![]() |
|
[20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? (/showthread.php?tid=1768) Strony:
1
2
|
RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Philip Nott - 27.08.2023 Wolał doświadczyć bólu fizycznego, który potrafił zawsze minąć po skorzystaniu z pomocy wykwalifikowanego uzdrowiciela. To on zadawał innym podobny ból, z którym się zmagał. Potrafił w ten sposób dotkliwie ranić. Teraz role się odwróciły. Czy po tym wszystkim zmieni się też to, że będzie bardziej łaskawy dla serc innych ludzi? Trudno powiedzieć. Musi sobie to wszystko poukładać w oparciu o wszystko, co otrzymał tego dnia od Laurenta. To wszystko, do czego może dojść po rozważeniu tego, mogło stanowić przełom. Mogło mu się też to przydać podczas konfrontacji z dawną kochanką, gdy będzie już do tego gotowy. Jeden memortek wiosny nie czyni... bardzo mądre powiedzenie. — Można tak powiedzieć... następstwem tego było to, że jej brat próbował mnie uderzyć w twarz... a niedługo potem wyzwał mnie na honorowy pojedynek w ramach klubu pojedynków. — Wyznał z wyraźnym przekąsem to, jakiego piwa sobie nawarzył. Na szczęście... udało mu się uniknąć złamanego nosa podczas sabatu. Liczył na to, że okaże się zwycięzcą tego pojedynku i nie będzie musiał pisać tych żałosnych przeprosin i wysyłać ich do Proroka Codziennego. Odniesione przez niego zwycięstwo przyczyniłoby się do zasilenia skarbca Stowarzyszenia Praw Charłaków przez jego oponenta. Przedmiotowe traktowanie kobiet nie oznaczało, że w jakikolwiek sposób przymuszał je do sypiania ze sobą. Zawsze mogły mu odmówić i wówczas ich drogi się rozchodziły. Jego relacje z Lorettą uchodziły za znacznie bardziej skomplikowane, a każde ich spotkanie wiązało się z pokazem sił. Podczas tegorocznego Beltane doszło do eskalacji konfliktu pomiędzy nim a rodzeństwem Lestrange'ów. Tym, co odróżniało ich relację od tych wszystkich, było to że zdołał polubić Laurenta i dobrze się z nim dogadywał na wielu płaszczyznach. Ich dzisiejsza rozmowa była inna od wszystkich poprzednich, jakie odbyli do tej pory. W jej świetle będzie musiał rozważyć wszystkie swoje relacje z kochankami. — Czemu nie? — Po raz ostatni obrzucił spojrzeniem ten kawałek sernika, którego nawet nie był w stanie tknąć. Zaczął podnosił się z fotela i po chwili szedł obok blondyna, prowadzącego go do ogrodu. Z dyskretnym zainteresowaniem przyglądał temu, co robił z kwiatami, które przybrały postać wieńca. Pozwolił aby uśmiechnięty Laurent wsunął mu na głowę ten wieniec. Po upływie krótkiej chwili zaskoczenia, wywołanej tym miłym gestem i słowami Laurenta, zdołał się przełamać na tyle aby unieść kąciki ust w uśmiechu, uwydatniającym dołeczki w policzkach. — Podoba mi się. Słup nie będzie potrzebny. To nie muszę obawiać się, że zmienisz się w pająka. Wiem, że zabrałem Ci wystarczająco dużo czasu, ale... może mógłbym zostać jeszcze przez chwilę? — Wymruczał do niego z tym samym subtelnym uśmiechem, do którego skłonił go młodszy mężczyzna. Dostrzegał ten ślad smutku i zmęczenia w ciepłym uśmiechu Laurenta, co skłoniło go do zapytania o to zamiast po prostu stwierdzenia, że zostanie przez chwilę. Można by zażartować, że skoro podarował mu ten wianek to teraz powinni dopełnić ten rytuał. Niekoniecznie był dobry moment na tego typu żarty. Nadal pozostawał w przekonaniu, że wypowiedziane przez Laurenta tak boleśnie prawdziwe słowa odnośnie zagłuszania tego wszystkiego, z czym on się zmagał, poprzez sypianie z przypadkowymi osobami, stanowiły naprędce wzniesioną granicę. Mógł zostać tutaj aby tego nie siedzieć samemu w czterech ścianach. W zależności od decyzji Laurenta, zostanie tutaj albo go pożegna i uda się na najbliższy świstoklik. — Dziękuję Ci za wszystko, co dzisiaj zrobiłeś. — Tego typu zdania przechodziły przez gardło z wyraźnym trudem, ale jeśli to miało to miejsce to były one pełne szczerości i niewymuszonej wdzięczności. Znacznie łatwiej przychodziło mu nieokazywanie swojej wdzięczności drugiemu człowiekowi. Spotkał na swojej drodze wiele osób, dla których używał tego niczym wyświechtanego frazesu albo nadawał temu materialną formę wyrazów wdzięczności albo gromadzenia przysług. RE: [20 Maj 1972] How many secrets can you keep? - Laurent Prewett - 27.08.2023 Rany na ciele zawsze można opatrzeć. Pójdziesz z nimi do magimedyka, polejesz eliksirem wiggenowym, ktoś ci na nie podmucha - przejdzie. To przejdzie, to minie, nawet blizny dało się zasklepić. Sprawić, że znikną. Zostanie może kiepskie wspomnienie, jeśli bolało bardzo, ale koniec końców to nie ciało będzie