Secrets of London
[październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami (/showthread.php?tid=1869)

Strony: 1 2


RE: [październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami - Brenna Longbottom - 28.09.2023

Nie znała sytuacji Esme. Nie miała pojęcia, jak skomplikowane były jego losy i z czym się borykał. Widziała po prostu ciut młodszego Ślizgona, czystokrwistego, ale też przywykła do tego, że czystokrwiści Ślizgoni wcale nie byli jednolitą masą. A często jeśli zaczynały wychodzić z nich paskudniejsze rzeczy, to pod wpływem kolegów - czy tych z własnego Domu, którzy je w sobie nieśli, czy tych z innego, którzy się ich dopatrywali. Kilku Ślizgonów po prostu sobie adoptowała, nie przejmując się przy tym specjalnie opinią innych. Może było jej z tym łatwo, bo ona sama wcale nie miała skomplikowanych losów: nie do tej pory przynajmniej. Jej rodzina była bogata i ją kochała, miała brata i kuzynostwo, i żadne z nich nie odwróciłoby się od siostry, bo nagle prowadzała się pod rekę z dwiema Ślizgonkami.
Gdyby Rowle nazwał przy niej kogoś szlamą, dostałby w nos. Gdyby zareagował wobec niej napastliwie, pewnie odpowiedziałaby coś tylko żartobliwie i się nie przejęła. Był uprzejmy, więc wręczyła mu cukierka.
I historia Adelajdy ją smuciła. Brenna pewnie jeszcze nie raz, nie dwa, miała o niej myśleć. Ale starała się nie pozwolić, aby takie rozważania za bardzo ją pochłonęły i na pewno nie chciała pokazywać ponurej twarzy innym. Po pierwsze, była pogodna z samej swojej natury. Po drugie, ludzie i tak dostatecznie często byli zmęczeni, smutni albo zniechęceni, więc wolała się do nich uśmiechnąć niż wzdychać smutno nad historią sprzed kilkuset lat. Nawet jeżeli to nie tak, że ta historia zupełnie jej nie obeszła.
- Wcale nie - powiedziała Brenna, kiedy stwierdził, że spieprzył i odruchowo wyciągnęła po prostu rękę, by poklepać go po ramieniu. Tego typu gesty były dla niej równie naturalne jak oddychanie, nieważne, czy akurat ktoś był jej kuzynką, najlepszym przyjacielem czy kimś, kogo znała. A Rowle zdawał się czuć szczerze winny, gdy w oczach Brenny nie zrobił nic złego. - I nie sądzę, żebyś ją zmienił. Nie jestem pewna, czy duchy w ogóle mogą się zmienić. Spójrz na Jęczącą Martę. My dorastamy, a ona ciągle ma te czternaście lat i płacze w szkolnej łazience, bo ktoś wyśmiał jej okulary.
Cofnęła rękę, uśmiechając się tylko półgębkiem, gdy wspomniał, że może to cmentarz wybrał jego.
- Wzywał cię nocami w snach tajemniczy głos, szepcący, że właśnie tutaj czeka twoje dziedzictwo, spoczywające gdzieś w jednym z grobowców? - zasugerowała. Nie, nie wierzyła w taką bzdurkę, ale też nie kpiła. To była po prostu opowieść, a ona lubiła opowieści. Można było więc uznać, że po prostu... gadała sobie od rzeczy.
Czy kiedy Esme wspomniał, że koledzy o niej zapomnieli, zrobiło się jej go szkoda? Chyba trochę. Czy to okazała? Nijak. Nie dlatego, że była absolutnie obojętna, ale dlatego, że podejrzewała, że Rowle nie chciałby, aby ktoś mu współczuł. A na pewno nie jakaś przypadkowa Gryfonka. I wyglądało na to, że to, jak go potraktowano, albo go nie poruszało... albo nie chciał po sobie pokazać, że było inaczej.
Brenna na pewne rzeczy była ślepa. Nie zawsze zachowywała się tak, jak powinna i jak dla innych było to komfortowe. Ale rozumiała - umiała zrozumieć - dumę.
- Problemy z liczeniem, totalnie. Jak gdzieś idę w grupie, regularnie dokonują przeliczenia sztuk stada, żeby nie zwiali. Niektórzy próbowali, ale teraz są już na etapie ponurej rezygnacji - stwierdziła Brenna, trochę żartobliwie, więc mogłoby się wydawać, że nie mówiła poważnie. Chociaż w istocie, było w tym trochę prawdy. Zwykle próbowała dzielić swój czas między krewnych i przyjaciół, rozbijając to na osobne segmenty, bo wiedziała, że nie wszyscy będą czuć się w swoim towarzystwie komfortowo. Ale kiedy już gdzieś trafiała jakaś grupka, to chyba serce by jej pękło, gdyby któryś ze znajomych poczuł się na tyle pominięty, że zostałby po prostu z tyłu, a ona by tego nie zauważyła. Ludzie nigdy nie powinni czuć się... nieważni.
- Nie wiem - stwierdziła, teraz z odrobiną zamyślenia. - Ale szczerze? Nie sądzę, że powinny tu zostać. Prawie Bezgłowy Nick powiedział mi kiedyś, że bał się iść dalej. A Adelajda została, bo nie potrafiła znaleźć siostry. Martę chyba utrzymała tutaj uraza. Duchy nie zostają po naszej stronie, jeśli nie przywiąże ich tutaj... coś paskudnego, mam wrażenie. Poza tym chciałbyś tak patrzeć przez tysiąc lat na kolejnych ludzi, chodzących przez cmentarz i no... nic? Wiesz, nawet ten głupi cukierek. Może tylko na niego patrzeć. Może oni się nie zmieniają, bo gdyby się zmienili, musieliby o s z a l e ć. Jestem pewna, że bym oszalała.
Brennie wcale nie spieszyło się do śmierci, chociaż świadomość, że ta gdzieś czeka, towarzyszyła jej zaskakująco głęboko jak na kogoś, kto miał siedemnaście lat. Tyle że jednego była absolutnie pewna: jeżeli ta by ją spotkała, nie zostałaby tutaj. Po co? by zostać z rodziną? Miała wrażenie, że ją myśl o którymś z bliskich, który tkwi tu jako duch, tylko by ją raniła.
- Mam nadzieję, że kiedyś się znajdą. I... no obie odejdą dalej.


