie miało większego sensu. Szepty miały rację. Żywi nie powinni kroczyć ścieżką przeznaczoną dla zmarłych. - Byliśmy poddani jakby… próbie? Stanął przede mną ojciec. Wydawało mi się, że zachęcał mnie do wejścia do takiego błękitnego ognia i stania się z nim jednością. – Im dłużej Patrick wpatrywał się w ten strumień, tym więcej tracił wspomnień, ale gdy odmówił, nagle wspomnienia wróciły. Możliwe, że to właśnie wtedy przyszły również te ojca. – Czarny Pan sięgnął po energię kłębiącą się w tym ogniu. Umożliwił mu to jakiś kamień wykradziony Shafiqom. Teraz to już i tak nie miało znaczenia. Steward podniósł rękę i potarł zimnymi palcami nasadę nosa, a potem wreszcie parsknął cicho. No tak. Nawet o tym nie pomyślał. Tylko z tego powodu, że to był jego ojciec, założył, że duch wiedział co chciał mu przekazać, że to miało jakiś ukryty sens i w ogóle. A przecież nie musiało mieć i najwidoczniej wcale nie miało. - Nie przyszło mi do głowy, że są losowe – przyznał się. – Zresztą, skoro to tylko wspomnienia to i tak nie mają znaczenia. – W jego głosie pojawiła się ulga. Biorąc pod uwagę, że przyszedł tutaj wiedziony silnym przekonaniem, że gdyby naprawdę było z nim źle, zaatakowałby Sebastiana byle tylko wyczyścić mu pamięć, nawet nie brał pod uwagę pójścia do wróżbity a legilimenta… tego z pewnością musiałby zabić po wizycie w swojej głowie. - Szlag by to. Wiesz jak bardzo straciłem na atrakcyjności od kiedy jestem taki zimny? – zapytał, siląc się na żart. Inna sprawa, że to akurat była prawda. Żadna to przyjemność ściskać za rękę sopel lodu albo całować się z człowiekiem, którego skóra jest tak zimna, jakby ostatnie dwanaście godzin spędził w chłodni. – Nigdy nie zastanawiałem się nad Limbo. Jako ignorant nie pomyślałem nawet, że naprawdę do niego trafiłem. Ale miało swoją strukturę i istoty, które w nim bytowały, więc… - znowu zmarszczył brwi. Sebastian pewnie nie oczekiwał odpowiedzi, bo jego słowa były typowymi pytaniami retorycznymi, ale teraz sam zaczął się zastanawiać czy to wszystko było dziełem przypadku, czy jakimś szerzej zakrojonym planem. Przed oczami stanęła mu odwiedzająca Ostarę wieszczka i jej „będziesz potrzebował młotka”. - Ktoś mi przepowiedział, że trafię do Limbo i zniszczę tworzący się tam portal – powiedział wreszcie. A skoro tak, to czy mogli w jakikolwiek sposób przeszkodzić Czarnemu Panu w zdobyciu mocy z Polany Ognisk? Albo zapobiec temu co stało się po drugiej stronie? A potem zaczął myśleć o Sebastianie, o przestraszonym chłopcu, który zobaczył Zaświaty. Jakie miał wielkie szczęście, że obok niego byli ludzie, którzy domyślili się, co mu się przytrafiło. Patrick znał innego małego chłopca, który przypadkiem przeczytał coś, czego nie powinien a potem, przez kolejne lata żył z piętnem tajemnicy wyrytym na duszy tak głęboko, że gotów był się zabić, byle tylko nie wyszła na jaw. - Czekolada pomaga? – zapytał niespodziewanie. – Po spotkaniu z Zaświatami? RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 09.02.2024 Doniesienia Stewarda niezbyt go zaskoczyły. A może inaczej: ta cała sprawa była cholernie niepokojąca, jednak jego historia trzymała się kupy. Była logiczna, na tyle ile zaświaty mogły się poddać prawom realnego świata, który był im tak dobrze znany. Dla przedstawicieli kowenu wejście do Limbo przez Czarnego Pana było desakracją ich świętości. Był obcym elementem, który na dodatek sprowadził do obcego środowiska czarną magię. Drużyna Stewarda też musiała zostać uznana przez tamtejsze byty za coś nienaturalnego. Część do nich lgnęła przez naturalną energię życiową, jaką ze sobą przynieśli, ale najwyraźniej to nie pożywienie się było ich głównym celem. Ochrona. Odsunięcie od ich celu. Troska o żyjących, czy próba ukrycia tego, co leżało głębiej w Limbo?
