Secrets of London
[2.06.1972] 0°C Like my heart - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [2.06.1972] 0°C Like my heart (/showthread.php?tid=1851)

Strony: 1 2


RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Laurent Prewett - 18.09.2023

Och tak, Laurent zareagował całkowicie naturalnie na ten trzask. Naturalną reakcją było właśnie cofnięcie się, skierowanie spojrzenia na źródło dźwięku. A to, och, to... Laurent zrobił gładziutki krok w tył, gapiąc się szeroko otwartymi oczami na kawałki szkła, na krew, na dłoń Atreusa, który teraz sam gwałtownie się podniósł i poszedł do zlewu, chwytając za ścierę. A blondynowi, jak często na widok krwi, na moment zakręciło się w głowie, przełknął ślinę w suchym gardle i przez moment chciał się złapać krzesła, ale to dziwne wrażenie rozpływania się świata przeminęło. Za to nie przeminął strach, który wręcz podrósł na sile, zebrał się gulą pod gardzielą. Specyficzny zapach ostrej whiskey nie był tutaj problemem, choć dziwnie mieszał się z ziołową herbatą. Problemem był ten żelazisty zapach.

- Nie masz za co przepraszać, nic się nie stało... - Odezwał się pośpiesznie po tych paru sekundach własnego zawieszenia. - Zostaw! Zostaw... pokaleczysz się bardziej... - Złapał za rękę Atreusa chcąc go zatrzymać przed zbieraniem tego szkła szmatą i sam wyciągnął różdżkę gotów zebrać szklankę w jedną całość, żeby żadne odłamki nie zostały, żeby nikt sobie krzywdy nie zrobił. Ale nie zamierzał bardziej protestować ponad to, co zrobił czy powiedział, żeby odwieźć mężczyznę od jego... potrzeby posprzątania. Szczególnie, że już miał ranną dłoń i... ach, cholera, chyba tym trzeba było się zająć? Laurent był najgorszą możliwą osobą do pomocy przy takich rzeczach, gdyby Atreus mu teraz tę dłoń przyłożył do twarzy to na pewno by mu zmiękły kolana i opadłby na tę podłogę licząc gwiazdki tańczące mu przed polem widzenia. Chciał powiedzieć, żeby uważał, żeby się upewnił, czy żaden kawałek szkła nie został w jego dłoni, ale... to wszystko było jakieś chore, jakieś niezdrowe.

Rozbiła się rzeczywistość jak szklanka w dłoni Atreusa.

Czy świat da się tak samo naprawić jak szklankę? Jednym zaklęciem? Naprawić to, co zniknęło, czego nie można było złapać na powrót? Pęknięcia w tej rzeczywistości pozwoliłby Atreusowi polecieć, może odkryłby w sobie nową moc? Nowe możliwości? Lecz nie. Nie było nad tym kontroli, tak jak Atreus nie kontrolował swojego życia. I tak pękał świat coraz mocniej i mocniej... Jakby sam chciał sobie zacisnąć palce na krtani, żeby siebie samego bardziej nie zranić. Najgorsze było to, że w tym wszystkim nadal brało go na żarty. To nie nadzieja umiera ostatnia. To czarny humor, co, Atreusie? Tak cholernie, cholernie przykro... Laurent nie miał siły, żeby go pozbierać i posklejać, jeśli nie mogła tego zrobić taka Florence czy Orion to... przecież jemu nic nigdy nie wychodziło w połowie tak dobrze jak Bulstrodom.

Laurent ruszył po apteczkę Florence i przyniósł ją do kuchni, żeby chociaż można było założyć bandaż z gazą na tę ranę. Bo niczego więcej zrobić nie mógł.

- Tak, to jest moja wina, bo zapytałem, zanim dobrze się zastanowiłem. Szukałem odpowiedzi i nie pomyślałem o konsekwencjach. - Powiedział nad wyraz stanowczo jak na siebie samego. Laurent prawie zawsze był... miękki. Ustępliwy. Nie chciał wchodzić w konflikty, bo go przytłaczały. Zawsze starał się przemyśleć swoje słowa, a tutaj? Wypłynęły jakoś same. Głupota. Nie powinien był sobie na to pozwalać. Trzeba potem spijać konsekwencje swoich czynów. - Zrobiłeś coś dobrego, więc możesz się teraz skupić na szukaniu odpowiedzi. - Kontynuował. - To da się odwrócić. Wiem, że to łatwo powiedzieć, ale może zamiast sięgać po znieczulający alkohol jednak czynnie zacząłbyś brać udział w szukaniu rozwiązania. - Nie mówił tego z wyrzutem, z naganą... nie o to chodziło. - Atreusie, zawsze podziwiałem twoją siłę. Przecież możesz to unieść. Doprowadzić do końca. Zawalczyć. - Laurent chciał... chociaż troszkę pozlepiać te pęknięcia w tym mikrokosmosie. Podtrzymać most między ich światami, który był teraz targany jak przez huragan. Tak niewiele wiedział o tym, co to był dokładnie za sztorm i co się działo, że czuł się jak osoba próbująca zalepić plasterkami dziurę w aorcie. - Chciałbym zobaczyć, jak błyszczysz na końcu tej walki. I wygrywasz. - Bo nawet jeśli ptak uważa, że latanie to choroba to przecież w naturze każdego z nich było zawzięte trzepotanie skrzydłami.




RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Atreus Bulstrode - 20.09.2023

Atreus niekoniecznie zwracał w tym momencie uwagę na Laurenta, zwyczajnie zapominając, że komuś mogły mięknąć nogi na widok krwi. Nie do tego był przyzwyczajony, bo przecież ani on, ani Florence, ani Orion nie wzdrygali się już, kiedy przed oczami stawała im życiodajna czerwień. Rzucona na blat stołu szmata została nieruszona, robiąc za prowizoryczną kontrolę bałaganu, którą mogła wywołać rozlewająca się po stole whisky.
Nie przeszkadzał mu też ten zapach, bo zwyczajnie do niego przywykł. Atreus regularnie zdzierał sobie ręce w taki, czy inny sposób i podobne uszkodzeń doświadczał już od czasów szkolnych. Miał tendencję do bicia z bezsilności w ściany lub zwyczajnie ludzi, w ten sposób dając upust wzbierającej złości i emocjom. Teraz więc, jakby nigdy nic stał nad zlewem, spoglądając na wirującą w nim krew niesioną przez wodę i mieszającą się z nią lekko.
Czasem potrzebował zwyczajnie rozpaść się na kawałki. Może Laurent nie był tego świadomy, bo zwykle przy takich okazjach mu nie towarzyszył, ale te drobne momenty kiedy zwyczajnie sobie nie radził, pozwalały w jakiś sposób pozbyć się tego całego napięcia i wrócić do zwyczajnej, typowej dla niego gry pozorów. Pozwalały wziąć głęboki oddech i na nowo podnieść głowę, przyobleczoną w ten bezczelny, charakterystyczny dla niego uśmiech, zamiast spoglądać w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
Słuchał go, ale nie odpowiedział. Przynajmniej nie na jego pierwsze słowa. Przynajmniej do momentu, kiedy Prewett nie wszedł w swoich słowach na grząski, niebezpieczny grunt, jakby sam nie wiedział w co się dokładnie pakował. Atreus przymknął powieki, czując się nagle absolutnie pusty w środku, ale kiedy wziął głęboki oddech, kiedy zacisnął zranioną dłoń w pięść, próbując w ten sposób jakoś rozwiać to, co działo się w środku, nic to nie dało. To był krótki moment spokoju. Cisza, trwając zaledwie uderzenie serca, zanim nie uderzyła burza.
Bo auror uderzył, co innego miał zrobić. Odwrócił się szybko, łapiąc Laurenta za ubranie na piersi i popychając go na ścianę, do której przygwoździł go gwałtownie i pewnie też boleśnie. Wpatrywał się w niego intensywnie, przez moment tylko oddychając ciężko, jakby chciał zrobić coś więcej, ale jakaś jego cząstka wciąż walczyła o opanowanie się.
- Nie mów mi, jak mam sobie z tym radzić - syknął kuzynowi w twarz, cedząc słowa z zawiścią, owiewając ich dwoje zapachem alkoholu i krwi, która brudziła ubranie Prewetta. - Uwierz lub nie, ale robię co mogę. Szukam gdzie mogę i to wciąż za mało. - napierał na niego, nie pozwalając wyswobodzić się z jego uścisku i odsunąć od kuchennej ściany. To nie był Atreus, którego zwykł znać Laurent. To był ktoś zupełnie inny. Jakiś nieznajomy, który nagle zamieszkał w nieswoim ciele, a który jeśli już się pokazywał to wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Pewnie w innym wypadku właśnie puszyłby się niczym paw, ciesząc ze słów, które padły pod jego adresem. Teraz jednak, sprawy miały się inaczej i aurorowi zwyczajnie brakowało zwykłego opanowania, które trzymałoby go w ryzach. Wiedział, jak bardzo potem będzie żałować tego wybuchu, ale teraz, wpatrując się w kuzyna nie czuł niczego więcej jak niechęci i wypełniającej go po brzegi wściekłości.


RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Laurent Prewett - 21.09.2023