RE: [październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami - Esmé Rowle - 11.10.2023

Z jednej strony wierzył Brennie, że duchy nie mogą się zmienić - w końcu dlaczego miałby jej nie ufać w tej sprawie? To ona była bardziej obeznana w temacie. Z drugiej strony... jakoś logika odmawiała przyjęcia informacji, że coś może pozostać niezmienne. Jeżeli tak by było, to rozważania Adelajdy, nawet jakby trwały kilka dobrych wieków, do niczego by nie prowadziły. I może nawet odnalezienie siostry nie przyniosłoby jej ukojenia skoro pozostawała bez zmian.

Drgnął, nieco zaskoczony gestem Gryfonki. Nie był spięty, ale ciało samo zareagowało na dotyk - chwilowym napięciem, instynktownym podskoczeniem, jakby coś go wystraszyło, lecz momentalnie umysł uspokoił odruchy. Esmé nie odezwał się, uśmiechnął się jedynie niemrawo, ale przyjaźnie - jako znak, że docenił starania dziewczyny. Nieprzyzwyczajony był, że ktokolwiek... go dotyka. A już w ogóle w geście wsparcia. Nie była to jednak reakcja zaszczutego zwierzęcia - ot, bardziej kogoś nieprzygotowanego i zaskoczonego dotykiem, niż przestraszonego.

Tajemniczy głos? Dziedzictwo w jednym z grobowców? Rowle skonfundowany przypatrywał się Brennie, przechylając głowę na bok. Żartowała sobie czy była zupełnie poważna? Na samą myśl, że po nocach słyszałby wycie wzywające na cmentarzysko, przeszły go ciarki.

- Nie, nie, w żadnym wypadku. - pokiwał głową na boki bardziej jakby chciał odgonić nieprzyjemne wyobrażenia, niżeli podkreślić zaprzeczenie. - A... Ty? Ty... słyszysz nocami głos? - zapytał niepewnie, ciszej, jakby to było coś, o czym lepiej, żeby inni nie słyszeli. Bo... czy to nie brzmiało właśnie jak takie opętanie? Albo inna dziwna przypadłość, o której pewnie głośno nie należało mówić. Naturalnie Esmé nie był tak naiwny, ale w towarzystwie panny Longbottom... niezbyt wiedział gdzie zaczyna i kończy się normalność. W tym najbardziej pozytywnym znaczeniu.

