![]() |
|
[10 luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [10 luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus (/showthread.php?tid=1910) Strony:
1
2
|
RE: [luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Augustus Rookwood - 10.12.2023 - Waż się ze słowami, Paxton. Za brak szacunku do Prefekta również są przewidziane punkty ujemne, a jak podkreślę psorce, że miała tu miejsce KRADZIEŻ, to z tych moich niewinnych dziesięciu punktów zrobi się CO NAJMNIEJ sześćdziesiąt - odparłem zarozumiale, aż nazbyt głośno podkreślając niektóre słowa w swojej wypowiedzi. Wpatrywałem się bezczelnie w walecznie nastawioną Paxton. Mogła sobie robić, co jej się żywnie podoba, proszę bardzo. Miałem większe możliwości niż ona, bo co...? Jebnie mi w twarz z pięści? Chyba tylko na tyle było ją stać, bo jedyne, w czym była wybitna, to eliksiry. TYLKO eliksiry. W niektórych przypadkach AŻ eliksiry, ale tego nie zamierzałem jej teraz mówić. Aż tak mnie nie pogięło. Opuściłem na moment wzrok z Paxton, by przechylić głowę w kierunku Lorraine, skrytej gdzieś za Krukonką. Najwyraźniej odzyskała głos po tym wstrętnym pisku prawdziwego tchórza i, cóż, postanowiła nie błyskać inteligencją, tylko rzucać idiotyzmami. Bo przecież wcale nie widziałem, że majstrują przy roślinach i że miały ich pełno w rękach. Ba!, zapewne w środku nocy pomagały psorce w ogródku, czyż nie? O tej porze! Całkowicie normalne. - Nie jestem debilem, Malfoy. Poza tym, jeśli chcesz się upierać przy swoim, mogę poprosić psorkę zielarstwa o inwentaryzację, skoro wszystko jest na swoim miejscu - rzuciłem całkowicie obojętny na te jej argumenty. Wiedziałem, byłem wręcz przeświadczony o tym, że ze mną Lorraine Malfoy nie wygra, choćbym miał się nawet posunąć do przemocy. Najwyraźniej próbowała myśleć podobnie, bo właśnie leciała w naszym kierunku doniczka. Avelina jej nie widziała, a nie miałem pojęcia, jakiego Malfoy ma cela, więc... Musiałem ewidentnie zainterweniować, bo ani ja, ani Paxton nie mogła nią oberwać. Karanie jednym, ale uszczerbki na zdrowiu to drugie. Nie chciałem, żeby cokolwiek stało się Avelinie, bo dalej dostarczała mi eliksiry. A ja, cóż, osobiście również nie chciałem by moja twarz uległa jakiemukolwiek odkształceniu. Za bardzo lubiłem na nią patrzeć w lustrze. Uniosłem więc różdżkę, żeby niewidzialną ścianą zmusić doniczkę do upadnięcia w połowie drogi do nas. Zrobiłem to tak szybko, że jeśli się powiodło, to moja różdżka zostawała zaraz skierowana na Lorraine, która najwyraźniej chętna była do małego pojedynku. - Widzę, Paxton, że znalazłaś przyjaciółkę, równą sobie wariatkę - stwierdziłem rozbawiony, zerkając bardziej na Lorraine niż na Avelinę, ale wystarczy tylko jeden krok Aveliny jeszcze w moim kierunku, a nie będę taki dobroduszny. - Dwie na jednego? - zapytałem z ciekawością, czy naprawdę zamierzają wkopać się w jeszcze większe tarapaty. Cóż, ja chętnie się wyżyję. Ostatnio nie czułem się za dobrze. Psychicznie. Na kształtowanie niewidzialnej ściany, by Lorraine nie miała zbyt dużej satysfakcji z tą doniczką [roll=Z] [roll=Z] RE: [luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Avelina Paxton - 11.12.2023 Avelina również się wystraszyła tym jak Augustus pojawił się niespodziewanie w tym miejscu, ale można powiedzieć, że już się przyzwyczaiła do jego głosu, który pojawiał się znikąd. Jej ciało było już przyzwyczajone do tego, że się potrafił niepostrzeżenie zakraść w jakieś miejsca. Wiele razy umawiała się z nim w klasach po godzinie policyjnej, przychodziła od niego szybciej, a on jakby chcąc jej zrobić na złość straszył wchodząc