— Jednością z ogniem czy jednością z ojcem? — zapytał automatycznie, dopiero po chwili orientując się, że najprawdopodobniej po prostu nie dosłyszał. Ułożył usta w przepraszającym uśmiechu. — Wybacz, raczej chodziło o ogień. Polana ognisk, ogniska w Limbo. Ma to sens. — Podrapał się za uchem. — Idziesz dobrym tropem. To faktycznie brzmi jak test. Podobny koncept występuje w innych kulturach. Za nic w świecie by nie pomyślał, że wiedza wyniesiona ze studiów Historii Magii i niezliczonych konsultacji za granicą m.in. w zespołach archeologicznych Cathala nagle okaże się ważna w przypadku Patricka Stewarda. Z jakiegoś powodu te dwie koncepcje nie potrafiły pozostać w zgodzie w głowie Sebastiana. Ułożył wygodniej głowę na oparciu fotela, wbijając spojrzenie w plamę na suficie. Cholera, powinien był to wyczyścić już dawno temu. Czasami ignorowało się taki syf, dopóki nie przychodzili goście. A on rzadko miewał gości. — W starożytnym Tybecie ponoć występowało coś o nazwie bardo. Dusza przez bite dwa miesiące miała doświadczać najróżniejszych wizji i iluzji. Ocena karmy, potencjał na oczyszczenie i ostateczne wyniesienie. Tylko dusza, która odrzuciła wizje jako fałszywe była w stanie osiągnąć oświecenie. — Odchrząknął cicho, poprawiając się na siedzisku. — Egipcjanie też mają swoją wersję... Sąd Ozyrysa. Na jednej szalce lądowało serce zmarłego, a na drugiej pióro bogini prawdy. Zmarły się spowiadał, a jeśli jego grzechy przeważyły szalę, dusza była pochłaniana przez potwora. W przeciwnym wypadku zmarły przenosił się do raju. Wspomnienia. Duchy. Ogień. Martwa Matka, dodał Sebastian, pomimo tego, że starał się odrzucić tę informację jako prawdziwą. Czarny Pan w Limbo. Brygadziści w Limbo. Zimni. Co łączyło te wszystkie elementy? Każdy, kto wszedł do Limbo, został poddany sprawdzianowi. Siły woli? Chęci życia lub połączenia się ze zmarłymi? Czy Czarny Pan też coś tam widział? Ludzie z natury igrali ze śmiercią, balansowali na krawędzi przepaści, przekonani o swojej nieśmiertelności, dopóki pierwszy raz nie skosztowali własnej krwi. Czy ta zasada działała też po drugiej stronie? Ludzka ciekawość poprowadziła ich do ognia, ale jakaś kotwica utrzymała przy zdrowych zmysłach? Tylko czemu są jak żywe trupy?, zachodził w głowę Sebastian. Cichy głosik w jego głowie podsuwał mu najprostszą z możliwych odpowiedzi: kara boska. Bez żadnego przygotowania weszli do domeny, jaka nie była im przeznaczona. Musieli doświadczyć konsekwencji. Limbo próbowało ich z początku odwieść od dalszej wędrówki, ale zaraz znów skusiło. Kilka sił działało w Limbo na raz? A może dusze były jak ludzie; po zjawieniu się w nowym świecie, eksplorowali go, badali, mieli na niego wpływ, ale tak jak prawdziwy świat, tak i zaświaty miały swoje naturalne niebezpieczeństwa? Macmillana zaczynała boleć od tego wszystkiego głowa. A potem usłyszał nazwisko jednej z nielicznych osób, jaką mógłby nazwać przyjacielem. — Kamień archeologów? — sapnął, nachylając się ku Patrickowi, nie do końca wierząc własnym uszom. Kolejny elementem układanki? Już nie wiedział, co począć z tymi informacjami. Jego myśli powędrowały ku Cathalowi, który obecnie pewnie dalej przebywał na wykopaliskach. Czy wiedział cokolwiek o tej sprawie? Czy powinien o nim napomknąć Stewardowi? Zacisnął usta w cienką linię. — Skąd wiesz, że to coś od nich? Zmarszczył brwi. Najpierw twierdził, że wizje utrudniają mu codzienne życie, a zaraz rzucał