Prychnął lekko, rozbawiony komentarzem dziewczyny. To urocze, że próbowała wytłumaczyć jakoś dlaczego Esmé tak łatwo wykruszył się z towarzystwa. Nie chciał jej tłumaczyć, że właściwie to jego wina - on chciał się odłączyć i on robił to tak, by jego nieobecność nie została zauważona. Słowa Brenny były jednak na tyle miłe, że nie chciał tłumaczyć, że jest zadowolony z takiego obrotu spraw, bo właśnie na taki liczył. Niech będzie, że pomylili się w liczeniu.

- Zabiłbym się, gdybym musiał tak żyć. - odpowiedział z dziwną nostalgią w głosie, po czym nagle go tknęło co powiedział i zaśmiał się. - ...jako duch byłoby to jednak ciężkie. - mruknął wciąż rozbawiony. To raczej była wystarczająca odpowiedź - za nic w świecie nie chciałby być zjawą. Taka egzystencja wydawała mu się najgorszym co mogłoby go spotkać. Narastająca apatia już teraz stanowiła problem, a co dopiero, gdyby nie mógł z nią walczyć? Gdyby był skazany na... istnienie odczuwając ten stan cały czas? Nawet nie chciał sobie wyobrażać jak okropne by to było. - Tak, też bym oszalał. - westchnął, opuszczając głowę. Chwilę milczał, odganiając od siebie myśl, że postradanie zmysłów wcale nie musi być mu tak odległe. W końcu już teraz czuł się... zdesperowany wobec marazmu. Gotów był stać się szaleńcem, jeżeli to odsuwało na bok to obrzydliwe uczucie... niczego.
- Co za okrutny świat. Nawet po śmierci niektórzy nie mogą zaznać spokoju i zostają pogrążeni w rozpaczy na wieki. - ludziom się wydawało, że przez swoje życie się nacierpieli, ale jak bolesne musiało być "życie" ducha, który nie może niczego zmienić? Który może tylko żyć z tym bólem w sobie? - Oby na świecie było więcej ludzi takich, jak Ty, Brenna. - odezwał się przyjaźnie, ale też trzeźwiej. Poprzednie słowa mówił zamyślony, rozkojarzony, jakby dopiero zbierał pewne wnioski do kupy. A teraz? Teraz był już znów wszystkimi zmysłami przy żywych. Skąd to nagłe... życzenie? Cóż, w końcu dziewczyna próbowała pomóc Adel. Pomóc komuś, o kim inni nawet nie myśleli, by pomagać - bo przecież było już po ich śmierci. Nie oznaczało to, że ich trud został zakończony. Z jakiegoś powodu Esmé odczuwał swoista solidarność z Adelajdą. Jakby byli do siebie zbliżeni. Również tym, że Brenna, świadomie lub nie, wnosiła do ich egzystencji trochę światełka i ciepła.
- Nie znam się na duchach, ale gdybyś kiedyś znalazła sposób, by pomóc Adel, to daj mi znać. Też chciałbym umożliwić jej spokojne odejście... zaznanie spokoju po prostu. - powiedział i spojrzał w niebo. Powinien niedługo wracać, ale jeszcze chwilę mógł tutaj postać i zamienić kilka słów. I zadać pytanie, które niedawno wpadło mu do głowy.
- A tak w ogóle - są tutaj inne duchy? - rozejrzał się dookoła, nawet przechodząc nieco między grobowcami, żeby wychylić się i spojrzeć dokładniej. - Czy Adel jest samotna? - dodał, wracając spojrzeniem do Brenny. Nie miał pojęcia jak często spotyka się duchy. W Hogwarcie - codziennie. W końcu były po prostu mieszkańcami tej niezwykłej szkoły. Ale tak po za nią... to jak wiele duchów było? Jak często się je widywało? Esmé, cóż, nie widywał ich za bardzo. Co zresztą było już mówione. Pytanie o zjawy nie było oczywiście pozbawione celu - Rowle chciał wiedzieć jak często zdarza się, że "coś paskudnego" przywiąże duszę zmarłego do materialnego świata. W końcu to mogła być pewna skala tego, jak "źle" dzieje się dookoła. Im więcej duchów, tym więcej było okropieństw, po których ludzie nie mogli zaznać spokoju.