To tak... nie powinno być. Nie powinno wyglądać. Laurent nie był głupi, wiedział, że wszyscy wielcy tego świata mieli chwile słabości, nawet kiedy ich nie okazywali. Mieli chwile, w których wszystko ich przytłaczało, albo nagle spadało za dużo problemów na głowę. Ktoś coś powiedział, ktoś coś zrobił. Potrzeba odreagowania była jak potrzeba zachłyśnięcia się powietrzem, kiedy za długo coś przetrzymywało cię pod wodą. A może to był ktoś..? Atreus nie potrafił oddychać. Albo nie potrafił latać - już nie wiem, wszystko było rozmyte, mieszało się. Jak ten zapach alkoholu i krwi - jeden misz masz, do którego jeden z nich był przyzwyczajony, a drugiemu przyśpieszyło odrobinę serce. Jak kogoś nauczyć, jak sobie radzić z tymi emocjami? Przecież to pierdolona hipokryzja. Przecież sam sobie z nimi nie radzisz. A jednak mówiłbyś mądre słowa, że przecież trzeba, że ktoś na pewno może mu pomóc, że jeśli chce być samodzielny to niech sam tej pomocy szuka - jeśli nie u ludzi, to w książkach! Niech czerpie wiedzę od mądrych głów, które więcej przeżyły i więcej widziały, a nie takie gówniarze, jak oni - ledwo odstawili mleko matki spod nosa i wydawało im się, że mogliby zatrząść całym światem. Czy uderzanie pięściami w ścianę naprawdę pomagało? To było to, co sprawiało, że czuł się czysty? Nie, bo nie chodziło przecież o sam ich upust, nie tak do końca. Nie w tym wypadku. Tutaj ten problem leżał gdzieś głębiej i tkwił jak drzazga w umyśle Szalenie przystojnego mężczyzny, za którym niejedna panienka już szalała i szaleć na pewno będą dalej. Bo przecież - łobuz kocha najbardziej, czy nie tak? Ano... tak. Tutaj też miało to zostać dosadnie pokazane. Że przecież wystarczy kilka uderzeń, a miłość? Och, jak to w bajkaaach..! Przezwycięży wszystko.

Tak, pewnie nie powinien był tego mówić. Widząc, jak ten świat się rozpada i jak sypie się nawet na jego dłonie. Widząc samotną, zniszczoną sylwetkę człowieka, który chciał tak samo walczyć o to życie, jak ty sam walczyć chciałeś. Różniło was tak wiele... tak dużo, że tak jak zazwyczaj nie miałeś problemów z rozczytywaniem ludzi - jego zrozumieć nie mogłeś aż nazbyt często. Atreus nie był puzzlami, gdzie wystarczy podopasowywać fragmenty. On był jakimś węzłem gordyjskim, który ciągle się mocniej plątał i mieszał. Pewnie dlatego, że samego siebie nie rozumiał. Że nie chciał spoglądać na siebie jak na słabego, dlatego wolał spoglądać tylko na tę wersję siebie, którą lubił. Tamtą? Wypychał, zostawiał. Kosz na śmieci - to godne dla niej miejsce. Niech zgnije, a jeśli dotknie go szczęście to ulegnie rozkładowi i już nigdy więcej jej nie zobaczy. Tylko że trup taki, jakiego miał Atreus, nie był tym, który grzecznie leżał pod dywanem. I oplatał go tymi śmierdzącymi ramionami raz po raz, tylko czekając, aż się potknie. Czy taka była właśnie prawda? Tylko się domyślałeś, tylko podejrzewałeś. Bo taki był Atreus - niewiele chciał mówić.

Teraz za to chciał coś pokazać czynem.

Zatrzymał oddech, kiedy nagle kuzyn znalazł się przy nim, szarpnął nim jak lalką, przygniótł do ściany. Złapał go odruchowo za nadgarstki, ale... co to było za złapanie..! Laurent był drobnej budowy. Był chudy, niezdrowo chudy, słaby. Bardziej podobny do kobiety pod tym względem niż mężczyzny, nawet jeśli nie prezentował sobą androgenicznej budowy. Otworzył szerzej oczy, patrząc w zdziwieniu na Atreusa. Ba - w szoku. To był pierwszy moment szoku, kiedy Atreus pokazał twarz, jakiej nie widział nigdy. Albo nie, może nawet widział..? Nie taką samą, ale podobną, kiedy potrafił złapać jakiegoś gnoja, żeby go... co? Zabić..? Bo to słowo wydawało się wręcz tańczyć na krańcu języka. Laurent próbował go odsunąć, ale to było jak przepychanie się z... ze ścianą. Więc po
bardzo krótkiej chwili, w przypływie świadomości tego, przestał nawet próbować.

- Na pewno robisz, co możesz? - Powiedzieć, że Laurent nie czuł strachu byłoby kłamstwem. Bał się. Widział, w jakim kuzyn jest stanie i bał się... głównie tego, że potem będzie miał wyrzuty sumienia za to, co zrobił. I nie wiedział, czy to polepszy sytuacje, czy uda mu się do niego dotrzeć? Naprawdę chciał. Tylko, kurwa mać... jak często chcę to było za mało? Kurewsko za mało... - Odpowiedzialność i samodzielność w życiu to dzielenie się wyzwaniami i problemami z tymi, którzy mogą ci pomóc. Atreusie, ty się rozpadasz! Rozsypujesz się na moich oczach! Daj sobie czas, minął dopiero miesiąc!




RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Atreus Bulstrode - 21.09.2023

Było sporo prawdy w tym, że chciał patrzeć tylko na tę dobrą wersję siebie. Chciał widzieć w lustrze silnego, zdecydowanego siebie mężczyznę, który zawsze wiedział co należało zrobić i nigdy niczego się nie bał. W ciągu lat więc, starannie i z uporem maniaka odsuwał od siebie wszystko to, co uważał za słabe lub mu się nie podobało. Nie było to idealne rozwiązanie i podejrzewał, że gdzieś po drodze zwyczajnie się zgubił, ale hej, przecież taki był plan, prawda? Bo kiedy mijał na ulicy witryny sklepowe widział Atreusa Bulstrode'a, niestraszonego aurora, za którym oglądała się niejedna panna. Mężczyznę, który miał przyjaciół tak samo silnych, jak on sam. Którzy tak samo drwili z życia jak on, przyjmując je w niepokorny, wyzywający sposób. Podobała mu się ta wersja, a może zwyczajnie nauczył się ją lubić? To były dla nie zbyt trudne pytania. Takie, na które może nawet bał się odpowiedzieć, żeby nie okazało się, że rozczarował samego siebie. Bo jeśli tak by było, gdyby zawiódł w kreowaniu własnego obrazka, to kto jeszcze spoglądał na niego z niezadowoleniem? Ile ludzi zamiast patrzeć na niego, odwracało spojrzenie z niesmakiem? Parę razy zdarzyło mu się w gniewie rozbić lustro, tylko dlatego że sam na siebie patrzył w ten nieprzyjemny sposób. Jakby pod wpływem chwili wyłaniało się z niego to wszystko co zgubił gdzieś po drodze i oceniało go bezwzględnie.
Laurent mógł mieć wrażenie, jak spojrzenie błękitnych, chłodnych oczu przewierca się przez niego niemal na wylot. Jak patrzy nagle przez niego, bo nagle znieruchomiało, zamiast frenetycznie przeskakując po detalach jego twarzy. Atreus widział teraz wszystko, co kłębiło się w Prewettcie, uciekając się do jego umiejętności w sposób niekontrolowany i naturalny, zwyczajnie pod wpływem emocji. Widział jak jego mieszanka czerwieni, żółci i szmaragdu zaburza się, mieszając od szoku, strachu i tych cholernych wyrzutów sumienia, od których Atreusowi robiło się niedobrze. Widząc to pomyślał, że Laurent zwyczajnie mu współczuł, a współczucie w tym momencie, wydawało się dla niego kolejnym wrogiem.
Poprawił uchwyt, czując wątłe dłonie kuzyna na swoich nadgarstkach i nie przejmując się nimi. Mimo że przed momentem zdawał się odpuścić nieco z uścisku, teraz znowu naparł na ramiona, naciskając na klatkę piersiową Laurenta i wciąż nie pozwalając mu się ruszyć.
- Nie wiesz jak to jest i nie masz prawa mnie oceniać - wycedził, marszcząc brwi. - Miesiąc i cały zmarnowany na szukaniu wiatru w polu, bo wszędzie nikt nic nie wie. Nawet twój pomysł nie zadziałał, mam rację? - jego ton zniżył się do chrapliwego, pełnego oskarżenia. - Jeden dzień, jedna butelka mnie nie zbawi. Czemu tak bardzo boli cię to, że chcę odpocząć na swoich zasadach, co? - fuknął, unosząc podbródek i tylko potęgując wrażenie, ze patrzył na niego z góry. - Wcale. Się. Nie. Rozpadam. To ty nie możesz sobie z jakiegoś powodu poradzić z tym, jak zimny jestem - rzucił wręcz wyzywająco, mierząc go spojrzeniem już normalnym, już zogniskowanym na nim w badawczy, agresywny sposób.


RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Laurent Prewett - 21.09.2023

Poruszył się niespokojnie, stanął prawie na palcach, wtapiał się w ścianę, chcąc uciec przed tym naciskiem. Przed bólem, którego tak się bał, którego tak nienawidził, bo... bo był za słaby. Zawsze, ciągle, non stop za słaby. Bo mógł sobie chcieć, mógł się starać, ale niektórych rzeczy w tym świecie zmienić się nie dało. Albo od niektórych odwracaliśmy spojrzenie, uznając, że się nie da, bo tak było wygodniej. W końcu lepszy był Atreus, który nosił wysoko głowę niż ten, który ją pochylał w wyrazie swojej bezsilności. Nasze odbicie w lustrze - ach, tak, tak, ten w lustrze to niestety ja. Przecież te słowa znał każdy, kto choć trochę wsłuchał się w muzykę. I największym osiągnięciem człowieka było stanięcie przed tym lustrem i powiedzenie dokładnie tego, o czym się myśli. Jeszcze większym - powiedzenie to komuś innemu. Akceptacja błędów? Ha... Obaj tego nie akceptowali, ale w tej potyczce, jaka miała tutaj miejsce, mieli to nieszczęście, że byli odbiciem samych siebie. Bo to, w co spoglądali, były niczym innym jak barwnymi zwierciadłami. Nieszczęsnymi, bo nie przekazywały wizji klarownej, a dokładnie tę najgorszą stronę siebie samego zabarwioną odczuciami, brudem, syfem... To obrzydlistwo, czemu musimy tak na siebie patrzeć? No czemu, Atreusie? Laurent złapał głębszy wdech i znów go zatrzymał na chwilę, choć starał się oddychać normalnie. NORMALNIE w tym szybko uderzającym sercu i... tak, to prawda. W oczach Laurenta był strach, ale był też ogromny smutek i zmartwienie. Strach nie tego pierwotnego rodzaju, a przynajmniej nie tylko tego. Strach o drugą osobę. Współczucie było chyba dobrym słowem na błyski w tej morskiej toni, teraz tak szeroko otwartej. Laurent zawsze miał duże oczy. Teraz były ogromnymi okienkami na ten świat - świat Atreusa Bulstrode'a.

