Secrets of London
[17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick (/showthread.php?tid=1863)

Strony: 1 2


RE: [17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick - Patrick Steward - 24.09.2023

Patrick przymknął oczy. Nabrał głęboko powietrza i powoli je wypuścił. Nie było aż tak strasznie. Nie aż tak, jak zawsze spodziewał się, że będzie. Bo w swojej głowie widział zawsze najczarniejsze, najmroczniejsze scenariusze, w których ludzie ze strachem zasłaniali rękami usta, nie chcieli mieć z nim wspólnego a na końcu – na końcu – po prostu rozpowiadali wszystkim o jego tajemnicy.
Ale Florence zareagowała jak… jak Florence. Znał ją tyle lat, wiedział jaka była i jak reagowała, ale tu zawsze blokował go własny i pielęgnowany latami strach. A teraz okazało się, że naturalnie miał tylko wielkie oczy?
- Oni zginęli dla niego – sprostował. Wstydził się, ale też w jego głosie pobrzmiewał cichy żal (i tego żalu też się w sumie wstydził). Kiedy Patrick o nich myślał, zawsze uderzało w niego, że mieli małe dziecko i powinni się zajmować małym dzieckiem. Gdyby sam miał żonę i małego syna (albo córkę), zrobiłby wszystko by ich chronić. I chyba był egoistą, że czuł żal do rodziców o to, że wybrali Grinewalda ale nie wybrali jego. – Te wspomnienia ojca są… okropne. Większość potwierdza to czego mogłem się tylko domyślać.
I znowu, co go denerwowało – bolało go, że domysły były prawdziwe i że babcia się myliła. Choć to pewnie znowu nie tak, bo przecież było wśród nich to jedno wspomnienie, w którym czuł, że ojciec go kocha.
- Tak myślisz? – zapytał powoli. – Kiedy zrozumiałem, że mam jego wspomnienia… zacząłem się bać, że on naprawdę jest w mojej głowie i że może przejąć nade mną kontrolę – wzdrygnął się. – To przydarza mi się w różnych, zupełnie niespodziewanych momentach. Nawet dzisiaj, podczas sprawdzania mauzoleum – przyznał się. – Kiedy tam staliśmy, w limbo i patrzyliśmy w ten… cykl, jakbyśmy zapominali kim jesteśmy. A potem, gdy nie zechcieliśmy się z nim połączyć, tak jakby… jakby nasze wspomnienia zaczęły wracać i od początku było ich za dużo? – zapytał, marszcząc intensywnie czoło. Nie był tego wcale taki pewien. – Więc może to co powiedziały kapłanki Atreusowi ma sens. Porozmawiam, po prostu… - po prostu się wstydzę, po prostu od tak wielu lat trzymałem to w środku, że nikt nie wie a ja zdobyłem się tylko na odwagę by powiedzieć akurat tobie.


RE: [17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 25.09.2023

Florence nie miała w zwyczaju zakrywać ust rękami i wydawać okrzyków przestrachu. Gdyby Patrick obnażył lewe przedramię i pokazał jej mroczny znak, wstałaby zapewne, wyszła i nigdy nie wróciła - ale nie mógł w niej wywołać gwałtownej reakcji fakt, że jego rodzice popiera mrocznego czarownika. Że sami byli czarnoksiężnikami. Bo dzieci nie dziedziczyły grzechów ojców - musiały jedynie zmagać się z ich konsekwencjami.
- Chodź - powiedziała więc po prostu, ciągnąc go za rękę w stronę łóżka, i wolną dłonią sięgając po koc, by ułożyć go między nimi, osłonić się trochę przed chłodem. Normalnie nigdy nie położyłaby się w ubraniu, w którym spędziła kilka ostatnich godzin, ale to nie był normalny wieczór, a Patrick potrzebował teraz obok kogoś, kto jeżeli nawet nie zrozumie, to przynajmniej spróbuje.
Nie mogła mu tego ułatwić, zetknięcia się z wspomnieniami, które były straszne i które należały do ludzi, których chciał kochać i za którymi pewnie tęsknił. Mogła tylko chwycić jego dłoń.
– Przykro mi, że musiałeś na to patrzeć – powiedziała cicho. – Jestem tego pewna – dodała, kiedy spytał, czy tak myśli, i w jej głosie nie dało się słyszeć ani drobiny wątpliwości.
Było coś strasznego w jego historii. Coś, co nawet we Florence, nieskłonnej do ulegania gwałtownym emocjom, wywoływało uczucie zimna, nie mające nic wspólnego z chłodem jego dotyku, który osiadł na jej palcach. Przypominało kobiecie, że jej przyjaciel i jej brat, byli już tam, na końcu drogi. A może tylko w przedsionku miejsca, do którego odchodziły wszystkie dusze? A wspomnienie wracające w mauzoleum – kiedy walczyli z wampirzycą – jak mało brakowało, aby kosztowało Stewarda życie?
– Może wasze wspomnienia zostały wciągnięte do Limbo i wymieszały się w jakiś sposób z tym, co już tam było? – zasugerowała. Tajemnicą pozostawało jednak, dlaczego nic takiego nie działo się z jej bratem… a może działo się, ale on nie chciał o tym wspomnieć?
Florence przypatrywała się Patrickowi badawczo, przez długą chwilę.
– Może to nie jest na to dobry moment – stwierdziła w końcu. Wciąż jednak myślała o tym, dlaczego w ogóle trafił do Limbo. O tym wszystkim, co tam się stało i o odbytej wcześniej rozmowie. – Ale wiedziałeś o tym, że podczas Beltane coś się zdarzy, prawda? A kilka dni wcześniej moją ciotkę zaatakowali czarnoksiężnicy i to nie Ministerstwo ją ratowało.
Neutralność była czymś mocno zakorzenionym we Florence, podobnie jak wiara w przepisy, prawo i porządek. Ale Patrick Steward potrafił tym zachwiać. A może zrobiło to samo Beltane i kolejne ofiary, wnoszone do namiotu medyków?
– Czy mogę jakoś ci pomóc?