RE: [październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami - Brenna Longbottom - 11.10.2023

Brenna z kolei nigdy nie miała problemów z dotykiem i wyciągała ręce w przyjaznym geście do rodziny, przyjaciół, znajomych i całkiem obcych osób. Można było uznać to za natrętne, chociaż jedno trzeba było jej przyznać: jeżeli reakcja wydawała się jej niechętna, starała się pilnować i tego nie powtarzać.
- Żartowałam - powiedziała, uśmiechając się szelmowsko, kiedy zdawał się niepewny, czy mówi poważnie. Nic nowego, brat i siostry też czasem odruchowo brali tego typu opowieści za prawdziwe, może dlatego, że Brenna wciskała nos wszędzie, gdzie się dało i czasem ciężko było uwierzyć z kolei w te prawdziwe historie. - Jasne. Swój własny. Zwykłe mówi rzeczy w rodzaju "zjedz to ciasteczko" albo "a może tak powłóczyć się po wieży astronomicznej, chociaż już dwudziesta trzecia".
Była to i prawda, i kłamstwo zarazem. Nie wzywało ją żadne dziedzictwo, duchy nie szeptały jej swoich sekretów, nie spotykały jej żadne niesamowitości. Ale w głowie Brenny niekiedy odbijały się echem wspomnienia rozmów związane z danymi miejscami, a w jej snach niekiedy pojawiały się twarze przodków. Teraz jednak już rzadko, odkąd nauczyła się utrzymywać widmowidzenie w ryzach kręgu świec i dymu.
- Świetnie, jeśli kiedyś przypadkiem oboje zostalibyśmy duchami, możemy szaleć razem. Chociaż mam wielką nadzieję, że nie to nie grozi - stwierdziła, bo taki los zdawał się jej jeszcze gorszy od śmierci.
Uśmiechnęła się znowu, tym razem nie jakoś wesoło, a raczej trochę mimowolnie, przyjaźnie, gdy wspomniał o okrutnym świecie. Nie z rozbawieniem na jego słowa. Po prostu pomyślała, że Esme Rowle jest naprawdę dobrym chłopakiem i że nie zasłużył ani na to, by zostać z tyłu podczas spaceru że znajomymi - obojętnie, czy chciał, by o nim zapomniano, czy nie, bo jeśli chciał, to znaczyło, że źle się tam czuł - ani na niektóre stereotypowe opinie, jakie chodziły o Ślizgonach. Chociaż po prawdzie mało przypominał slizgońskich chłopców, których znała: większość z nich bardzo przejmowała się tym, jak są widziani i pewnie nie przyznaliby się, że zostawiono ich samym sobie. Nawet Laurent miał chyba w sobie więcej przebiegłości niż Esme, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Uśmiech jednak zaraz zamienił się w taki już naprawdę rozbawiony na jego kolejne słowa.
- Żartujesz? Dwie takie, jak ja? Hogwart by tego nie wytrzymał. A jeśli nawet zamek dałby radę, to już moja rodzina na pewno nie. Jestem pewna, że mój brat wyemigrowałby gdzieś na Alaskę - stwierdziła całkiem radośnie. Próba pomocy Adel czy komukolwiek innemu nie wydawała się jej niczym specjalnym, bo po prawdzie ot... w rodzinie miała sporo osób, które poproszone o pomoc tej udzielały. Płynęło to w ich krwi. Może w Brennie skumulowało się trochę bardziej, z paru stron, ale nie wyróżniała się specjalnie wśród krewnych.
- Tak szczerze, to nie jestem pewna. W zamku jest parę. Większość została tu chyba z własnej woli... tutaj raz widziałam chyba jednego z daleka, ale z żadnym poza Adel nie rozmawiałam. I jeśli kiedyś znalazłabym sposób, to pewnie, dam ci znać... chociaż nie wiem, czy to w ogóle możliwe - powiedziała z westchnieniem, zwracając odruchowo spojrzenie w stronę grobowca, w którym znikł duch.