do pomieszczenia po cichu, jak myszka, jak robak, który wił się w ciemnościach, wyłaniał się z nich z tym swoim szelmowskim uśmiechem, który sprawiał, że dwa razy zabiło jej serce zdecydowanie mocniej. Dobrze, że miała rozsądek, kochała logikę i nie pozwalała sobie na to, aby jakiś Ślizgon zadomowił się w jej sercu nazbyt dobrze. Nie było tam miejsca dla takich jak on, prawda? Nie mogła pozwolić sobie na miłość w takim wieku, miała niespełna piętnaście lat, a on był podłym Ślizgonem, który nie potrafił opanować swojej złości. Nie miała szansy na szczęśliwe zakończenie, nie chciała mieć. Wolała chować się, chronić przed przyjemnością, którą jej dawał na tych nocnych schadzkach, dlatego też tak bardzo ostatnio ograniczała ich spotkania. Nadal wywiązywała się z umowy, ale nie miała zamiaru wchodzić w te spotkania głębiej. Za parę miesięcy go już nie będzie, zacznie życie dorosłego czarodzieja, a ona utknie tu znowu na kilka miesięcy, przyjaźń się skończy, nie będzie miała racji bytu. Avelina nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła na słowa Lorraine. Po pierwsze nie potrafiła kłamać, a po drugie nie chciała pakować w ich większe kłopoty, więc wolała to przemilczeć. Lorraine kłamała, ale robiła to lepiej niż Paxton, więc na jakiś czas musiały zawrzeć sojusz. Krukonka zajmie się pociskami wobec Rookwooda, a Ślizgonka może pisać bajki na temat ich tutejszego spotkania. – Oh, Rookwood ty też uważaj – spojrzała mu w oczy mając nadzieję, że zrozumie iż ona ma na niego również haka. Była od niego młodsza, nie potrafiła kłamać o czym doskonale wiedział, więc mogła w każdym momencie wyśpiewać nauczycielom, że to on zmusił ją do tego, aby kradła zapasy szkolne, do tego, aby po nocach robiła dla niego eliksiry, bo nie nauczył się panować nad emocjami. Zadarła głowę nie odrywając od niego wzroku. Miała nadzieję, że da im szlaban, ale jedynie leciutki, po znajomości, że nie odejmie im punktów zbyt wielu, albo żadnych. Chciała do niego podejść i wcisnąć mu palec w oko, ale wtedy Lorraine wybuchła i rzuciła w niego doniczką. Ave skuliła się, aby przypadkiem nie dostać czując w środku, że naprawdę trafiła do jakiegoś przedszkola. Dlaczego ci ludzie nad sobą nie panowali?? – Tak, przyjaciółkę, tak, równą wariatkę, więc odpuść Rookwood, bo naprawdę pożałujesz – warknęła czując ulgę jak doniczka odbiła się od ściany wyczarowanej przez Augustusa. Musiała przyśpieszyć naukę animagii, bo inaczej by to spotkanie wyglądałoby, gdyby mogła zamienić się teraz w jakieś zwierzę. – Daj już ten szlaban i idziemy, bo muszę zrobić eliksir dla jednego ćwoka bez ogłady – gardło się jej zacisnęło ze złości i nerwów, a dłonie złożyły się w pięść. Oh, jak bardzo miała ochotę go piznąć w ten głupi ryj. RE: [luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Lorraine Malfoy - 28.12.2023 – Wybacz… Pierwsze wrażenie bywa mylące – stwierdziła przytomnie Lorraine, choć bardzo korciło ją, by na pytanie Augustusa o to, czy wygląda na debila odpowiedzieć z całą dostępną powagą krótkim, prostym, ale jakże satysfakcjonującym TAK – ale mimo wszystko, Rookwood był prefektem, a ona, chociaż dalej czuła buzującą w jej ciele złość, zaczęła trochę obawiać się konsekwencji swojej nocnej wycieczki... Nic dziwnego, że w przekorny ton dziewczyny wkradły się pierwsze nuty rezygnacji. Rachunek sumienia zaczął się bowiem niebezpiecznie wydłużać: złamanie godziny policyjnej, kradzież, więcej grzechów nie pamiętam – ale nie, teraz musiała dopisać do niego jeszcze zamach na godność prefekta... Ale nawet perspektywa utraty punktów Slytherinu w wyścigu o puchar domów nie były