RE: [17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick - Patrick Steward - 09.10.2023

Patrickowi też było przykro, że musiał na to patrzeć.
Tylko jego przykro było czymś zupełnie innym, niż przykro Florence. Jego było bardziej dziecinne, buntownicze – ciągle nie chciał się pogodzić, że jego rodzice byli jacy byli, że dziadek miał rację. Jakaś część Stewarda, po prostu, chciała wierzyć, że byli jak mówiła babcia: dobrzy, kochający, przypadkiem zaplątani w coś strasznego, co kosztowało ich utratę życia.
Zamknął oczy. Trochę rozkoszując się tym, że Florence była obok niego: tak żywa i tak normalna; że nie uciekła chociaż sam chyba by uciekł (a na pewno uciekł by przynajmniej na fotel by w spokoju przemyśleć wszystko.
- Nie znam się na nekromancji – przypomniał bezradnie. – Niewiele wiem o tym, jak działa limbo, ale zakładam, że… że pewnie masz rację. Ty lub kapłanki, z którymi rozmawiał Atreus – dodał na wszelki wypadek, gdyby Florence zechciała przypomnieć mu o tym szczególe. – Jeśli trafiają tam dusze umarłych, to pewnie całe to miejsce powoli je wysysa by w ostatecznym rozrachunku nie obawiały się wkroczyć do niebieskiego ognia – i przestać istnieć samodzielnie. – Myśmy nie wkroczyli do ognia. I nie byliśmy tam na tyle długo, by umrzeć. – Albo Atreus nie był, ale on, Victoria i Mavelle byli, więc bliscy im zmarli (jak bardzo nie zżymałby się na to określenie, ojciec był jednak mu bliski) pośpieszyli im z pomocą? I próbowali, może nawet nieświadomie, własnymi wspomnieniami załatać dziury?
Kolejne pytanie Florence sprawiło, że Patrick zamarł. Otworzył oczy a jego spojrzenie zrobiło się dużo czujniejsze. Utkwił w kobiecie wzrok, zastanawiając się jak właściwie powinien odpowiedzieć.
Bo z jednej strony była mądra, odważna, bystra i dzielna. Ale z drugiej strony, wszystko w nim buntowało się na myśl o tym, że miałby ją mieszać w walkę, w którą absolutnie nie musiałaby zostać zamieszana. Była czystokrwista. Voldemort nie będzie czyhał na jej życie tak długo, jak długo nie dostrzeże w niej zagrożenia. A teraz Patrick miałby sam wtrącić ją w ramiona niebezpieczeństwa?
Ale jakby na złość samemu sobie, nie zaprzeczył.
Bo z trzeciej strony, z tej z której nie chciał patrzeć – Florence była dorosłą kobietą i miała prawo samodzielnie podejmować decyzje. A on był jednym z najważniejszych członków Zakonu Feniksa i pragmatycznie doceniłby po ich stronie uzdrowiciela. Westchnął.
- Tak – przyznał się wreszcie. – To znaczy, w tej chwili nie, ale może zdarzyć się tak, że potrzebowałbym pomocy zaufanej uzdrowicielki. Nawet nie dla mnie, ale dla kogoś innego – opisał cicho. Tylko, że to mogło być niebezpieczne i jeśli przeważajacym argumentem Florence miałaby być chęć spłaty długu to... to Zakon Feniksa niewiele by się w takim rozrachunku różnił od Śmierciożerców.