@Esmé Rowle


RE: [październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami - Esmé Rowle - 29.10.2023

Ah, żartowała. Uniósł brwi, jakby zdając sobie sprawę, jak głupie było to pytanie. Ale czy na pewno? W przeciwieństwie do Mugoli - żyli w świecie, w którym wszystko było prawdopodobne. I wszystko, na swój sposób, pewnie osiągalne. Przynajmniej tak chciał wierzyć Esmé. Że nie ma granic. Prychnął rozbawiony, bo i on znał głos tego rodzaju, chociaż jego własny rzadziej odzywał się nocami, a częściej za dnia, podczas wszelkich potyczek z życiem codziennym.

Teraz też usłyszał głos, który chciał, aby odpowiedział Brennie nieco... zbyt otwarcie i bezpośrednio. Jeżeli coś musiało trzymać ich na tym świecie, by zostali duchami, to niestety Brenna nie może liczyć na Ślizgona. Bo jego tutaj nic nie trzymało. A przynajmniej tak się czuł - pozostawiony samemu sobie. I prawie to wszystko wypowiedział, ale ocknął się, gdy tylko nabrał oddechu i otworzył usta. Nie, nie mógł o tym wszystkim mówić. Nawet jeżeli grał rolę chłopaka, którego oboje rodziców umarli. Co za paradoks, bo dla Esmé to akurat ojciec był martwy, a matka żywa. Chociaż w rzeczywistości było inaczej.

Kiedy wypowiadał tamte słowa, to zupełnie nie zwizualizował sobie świata, w której jest więcej... po prostu Brenny. Roześmiał się wesoło, szczerze na to wyobrażenie. Dla większości ludzi było to zupełnie normalne, ale dla Esmé tak... naturalne wypowiadanie się o rodzinie było urocze i ciepłe. Zazdrościł tej swobody, bo on nie mógł powiedzieć nic. Nie mógł dzielić się specyficznymi wspomnieniami matki, ale też nie miał teraz takiej rodziny, w której czułby się jej częścią. Właściwie... on mógł być jeden, a i tak rodzina ledwo to wytrzymywała. Ta myśl dodatkowo go rozbawiła, przedłużając salwę śmiechu.

- Niby tak, ale dostałbym wtedy więcej cukierków. - rzucił wesoło, nie dając po sobie poznać, że zaczął czuć się nieco... przybity, gdy nadeszła go fala wspomnień. Potrafił grać, bo musiał potrafić grać - w końcu to było wymogiem, by nie zostać wydziedziczonym. - I dwa razy tyle duchów miałoby z kim pogadać. Albo dwie Brenny zagadałyby Adel do tego stopnia, że postanowiłaby odejść. - miał nadzieje, że nie weźmie sobie tego komentarza do siebie, bo był to jedynie niewinny żarcik z tego rodzaju, którym sama się posługiwała panna Longbottom.
- Pewnie możliwe. Czasem myślę, że coś jest niemożliwe, a później przez chwilę słucham nauczycieli i okazuje się, że jest to możliwe. - odparł nieco rozbawiony, bo rzeczywiście tak się czuł. Niekiedy coś słyszał, że niby się da, niekiedy zastanawiał się czy coś się da, aż pewnego razu na lekcjach w szkole, któryś z wykładających profesorów lub profesorek akurat poruszył ten temat i... okazywało się, że się da. Ale. Zawsze było jakieś ale. Zatem i Adel pewnie dało się pomóc, ale... i tutaj to "ale" było kluczowe, bo to ono stanowiło zazwyczaj sedno problemu.
- Będę już wracał - jak chcesz, to możemy pójść razem. - zaproponował, ale nie nalegał. Po prostu... skoro miał zamiar wracać, to może i ona też? Lubił jej towarzystwo, chociaż musiał oswoić się jeszcze z tym naturalnym ciepłem, jakie od niej biło. W każdej relacji. Czy do niego, czy do Adel, czy do rodziny, o której mówiła. Ekhem, głównie chodziło o rodzinę. - Jeżeli nie to... do zobaczenia. I pozdrów... - nie pozwolił jej za bardzo odpowiedzieć, bo nie chciał właśnie, by poczuła się zobowiązana, skoro zaproponował. Ale teraz rzeczywiście się zaciął, ściągnął ze sobą brwi i wydał ledwo słyszalne "hm" z siebie. Przez dwie, góra trzy sekundy wpatrywał się w ziemię, nim uniósł wzrok na Brennę. - Powiedz hej Adel ode mnie. - odparł niepewnie, wciąż nie potrafiąc znaleźć odpowiedniego sformułowania, by "pozdrowić" ducha.

