![]() |
|
[1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów (/showthread.php?tid=1778) |
RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Victoria Lestrange - 29.08.2023 Owszem, miała pytania ułożone wcześniej… ale może powinna je sobie spisać na kartce i pogrupować od najważniejszych do najmniej ważnych, w razie gdyby czas był mocno ograniczony i możliwe było zadanie jedynie kilku pytań. Ale tego nie zrobiła. Nie zrobiła wielu rzeczy, które mogłaby, które powinna była. Nie przyszła jednak całkiem nieprzygotowana, pomimo tego, jak trudny był to dla niej czas, jak się miotała… rytuał na Beltane, który poszedł mocno nie tak był jej najmniejszym zmartwieniem w całej górze zmartwień. Ostatecznie… wywoływał nieprzyjemne uczucia, nie pozwalał jej spać (chociaż to była bardziej wina Sauriela…), ale kiedy była przy wampirze, to czuła się dobrze i na miejscu. Większy problem był z jej nową naturą, z Zimną. Nie wiedziała jakie jeszcze niespodzianki na nią czekały prócz tego, że ludzie na jej dotyk się wzdrygali i mówili że to jakby dotykać trupa. No i te wspomnienia… nie należące do niej, mieszające jej w głowie… w dość niebezpieczny sposób. Bała się, naprawdę bała się, że traci rozum. Że w końcu nie będzie umiała odróżnić gdzie kończy się ona, a zaczyna druga osoba. I jeszcze… nocny atak zabójcy. Na szczęście umiała szybko myśleć. Pracować pod presją. Gdyby tak nie było, to nie sprawdzałby się ani w BUMie, ani u aurorów. Było kilka takich pytań, które krążyły po jej głowie odkąd widziała te konkretnie wspomnienia. Myśl o przedmiocie… o tym, że we wspomnieniach wyglądało to tak, jakby Elisabeth byla… wampirem. Ta sprawa była personalna, szczególnie bliska jej sercu. Oczywiście, że musiała zapytać. - Borginowie… Będę pamiętać – widziała Laurenta i jednocześnie naprawdę miala wrażenie, jakby to z babcią rozmawiała. Wynalazki… cóż ta kobieta w ciągu całego swojego życia nazbierała? Biorąc pod uwagę przypuszczenia Victorii… to mogła mieć na to cholernie dużo czasu. - Powiedz jej, że nic się nikomu nie stało, nie mamy problemu z żadnym przedmiotem. Pytam z ciekawości – i nawet była to prawda. Wszystko co robiła, wszystko o co pytała – było z ciekawości. I dla spokoju ducha. By wiedzieć czy to ze wspomnieniami babci jakimś cudem się połączyła, czy cokolwiek miała w głowie było zupełnie od czegoś innego. Czy może jej własne wspomnienia w jakiś sposób się… wypaczały, mieszając ze snami, których nawet nie pamiętała. - Nie będę o niego pytać – nie musiała. Nie miało to większego znaczenia – wystarczyło, że dostała potwierdzenie: było to związane z jej babcią, był to ktoś z jej życia. A sądząc po emocjach jakie przeżyła, na pewnym etapie był to ktoś dla niej bardzo, bardzo drogi. Chciała po prostu wiedzieć, czy sobie tego nie wymyśliła. Najwyraźniej – nie. - Rozumiem to – rozumiała, naprawdę. Czy jej babcia wiedziała, co się z nią stało? Jak skończyła po pobycie w Limbo? Czy wiedziala… czym jest? Później aż wstrzymała oddech. - Jak? – jak tego dokonała? Jak sprawiła że z nieumarłego stała się znowu człowiekiem? Nie pamiętała tego…? Jak można tego nie pamiętać? Czy ten proces wymazał jej coś z pamięci…? Ale nieważne jak… skoro zrobiono to raz, to można to zrobić też i drugi raz. Jest to możliwe. Victoria bardzo intensywnie wpatrywała się teraz w Laurenta. - Czy wiesz kim jestem… czym jestem? Czy wiesz co mi się stało i czym się stałam po Limbo? – zapytała. To równie dobrze mogło być ostatnie pytanie. Jej babcia… dawała do zrozumienia, że coś jednak wiedziała. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 29.08.2023 Miał nadzieję, że Victorii po tym seansie zrobi się chociaż trochę lepiej. Nawet jeśli niczego wartościowego się nie dowie, to chociaż będzie miała taką pewność, że babcia tam jest, że ma się dobrze. Czy nie do tego głównie służyły sesje spirytystyczne? W ramach absolutnej konieczności czasem korzystać z niego mogli ludzie, którzy chcieli się dowiedzieć, czemu zostali opuszczeni. Co się stało, że zmarli. Czy pamiętają twarz osoby, która ich skrzywdziła? Pytań było mnóstwo, ale najważniejsze było to, żeby druga strona poczuła ulgę. Czasami jednak zadane pytania rodziły tylko większą ilość pytań. Szczególnie, kiedy wspomnienia dwóch istot przeniknęły siebie wzajem i nie można było już odróżnić jednego od drugiego. - Nikomu nic się nie stało. Nie ma problemów. To tylko ciekawość. - Powtórzył słowa mimo to, że miał wrażenie, że babka... nie, wiedział, że babka słyszy swoją wnuczkę i zdaje sobie sprawę z jej obecności. Czyli to wyszło dobrze. Albo właśnie może źle? Zazwyczaj duchy słyszały to, co mówi i przekazuje im osoba, która je przywoływała, przynajmniej tak był tego uczony. Nie miał wielkiego doświadczenia w tej dziedzinie, nie wywołał nie wiadomo ilu sesji, żeby mieć o tym szerokie pojęcie, żeby mieć doświadczenie w tej dziedzinie. Nie miał go, bo nie lubił do końca tego robić. Owszem, zawsze drzemała w tym jakaś ciekawość, była to pomoc, często obu stronom. Niektóre duchy przyjmowały kontakt z niemalże ulgą, bo również mogły poczuć, że ktoś bliski z nimi jest. Ponieważ mogły porozmawiać z osobami, na które czekały w pustce. To było w jakiś sposób pokrzepiające - wiedzieć, że robi się coś dobrego. Dodawało sił. - To... obrze. ...ez konkretów... nie mogłabym... omóc. - Laurent odetchnął drugi raz tracąc na siłach w tej szarpaninie. Elisabeth nie była kobietą, która stroniła od wiedzy, ale pojawiło się jakieś zadowolenie, mimo wszystko, że jej wnuczka nie wplątała się w kontakt z jakimś... z czym w zasadzie? Jakimś brzydkim artefaktem? Chyba