- J-ja... przepraszam, nie wiedziałem, że nie zadziała! - Kuło go to boleśnie - to spojrzenie, ta sytuacja. Te słowa. Czuł się jak zaganiane w kąt zwierzę, zaszczute, ale nie poddawał się temu odczuciu. Starał się nie poddawać, kiedy myśli się rozpierzchały, bo Atreus wchodził do jego świata i... cóż, jego świat się zawalił. Więc może dobrze było również zawalić inny..? Siła odśrodkowa. Nagana za popełnione zbrodnie, bo przecież - nie trzeba było tego mówić. - Atreusie ja się na tym nie znam, próbuję dla was... próbuję dla ciebie zrobić, co mogę! Nie dajesz sobie pomóc! - Znowu spróbował się szarpnąć, ale nie miał odwagi, żeby oderwać spojrzenie od mocy tych oczu, od tego... zaburzenia rzeczywistości, jakim Atreus malował świat. Od tego szaleństwa, które jak Otchłań go wciągało i nie było mowy, żeby wypuściło za pół darmo. Ta Otchłań była głodna. I znalazła łatwą pożywkę. Potrzebuje tego - tak podpowiadały myśli Laurenta. Że Atreus potrzebował się wyżyć, ale czy na pewno powinno to tak wyglądać? Na pewno potrzebował to z siebie wyrzucić, mówić... i teraz mówił. Ale na pewno nie w taki sposób, w jaki normalnie chciałby to przekazać. Bo rzeczywiście - to nie był Atreus. Nie ten sam, którego całe życie znał. - Przecież... chcę pozwolić ci odpocząć... przecież nawet przekazałem ci swoją energię... - Oczy Laurenta napełniły się łzami, bo to zza bardzo bolało. Nawet nie dotyk - słowa. Spojrzenie. Laurent czuł się taki... nic nie znaczący. Niepotrzebny. Zbędny. W całych swoich staraniach - wszystko to gówno warte. - Nie. To siebie nie akceptujesz! Wpadasz w tantrum, bo nie potrafisz spojrzeć sobie samemu w oczy! Przecież próbuję ci pomóc! OBUDŹ SIĘ WRESZCIE!




RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Atreus Bulstrode - 21.09.2023

W pewien sposób może byli swoimi odbiciami. Kiedy Atreus patrzył na Laurenta, widział teraz wszystko to, co sam odrzucał, ale przecież w samym Prewettcie mu to nie przeszkadzało, dlaczego więc tak bardzo wzbraniał się przed tym, żeby być chociaż odrobinę taki jak on? Nie wiedział i nawet jeśli bardzo by próbował, w tym stanie było możliwości, by nakreślił w głowie jakąkolwiek sensowną odpowiedź. Nie kiedy raz po raz zalewała go fala gniewu. Kiedy z każdym kolejnym słowem Laurenta wzmagała się i podtapiała go jakaś niewidzialna otchłań, która ciągnęła go w dół. I nawet gdy tak bardzo starał się pozostać na powierzchni, nie był w stanie. Zwyczajnie tonął i w tym akurat momencie, nie było dla niego ratunku, bo nie było chyba niczego gorszego, niż mierzenie się z prawdą w takim stanie. Prawdą, która wypływała z każdym kolejnym słowem Prewetta.
Był tak boleśnie szczery i jedyne czego pragnął Bulstrode, to żeby kuzyn się wreszcie zamknął. Żeby skulił się w sobie całkowicie i przestał próbować walczyć. Ba, Atreus już wolałby, żeby Laurent uderzał w niego pięściami, nawet jeśli nieporadnie, to zniósłby to z większą godnością niż nieznośną paplaninę, jakiej się oddawał.
- Zamknij się, zamknij się wreszcie - powiedział cicho, pochylając głowę do przodu i na moment opierając czoło o własne ręce, wciąż sztywno zaciśnięte na jego ubraniu. Słowa cięły niczym nóż, wcześniej zaledwie przyłożony do gardła i w pewnym momencie Atreus miał już zwyczajnie dość. Wcześniej może i rozsypywał się na oczach kuzyna, ale teraz coś się zmieniło. Został przepchnięty za jakąś niewidzialną granicę, gdzie nie było już nic. Wrócił do punktu wyjścia, znowu się oddalając, niknąc gdzieś, jakby znowu wciągnęło go samo limbo. Cofnął prawą dłoń, zaciskając ją w pięść i robiąc krótki zapach, wystarczający by cios nabrał rozpędu i trafił w twarz Laurenta.
Puścił go drugą dłonią, kiedy tylko cios sięgnął celu, pozwalając mu albo dalej stać, albo poddać się sile uderzenia. Cokolwiek stało się z Prewettem, kiedy spojrzał na kuzyna, mógł zobaczyć jak ten oddycha głęboko, stojąc dokładnie w tym samym miejscu i patrząc na niego nieobecnym spojrzeniem. Dłonie, nawet jeśli zwieszone wzdłuż ciała, zaciśnięte miał w pięści, w które palce wbijały się mocno, a knykcie bielały.


RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Laurent Prewett - 21.09.2023

I może to była właśnie ta najlepsza opcja? Zamknięcie się. Tak, po prostu szczym ryj. Nie musisz się odzywać, nie musisz... niczego nie musisz. Jeśli pozwolisz tej otchłani wchłonąć pustkę - może się w końcu wypełni samą sobą. Tak jak ogień najlepiej gasł, kiedy zetknęło się go z innymi płomieniami. Ach, tak. Tak! Ogień. Pustka, otchłań, albo zwykła, pieprzona pożoga, która teraz pochłaniała wszystko, z czym się zetknęła, gdzie była, na co trafiła. Pochłaniała jego i pochłaniała Laurenta. Chyba nawet chciał ją jeszcze zatrzymać. Utrzymać. Żeby nie smagały tak językami gorąca, upału. Żeby...

I może to była najlepsza opcja - tak się nie odzywać? Mądrości nie były potrzebne Atreusowi, no przecież on sam dobrze wiee..! Przecież sobie poradzi, przecież to inni powinni byli mu zazdrości, jaki jest wspaniały, jaki, no właśnie, niepokonany! Najlepiej było karmić jego ego i prawić komplementy - tych ostatnich mu przecież nie szczędziłeś. Bo każdy chciał słyszeć, w czym jesteś dobry i każdy chciał o sobie mieć pozytywne mniemanie, a jeszcze lepiej się malować w oczach innych. W tych zwierciadłach dusz, czasem tak cholernie przekłamanych, że odruch wymiotny budził się szybciej niż po zmieszaniu różnych wódek kolorowych ze sobą. Gdybyś tylko był mądrzejszy to wiedziałbyś, że na pewno to nie było Atreusowi teraz potrzebne. Ale mądrość, jak się okazywało, była rzeczą bardzo kruchą, kiedy przytłaczały ją emocje i wszystko działo się w stratosferze oświetlonej przez supernową. Supernowa imieniem Atreus... romantyczna, piękna..? Nie. Była w zasadzie obrzydliwa. Choć Laurent by tak nigdy o swoim kuzynie nie pomyślał.

Więc może jednak - ta najlepsza opcja, co? Żeby go nie dręczyć i... co? Zostawić, żeby sobie przemyślał? Za dobrze go już znałeś - Atreus nie chciałby wrócić do tej rozmowy, teraz wydawało ci się, że jesteś wręcz tego pewien. Wycofałby się tutaj, nie dokończył tego, co rozpoczął i... koniec. A może jednak się mylił? Może wystarczyło? Nie wiedziałeś i nie dane było się przekonać. Prawdą było tylko to, że koniec końców w istocie - najlepiej było się zamknąć. Bo to, co nastało potem, było skutkiem braku wybrania ten najbardziej bezpiecznej dla ciebie samego ścieżki.

Świat mrugnął, albo to on zamrugał? Nie wiem. Na chwilę był ból i powieki same opadły, spod których toczyły się teraz łzy. Laurent bardziej jęknął niż krzyknął, jakby jego mózg nawet nie zdążył dobrze zanotować tego, co się stało i co miało tutaj miejsce. Bo nie zdążył. Brak podpory, nagłe zwolnienie oddechu z klatki piersiowej, uwolnienie ciała, poskutkowało przesunięciem się plecami po ścianie. W tym smrodzie krwi, w tej woni alkoholu. W tej pazernej ciszy, która chciała żreć więcej. Wcześniej tego kotła emocji, teraz tej pustki, jaka naprawdę nadeszła. Zimnego mrozu, który przetoczył się po tej krainie.

A Laurent płakał.

Pochylony w przód, trzymając drżące dłonie na poziomie swojego krwawiącego nosa, z rozmazanym światem przed oczami - płakał. Minęła sekunda, a może całe ich tryliony. Może to były godziny, albo to świat już sobie zupełnie z nich zakpił. Może to było po prostu pięć długich sekund, zanim podniósł oczy na Atreusa. Ale nie było tam wzgardy, nie było tam złości, nie było tam wyrzutów. Był tylko ten bezbrzeżny smutek migoczącego morza, które wylewało teraz swoje łzy, mieszając się z krwią. I wyciągnął swoją dłoń, widząc te mocno zaciśnięte pięści. Opuszczając wzrok z twarzy Atreusa wyciągnął dłoń, opadając na kolana, żeby dotknąć tej pięści. Zaciskał ją przecież tak mocno...




RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Atreus Bulstrode - 21.09.2023

Najgorsze było to, że wcale nie poczuł ulgi. A przecież tak jej pragnął i tak jej wyczekiwał. Jak się jednak okazało, krzywdzenie tych, na których zależało, wcale nie było najlepszym rozwiązaniem. Wcale nie sprawiało, że ciężar zalegający na duszy malał, a wręcz przeciwnie, zwiększał się tylko, dociskając do ziemi coraz bardziej.
Patrzył na Laurenta, jak osuwa się po ścianie, a na końcu ląduje na ziemi i jak pomiędzy jego palcami wzbiera krew, kiedy przyłożył dłoń do poturbowanego nosa. Było w tym coś obrzydliwie wręcz poetyckiego, ale w ten zły i nie właściwy sposób, bo tak jak wcześniej Bulstrode był gotowy zauważyć, że Laurent przypominał to, przed czym się tak wzbraniał, tak teraz dokładnie tę część siebie krzywdził jeszcze bardziej.
Stał, z tymi swoimi zaciśniętymi pięściami, nieco może przygarbiony już nie pod wpływem tych wszystkich emocji, których wcześniej było tak wiele, a pod zmęczeniem, które go nagle zaczęło ogarniać. Był zmęczony sobą i tym gniewem, który regularnie podgryzał mu kostki od tak wielu lat. Był zmęczony popękanymi od wyładowywania frustracji dłońmi, tak samo jak ciążyły mu te wszystkie zamknięte gdzieś głęboko pokłady goryczy. Wszystkie łzy, które teraz ronił Laurent.
Najgorsze jednak chyba było to, że nawet jeśli się wreszcie zamknął, wreszcie się posłuchał, to wciąż próbował jakoś do niego dotrzeć. Wciąż pozostawał sobą, tym miękkim, delikatnym chłopcem, który nie wstydził się troszczyć o innych. I w pewnym momencie Atreus zwyczajnie się wzdrygnął, kiedy uświadomił sobie, że wyciągnięta dłoń dotknęła go z troską.
Brzydził się sobą, jak jeszcze nigdy w życiu. Nagle serce łamało mu się w pół, kiedy patrzył na kogoś, kogo przecież nazywał swoją rodziną. W życiu nie potraktowałby tak Florence lub Oriona, więc jakim prawem zrobił to jemu? Kucnął, patrząc na tę wyciągniętą dłoń i po chwili wahania zwyczajnie łapiąc ją własną. Nie było jednak w tym geście złości czy agresji, którą przed momentem aż kipiał. Była tylko pewna rezygnacja.
Oprócz tego drobnego gestu nie poruszył się jednak bardziej. Nie chciał się zbliżać, tak samo jak nie chciał, żeby Prewett zbliżył się znowu do niego i gdyby to zrobił, zwyczajnie by go od siebie odepchnął. Stanowczo, ale nie tak jak wcześniej, że uderzył nim o ścianę. Patrzył na jego zapłakaną twarz, wciąż we własnym wyrazie niemrawy i zwyczajnie pusty, pozbawiony emocji jakby wypaliły się w nim tak nagle jak wezbrały.


RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Laurent Prewett - 21.09.2023

Płakał. Płakał, ponieważ bolało. Człowiek płacze, kiedy coś go boli - to naturalne. Płacze, kiedy wszystko już jest zbyt dużym ciężarem i nie możesz go dźwigać na swoich ramionach. Ramiona Laurenta były w końcu bardzo słabe. Bolało go ciało, bolały go zmaltretowane ramiona, bolała go głowa. Płakał, ponieważ bał się krwi. A ta krew wydawała się być teraz wszędzie, bo była zbyt blisko oczu. Wszędzie, bo na jego ubraniach, na jego dłoniach. Na dłoniach Atreusa. Bał się przemocy. Tego bólu. Bał się tak wielu rzeczy w swoim życiu, ale nie potrafiłby bać się człowieka, który przed nim stał... prawda? Tego pogardliwego niemal spojrzenia, które mu rzucał. Czemu..? Za często siebie samego o to pytał. I czasami naprawdę nie rozumiał, czemu na to zasłużył i dlaczego to wszystko było taką marnością nad marnościami. Płakał, bo bolało go serce. I w końcu płakał, bo Atreus płakać nie potrafił. Bo ktoś musiał mu chyba pomóc się wypłakać, a może popłakać za niego, być delikatnym - za niego. Być czułym również za niego. Przytulić się, pogładzić po włosach, zapewnić, że wszystko jest dobrze, bo kiedy nie byłeś sam - było dobrze. Dopóki ktoś mógł ci podać dłoń. Nie, samodzielność w tym świecie nie oznaczała tego, że robisz wszystko sam. Nawet ptaki zbierały się w grupy. Nawet one migrowały razem, dobierały się w pary, współpracowały ze sobą. I nawet przy nich latały inne. To nie człowiek musiał pomóc ptakowi się wznieść. To on musiał uwierzyć, że jest wart, aby go podniesiono. Że jest wart pomocy.