RE: [17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick - Florence Bulstrode - 09.10.2023

Florence nie była tą jednostką straceńczo odważną, która biegłaby z różdżką na barykady i nie uciekała przed smokiem. Ale nigdy nie była tchórzem, gdy szło o problemy. Tym stawiała czoło, obojętnie, czy dotyczyły jej samej czy jej bliskich. Nie zamierzała uciekać - ani z mieszkania, ani na fotel - kiedy potrzebował jej najlepszy przyjaciel, jej bratnia dusza, równie bliska, jak ci rodzenia bracia.
- Też niewiele wiem o limbo. Może odbiera wspomnienia, by tam już zostały, gdy dusza wędruje dalej? Albo nie ma żadnej duszy, pozostają tylko te wspomnienia? Lub są śladem po kimś, kto przeszedł dalej? - mruknęła Florence. Tak, interesowała się nekromancją, ale było to z jej strony zainteresowanie sprowadzające się do konkretnych zagadnień, związanych z udzielaniem pomocy w nagłych wypadkach i klątwami. Niewiele wiedziała o limbo, o tamtejszej energii: tych rzeczy zaczęła szukać stosunkowo niedawno, pod wpływem Beltane. - Obawiam się, że rownie dobrze mogli pragnąć wam pomóc wrócić, jak pójść dalej. Być może nie pojawili się tam, żeby was ratować, ale poprowadzić na drugą stronę.
Obie wersje zdawały się jej równie prawdopodobne. I tak czy inaczej, mogła jedynie się cieszyć, że w ostatecznym rozrachunku wrócili cali i zdrowi, i Patrick, I Atreus. Nawet jeżeli wypełnieni tym przedziwnym chłodem.
Nie kierowała nią wdzięczność. Nie uważała nawet, by miała wielki dług, bo ktoś udzielił pomocy Arabelli. Raczej sądziła, że ta znalazła się w takim stanie, bo chciała sama pomóc komuś innemu. Florence pytała z wielu powodów. Bo były w to zamieszane bliskie jej osoby. Bo wojna Voldemorta nie była już tylko wojną z nieczystą krwią, a podczas Beltane mogła zginąć ona i mogli zginąć jej bracia. Bo w namiotach medyków widziała, jakie skutki miały działania mrocznego czarodzieja. I przede wszystkim: bo tak należało. Florence nigdy nie spoufalała się z mugolami, a mugolaki jej zdaniem stały nieco na granicy światów i nie do końca potrafiły wtopić się w czarodziejską rzeczywistość. Ale wszystko, co robił Voldemort w ostatnim czasie, jasno pokazywało pannie Bulstrode, co jest słuszne, a co nie.
A ona nigdy nie zastanawiała się długo, jeśli sądziła, że coś powinno zostać zrobione.
- Jeśli więc będziecie potrzebowali medyka, macie go. I nie będę zadawała pytań - powiedziała po prostu.


RE: [17.05.1972] kawalerka Patricka, "Krew, pazury i obrazy" - Florence & Patrick - Patrick Steward - 21.10.2023

Patrick przymknął oczy. Słowa Florence zamarły mu w myślach. Kłamałby, gdyby powiedział, że ciągle je rozważał – na rozważania było już w tym momencie zbyt późno. Bulstrode podjęła decyzję a on jej nie przeszkodził, nie zaprzeczył, nie wyśmiał, nie skłamał. Chodziło o coś innego, o jakieś… resztki oporów, które ciągle w sobie nosił. Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, nie chciał narażać leżącej obok niego kobiety, tak jak nie chciał narażać dziadków.
Czy to była kwestia rytuału miłosnego z Beltane, ich wieloletniej przyjaźni, czy czegoś jeszcze czego nie próbował nawet nazywać, zależało mu Florence. Zależało mu na tyle, że sam zdawał sobie sprawę z tego, że była jego słabym punktem. Tym samym słabym punktem, którym byli dziadkowie, choć ci przynajmniej trzymali się z daleka od Zakonu Feniksa i od wszystkich spraw związanych ze śmierciożercami.
A Florence miała się w nie pośrednio zaangażować.
- Dziękuję – odpowiedział po prostu, choć tak naprawdę dziękował jej za coś zupełnie innego niż chęć udzielenia pomocy Zakonowi Feniksa. – Dziękuję, że przyszłaś. Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Dziękuję, że podniosłaś mnie na duchu. Dziękuję, że zrozumiałaś. Dziękuję, że… że jesteś – zakończył dość koślawo.
Uśmiechnął się półgębkiem do Florence. A potem dotknął kciukiem czubka jej nosa. Krótko i szybko, bardziej to przypominało muśnięcie niż prawdziwy dotyk, ale Patrick pozostawał zbyt świadomy tego, jak bardzo zimne było jego ciało. Poczuł się trochę lepiej i nie chodziło tylko o rozmowę lub o to, że właśnie pozszywała go po walce z wampirzycą. Chodziło o całokształt.
- Wiesz co? Chcę cię zabrać do kina. To taki mugolski wynalazek. Z ruchomymi obrazami… - zaczął opisywać. A jednocześnie czuł, że zmęczenie z całego dnia, z całego tygodnia, z kilku ostatnich tygodni, stopniowo zaczęło brać nad nim górę.
Chyba się wreszcie rozluźnił, bo jego powieki były coraz cięższe i cięższe. Aż usnął.
Koniec sesji