tekstem ''skoro to tylko wspomnienia to i tak nie mają znaczenia"? Przecież to się kompletnie wykluczało. W umyśle Sebastiana zaświtały dawne wspomnienia. Niezliczone rozmowy z wiernymi podczas wizyt duszpasterskich po Yule czy dyskusji w miejscach kultu i na whitecroftowskich sabatach. Ludzie igrali ze śmiercią, ale nadziei na lepsze trzymali się do końca. Należało dać jej rozkwitnąć. — Cieszę się, że chociaż trochę cię uspokoiłem. — Uśmiechnął się minimalnie na makabryczny dowcip Patricka. Pokręcił powoli głową, po czym zamachnął się powoli, ciskając w mężczyznę poduszką, którą do tej pory ściskał. — Naprawdę? Bo tekst o wygrzaniu ci łóżka tak, że cię rozpali, wydaje się zbyt dobry, żeby z niego nie skorzystać. Nie wierzę, że Pani Aniela z recepcji Działu Duchów jeszcze go nie wypróbowała, biorąc pod uwagę, jak często mnie odwiedzacie. I przynosicie ze sobą coraz to nowe kłopoty, dokończył w myślach, darując sobie jednak tę uwagę. Żarty... Tak się zachowywali normalni ludzie, których łączyły pozytywne relacje. Czy ta, którą dzielił z Patrickiem, właśnie się zaciskała? Niewykluczone. Nie udało mu się zbyt długo nacieszyć tę rewelacją, bo zaraz dostał na tacy kolejną tajemnicę. Stłumił ciężkie westchnienie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. — Wizje to sugestie, a nie instrukcja — odparował, czując uciążliwe drapanie w gardle. — Niestety z przyszłością nie mam zbyt wiele wspólnego. Tutaj by się chyba bardziej nadała jakaś wróżka... O! Jak ten no... Z plakatami na każdym słupie na Pokątnej. — Zaczął rozmasowywać sobie środek czoła, jakby to mogło pobudzić jego umysł. — Mistrz Dolohov? Jakieś dzieciaki mu ostatnio dorysowały rogi i wąsy na Pokątnej. Prawie się zaśmiał w głos, uderzając lekko zaciśniętą pięścią o swoje kolano. Co za durny tytuł. To tak samo, jak nauczyciele Eliksirów w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie kazali się nazywać Mistrzami Eliksirów. I kto niby nadawał taki tytuł? Rada Mistrzów? A może społeczeństwo w jakimś plebiscyście, którego istnienia Macmillan nie był świadomy. Na pytanie Patricka pokiwał głową. — Na pewno nie zaszkodzi. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 09.02.2024 Patrick zmarszczył brwi. Patrzył na Sebastiana pytająco, gdy ten mówił o Ozyrysie i o Tybecie. Zastanawiał się, czy to wszystko rzeczywiście mogło sprowadzać się do testu i czy ten test, czy ten test tak naprawdę był testem, który musieli zdawać martwi czarodzieje, czy też ten konkretny spłynął tylko na ich trójkę (czwórkę?) dając im niemożliwy dla innych wybór: życie albo śmierć. Jakkolwiek pomysł, by naprawdę byli szczególni był na swój sposób kuszący (chyba każdy w całym swoim życiu, przynajmniej raz zamarzył by oczy wszystkich skupiły się akurat na nim), tak Steward skłaniał się raczej ku prostszej koncepcji: mogli zdać test tylko dlatego, że to nie był jeszcze właściwy dla nich czas. Wciąż pozostawało w nich na tyle wiele energii życiowej, by powiedzieć nie. Patrick pamiętał ulatującą z niego pamięć i to jak zaczęła wracać. Przez kilka sekund (milisekund?) stawali się jednością ze snopem błękitnego ognia i to odrzucenie połączenia sprawiło, że wróciły im wspomnienia (a wspomnienia były chyba tym, co determinowało ich istnienie). Już wtedy poczuł, że pamiętał zbyt wiele, ale trwało to za krótko i działo się za dużo, by się nad tym zastanawiał. - Kilka dni wcześniej, Shafiqowie zgłosili jego kradzież. Twoja ulubienica, Brenna Longbottom, badała tę sprawę. – Nie musiał już dodawać, kto był winny przestępstwa, skoro na samym końcu kamień z kosmosu odnalazł się w rękach