w stanie jej poruszyć (Malfoy weszła właśnie w ten buntowniczy wiek, w którym walka o jakiś tam puchar w nagrodę dobre zachowanie jawiła się w jej edgy nastoletniej główce jako intrument opresji stanowiący marny substytut rodzicielskiej kontroli, wszystkie możliwe aktywności angażujące ogół uczniowskiej braci były głupie, a szkolne przepisy – bezsensowne, rzecz jasna) tak bardzo, jak to, w jaki sposób zachowała się wobec Aveliny Paxton. Malfoy nie zwykła czuć wyrzutów sumienia z powodu drobnych złośliwostek, jakimi na porządku dziennym częstowała koleżanki i kolegów, nie ruszały jej oczy zaszklone łzami ani dłonie zaciskające się w pięści; razem z Lorettą śmiała się z tych, którzy nie potrafili znieść ich docinków i okrutnych żarcików. Teraz jednak, w obliczu niespodziewanej solidarności ze strony starszej krukonki, zalała ją fala wstydu. Zerknęła ukradkiem na Avelinę, wymieniając z dziewczyną szybkie spojrzenie. Przyjaciółkę? Jeszcze chwilę temu były, kolokwialnie mówiąc, absolutnie pochłonięte wymyślaniem sobie od najgorszych: Avelina grzecznie kazała jej wypieprzać, Lorraine równie uprzejmie poradziła jej, by się nie zesrała... Oczywiście, dziewczyna była świadoma, że "wspólny wróg" potrafi bardzo szybko jednoczyć ludzi – nieważne, czy chodziło o polityków, czy o nastoletnie dziewczynki, kłócące się szeptem o to, która bardziej potrzebuje eliksiru upiększającego, a która takiego na podbicie IQ – ale Paxton nie musiała robić tego wszystkiego: nie musiała robić tego jednego kroku do przodu, jakby chciała zasłonić Malfoy przed spojrzeniem Rookwooda; nie musiała ryzykować skupieniem na siebie gniewu chłopaka i dalszą utratą punktów Ravenclawu, kiedy z burzą szalejącą w oczach rzucała mu butne wyzwanie; ba, mogła nawet zrzucić całą winę na wrogo nastawioną ślizgonkę, gdyby przyszła jej taka ochota!, ale zamiast tego nazwała ją przyjaciółką. Choć oczywiście, to była tylko strategia obronna, Lorraine poczuła się... Zawstydzona. Czuła, jak zaczyna ściskać ją w gardle – trochę tak jak wtedy, kiedy leciała wyrzygać śniadanie przed pierwszą godziną lekcyjną, tylko gorzej – bo zdała sobie sprawę, że o tym właśnie mówiła jej matka, kiedy tłumaczyła, że kobieta zawsze powinna zachowywać się jak na damę przystało: nie powinna być w stosunku do Aveliny otwarcie wroga. Nie powinna była mówić tych wszystkich rzeczy, które powiedziała; nie w twarz, nie pod wpływem emocji, które zaślepiały jej osąd. Lorraine żałowała swojej porywczości. Wstydziła się wulgarności, z jaką odnosiła się wcześniej do dziewczyny. Obiecała sobie, że już nigdy nie zachowa się w taki sposób. Tutaj nie chodziło już nawet o Avelinę, tylko o... O coś więcej. Nie przeszkadzało jej bycie zwyczajnie wredną, ale już głupią - owszem. Może właśnie przez ten nagły przypływ emocji zamachnęła się na Augustusa tą doniczką, jakby od tego jednego rzutu zależała jej osobista duma; bo, szczerze mówiąc, była zaskoczona, że w ogóle udało jej się wycelować z rzutem w dobrą stronę. Znów, czy to było mądre posunięcie? Nie. Ale na pewno solidarne. Dobrze, że zdążył zasłonić się barierą ochronną, bo jeszcze źle by się to wszystko skończyło. - Dwie na jednego? – Lorraine przewróciła tylko oczami, widząc dramatyczną postawę bojową Augustusa, który trzymał już swoją różdżkę w pogotowiu, jak gdyby oczekiwał, że Malfoy zamierza rzucić urokiem w jego kierunku. Ale ona była zbyt tchórzliwa, by zaczynać magiczne bójki z kimkolwiek, a zwłaszcza z o wiele starszym chłopakiem i to takim, co na pewno uważał na lekcjach zaklęć i pojedynków. – Nie, dzięki, Rookwood – nie pochlebiaj sobie fantazjami o jakichś