Złapał palcami tą rozluźnioną dłoń tak wdzięczny, że nie zaciskała się mocniej. Prawie widział oczami wyobraźni wbijające się w skórę paznokcie, to, że Atreus dalej by siebie samego krzywdził. Wyciągnął drugą dłoń, by zamknąć tą jego w swoim uścisku, osiadając na ziemi i nie próbując nawet się podnosić, zbliżać, czy oddalać. Po prostu tu siedział i płakał z opuszczoną głową. Zdając sobie sprawę, jakie to żałosne, ale nie potrafił na to poradzić. Miał to, czego nie miał Atreus. Atreus miał to, czego nie miał on. Nie istniał tu balans - byli jak ying i yang, jeden miał cząstkę drugiego. Ciągle krążące wobec siebie barwy, płynnie przeplatające, a czasem wręcz przenikające. Tworząc odcienie szarości. Ta tutaj... ta dzisiejsza szarość była skroplona czerwienią. A przecież czerwień nie powinna gościć w spotkaniu, które miało być odmierzane siłą Ładu. Nie Chaosem.

Te nawet nie drżące, a wręcz trzęsące się dłonie zostały cofnięte z palców Atreusa, Laurent zaszlochał i sięgnął po chustkę. Żeby wytrzeć swoje policzki, otrzeć łzy... krew. Było mu słabo. Od utraty energii, od tego mdlącego smrodu żelazistej krwi, od tych emocji, które spływały po nim jak woda po łabędzich piórach. Ale otarł te łzy, musnął kawałek skóry, bo nie sam nos i spojrzał na Atreusa. Z uśmiechem. Mimo, że łzy nadal płynęły, a on starał się je wycierać, jakby były jakimiś plamkami uporczywie pojawiającymi się na stole przy rodzinnej herbatce.

- Już w porządku. - Zapewnił go, podnosząc się z ziemi, żeby zyskać chociaż minimum jakiejś godności osobistej ściśniętej pod butem. Zachwiał się na drobny moment przy tym wstaniu. Wcale nie było w porządku. Tak, spojrzał na Atreusa i w jego oczy. - Pójdę już. Wystarczająco uprzykrzyłem ci życie. Przepraszam, Atreusie. - Nie, nie przepraszał za przekaz, za to, co próbował mu (nieudolnie) wyjaśnić. Przepraszał za to, że doprowadził mężczyznę do takiego stanu i właśnie za to, że to było nieudolne. Było mu wstyd. Na tyle, że nie był w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego na dłużej. Bo nie potrafił nawet utrzymać na zbyt długo tego uśmiechu.

To, co wydarzyło się tego dnia pod tym dachem nikomu nie poprawiło samopoczucia.




RE: [2.06.1972] 0°C Like my heart - Atreus Bulstrode - 21.09.2023

Nie uważał, żeby był tej pomocy wart. Albo inaczej - nie uważał, że potrzebował by ktoś nad nim litował. Te dwa pojęcia, pomoc i litość mieszały mu się w głowie od czasu do czasu, niepotrzebnie utrudniając mu tylko życie.
Przez dłuższą chwilę trwali tak, złapani za dłonie, kiedy Laurent wypłakiwał te swoje łzy za nich obu, a Bulstrode zwyczajnie patrzył na niego, jak powoli spływają po policzkach, raz po raz je naznaczający. Byłoby w tym coś oczyszczającego, gdyby nie fakt, że czuł się tak bardzo otumaniony własnym wybuchem. Nie był nawet w stanie zrobić cokolwiek innego jak tylko go obserwować, kiedy cofał wreszcie swoje drżące dłonie i sięgał po chusteczkę, żeby chociaż odrobinę oczyścić twarz.
Zesztywniał na moment, kiedy kuzyn odezwał się do niego ponownie, wodząc za nim spojrzeniem, kiedy podniósł się z ziemi i na moment zachwiał. Drgnął tylko, ale ręce nie wyciągnęły się w geście, który miałby go uchronić przed ewentualnym upadkiem, zbyt wystraszone, że znowu zrobią krzywdę.
Nie miał za co przepraszać, a mimo tego Atreus nie wyprowadził go z błędu, nie odzywając się już nawet pół słowem. Poczekał aż Laurent wyszedł, aż znowu znalazł się w kominku i aż usłyszał trzask płomieni, które zabrałyby go z domu Bulstrode'ów. Dopiero wtedy podniósł się wreszcie, a i to po jakimś czasie trwania w tej mało wygodnej pozycji, a pierwszą rzeczą po którą sięgnął była butelka, wciąż stojąca na stole.
Przywołał skrzata, każąc mu posprzątać ten cały bałagan, samemu wolnym krokiem kierując się w stronę schodów prowadzących na piętro, a potem korytarzem do swojego pokoju, co jakiś czas pociągając duże łyki z zabranej butelki.

Koniec sesji