![]() |
|
[14.06.72, wieczór] Złamane więzi - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18) +---- Wątek: [14.06.72, wieczór] Złamane więzi (/showthread.php?tid=1852) Strony:
1
2
|
RE: [14.06.72, wieczór] Złamane więzi - Sauriel Rookwood - 11.09.2023 Nienawidził wszystkiego, co go pętało. Więziło. Budowało to w nim napięcie, którego nie potrafił się pozbyć, nie potrafił o nim zapomnieć. Ono zawsze mu towarzyszyło. Było. Mogło być to najsłodsze i najbardziej kochane więzienie - ale było. Nie był kotem z obrożą, nie można mu było założyć wstążki z dzwoneczkiem. Nigdy nie aspirował do bycia rasowym kotem salonowym wylegującym się na czyichś kolanach. Chciał chodzić własnymi ścieżkami, zwiedzać wszystkie dachy i poznawać najgłębsze uliczki tego parszywego miasta. I wszystkiego, co było wokół. Nie potrzebował wypucowanego dywanu, mógł stąpać po zaszczanych uliczkach Nocturnu. Sauriel potrzebował tylko jednego w swoim życiu - wolności. Nie potrzebował wielkiej miłości, domu i zasadzonego drzewa. Ktoś mógłby się kłócić, że przecież nawiązywanie więzi z ludźmi to już samo w sobie było więzieniem. Nie. Byli ludzie, którzy nie próbowali cię trzymać przy sobie, którzy rozumieli, w czym tkwi twój czar, twoja potrzeba. Że jeśli będziesz próbował przy sobie związać kota to w końcu on ucieknie i już nie wróci. Znajdzie miejsce, gdzie będzie lepiej traktowany i będzie mu się lepiej żyło. Ale co najważniejsze - wróci, nawet gdyby odbywał daleką drogę, jeśli tylko mu na to pozwolisz. Jeśli to nie będzie siła, a prawdziwe przywiązanie, które nie napinało żadnych smyczy. I dlatego tak ubóstwiał Victorię. Nie próbowała mu tłuc do łba prawd życiowych. Pozwalała mu być. I był to najpiękniejszy dar, jaki kiedykolwiek dostał w swoim życiu. Bo ten dar sprawiał, że momentami naprawdę miał wrażenie, jakby żył. I miał do tego życia prawo i mógł robić, co chciał, chodzić, gdzie chciał. Więc automatycznie sam chciał jej dawać więcej. Nawet nie psioczyła na niego przez to wszystko, co się działo przez tę więź. Po prostu to znosiła - zazwyczaj w ciszy. Tak jak znosiła to, że flirtował z innymi panienkami, chociaż potem na własnej skórze się przekonał, jakie to było nieprzyjemne! Bo był zazdrosny, że Victoria oddała komuś czekoladową żabę, którą jej dał. Więc to złamanie więzi nie było stratą relacji. I ta więź nie była do niczego potrzebna. Tworzyła toksyczne napięcie, które doprowadzało Sauriela do szału. Bo kiedy kogoś naprawdę lubisz niepotrzebne były żadne czary i rytuały. - Zostawiamy? - Błysnął oczami w kierunku Florence, czujnie i uważnie. Jak to - zostawiaMY... to były pieniądze! Wszystkie te pieniądze, których nie wydał na sprowadzenie ich! Ale na pewno były drogie, no szczególnie, że kobieta sama mówiła, żeby oni je zdobyli. - No, kobieta interesu, mówi do rzeczy, a nie... zostawiamy. - Przedrzeźnił trochę Victorię, ale tak sympatycznie, bo ciągle się uśmiechał od ucha do ucha z zadowoleniem. W zasadzie nie miał ni chuja pojęcia, ile to kosztuje, dlatego był wdzięczny, że Bulstrode wiedziała. I że to wyliczyła. Bo by palnął na pewno jakąś głupotę. Odebrał od niej monety. - Polecam się na przyszłość. - Jeszcze brakowało mu tylko do tego pawiego ogona. No co? Ktoś się nie cieszył z takiego zarobku? Przecież się napracował żeby zdobyć te świeczki! Musiał trochę podrażnić kuzyna, upić go... i jeszcze przeżywał, że nie dał się namówić, żeby były w kształcie penisów. Taka strata... - No? Słyszałaś? Chcę zobaczyć, jak cię