![]() |
|
[4.06.1972] Night - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [4.06.1972] Night (/showthread.php?tid=1770) Strony:
1
2
|
RE: [4.06.1972] Night - Laurent Prewett - 24.08.2023 Mówienie o tym, że "przyjmował" to do wiadomości było bardzo wielkim słowem. Bo tak, to prawda, słuchał i "przyjmował" to, co się do niego mówiło, a nie wypuszczał drugim uchem, ale niekoniecznie to akceptował. Niby rozumiał. Jego mózg gładko wchłonął tę informację i przedstawił mu diagnozę: tak, to nie był sen. To znaczy: był, ale nie ten sen, który rozmywa się, kiedy tylko rozchylisz kurtynę powiek. To sen, który zostanie z tobą, gdy powieki otworzysz i kiedy nastanie poranek. Nie miał pojęcia, czy bezpieczniej było teraz trzymać oczy szeroko otwarte, czy może raczej właśnie w sen uciec, żeby czasem nie okazało się, że teraz zapuka do drzwi realnych i prawdziwych. Słyszał więc, rozumiał, ale nie do końca jednocześnie obejmował swoimi ramionami. Tak jakby ktoś nagle wcisnął mu dziecko na ręce i stwierdził, że to jego. No i cóż? Niby można się doszukać podobieństw, ale jak to? Przecież nie było żadnego dziecka. Przecież to nie ma sensu - to podpowiadała logika. Lub to był zwyczajny syndrom wyparcia tylko o łagodnym zaprezentowaniu. Nie od razu zrozumiał i połączył wątki, w czym są kwita. Nie da się być kwita z osobą, która uratowała twoje życie. Zawsze będziesz miał swój dług, bo to nie było przyniesienie ciasteczek, krótki spacerek po Kniei. To było narażanie siebie, żeby uratować kogoś innego. I nie przemawiało do niego to, że "to jej praca". Spodziewał się takich słów z jej ust. Tak jak było za co dziękować, tak trzeba było sobie powiedzieć, że przecież Brenna nie musiała narażać swojego zdrowia, żeby komuś innemu pomóc. Mogła robić swoje i jednocześnie w pełni troszczyć się o swój tyłek. Tyle. Aż chciało się zażartować, że w żadnym wypadku nie są kwita, przecież Brenna obiecała mu ciasteczka! Niestety dobry nastrój Laurenta rozpłynął się w doznaniach tej nocy. Skinął za to lekko głową, kiedy wyjaśniła mu, jak to działa przynajmniej w takiej formie, która była dostępna przeciętnemu śmiertelnemu. Nie wiedział, czy rzeczywiście Brenna by mu powiedziała wszystko, bo przecież obowiązywała ich tajemnica służbowa, ale nie zamierzał nawet dopytywać. W tej chwili chyba - Czułem się obserwowany. - Przyznał. Ale nigdy by nie pomyślał, że ktoś może prześlizgnąć się przez wszystkie zabezpieczenia i po prostu zaatakować we śnie. Laurent podniósł się powoli, podciągając na łóżku i usiadł bardziej na łóżku, myśląc zarazem o tym, żeby wstać jak i o tym, żeby po prostu zapomnieć o świecie - i spać. Gdzieś tam chyba świeciła nad nim myśl, że to naprawdę może być sen. Teraz zaśnie i jak rano się obudzi to wszystko minie. Wstanie rześki, wypoczęty, myśląc o zadaniach na ten dzień. - To dobrze... - Że jej nie zranił. Chociaż tyle dobrego w tym... nawet nie wiedział, co o tym myśleć. Nie wiedział, czy chciał o tym myśleć. Ogólnie - niewiele już wiedział. - Zgłoszę. Na pewno. - Szczęście w nieszczęściu, że przez powrót starego wroga akurat zachowywał czujność, a zresztą każde niemal spotkanie notował w kalendarzu. - Nie wiem... co miałbym ci powiedzieć. Odprowadzić cię? Może chciałabyś kawy? Albo przygotować ci pokój? - Laurent teraz brzmiał słabo, ale przede wszystkim bardzo spokojnie. Wręcz nienaturalnie spokojnie jak na to wszystko i na to, w jakiej panice był, kiedy pojawił się tu Alexander. - Proszę nie wstawać, panie Laurent. Ja się zatroszczę o panienkę. - Przyobiecał Alexander.. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=G0yeP0y.png[/inny avek]RE: [4.06.1972] Night - Brenna Longbottom - 24.08.2023 Prawda była taka, że owszem, musiała – i byłaby zaskoczona, że ktoś mógłby sugerować coś innego. To byłoby w jej rodzinie dziedziczne, a przynajmniej taki był jej ojciec, jej wuj i jej ciotka, jej brat i wszystkie jej kuzynki. Tacy byli inni Longbottomowie, o których śniła jako mała dziewczynka, gdy jeszcze nieopanowany dar odziedziczony po babce buzował w jej krwi. Tak było zawsze, a teraz… Teraz Brenna była nie tylko Brygadzistą, ale i żołnierzem, chociaż tego domyśleć się było ciężko, gdy patrzyło się na jej mugolskie trampki oraz słuchało paplania i… dobrze, bo tak właśnie miało być. A Laurent był cywilem. I nawet jeżeli nie zawsze szedł drogą prawa i porządku, Brenna była wściekle pewna, że nie zrobił niczego, za co zasługiwałby na wizytę tego psychopaty. Naprawdę niewielu ludzi na nią zasługiwało. Prawdopodobnie gdyby miała wskazać kogoś, do kogo chciałaby go posłać, byłyby to tylko dwie osoby: Voldemort oraz ojciec Susanne Crawley. Brenna też nie była pewna, co mu powiedzieć. Jak zwykle słów miała pod ręką bardzo wiele, zdaniem wielu aż nazbyt dużo, tak teraz wszystkie umykały jej spomiędzy palców. Nie znajdowała tych właściwych. Bo co mówiło się w takich sytuacjach? Och, bywała w nich często, w końcu jej praca czasem oznaczała konfiskatę przedmiotów z kradzieży, a czasem rozmawianie z kimś, kogo pobito lub z rodziną kogoś, kto zginął przedwcześnie. Ale żadne procedury, żadne wyuczone formułki, nigdy nie zdawały się jej wystarczające. Przykro mi, że cię to spotkało? Było jej przykro. Laurent był może czasem złośliwy, może po ślizgońsku przebiegły, ale był tez zwykle miłym, wrażliwym chłopakiem, który nie powinien być zmuszany do walki. Tyle że to „przykro mi” niczego nie zmieniało. – Cieszę się, że żyjesz – powiedziała w końcu tylko miękko nim się cofnęła i pokręciła głową. Nie, zdecydowanie nie chciała kawy, i na pewno nie chciała zawracać sobą głowy ani Laurentowi, który potrzebował odpoczynku, ani Alexandrowi, który wyraźnie martwił się o swojego pracodawcę. Poza tym nie sądziła, aby tej nocy byli w niebezpieczeństwie. – Muszę wracać do domu, jeżeli ktoś się zorientuje, że mnie nie ma… Niby nie było to jakoś zaskakujące, ale sama pewnie natychmiast ruszyłaby na poszukiwania, gdyby zorientowała się, że któryś z domowników wybiegł z posiadłości w środku nocy, wciąż w piżamie, nie zostawiając żadnej wiadomości. Nie wspominając o tym, że rano Brennę czekał dyżur w Ministerstwie, więc dobrze było złapać chociaż ze dwie godziny snu. – Odpoczywaj – mruknęła, a potem kiwnęła głową na pożegnanie Alexandrowi, nim wycofała się z pokoju. Wyszła z domu w noc, oddalając się powoli od budynku. Może w innych okolicznościach bardziej doceniałaby urodę tego miejsca: szum drzew i morza, słoną bryzę, rośliny i dalekie nawoływania zwierząt, niebo, które było tu inne niż w Londynie, a nawet jakby trochę inne niż w Dolinie. Teraz jednak głowę miała pełną czarnych myśli, kiedy deportowała się z New Forest. Koniec sesji
|