Czarnego Pana. Przewrócił oczami, ale nie zdołał powstrzymać krzywego uśmieszku cisnącego mu się na usta. Złapał rzuconą w niego poduszkę. Zacisnął na niej palce, przelotnie myśląc o tym, ze gdyby to był słoik ze wrzątkiem, McMillan mógłby się na własne oczy przekonać jak szybko woda ochładzała się pod wpływem jego rąk. Ale paradoksalnie – jemu samemu nie było zimno, nie tak jak wskazywałaby na to temperatura jego ciała. - Nie, nie – wtrącił szybko. – Chodziło mi raczej o to, że być może jest to jakoś wszystko… - urwał szukając odpowiednich słów. – Wiesz, wróżba z Ostary była na tyle absurdalna, że nie przywiązałem do niej żadnej wagi. Ten kamień, na chwilę przed tym jak Czarny Pan uciekł z Limbo, wypadł mu z rąk. I wtedy zaczął tworzyć coś jakby… portal? Nie mam pojęcia co to było, ale wiedziałem, że musimy to zniszczyć, że ja muszę to zniszczyć. Jeden z tamtejszych bytów powiedział coś, co przypomniało mi o słowach z Ostary, o tym że będę potrzebował młotka. I tak udało mi się zniszczyć ten… portal – zakończył koślawo. Głębszym sensem jego słów było to, że teraz zastanawiał się na ile przepowiedziana przyszłość była już dopisana. Tylko w zarysie? Ktokolwiek mógłby zniszczyć ten portal? Gdyby mu się nie powiodło, Mavelle na pewno by się udało. A może przyszłość od początku zakładała, że portal zostanie zniszczony? A może przez przepowiednie ludzie mimowolnie dążyli do ich spełnienia? Czy to w ogóle miało jakieś znaczenie? - Wiesz, że pytam cię dlatego, żeby w przyszłości zasypywać czekoladą? – Steward nie znał się na limbo, duchach i przepowiadaniu przyszłości. Ale widział, że Sebastianowi często było zimno, wiedział że miał styczność z zaświatami i potrafił odsyłać duchy na drugą stronę. Jeśli czekolada naprawdę pomagała, mógł mu ją przesyłać na kilogramy, zamiast przynosić do zajmowanej przez McMillana kanciapki gorące napoje. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Sebastian Macmillan - 10.02.2024 Zmrużył oczy, gdy Patrick nazwał Longbottomównę jego ulubienicą. On wcale jej nie lubił! ...No dobra, to trochę kłamstwo. Miał całą listę cech charakteru, które mu w niej nie pasowały, jednak musiał przyznać, że jej obowiązkowość i umiejętności działały na jej korzyść. Można było na niej polegać, nawet gdy wszystko trafiał szlag. I była dosyć chętna do tego, aby poszerzać swoją wiedzę, zamiast patrzeć na świat przez pryzmat regulaminów i przepisów swojego departamentu, który jednak nie zawsze brał pod uwagę kwestie wynikające z wejścia w kontakt z zaświatami.
— Szkoda, że wpadł w jego ręce. Shafiqowie nie trzymają śmieci w swoich skrytkach. Jak coś już ląduje w ich posiadaniu, to można zakładać, że jest z jakiegoś powodu istotne. Czy to z punktu widzenia historycznego, kulturowego czy też magicznego. — Tak przynajmniej prezentował się ród archeologów w głowie Sebastiana. Wprawdzie miał z nimi kontakt głównie przez Cathala, tak samo nazwisko nie raz było rzucane w rozmowach czy doniesieniach prasowych. Zwłaszcza tych dotyczących nowych odkryć lub podróży zagranicznych. — Nie udało się pochwycić złodzieja? Głupie pytanie, zganił się Sebastian. Skoro Brenna została przydzielona do zbadania kradzieży, to na pewno poruszyła niebo i ziemię, aby znaleźć osobę, która była za to odpowiedzialna. A gdy ta trafiłaby już w jej ręce, to nawet nie musiałaby posunąć się do gróźb, a wyciągnąć z niej potrzebne informacje. Wystarczyłoby dać jej się rozgadać. Ta paplanina każdego doprowadziłaby do szaleństwa, a skoro ktoś kradł od Shafiqów, to do najtęższych umysłów nie należał. To byli miłośnicy historii. Niektórzy członkowie