uszczypną w pupe. - Wyszczerzył kły w bezczelnym uśmiechu i nie czekał, aż Victoria nabierze powietrza i zaraz go zruga tylko wyszedł przez drzwi prawie jak uciekające dziecko, które pociągnęło koleżankę z klasy za warkoczyk. RE: [14.06.72, wieczór] Złamane więzi - Victoria Lestrange - 13.09.2023 Nie przypominała sobie ogólnie, żeby Sauriel był kiedykolwiek TAK szczęśliwy. Bywał miły i pogodny (jak czuł się źle), ale to przecież nie było szczęście – po prostu przestawał na wszystko i wszystkich tak warczeć, jak to miewał w swoim zwyczaju na co dzień. Natomiast teraz… TERAZ – tryskał energią, entuzjazmem, radość się z niego wylewała na boki! To był zupełnie inny człowiek. I pomyśleć, że wystarczyło do tego rytuału miłosnego i odczuwanie niewygód z nim związanych, by pójście do lekarza i przełamanie „klątwy” wywołało euforię. Czasami by coś dostrzec… należało to stracić. A czasami by coś dostrzec, należało to odzyskać. Jak było w tym wypadku? Victoria takiej ulgi nie odczuwała. Wiedziała, że pewnie będzie jej się lepiej żyło, bez tego poczucia zagrożenia co noc, albo co poranek. Bez ciągnącej zazdrości, że Sauriel flirtuje z kolejną kobietą – a z nią nigdy. Ale nie czuć tego to jedno, bo przez te półtora miesiąca Victoria poczuła tego smak. Mogła już nie czuć tego wszystkiego, co nie zmieniało faktu, że przecież na pewno nadal to będzie miało miejsce. I czy jej się to podobało? Ani, kurna, trochę. Natomiast fakt był taki, że faktycznie nie nakładała na Sauriela żadnych więzów – miał ich już aż za dużo od strony rodziny. Chciała mu pokazać, że można żyć inaczej, że nie trzeba nikogo do niczego zmuszać. Jedynym warunkiem tej relacji był szacunek. Jeśli Sauriel nie będzie jej szanował, to nie mają o czym rozmawiać. Chciała drugiej osobie, tej, z którą połączy ją węzeł małżeński, dać ciepło, którego nie zaznała w rodzinnym domu. I chciała też czuć to samo. Wielka miłość…? A czy ona w tym świecie w ogóle istnieje? Nigdy się nie zakochała, więc… nie wiedziała. Ale jeśli istniała… to oczywiste, że chciałaby ją poczuć. Kto by nie chciał? A Sauriel? Lubiła go. Naprawdę go lubiła, nie za to, jaki był, a pomimo tego. Kiwnęła do Florence głową – sowa za dwa tygodnie – oczywiście. Jeśli mogło to pomóc innym, to była mała cena, tym bardziej, że skreślenie listu nie zajmowało Merlin wie ile czasu. A potem wywróciła oczami. Zostawiamy – znaczyło ni mniej nie więcej, że mogą zostawić, bo dla nich będą bezużyteczne, a mogą je sprzedać, albo złożyć w podziękowaniu za tak wprawnie przeprowadzone łamanie tej dziwacznej więzi. Ale prawda była też taka, że jak ci nie brakuje pieniędzy, bo masz ich stosy, to jakieś tam świeczki… No co ją obchodziło ile kosztują. Na pewno nie tyle co nowy dom. Jak Sauriel nie miał hajsu… to zawsze mógł ją poprosić. Pewnie nawet coś by mu dała. – Choroba? – powtórzyła za Florence, nieco zdumiona. To mogło być tak źle, że ludzie od tego chorowali? Cholera… Mieli prawdziwe szczęście, że oboje przeszli to tak… łagodnie. A potem nieomal nie poczerwieniała, słysząc kolejne bzdury wyrzucane przez zupełnie lekki , bo najwyraźniej nagle pusty, łeb Sauriela. – Oszalałeś? – rzuciła, ale Sauriel już uciekł przez drzwi. – Co za… – nie dokończyła. Ale cokolwiek miała na myśli – pokręciła głową i… uśmiechnęła się. – Najmocniej przepraszam. Do widzenia – zwróciła się do Florence i sama wyszła z gabinetu dość szybkim krokiem. Bardzo chciała go dogonić, o ile rzeczywiście mieli iść na tę randkę. Koniec sesji
|