chorych trójkątach – ta doniczka to nie był atak na twoją prefekciarską godność, po prostu straszna ze mnie niezdara – wyjaśniła słodko, próbując zażegnać konflikt. Chciała brzmieć grzecznie, naprawdę; trudno jej to jednak przychodziło, kiedy całą sobą miała ochotę mu wygarnąć: możesz policzyć mi za tę doniczkę, jakby kiedyś doszło do tej inwentaryzacji, biorę to na siebie, ale przecież nie mogła, i to nie tyle dlatego, że była winna, ale dlatego, że gdyby ktoś jej za to rzeczywiście policzył, to pewnie by się nie wypłaciła do końca roku szkolnego. Co za życie. – Daj spokój – mruknęła miękko do Aveliny. Nawet teraz, kiedy Paxton otwarcie rzuciła, że przygotowuje eliksir dla kogoś, ewidentnie potwierdzając tym samym obawy Malfoy o istnieniu konkurencji na hogwarckim czarnym rynku, dziewczyna czuła, że ulatuje z niej wcześniejsza złość. Lorraine czuła już tylko zmęczenie i frustrację, i wiedziała, że jutrzejszy dzień będzie bardzo długi, i bardzo ciężki po tej nieprzespanej nocy. RE: [luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Augustus Rookwood - 31.12.2023 Nie tylko uważałem na lekcjach zaklęć i pojedynków, ale wręcz miałem na ich punkcie niemałą obsesję. Przynależałem do szkolnego klubu pojedynkowego, znałem na pamięć historie o najwybitniejszych pojedynkowiczach oraz skrupulatnie brałem do siebie wszelkie strategie pojedynkowe, bo stanie naprzeciw przeciwnika i pojedynek z nim, to nie było tylko rzucanie zaklęć. To była gra pozorów i otwartych ksiąg - w zależności od tego, kto się z tobą pojedynkował, a w tej chwili za przeciwniczki miałem dwie niewymagające, młodsze uczennice, lebiegi w zakresie rzucania zaklęć, więc jasnym było skąd ta gotowość i pewność siebie się we mnie brała. Ze zdecydowanej możliwości wygranej. - Jesteś kretynką, Malfoy. Żaden chłopak by cię nie tknął, a tym bardziej ja. Do pięt mi nie dorastasz i widzę, że jesteś tego świadoma - zauważyłem i musiałem stwierdzić, że to chyba pierwszy rozważny krok z jej strony, jaki udało mi się zaobserwować w zachowaniu Lorraine. Z reguły wszystkim działała na nerwy, a mi - jako prefektowi - tym bardziej. Zależało nam na renomie, a jej nie zależało na niczym - takie miałem przeświadczenie. - Niemniej doceniam, że nie zamierzasz się bardziej pogrążać - rzuciłem do niej nieco głośniej, bo nie wiem, czy mnie dobrze słyszała, czy tylko udawała, że słyszy i rozumie. Kto tam ją wiedział...? Gorzej było z Aveliną, bo swoimi słowami podchodziła pod szantaż, a jednak miała mnie czym szantażować. Nie mogłem też się okłamywać, że po jej eliksirach żyło mi się lepiej, lżej zdecydowanie. Nie zamierzałem sobie odbierać tych dostaw, więc musiałem dobrze rozegrać ten pojedynek... słowny. Wpatrywałem się w nią, zastanawiając się, jak ją udobruchać, żeby wcale nie wyglądało na udobruchanie. Nie zamierzałem się podkładać Malfoy. Była ostatnią osobą, której chciałbym powierzać jakiekolwiek swoje tajemnice, a układy ze smarkatą Krukonką do nich należały... W dodatku półkrwi smarkatą Krukonką. Moja reputacja mogłaby się znacznie pogorszyć, gdyby to wypłynęło, a Lorraine była Lorraine, a Avelina Aveliną. Kiepskie połącznie. Opuściłem nieco swoją rękę, w której trzymałem różdżkę, ale wciąż ze mną pozostawała, wciąż we względnej gotowości. - Ja jestem gotowy odpuścić, Paxton. Pytanie, czy ty odpuścisz - rzuciłem do niej niby wyzywająco, ale bardziej wyczekująco...? Nie wiem, czy to miało jakikolwiek sens, ale mieliśmy to do siebie, szczególnie Avelina miała to do siebie, że nie potrafiła mi odpuścić, więc co? Pogrąży mnie na oczach młodszej koleżanki? - Z reguły wolę negocjować, ale