chodziło jej nawet o coś konkretnego, albo może raczej o jakąś grupę rzeczy konkretnych. - Jest zadowolona, że nie włożyłaś rąk w jakieś niebezpieczne przedmioty. - Tyle zdołał z tego wyłuskać w rozmywającym się przekazie. - Nie będę pytać o Edwina. - Powtórzył duchowi, żeby go trochę uspokoić. I to zadziałało. Nie, Elisabeth nie chciała o nim mówić. Czy ten mężczyzna w ogóle żył? O to dopiero byłoby pytać niebezpiecznie. Jego również mogli spróbować odnaleźć, ale to, zdaje się, było o wiele bardziej skomplikowane niż przywołanie ducha babki Victorii. Głównie dlatego, że o tym mężczyźnie wiedzieli tyle, co nic. - Jak? - Powtórzył wręcz niemal sądne pytanie, jakie tutaj padło. - Jesteśmy głodni, bo przestaliśmy żyć, musimy żywić się tymi, którzy żyją, żeby wciąż być na tym świecie, musimy kraść. Jeżeli ukradniemy wystarczająco, wrócimy do egzystencji, w której nie czujemy wiecznego głodu. - Laurent powtórzył te słowa jeden do jednego, powtarzając prawie z samą babką. Najbardziej klarowne, jakie pojawiły się do tej pory, mocne, jakby one same mogły nieść ten głód w przestrzeń. I grozę. Przerażającą informację tego, do czego trzeba się dopuścić, żeby odzyskać zagubioną ludzkość. Tylko czy kiedy powracasz do życia po takim czynie nadal jesteś człowiekiem, czy już po prostu bestią z bijącym sercem? To nie był teraz moment, by oceniać. Nie było też oceny w duchu. Słowa Elisabeth były jasne, klarowne, przekaz oczywisty. Nie pozostawiał miejsca do zastanawiania się, do tworzenia własnych interpretacji. - Straciłaś energię, która była częścią ciebie. Wciąż żyjesz. Uzupełniłaś ją czymś innym. - Odpowiedziała dusza na ostatnie pytanie, jakie tutaj padło. Ostatnie, bo Laurent naprawdę już nie wytrzymywał. - Straciłaś energię, która... była częścią ciebie. Żyjesz. Uzupełniłaś tę energię czymś innym. - Z nosa Laurenta zaczęła lecieć krew, ale on sam tego jeszcze dobrze nie czuł. - Nie wytrzymam dłużej. - Ostrzegł Victorię, więc jeśli miała jeszcze jakiekolwiek pytania był to ostatni moment, w którym mogła je zadać. - Dobrz...yło... cię... obaczy...ć... dziecko. - Muśnięcie zimna, muśnięcie akceptacji, ale to nie było ciepło. Duchy z Limbo nie miały już w sobie ciepła. Może nawet w tym przekazie zostało zawarte, ale Laurent już puszczał. W końcu puścił całkowicie. Zachłysnął się powietrzem i otworzył gwałtownie oczy, podpierając rękoma o ziemię. Zupełnie jakby po pomieszczeniu przesunął się strumień wiatru - świecie zgasły, a kominek znów zaczął przyjaźnie trzaskać. Blondyn rozsupłał swoje nogi z siadu skrzyżnego i usiadł na boku, łapiąc się jedną ręką za głowę. To nie było nic poważnego, prześpi się, przejdzie, ból głowy minie. - Nic mi nie jest. Nic mi nie jest... - Wyciągnął uspakajająco dłoń w kierunku Victorii, która zapewne nie wiedziała, co się dzieje. - To tylko ból głowy... - Powiedział człowiek, który próbę morderstwa za kilka dni miał nazwać "małym wypadkiem". RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Victoria Lestrange - 29.08.2023 Zwykle było tak, że na jedną rozwiązaną zagadkę, jedną uzyskaną odpowiedź, pojawiało się siedem kolejnych. To było jak hydra – utniesz jeden łeb, a na jego miejscu wyrosną następne, silniejsze. Victoria uzyskiwała odpowiedzi na pałace ja pytania, umysł uspokajał się pod ich siłą, ale pracował też, na zwiększonych obrotach, analizując, i wyskakiwały następne. Wątpliwości, pytania… a czas mieli ograniczony. Widziała, że Laurenta to wiele kosztuje, jak jego ciało napręża się, jak łapczywie łapie oddech. Ale jeszcze chwila, jeszcze tylko chwila… Pytanie o Edwina miało służyć tylko temu, by coś zweryfikować, nie było powodu, by drażnić babkę, tym bardziej że odpowiedź na to pytanie nie była kluczowa. Domyślała się sama kim był Edwin. Kim był prywatnie dla Elisabeth – nie jak się dokładnie nazywał, czym zajmował… w tej chwili wydawało się to być całkowicie nieważne. I wtedy padła ta odpowiedź. Victoria otworzyła szerzej oczy, wpatrując się w Laurenta z pełnią skupienia. Jeżeli ukradniemy wystarczająco, wrócimy do egzystencji, w której nie czujemy wiecznego głodu. Lestrange zamarła. Odetchnęła mocniej przez nos, a myśli kotłowały się w jej glowie. Naprawdę miała tyle pytań… tyle wątpliwości, tyle pomysłów. Interpretacja nie była taka oczywista. Ale jedno co było pewne to to: dało się to odwrócić. Dało się. I Elisabeth tego dokonała. Czym był ten przeklęty przedmiot, który był dla niej taki ważny i zdawał się być z tym wszystkim powiązany? Widziała, że to był już kres sił Prewetta. Krew jaka pociekła z jego nosa była tutaj oczywistym znakiem. Victoria odetchnęła znowu i pokręciła głową. Nie miała już żadnych pytań. Znaczy miała, ale nie było sensu ich teraz zadawać. - Dziękuję – zwróciła się i patrzyła na Laurenta tak, jakby chciała spojrzeć za niego, ponad nim. Dziękowała swojej babci. To było do niej skierowane. Straciła energię. Wypełniła ją czymś innym. Czym? Jak to w ogóle możliwe? To był ten rozdzierający, niekończący się ból, który czuła, nim odzyskała przytomność…? Płomień świec zamigotał i wszystkie nagle zgasły, a Laurent opadł na ręce, łapczywie łapiąc powietrze, podtrzymując ciężar swojego ciała. Rzeczywiście – nie wiedziała. Nie wiedziała czy to już, czy to po wszystkim, wyraźnie ostrzegał ją, by nie ingerowała. Nie wiedziała więc, czy już może go złapać, czy nie zakłóci rytuału… Ale wyciągnął do niej rękę. I Victoria nie potrzebowała więcej zaproszeń i zapewnień. Sama szybko ruszyła się ze swojego miejsca, i klęcząc przy Laurencie złapała go za dłoń. - Dziękuję – wyszeptała teraz do niego. Mocniej ścisnęła jego plance. - Bardzo dziękuję – dodała. Wzruszyło ją to wszystko. Czuła kłębowisko emocji, przeróżnych. Wyciągnęła też drugą dłoń, by dotknąć najpierw barku Laurenta, później jego karku i popchnęła go delikatnie, dając mu do zrozumienia, że powinien się pochylić do przodu. - Pochyl się, spokojnie. Krew ci leci. Zaraz to… Zaraz to naprawimy – odwróciła się i wyciągnęła, by złapać swoją różdżkę, a wtedy i jej torebka do niej poleciała. Złapała ją jeszcze w powietrzu by wydobyć materiałową chustkę, pięknie haftowaną, i wręczyła ją Laurentowi, by mógł sobie przyłożyć do nosa. - Zaraz będzie ci lepiej – dodała jeszcze i wyciągnęła z torebki czekoladową żabę. Victoria zawsze nosiła ze sobą takie rzeczy, zwłaszcza odkąd Sauriel znosił jej mnóstwo różnych łakoci. Wcisnęła ją Laurentowi. - Zjedz. Polepszy ci się. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 29.08.2023 Co prawda chciał wyciągnąć rękę po to, żeby ją uspokoić, żeby dać jej znać, że żyje, że kontaktuje, że to już. Że koniec, teraz już można było robić wszystko. Wszystkie dziwne rzeczy, narzekać, skandować. Albo na przykład, no nie wiem... panikować? To było zupełnie nie pasujące do Victorii - panikowanie. A nawet nie wiedział, jak nie tak dawno temu Victoria naprawdę była całkowicie zagubiona, sama ze swoją głową, w której była jak więzień, z którego nie da się uciec. Na szczęście nie była wtedy sama. Miała kogoś przy sobie. Tylko jej odwaga jednak pozwoliła jej wypchnąć te drzwi, w których stały kraty. Inni byli wsparciem, ale to był jej wyczyn, jej dokonanie. Tak samo jak to, że potem zebrała w sobie siły, żeby dalej ze złem walczyć i nie poddała się tylko dlatego, że przez jedną noc była prawie bezsilna we własnym śnie. Czy taż: AŻ dlatego. To w końcu nie było żadne "tylko". To, że ta ręka posłużyła jako komunikat i została w zasadzie złapana... ani trochę mu to nie przeszkadzało. Kręciło mu się w głowie i stabilność, jaką zaproponowała dotykiem Victoria była bardzo miła. Szczególnie, że teraz sam był zimny i chociaż różnica temperatur była nadal spora między ich ciałami to nie taka, żeby podskoczył od niespodziewanego kontaktu z kobietą. - Nie ma problemu. - Zamrugał i powoli się wyprostował. Prawie swoimi paluchami chciał sięgnąć do nochala, kiedy Victoria mu zaproponowała chusteczkę. Nastało takie minimalne opóźnienie między informacją, bodźcem oraz odbiorem tego przez mózg. To się zdarzało. Zwłaszcza, kiedy człowiek był czymś zaaferowany, zajęty. Kiedy się na czymś skupiał. Laurent na ten przykład skupiał się na tym, jak boli go głowa i żeby przestało. Takim sposobem z wyprostowania się został pochylony, albo i nawet pochylił się sam, zgodnie z poleceniem. Laurentowi jak coś się działo to był posłuszny bardziej niż małe dziecko, które potrafiło robić sceny. Największą trudnością były tylko jego odruchy bezwarunkowe i ewentualny stres. Na szczęście nawet pod wpływem paniki nie należał do tych ludzi, którzy zaczynali biegać w amoku i już kompletnie nie myśleli. - C-co? - Przyłożył chusteczkę do nosa, spojrzał na czerwień... i teraz to dopiero mu się we łbie zakręciło. - Na nogi Morrigan... - Albo na brodę Merlina. Jak kto woli. Laurent wolał akurat nogi Morrigan od brody Merlina, ale to już była tylko i wyłącznie kwestia jego preferencji. Przyłożył grzecznie chusteczkę do nochala z powrotem, przecierając troszeczkę. Na szczęście szybko przestała lecieć na tyle, że nie musiał siedzieć na tej podłodze taki skulony. - Od kiedy nosisz żaby w torebce? - Nie było to najbardziej istotne pytanie z całej tej sesji, ale jakoś bardzo go rozbawiła Victoria z czekoladową żabą przy sobie. Uśmiechnął się troszkę i bez pyskowania wziął żabę, żeby ją ugryźć. Nie przepadał za łakociami, a konkretnie za rzeczami słodkimi. Natomiast teraz nawet zaczął ją jeść z apetytem. Przesunął dłonią po czole, spoglądając na pierścionek przez krótką chwilę, zanim nawiązał już trzeźwy kontakt wzrokowy z Victorią. - Przepraszam, Victorio. Coś poszło nie tak, nie potrafiłem ustabilizować połączenie z panią Elisabeth pomimo tego, że ona sama była chętna do kontaktu. Cieszyła się, że mogła cię znowu usłyszeć. - Przywołał do siebie różdżką talerzyk, położył nadgryzioną żabę i spróbował się podnieść. Trochę chwiejnie, ale wstał. - Uch... pójdę do łazienki się trochę... odświeżyć... i zaraz wrócę, dobrze? - Potrzebował przemyć twarz, oczyścić się, bo chociaż pierwszy kęs żaby był słodki, tak zaraz dotarł do niego mdlący zapach żelaza. Innymi słowy - krwi. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Victoria Lestrange - 29.08.2023 Nie planowała robić żadnych dziwnych rzeczy, nie była też przesadnie głośna czy wylewna. Dostała co potrzebowała i chciała, zależało jej jednak na tym, by osoba, która jej to umożliwiła i zaproponowała – czuła się dobrze. Krew cieknąca z nosa i ból głowy nie był chyba normalnym objawem? W sumie to nie wiedziała, nie znała się na tym. Ale Laurent przecież bał się krwi… Kojarzyła mu się z bólem i przemocą. Mógł za to panikować do woli, bo Victoria była tutaj i chociaż w głowie miała mętlik, to nie był on na skalę tego, co działo się w jej życiu jakiś tydzień temu. Teraz… Było stabilnie. Chujowo ale stabilnie. Przede wszystkim wzięła się w garść i mogła robić za podporę blondyna. Nie ma problemu… Ależ był. A ona była mu chyba dozgonnie wdzięczna, bo zrobił dla niej tak wiele… Wyszedł ze swojej strefy komfortu, pokazał, że potrafi komunikować się z duchami, a przez półtorej roku tej znajomości ani słowem się nie zająknął – znaczy… nie chciał się tym chwalić. To znaczyło dla niej ogromnie wiele. Naprawdę