rodu być możę pokusiliby się o tytuł ''obrońców dziejów''. Pewnie przeklęli złodzieja i jego rodzinę na następne kilka pokoleń. Ktoś sobie narobił potężnych wrogów... Tyle że miał też równie silnego sprzymierzeńca. Cholerny Czarny Pan. — Im bliżej centrum zdarzeń jesteś, tym bardziej cię one dotykają — odezwał się nieco nabożnym głosem, jednak ten zaraz złamał się, gdy Sebastiana zaczęło drapać w gardle. Na jego twarz wypłynął grymas, który zniknął jednak z kolejnym westchnieniem. — Może to przeznaczenie, a może opatrzność bytów większych i mądrzejszych od nas. A może jesteś osoba, która zarówno na Ostarze, jak i na Beltane znalazła się w odpowiednim miejscu i czasie. — Macmillan nie znał się na przyszłości. Jako egzorcysta i kapłan mógł co najwyżej rzucić jakimś frazesem pokroju ''kiedyś wszyscy odejdziemy z tego świata'' lub ''tylko dwie rzeczy są w życiu pewne: śmierć i podatki". To raczej nie były jednak odpowiedzi, jakich oczekiwał Patrick. — Chociaż, wiesz jak to mówią... Do trzech razy sztuka. Czy gdyby Steward dążył do tego, aby poruszyć tę nić losu dalej, liczyłoby się to jako igranie z ogniem? Niektórzy twierdzili, że to decyzje ludzi zmieniały bieg przyszłości, inni, że wszelkie rozterki i zmiany zdania były uwzględnione w ''bożym planie''. Aby jednak otrzymać konkretną odpowiedź na to pytanie, musieliby spytać o poradę kilku bóstw. Kto wie, może Matka walczyla na kilku frontach, aby pewna wersja przyszłości zaistniała w tym świecie? — Oh. — Spotkał się ze spojrzeniem Patricka i odwrócił głowę, zmieszany nieco. — To... To bardzo miłe z twojej strony, Patricku. — Chrząknął cicho. — Preferuję mleczną, w razie czego. Jest dobra do herbaty. Uśmiechnął się nieco wymuszenie, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. Po prawdzie nie tego się spodziewał. Nie sądził, że pytanie padło z troski o niego. Nie przywykł do tego, że ktoś, kogo poznał w pracy, może chcieć zrobić mu prezent. Automatycznie założył, że Steward mówił o sobie, delikatnie sugerując w ten sposób, że z chęcią pochłonąłby teraz z pół tabliczki czekolady. Może to rozgorączkowanie mężczyzny naprowadziło go na ten trop? Wpadł tutaj w emocjach, wypytując o dosyć skomplikowane kwestie, teraz nieco się wyciszył... A słodkości były równie dobrym narzędziem na poprawienie humoru, jak każde inne. Zwłaszcza gdy jeszcze chwilę temu zamartwiano się zaświatami. Cóż, darmowej czekolady nie odmówił, poza tym będzie miał się czym pochwalić przed Matką podczas najbliższych modłów. O ile bogini jeszcze funkcjonowała w tym świecie, to powinna być zachwycona, że jej kapłan znajduje sobie w końcu jakichś przyjaciół. — Gdzie ty właściwie mieszkasz? — spytał nagle. — Potrzebujesz miejsca na noc? Nie wiedział za bardzo co dalej z nim począć. Bez dodatkowych badań, wywiadu z innymi Zimnymi czy odwiedzenia Polany Ognisk, Sebastian nie mógł już zrobić wiele więcej. A każda kolejna wygłoszona teoria niosła ze sobą ryzyko, że odsuną się od znanych im faktów, niż to było zalecane. A gdyby Patrick zdecydował się zostać, to na pewno znalazłaby się dla niego chociaż jedna tabliczka czekolady i ciepły kąt. No i miałby okazję posłuchać audycji radiowej z nocnych obrzędów kowenu, które odbywały się w kwaterze głównej. — Wydawałeś się trochę strapiony, więc... — Zdecydowanie nie był w tym dobry. — Możesz tu zostać jeśli czujesz taką potrzebę. Lub uważasz, że moja obecność jako egzorcysty pozwoli ci odpocząć. Pomimo tego, że zostaniesz... Cóz, sobą i nie masz żadnego pasażera na gapę. RE: [13.05.72] Mam wariata w głowie, a ty wariata przed drzwiami - Sebastian & Patrick - Patrick Steward - 11.02.2024 Patrick w myślach potrafił dokładnie przywołać obraz upadającego na ziemię kamienia. To jak wirował kręcąc się dokoła własnej osi i tworzył niepokojący portal. Jakby sam w sobie nosił moc zdolną do przerwania granicy między światem żywych a umarłych. - Już z nich wypadł. Został w Limbo – sprostował odruchowo. Inna sprawa, że gdyby kamień nie miał w sobie wielkiej mocy, nie zainteresowałby Czarnego Pana. Steward nie wiedział tylko, czy Shafiqowie rzeczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak cenny artefakt mieli w swoich zbiorach. – Udało. Przynajmniej jednego z dwóch. Co było jakimś niewielkim pocieszeniem, patrząc na to, co udało się osiągnąć śmierciożercom podczas Beltane. Patrick odruchowo poprawił się na swoim miejscu. Pomyślał, że Sebastian nie miał nawet pojęcia jak dobrze utrafił. Jego myśli jednak nijak nie licowały z tym, co nagle pojawiło się na jego twarzy, bo był to wyraz lekkomyślnego lekceważenia. - Albo zwyczajnie miałem pecha – podsunął takim tonem, jakby dziwił się, że ten pech rzeczywiście utrafił akurat w niego, a nie w Brennę Longbottom. – Dwa razy mi z pewnością wystarczy. Teraz jednak, kiedy był już więcej niż pewien, że właściwie nie miał się czego obawiać – bo to co tkwiło w jego głowie było tylko wspomnieniami ojca, wrócił mu spokój ducha. Wreszcie mógł, po prostu, zareagować w typowy dla siebie sposób, udając bardziej ślepego, mniej lotnego i z pewnością pozbawionego szczególnego zmysłu do obserwacji i wyciągania jakichkolwiek głębszych wniosków. A potem zmarszczył brwi, trochę zaskoczony reakcją Sebastiana. W normalnych warunkach, próbowałby odczytać jego aurę i biegnące od niego nici, tak na wszelki wypadek – by podpowiedziały mu o czym myślał siedzący naprzeciwko niego mężczyzna. Dzisiejsze popołudnie nie było jednak zwyczajne a McMillan wyjaśnił mu tak wiele, że Steward czuł się niemal w obowiązku by pozostawić jego aurę w spokoju. Zamiast tego zamrugał skonsternowany. A potem w jego oczach pojawiło się wyraźne rozbawienie. Pokręcił głową. - Spokojnie, nie jestem bezdomny – rzucił wesoło. Tak to było bardzo miłe, że Sebastian zaoferował mu nocleg i rycerskie czuwanie. Ba, Patrick nawet był w stanie zrozumieć z czego to wynikało: pojawił się przed drzwiami jego mieszkania zestresowany i przestraszony, w dodatku w ubraniu, które śmierdziało solą i wodorostami (bo zaledwie kilka godzin wcześniej nurkował w nim w morzu). Ba, zdawał sobie nawet sprawę, że ta propozycja musiała wiele McMillana kosztować, bo był samotnikiem i w dodatku mogły mu się nagle przydarzyć niespodziewane wizyty w Limbo. Tym bardziej była cenna w oczach w oczach Patricka. Po prostu nie mógł jej przyjąć z wielu różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że gdyby znowu nawiedziło go wspomnienie ojca, gdyby zaczął nieświadomie mówić o nim na głos, mógłby powiedzieć za dużo i wtedy przypadkiem ujawniłby tajemnice, które zaważyłyby nie tylko na nim, ale na całej jego rodzinie. Poza tym, co było już dużo błahsze, wolał nie nadużywać tej cienkiej nici tego, co się tego popołudnia wytworzyło między ich dwójką. Przyjaźń warto było pielęgnować a nie od razu wystawiać ją na najcięższe próby. Podniósł się ze swojego miejsca. - Naprawdę doceniam twoją propozycję, ale nie będę robił ci kłopotu. Zdecydowanie mnie uspokoiłeś, więc mogę wrócić do siebie – zapewnił. – I tak ci już zająłem zbyt wiele czasu. Gotów był ruszyć w stronę drzwi wyjściowych. Gdy McMillan już tam go odprowadził, podziękował mu jeszcze za uzyskaną pomoc. Narzucił kaptur na głowę i odszedł. Koniec sesji
|