I jeżeli Brenna nie zdecydowała się wracać, to Esmé pożegnał ją zwykłym "do następnego!" i pomachał jeszcze, gdy odchodził. A jeżeli Brenna się zgodziła, to... pewnie rozmawiali, aż gdzieś w Hogsmeade musieli się rozejść. I tam wtedy zakończył w ten sposób spotkanie.




RE: [październik 1962, cmentarz w Hogsmeade] Pogawędki z duchami - Brenna Longbottom - 31.10.2023

Trzymało ją tu tysiąc i jeden rzeczy, a jednocześnie chyba żadna nie mogłaby jej zmusić do zgodzenia się na tę półmaterialną egzystencję, jaką wiodły duchy. Może mimo wszystko nie kochała nikogo aż tak mocno jak Adelajda siostrę – bo za wiele osób by zginęła, ale dla żadnej nie została po tej stronie po śmierci – a może tylko miała inny charakter, zawsze wyrywający ją gdzieś do przodu.
Uśmiechnęła się mimowolnie jeszcze szerzej, kiedy Rowle się roześmiał. To było jak małe zwycięstwo, bo nie wydawał się kimś, kto był wesołkiem.
– Wciąż możesz dostać ich więcej – powiedziała, znów wciskając dłoń do kieszeni i podtykając mu pod nos całą ich garść. Brenna zawsze miała kieszenie pełne słodyczy, bo po pierwsze sama je uwielbiała, po drugie… po prostu lubiła oferować je innym. Czasem, zwłaszcza wtedy, gdy ciężko było znaleźć właściwe słowa, sięgnięcie po nie zdawało się jej najnaturalniejszą rzeczą na świecie. – Albo dziewczyna próbowałaby się zabić z rozpaczy i potem rozpaczała podwójnie, gdy zrozumiałaby, że to już niemożliwe – odparła na jego żart własnym żartem, bo i żartobliwe uwagi, i te uszczypliwe, pod własnym adresem znosiła bardzo dobrze. Bywała nieco przeczulona na punkcie tych wobec swojej rodziny, kpiła jednak sama z siebie bardzo chętnie i ani myślała brać do siebie kpin innych. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do niektórych Ślizgonów Esme zdawał się nie mieć w tym ani odrobiny złej woli.
– Nic nie jest niemożliwe? Podoba mi się to podejście – skwitowała, bo bardzo chciała w to uwierzyć. Może mając siedemnaście lat nawet jeszcze to potrafiła. Z tej przywary miał z czasem wyleczyć ją czas, wtłaczając do rozczochranej głowy trochę realizmu.
Ale tylko trochę.
– Jasne, chętnie wrócę z tobą – zapewniła. Nawet gdyby planowała wycieczkę po cmentarzu i oglądanie każdego nagrobka, zmieniłaby po prostu plany, tylko dlatego, że ktoś spytał. I nie była to forma żadnego poświęcenia, bo Brenna po prostu lubiła towarzystwo ludzi. Obróciła się w stronę wyjścia z cmentarza, starając się dostosować swój krok do kroku Esme – bo miała skłonności wystrzeliwać do przodu i dopiero po chwili orientować się, że ktoś nie do końca nadąża za jej trybem poruszania się. – Hej, widzisz tamten grób? Wyryto na nim wielkiego węża Slytherinu. A właściciel zmarł mając dziewięćdziesiąt lat, więc musiał bardzo mocno wziąć sobie do serca przynależność do domu… – zaczęła paplać po swojemu, kiedy wychodzili z cmentarza. I kontynuowała takie zagadywanie przez całą drogę ku Hogsmeade.
Koniec sesji