ogromnie wiele. Kiedy tak się pochylał, to Victoria bardzo delikatnie gładziła go po plecach, by dodać mu otuchy i przypominać, że nie jest sam i może na nią liczyć. - A różnie… teraz trafiło na żabę, ale czasami noszę jakieś inne czekoladki – i żaby się trafiały. Ciekawe jaka karta była dołączona do tego pudełka? - Nigdy nie wiadomo kiedy czekoladka się przyda w ciągu dnia. Ale mój narzeczony znosi mi tego sporo – wszak to nie była żadna tajemnica. Relacja z Saurielem jakoś tam sobie szła do przodu. Trochę wywrotowo i niestabilnie, ale szła. Uśmiechnęła się do Laurenta. Podsunęła ją sama, bo wiedziała, że on za słodyczami nie przepada, więc lepiej było zawierzyć jej torebce. - Ale za co ty mnie przepraszasz? – był niepoprawny. Zrobił dla niej tak dużo, ona go tu powinna całować, przytulać i dziękować, a on ją przeprasza. - Zrobiłeś wszystko… Nie przepraszaj mnie. To ja… Ja ci dziękuję – babcia się cieszyła, ze ją słyszała? To miłe…Chociaż jedna osoba z tej rodziny. Victoria uśmiechnęła się mimowolnie, chociaż trochę słabo. - Oczywiście. Mam tu… mam tu ogarnąć? – miała na myśli krąg, świece, poodsuwane meble… Tyle mogła przecież dla niego zrobić. - Nie potrzebujesz pomocy? – widziała, jak się chwiał, kiedy wstawał. Na pewno nie potrzebował, by go do łazienki zaprowadziła? RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 29.08.2023 Ludzie na stres reagowali różnie. Laurent miał dwa objawy. Pierwszym była oczywiście palpitacja serca, kiedy zaczynał mocno oddychać i kiedy przestawał prawie mówić, gapiąc się tylko z przerażeniem. Druga opcja była taka, że zaczynał mówić trochę od rzeczy, jakby był zupełnie oderwany. Zazwyczaj wpadając w dziwną dramaturgię, ale czasem, jak teraz, łapiąc się jakiś bzdurek zupełnie niezwiązanych z tematem, zupełnie głupich, zupełnie prostych. Tylko po to, żeby nie myśleć o tym, że coś się dzieje. Bo to była już jego mała forma paniki, tylko dlatego, że widział czerwień. To wystarczyło. Od razu jego mózg robił absolutne fikołki. Ale lubił, no lubił, kiedy z taką czułością i dbałością go przy tym Victoria pocieszała, kiedy go dotykała po plecach, kiedy siedziała obok i sama nie miała odruchu mdlenia na widok krwi. Laurentowi już zdarzało się na jej widok zemdleć, na szczęście nie w takich ilościach. Zdarzyło mu się też przez nią wymiotować. Taka to już z niego była księżniczka delikatna. Starał się coś z tym robić, tak jak starał się mieć jakąś klasę, swoją męskość, swoją dumę. Ale kiedy przychodziło co do czego to tracił rezon. I jakoś już nie było tej dumy i... niczego w zasadzie nie było. - A... aha... - Potwierdził jakże lotnie, zapisując tę informację w głowie i uczepiając się jej właściwie. - Kiedy będziesz miał ochotę na słodkości, możesz podejść do panny Lestrange. Zapamiętałem. - Tak pół żartem, chociaż akurat na pewno to zapamięta. I kto wie? Może naprawdę weźmie go kiedyś na słodkości w dobie kryzysu? Tak jak teraz chociażby. - Bardzo miło z jego strony. To urocze. - Co prawda nie znał intencji do końca, ale Victoria przepadała za swoim narzeczonym, takie sprawiała wrażenie, z pewnością go szanowała, a to już było coś. Poprzedniego nawet nie tolerowała, co dopiero szanować. Więc brzmiało to, jakby ich relacja się dobrze układała. Jakby chciał jej sprawiać prezenty. On właściwie chciałby, żeby ktoś mu tak prezentował... kwiaty, na ten przykład. Miał to swoje niepoprawne marzenie romantyka w głowie. Niekoniecznie bowiem czekoladki - te by się jednak u niego zmarnowały. Alkohol też był fatalnym prezentem dla blondyna. Przy jego osobie to najlepiej w prezencie sprawdzała się chyba karma dla istot magicznych. Jak to za co ją przepraszał? Za to, że nie poszło tak, jak chciał. Za to, że coś się nie udało. Coś poszło nie tak. Że nie mogła swobodnie porozmawiać z babcią, poplotkować o dawnych czasach. Bo w normalnych okolicznościach by mogły. - Dziękuję ci... aaach... mogłabyś? - Tak sobie postał... i jednak droga do łazienki go trochę przeraziła i przerosła. Pewnie by tam dotarł... ale w zasadzie po co ryzykować? Przy Victorii nie musiał niczego udowadniać, czuł się przy niej bardzo swobodnie i wiedział, że może być po prostu sobą. I ta kobieta kochała go za to, kim był. A nie za to, kogo udawał. Bądź kogo nie udawał w danej chwili. - Usiądź proszę, napij się herbaty, posprzątam potem razem z Migotkiem. - Dotarł do łazienki i nie zamykał nawet drzwi - poszedł do umywalki, żeby tam opłukać swoją twarz i z obrzydzeniem umyć dłonie w ciepłej wodzie. Oooch... od razu lepiej. Od razu było o wiele, wiele lepiej. Szum wody z kranu działał odprężająco. Kojąco. Był naprawdę przyjemny. Tym bardziej ciepło tej wody, która wygrzewała wyziębioną skórę i słała raz po raz dreszcze po plecach, teraz te dobre, które kojarzyły się z czymś miłym. - Przepraszam, bo ten rytuał, który przeprowadziłem, ledwo się udał. - Wyjaśnił już trochę bardzo trzeźwo, kiedy wyszedł z łazienki, wycierając swoją twarz w ręcznik. Zmęczony, ale żywy, już krew z nosa nie leciała. Sam sobie przywołał filiżankę, żeby usiąść na kanapie i napić się teraz ciepłego naparu. - Tak to nie powinno wyglądać, kiedy wszystko idzie dobrze. Niestety sesje spirytystyczne bywają bardzo nieprzewidywalne. A ja po prostu... nie jestem jakiś wybitnie doświadczony. Nie robię tego na co dzień. Nie robię tego nawet raz na miesiąc. - Wyjaśnił, biorąc głębszy, ale teraz już spokojniejszy, oddech, kiedy już siedział z filiżanką herbaty. - Więc nie mogę powiedzieć, że zrobiłem dokładnie wszystko, bo na pewno dało się to zrobić lepiej. Za to naprawdę dałem z siebie wszystko, co mogłem. - Zdecydowanie, bo dalej to już szarpałoby jego zdrowie i cholera wie, co by się działo. - Jesteś zadowolona z tego, co usłyszałaś? Bo pytałaś o dość niepokojące rzeczy. - Delikatnie mówiąc. O wampiryzm i o to, jak go zmienić. A odpowiedź była jeszcze gorsza. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Victoria Lestrange - 30.08.2023 Nigdy nie przeszkadzało jej, że Laurent jest taki delikatny – niczym kwatek, który potrzebuje uwagi innych ludzi, jak wody, by móc żyć. Komplementów niczym słońca, by swoje płatki rozsunąć i wystawić twarz, by się w nich ogrzać. Że był strachliwy, nie miał odwagi do wielu rzeczy (a do innych miał ogromną!), że bał się krwi i przemocy, że był niczym ta księżniczka na ziarnku grochu. Nie przeszkadzało jej, że w takich chwilach ten rezon tracił i wcale nie było tak, że był mniej męski, albo że brakowało mu dumy, że… że cokolwiek tracił w jej oczach. Nie tracił. Nie było ludzi idealnych. Laurent błyszczał w pewnych dziedzinach i rzeczach, a w innych blaknął, jak każdy. Victoria nigdy się nie skarżyła; nigdy nie powiedziała mu, że zachowuje się jak baba, albo gorzej, ani że mógłby się wziąć w garść i zmężnieć. Zawsze cierpliwie czekała, aż przestanie panikować, albo oferowała swoją pomoc, zupełnie niezrażona. Miał rację – Victoria po prostu… Pokochała go takiego, jakim był. Bez tych swoich masek, bez udawania, że jest kimś innym, lepszym… Po prostu akceptowała. Zupełnie jej nie przeszkadzało jaki był. I swego czasu wcale mu to niczego nie odejmowało… Teraz zresztą też nie. Ciągle miał ten swój urok. Ale to nigdy nie chodziło o atrakcyjną aparycję, a przynajmniej nie do końca. - Bardzo dobrze, zapraszam na czekoladki – nie wszystkie były przecież słodkie! Istniały też gorzkie, albo po prostu pozbawione tej słodyczy, za którą Laurent tak nie przepadał. - Ano. Na kwiatach zna się wcale, więc wymyślił za punkt honoru znosić mi różne słodycze – przynajmniej w jej głowie i oczach był to taki substytut. Oczywiście, że wolałaby kwiaty. Kochała kwiaty. I te kilka bukietów, jakie otrzymała od Sauriela (ale tylko jeden był faktycznie od niego), ciągle trzymała w pokoju. Były dla niej na pewien sposób ważne. Ale że Sauriel nie miał tego w głowie ani drygu, ani w ogóle o tym nie myślał no to musiała się zadowolić czekoladkami. Bombonierkami. Albo innymi ciasteczkami czy cukierkami. Leprze niż nic. I nawet to polubiła. Ale też spotkania z jej – teraz już – narzeczony, chyba nigdy nie przybrały pomiędzy nimi miana „randki” i tak to się kręciło. Po prostu wstała i bez dalszych komentarzy objęła Laurenta w pasie, pozwalając mu się na niej oprzeć. Na niej, chłodnej… zimnej. Ale przynajmniej tutaj była i powolutku prowadziła go do łazienki. Widziała, że ledwo stoi. Kiedy upewniła się, że bezpiecznie dotarł do umywalki, to zgodnie z jego prośbą wróciła do salonu i zgarnęła swoją torebkę z podłogi, i filiżankę herbaty, której nie dopiła do końca, i usiadła na kanapie. Drażniło ją, że nic tu nie jest na swoim miejscu, że był bałagan… Kiedy Laurent wrócił i usiadł obok niej, akurat bawiła się pierścionkiem swojej babci. Oglądała go z bliska, kręciła nim… Poderwała głowę, kiedy usłyszała jego kroki, mając mężczyznę ciągle na oku, by się upewnić, że już jest dobrze. - Laurent. To więcej niż się spodziewałam. Więcej niż oczekiwałam. Ważne, że się udało. Mam odpowiedzi, jakich potrzebowałam… - na pewien sposób wydawała się być spokojniejsza. - Nikomu innemu bym tego nie powierzyła. I naprawdę… Naprawdę dziękuję – nawet pochyliła się w jego kierunku, by w chwili nieuwagi złożyć mu na policzku pocałunek. N-a-p-r-a-w-d-ę była mu piekielnie wdzięczna. Wiedziała trochę, drugie tyle stało się jeszcze bardziej zagmatwane, ale przynajmniej… Przynajmniej miała pewność co do kilku rzeczy. - Jestem… Poniekąd – westchnęła i spojrzała na Laurenta. - Nie miałam kiedy ci powiedzieć… Jakiś czas temu przypomniało mi się coś jeszcze. I wszystko wskazywało na to, że osoba, której wspomnienia widziałam, była wampirem. Edwin, o którego spytałam… To mężczyzna, który sprawił, że znowu chciała żyć. Tak to przynajmniej wyglądało… Ale to nagmatwane. Musiałam… Musiałam się upewnić, że wie o czym mówię. Że to faktycznie jej wspomnienia – wyjaśniła mu. - Dlatego te pytania były tak specyficzne. No i… przynajmniej wiem, że jej nie… nie wchłonęłam. Że jest tam. Bo przyznam, że trochę się o to bałam – Victoria spojrzała na swoje dłonie, na zadbane palce i na pierścionek od babci. - Ciągle szukam odpowiedzi na pytanie kim jestem. Czym jestem – dodała ciszej. - Nikt nie wie. A wygląda na to, że Elisabeth miała za sobą długie życie, była też cholernie bystra, więc… - może nawet miała to po niej. - Skoro zaś wszystko wskazywało na to, że była wampirem, a zmarła ze starości, to pytanie samo się nasuwa… Jak? Podobno to nieodwracalne. A jednak… A jednak. Na moment pozwoliła, by to pomiędzy nimi zawisło. Przemiana w wampira była okrutna. Przemiana w człowieka… najwyraźniej jeszcze bardziej. To było… Straszne. A jednak… nie jej to oceniać. - Laurent… - powiedziała jeszcze ciszej, wcale na niego nie patrząc. Przestała się już też bawić pierścionkiem. Po prostu siedziała obok niego i patrzyła w krąg, teraz już zupełnie nieaktywny. - Mój narzeczony… On jest wampirem – to nie było proste. Potrzebowała czasu, żeby to przetworzyć i przemielić. Pogodzić się z tym. A teraz… Okazywało się, że mógł mieć szanse na ludzkie życie… Tylko co by to było za życie? Jeżeli ukradniemy wystarczająco, wrócimy do egzystencji… - Wymyślili, że wydadzą mnie za wampira – mruknęła i odetchnęła. Taka to właśnie miała być rodzina. Mąż i żona i… koniec. Żadnych dzieci, żadnych wnuków, żadnego dziedzictwa, żadnego niczego. Życie „wieczne” i obserwowanie, jak druga osoba się starzeje i umiera, kiedy samemu było się ciągle tak samo pięknym i młodym. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 30.08.2023 Mówiono, że kwiaty o wiele piękniej kwitną, kiedy poi się je nie tylko wodą, ale i dobrym słowem. Że wtedy otwierają swe płatki śmielej, że łatwiej im przetrwać trudne chwile, kiedy było za ciepło, albo za zimno. Łatwiej odżywały, kiedy czegoś im brakowało, ale dostawały to, czego potrzebował każdy człowiek - oparcie. I być może była to tylko wiara naiwnych, którzy sądzili, że kwiaty ich rozumieją, skoro zrozumieć nie potrafili inni ludzie. Zrozumienie drugiego człowieka było wyczynem niemożliwym do osiągnięcia w pełni. Zostawała nam akceptacja. I to było coś, czego od drugiej strony mogliśmy i powinniśmy oczekiwać. Bo jeśli ktoś nie akceptował cię takim, jakim jesteś to czy na pewno był wart twojego czasu? Przy osobach takich jak Victoria można było kwitnąć. Miała rękę do roślin - do ludzi również. Piękny umysł odkrywał głębię drugiej istoty i zakochiwał się nie w tym, co widziały oczy, a w tym, co widziało serce - takim właśnie człowiekiem była Victoria Lestrange. Racja, nie wszystkie czekoladki były słodkie, nawet nie wszystkie słodycze słodkimi w pełni były. Paradoksalnie. Gorzka czekolada była wspaniała. Nawet tą deserową Laurent lubił. Nie ważne to, jaka zawartość cukru drzemała w tym, co jesz, bo w tym wypadku słodyczom było, jak traktuje cię druga osoba. Czekoladowa żaba, która znowu wylądowała w jego dłoni, kiedy upił kilka łyków herbaty, była przepyszna, ponieważ została podarowana przez martwiącą się o jego zdrowie istotkę, która miała pełen koszyk zmartwień o siebie samą. Więc ugryzł kolejny mały kawałek i pozwolił, żeby ta czekolada rozpłynęła mu się w ustach. Pewnie nawet nie zje całej. Czy było dobrze? Było lepiej. Widać było po nim zmęczenie i dotykał swojej skroni z bólu głowy, ale przynajmniej nie kręciło mu się w niej jak przed chwilą - szedł więc już o wiele pewniej. Czekoladowe żaby były całkiem spore. Skinął lekko głową słysząc jej odpowiedź. - Czy myślałaś o tym wcześniej, żeby umówić wizytę u spirytysty? - Profesjonalnego, który bardzo konkretnie zna się na fachu. Laurent się nie dziwił, że to nie był popularny zawód i że mała ilość osób decydowała się go podjąć. Było to coś, co nawet jeśli przebiegało w pełni kontrolowanie potem sprawiało, że chciało się usiąść z whiskey i fajką, żeby zagłuszyć obcy dźwięk w swojej własnej głowie i pozbyć się śladów obecności w swoim... ciele? Mimo tego, że duch niby był zamknięty w przedmiocie, który leżał tuż przed wywołującym. Ponoć człowiek, jako istota będąca częścią wielkiego kręgu życia, był stworzony do przystosowywania się. Więc i do tego na pewno można się było przyzwyczaić. Tak samo jak do tego, żeby nurkować i czyścić kanalizację - tacy ludzie wszak również byli potrzebni. Dla Laurenta brzmiało to strasznie. - Bardzo się cieszę w takim razie. Najbardziej martwiło mnie to, że trwało to wszystko zbyt krótko. - Za krótko na to, żeby Victoria naprawdę dostała odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. Z pewnością miała ich jeszcze sporo, włączając w to najbardziej trywialne i być może samą chęć poznania kobiety z bliska. - Nie wchłonęłaś jej całej, ale fragmenty jej wspomnień najwyraźniej zostały zabrane przez ciebie. Biorąc pod uwagę naturę tych wydarzeń może nawet coś więcej. - I biorąc pod uwagę to, że nic nie ginęło w tym świecie, co zasugerowała kobieta. To były bardzo skomplikowane sprawy, na których odpowiedzi nie szukało się w pierwszej, podstawowej encyklopedii spirytysty. - Wampiryzm to forma zaklęcia natury neoromantycznej, więc wydaje się naturalne, że można szukać sposobu na odwrócenie procesu. Forma nieudanego zaklęcia, ale nadal - zaklęcia. - W końcu to był pewien rodzaj przypadku, który z pewnego powodu, jakikolwiek by nie był, był potem zaraźliwy. To jest - kiedy wampir pochłonął czyjeś życie do końca to ta osoba również stawała się nieumarłym. Okropne, okrutne, ale niestety miało miejsce. - To, co powiedziała Elisabeth było bardzo... radykalne. - Postarał się to ująć bardziej neutralnym słowem, które jednocześnie odpowiednio określi jego bardzo wątpliwe nastawienie do tego, co mówiła kobieta. I jak ona swoją klątwę przełamała. - Ach tak. - Padł z jego ust najmądrzejszy komentarz, kiedy powiedziała, że jej narzeczony jest wampirem. Tak jakby mówiła o tym, że zdecydowała się na pieska, ale w sumie to nie wie, czy to powinien być terierek czy mastiff. Ach tak. W jego głowie zagościła na momencik pustka, tak jak zagościła tutaj cisza. Patrzył teraz na Victorię i nie wiedział przez moment, co w ogóle powiedzieć. Victoria interesowała się przeróżnymi rzeczami, kiedy tylko coś złapało jej uwagę to chciała o tym wiedzieć jak najwięcej. Więc samo dopytywanie o to, skoro jej babka była wampirem, która zdołała najwyraźniej do życia powrócić, go nie dziwiło wcale. Teraz jednak się okazywało, że to miało głębsze znaczenie. - Przepraszam, ale nie bardzo wiem, co mam powiedzieć. - Przyznał, przerywając ciszę, bo nie powinien był jej utrzymywać. Przymknął oczy z tego pulsującego bólu głowy doprawionego wspaniałymi informacjami. Informacjami, które naturalnie krzyczały, że przecież wampiry trzeba palić! Z drugiej strony przecież każdy zasługiwał na życie. To nie tak, że wampiry wybierały swoją drogę. Och, może niektórzy tak. Goniący za wiecznością i potęgą. - Nie stanowi to optymistycznej perspektywy szczęśliwej rodziny z psem, kotem i dzieckiem w dodatku, ale widzę, że jesteś mim o to zadowolona. Takie sprawiałaś wrażenie. Wampiryzm jest trochę jak choroba, choć nie każdy to pojmuje. Nie ma powodu, żeby oceniać kogoś tylko przez jej pryzmat. - Ponieważ z chorobą można walczyć, ale można się jej poddać. Można z nią normalnie żyć, albo można niczego nie robić i pozwolić się zmienić w warzywo. W tym wypadku - w krwiożerczego potwora. Nie uważał, żeby Victoria była osobą, która pozwoliłaby sobie na to drugie. A na pewno by nie odnosiła się do swojego narzeczonego w taki sposób. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Victoria Lestrange - 30.08.2023 Bolała go głową, leciała mu krew z nosa – jasnym dla niej było, że utracił energię. Najlepszym na to sposobem była ciepła herbata, czekolada dla odbudowania odrobiny energii i… sen. A przynajmniej na Victorię to działało, oczywiście o ile udało jej się zasnąć. A ostatnio udawało – głównie dlatego, że przez ostatni miesiąc prawie ciągle przed snem zażywała eliksir nasenny. Potrzebowała tego, naprawdę. Czekoladowa żaba musiała więc trafić do Laurenta i Victoria miała szczerą nadzieję, że mu to choć trochę pomoże. I chyba pomagało: już nabrał odrobinę rumieńców na tych swoich bladych policzkach, prawdziwy aniołek. - Tak… myślałam. Nawet w desperacji poszłam do Macmillanów – uśmiechnęła się blado. Naprawdę musiała być zdesperowana, skoro szukała pomocy w wierze, a nie logice i twardych, wytłumaczalnych faktach. To nie tak, że Victoria tylko siedziała i się na siebie użalała. Albo na życie wokół. Aktywnie, na miarę możliwości, poszukiwała pomocy. Gdziekolwiek i jakkolwiek. Naprawdę desperacko… bała się, naprawdę, że traci rozum. Ale to prawda, bardzo mało spirytystów było. A jeszcze takim, którym można zaufać… a Lestrange Laurentowi ufała. Komu jak komu… i była wdzięczna że w ogóle wyszedł z propozycją, bo ta krótka rozmowa z duchem babci dała jej odrobinę spokoju. Nie zwariowała. - Kontakt z nią, w Limbo, był bardzo dziwny. Chciała mnie tam zatrzymać, musiałam walczyć by nie stać się jego częścią… – a może to była walka o to, by nie stać się częścią jej babci? Nie wiedziała. To nie była nijak zbadana ścieżka, a przynajmniej nic na ten temat nie wiedziała. - Teraz przynajmniej wiem co to są za obrazy, mam… mam pewność – co to jest, że nie pochodzi od niej, że są od jej babci. Tylko nie była pewna czy to sprawi, że tym łatwiej będzie je odróżnić od swoich. Może nadal, jeśli będzie je przeżywać, to będzie jej się mylić w głowie? Tylko… gdzie szukać pomocy? Od dwóch tygodni żadnych obrazów już nie widziała, może się skończyły… - Albo właśnie udanego. W końcu nie da się przywrócić martwych do życia – wiedziała jak działa nekromancja. Przy wampirach zawsze mówiło się że to efekt nieudanego zaklęcia… tylko że nie istniał żaden udokumentowany przypadek udanego wskrzeszenia, należało więc zakładać, że jest to niewykonalne. Skoro więc próbowało się zrobić coś, czego zrobić się nie da, to forma w jakiej budziły się wampiry była… może najbardziej udana wersja zaklęcia, na jaką można było liczyć? To było już filozofowanie i semantyka tak naprawdę… fakt był taki, że martwego nie dało się przywrócić do tej samej formy. Dało się nadać drugie życie, ale ono się różniło od tego poprzedniego. - Nie wiem czy to się wydaje naturalne. Naturalne wydaje się przywrócenie ich do formy wyjściowej, więc do grobu – westchnęła. - Że odwrócenie procesu sprawi, że obrócą się w proch… w końcu żeby zostać wampirem, najpierw trzeba umrzeć – taka była kolejność, nie było drogi na skróty. Victoria westchnęła. Dużo nad tym myślała, naprawdę dużo. I naprawdę… gdyby tylko mogła, to zrobiłaby wiele, jeśli nie wszystko, by Sauriel mógł… mógł… nie zasługiwał na to, co zgotowała mu rodzina. - Tak, było – i ściskało jej się przez to serce. Bo naprawdę bardzo chciała, by Sauriel mógł bez przeszkód znowu poczuć ciepło słońca na policzku. I pomimo tego filozofowania – absolutnie nie chciała, by zamienił się w proch. Powiedziała mu, bo chciała to z siebie zrzucić chociaż trochę. Mógł sobie teraz wyobrażać jakie to było dla niej trudne. Jaką formę miał mieć ten mariaż i ile to kosztowało obie strony najbardziej sprawą zainteresowane. Victoria długo to trawiła. Tak, nie wadziło jej że jej narzeczony to wampir, nie traktowała go gorzej, ani jak kogoś niechcianego. Problem jaki z tym miała był inny, na innym podłożu: tego całego pomysłu, nacisku że strony rodziny i po co to wszystko, skoro wiadome, że dzieci z tego nie będzie żadnych, a o to przecież w tych wszystkich małżeństwach chodziło. Nie spodziewała się żadnego mądrego komentarza. Wręcz wiedziała, że na to nie da się powiedzieć nic bystrego. No bo… no bo co? Realizacja jak trudno to było położenie zwykle docierała z opóźnieniem. - Nie spodziewam się, że powiesz cokolwiek – mruknęła i na moment odwróciła głowę, by nie widział zmiany jej mimiki. Bolało ją to wszystko, martwiła się i… i w ogóle. I czuła, że szczypią ją teraz oczy. Przez moment nie odpowiadała, pozwalając zawisnąć tym wszystkim słowom w powietrzu. - Nie, nie stanowi to żadnej optymistycznej perspektywy. Życie tylko w nocy, brak możliwości wyjścia na słońce, niegasnący głód, dzieci mieć też nie będziemy, a to tylko początek całej listy – powiedziała w końcu i wzięła głębszy oddech. - Moja rodzina nie pisnęła mi na ten temat nawet słowem. Poprzednio matka wyrzuciła mi, że nie mam go poznawać, tylko robić co do mnie należy, czyli wyjść za mąż i urodzić dziecko, a teraz? To po co to wszystko… Po co ja jestem… A na