tym, w co wpisuje się wspomnienia. Ciało było jedynie czynnikiem zewnętrznym, które było jak pióro sunące po pergaminie. Klawisze maszyny do pisania z tuszem pozostawiającym ślady na kartce. Te dreszcze, te bolączki, te westchnienia i skrzywienia - wszystko to odbierało ciało, żeby serce i umysł nosiły już na zawsze. O niektórych rzeczach dało sie zapomnieć. O niektórych chciało się zapomnieć. Jeszcze inne były takie, że nie ważne, jak bardzo się starasz, ich obrazy o doświadczenia przypływały w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Laurent nie wiedział, jak to było poczuć magię Beltane - nigdy na niej nie był z czystego, zdrowego rozsądku. Zbyt łatwo było mu wzdychać do osób... z których obecnością nie chciał się obnosić, gdyby magia pożądania go dopadła. Więc unikał tego święta i cóż, przecież z każdym, kogo znał mógł się spotkać po nim, prawda? Nie nadawał się na tego, kto odbierze wianek i będzie wspinał się na słup, nie nadawał na tego, który będzie chciał chciał porwać do tańca. Chodziłby po tym barwnym, pełnym westchnień i radości święcie i gdzieś w środku ciągle by coś nie pasowało, nie wlepiało się w schematy zachowań i potrzeb. Dotyk, jakiego się pragnęło bardziej, czasami był tym najbardziej pożądanym. I tak nie byłoby blizn na zewnątrz. Te blizny, które nosiło się wewnątrz miały to do siebie, że nie znikały nigdy. Nie dało się ich pozbyć ot tak, nie było na nie kremu, maści, co najwyżej jeden znany człowiekowi eliksir: alkohol. Kiedy raz do tego świata uciekł dostał nauczkę na resztę swojego życia i miało się to za nim ciągnąć być może do ostatniego oddechu. Więc tak... rany ciała dało się wyleczyć. Te z serca również - tylko potrzebowały o wiele więcej czasu i uwagi. Tak i dało się załatać tą pustkę, którą poczuł Philip. Ale w tym już Laurent nie mógł mu pomóc, mógł co najwyżej załagodzić objawy. Laurent otworzył na moment oczy ze zdziwienia. Jak było powiedziane - nie dziwiło go, że jakaś kobieta dawała mu liścia. Ale co tam się wydarzyło, że aż brat wstawił się za siostrą i doszło do wyzwania? Może nie powinien pytać, a może wręcz przeciwnie - powinien dopytywać uparcie. Mężczyźni już potrafili być tacy nieznośni, że wszystko by rozwiązywali pięściami albo różdżkami. Trudno. Laurenta już do tego poniekąd przyzwyczaił Atreus, który zawsze miał bardzo gorący temperament. Darował sobie na razie pytanie o to, co tam się DOKŁADNIE wydarzyło. Philip wydawał się i tak wychodzić z samego siebie, żeby prowadzić tę konwersację, a nie był pewien, na ile przywoływanie tych wspomnień nie rozeźliłoby go bardziej, nie przywołało tych wspomnień, które tak go dręczyły. Jadowita tentacula, co..? Róża o trujących kolcach, tak. Dokładnie tak. Laurent spoglądał teraz na Philipa i widział różę z kolcami. Mogła uraczyć jedwabiem swoich złocistych płatków i zapachem, ale nie mogłeś wokół niej zaciskać mocno dłoni, żeby się nie pokaleczyć. A kiedy jej się odwidziało - raniła. Tylko świadomie? Czy może nie? Naprawdę tego jednego nie potrafił powiedzieć - ile widziały te niebieskie oczy Philipa Notta i ile uwagi zwracał na ludzi wokół siebie? Jak wiele były zdolne dojrzeć ponad siebie samego? Dzisiaj naprawdę coś się zmieniło. To przez to Beltane? Przez to, że miał gorszy humor i chciał go sobie poprawić? Nie wiedział. Ale przynajmniej się uśmiechnął. Te jego... pytania, takie ostrożne, jakby sam się bał, że się sparzy na tym, że stara się być milszy, że stara się być bardziej... ludzki. Całkowicie ludzki, a nie tylko tym idolem, którego z jego łaski można dotknąć i z nim porozmawiać. Och, Merlinie... Nie podobało mu się to. Nie podobało mu się to, że go to poruszało. Miał wrażenie, że te zmiany, których potrzebuje Philip, były teraz wciskane do jego świata. I przez to go naruszały i burzyły. Nagle ta myśl, że jest po prostu mateirałem na ulżenie się i odszukanie pocieszenia obdarła go żywcem ze skóry i unieszczęśliwiła go zupełnie. I cóż z tego? Nie potrafił Philipowi odmówić. Nie chciał mu odmawiać. Jego uśmiech i błysk w oku był tak samo czarujący jak zawsze. Wystarczył jego szept, ten specyficzny ton, do którego go przyzwyczaił i Laurent znów chciał mu dać odrobinę siebie. I wziąć odrobinę od niego. Tak łapczywie, tak przez tego diablika siedzącego zawsze na jego ramieniu namawiającego do pokusy. Wyciągnął ręce, by zapleść je za karkiem mężczyzny. A jego następne słowa, takie szczere, rozmiękczyły go do końca. - Mógłbyś. Tylko proszę się postarać, panie Nott. - Szepnął mu do uszka, roztapiając się w jego objęciach. Koniec sesji
|