pewno wiedzieli. Ja musiałam się domyślić sama i pytać samego zainteresowanego – spuściła wzrok, gapiąc się znowu na swoje dłonie. - Lubię go, to fakt. To nie jego wina, że mu się to przytrafiło. Wiem, że się stara, a przynajmniej teraz się stara, ale… wiesz. To nie jest proste. I pewnie nigdy nie będzie – czy była zadowolona? Nie, nie do końca. Ale starała się z tej relacji wyciągnąć… cokolwiek. Jakieś… życie. I starała się też nie oceniać, jakoś w tym wszystkim odnaleźć… To nie było łatwe. Było wręcz piekielnie trudne. A jednak cieszyła się na pewien sposób również. Ale to też nie tak, że to wszystko było spełnieniem jej marzeń, absolutnie nie. I w tym wszystkim nie robiła z siebie ofiary, bo jak już wspomniała – naprawdę Sauriela polubiła. Na przekór wszystkiemu. RE: [1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów - Laurent Prewett - 30.08.2023 Zgadza się, na niedobory różnego rodzaju warto było mieć domowe sposoby, zamiast od razu biec po pomoc do Munga. Ewentualnie zamiast słać list prosto do Florence, która zawsze pomoże, ale przy tym będzie straszakiem na to, że jak coś przeskrobałeś to przełoży cię przez kolano i da klapsa. - Są jakieś efekty tej wizyty? - Nawet nad czarami czasami nie miało się kontroli, wystarczyła odrobina rozproszenia. Jeden zły ruch różdżką, jedno złe sformułowanie w głowie przy rzucaniu zaklęcia. Co dopiero mówić o rzeczach, które sięgały ponad standardowe, wyklepane formułki czarów. Jak z wywoływaniem duchów - mogło się to skończyć bardzo różnie, a było tyle zmiennych, że ciężko było je powymieniać na raz. Temat rzeczy jeszcze mocniej wykraczających ponad standardowe procedury świata magii, jakie były znane, zaczynały już prowadzić czarodziei po mętnych wodach. Jak chociażby to, że człowiek żywy może przejść się po Limbo. Laurent nie miał problemów z wyobrażeniem sobie tego, nie miał problemów z wizualizacją, ani nawet ze zrozumieniem czy akceptacją. Problem był raczej z radzeniem sobie z konsekwencjami tego wszystkiego i tym, żeby zyskać pewność, że rzeczy widziane, słyszane i doświadczone, nie były jednak efektem jakiegoś, jak sama Victoria się obawiała, odchodzeniem od zmysłów czy też wynikiem jakiegoś zaklęcia, które miało moc podczas Beltane. Nie było go tam, ale się już nasłuchał, widział efekty po całym wydarzeniu. A słowu czytanemu wierzył tylko tam, gdzie nie wchodziło ono w dywagowania nad tym, co by się zdarzyć mogło, albo co im się wydawało. - To bardzo upiorny temat. - Przywracania ludzi do życia, wampiryzmu... straszne. Takich rzeczy nie powinno się robić nikomu i nikt nie powinien tego próbować. Nie wolno było zakłócać cyklu. Był święty nie bez powodu. To, co powstawało w wyniku prób takich zaklęć było złe, spaczało i potrafiło się rykosztem odbić na obu jednostkach. To prawda, natura w zasadzie nie miała z tym wiele wspólnego. Laurent starał się być wyrozumiały względem istot takich jak wampiry czy ghule, ale to nie było proste. Pewnie trząsłby się jak galareta, gdyby stanął naprzeciw jakiegokolwiek. Tymczasem Victoria miała jednego za narzeczonego. Tak, tutaj ciężko było o genialne komentarze, a nawet słowa pocieszenia wydawały się nie mieć sensu, smaku i... były nijakie. To był wampir. Ktoś, kto należał do świata zmarłych. Victoria może odwiedziła Limbo, ale jak sama babka jej potwierdziła - była jak najbardziej żywa. Zresztą jej funkcje życiowe przecież to potwierdzały. Straciła jedynie swoje ciepło, które... najwyraźniej można było czymś uzupełnić. Ale nad tym będzie się zastanawiał, kiedy już przestanie go boleć głowa i ochłonie z tej rozmowy. Wzdrygnął się delikatnie, przesuwając spojrzeniem po kręgu, a potem szukając wzrokiem koca. Tylko przez moment. Bo zaraz wzrok odwrócił w kierunku Victorii. Kobiety, która przeszła więcej, niż Los powinien jej nakazywać przejść. Jej droga była jak bose stąpanie po ściernisku wyłożonym kolczastymi krzewami. A ona szła - w ciszy. Wśród dymu, brudna, ale z podniesioną głową. Każdemu kiedyś kończyła się siła, każdemu kończyła się odwaga. Laurent nie chciał pytać, skąd ma chociażby ślady na szyi, bo w jej zawodzie przecież działy się różne rzeczy, ale to, że nie pytał, nie znaczyło, że nie widział. Niekiedy ludzie nawet nie chcieli być pytani. Niekiedy zaś właśnie tego potrzebowali, bo sami nie potrafili wyjść ze swojej skorupki. Przez moment jej się przyglądał, a potem wyciągnął ramiona i ją po prostu przytulił. Mocno. Tak jak ona przed momentem dała mu tego całusa w policzek, od którego dziwne by było, żeby rumieńców nie dostał (zapewniam, że to od tego, nie od żaby!), tak on teraz musnął ustami jej powiekę. Delikatnie, czule. - Victorio... - Odezwał się swoim specyficznym, cichym, aksamitnym głosem. - Zastanów się, cokolwiek będziesz chciała powiedzieć, czy napisać. Nie musisz spełniać oczekiwań rodziny. Nie musisz wychodzić za tę osobę. Możesz wieść lepsze życie, masz nawet na to środku, masz ludzi, którzy ci pomogą. Możesz wyjść za mężczyznę, który cię pokocha. Zastanów się nad tym, co będziesz chciała swojemu narzeczonemu powiedzieć. Informacja o tym, że wampir może zostać człowiekiem jest bezcenna. Tylko cena może być za duża. - Pogładził ją po głowie i przyciągnął do siebie, zachęcając, by oparła się o niego, by mogła się wtulić. By mogła płakać ile tylko chciała. Tutaj w końcu jej nikt nie widział. I tutaj jej nikt nie osądzał. Wiedział, że wcale nie zdejmuje ciężaru z jej ramion tymi słowami, ale to nie mogło stać się lekkie. Chciał, by podjęła najlepszą dla siebie decyzję. By była szczęśliwa. Droga do szczęścia przez mord szczęśliwą być nie mogła. |