wiesz, że nie mam nic przeciwko prawdziwym potyczkom - dodałem, niby to grożąc, ale tak naprawdę podsuwając jej rozwiązanie całej tej niewygodnej sytuacji. A powinna to docenić, bo właśnie z niezadowoleniem przemilczałem pewne obraźliwe słowo ćwok, które to bardzo mi się nie podobało jako określenie mojej osoby. RE: [luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Avelina Paxton - 03.01.2024 Uważny wzrok Paxton był wbity w Rookwooda. Próbowała go prześwietlić, sprawić, aby poczuł się niepewnie, ale tę pewność traciła tylko ona. Nie wiedziała, czy Malfoy pójdzie za jej śladem i zagra, że są przyjaciółkami. Nie były i miała szczere wątpliwości, aby kiedykolwiek udało im się dogadać, ale świat bywał przewrotny i sama Ave nie mogła mieć pewności, że znajomość z Lorraine się kiedyś rozwinie w innym kierunku. – Rookwood! – syknęła na niego czując jak gniew w niej narasta. Jak mógł w ogóle takie rzeczy mówić. Wiedziała, że był już na tyle dorosły, aby myśleć kategoriami dewiacji seksualnych, ale Lorraine była tylko trzecioklasistką, a sama Ave kończyła w tym roku czwarty rok. Nie powinien nawet poniżać się w rozmowach aż w taki sposób. – Miejże trochę godności człowieku! – warknęła i podeszła do niego wbijając mu palec w klatkę piersiową. – Zamknij się już, daj ten szlaban i stąd wypierdalamy – rzadko używała przekleństw, rzadko tez ponosiła się emocjom, a dzisiaj była już kompletnie zmęczona. – Odpuść już. Przyłapałeś nas na tym, że jesteśmy poza dormitorium po ciszy nocnej, nie przyłapałeś nas na kradzieży i nie wolno ci sprawdzać naszych rzeczy, a chyba nie chcesz w to angażować niepotrzebnie nauczycieli, prawda? – jej ciemne oczy wbiły się w niego niczym szpilki, a dłonie zaciskała tak mocno w pięści, że czuła ból od wbitych paznokci w skórę. Miała nadzieję, że sugestia była odpowiednio nasączona przestrogą. Mogła go pogrążyć, a chyba tego nie chciał na sam koniec roku, prawda? Miękki głos Lorraine sprawił, że jej spięte ramiona delikatnie się rozluźniły, a ona sama odsunęła się od prefekta i zerknęła na blondynkę. Może i mogła ją polubić? Nie, Avelina nie działała na czarnym rynku, nie dostawała nawet wynagrodzenia za eliksiry dla Rookwooda. Robiła to bardziej dla swojej satysfakcji ucierając mu nosa z powodu tego, że była od niego w czymś lepsza, że mylił się co do niej te dwa lata temu. Machnęła ręką do Lorraine, aby ta poszła z nią i minęła Rookwooda szerokim łukiem. – Odezwiemy się do ciebie jutro jak przemyślisz sprawę z karą dla nas, a teraz idziemy grzecznie spać panie wielki Prefekt – mruknęła i jeśli Malfoy do niej dołączyła ujęła ją niepewnie pod ramie jakby chciała jeszcze bardziej dopiec Augustusowi. Działał na nią niemożliwie dziwnie. Nigdy nie była aż tak pewna siebie, zwykle nie mówiła aż tak dużo, a tu taka niespodzianka. Kłóciła się z nim, groziła mu i czuła nieodpowiednie podniecenie, gdy widziała w jego oczach obawę przed jej słowami. Oboje byli od siebie zależni w takich sytuacjach. RE: [luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Lorraine Malfoy - 26.02.2024 - Kretynka, której boisz się tak, że nie masz psychy podejść bez różdżki - powiedziała Lorraine z mściwą satysfakcją w głosie, bezczelnie wchodząc Augustusowi w słowo... Ale nie mogła długo nacieszyć się swoją ripostą, bo ta nie sprawiła bynajmniej, że Rookwood zamknął buzię: chłopak ciągnął dalej swój wywód, prowokując ją najpierw do poirytowanego przewrócenia oczami, a potem - do wykrzywienia twarzy w wyrazie absolutnego obrzydzenia i cichego "fuuuuuuuuuj", kiedy zasugerował, że mógłby ją dotknąć. Lorraine wiedziała, że nastoletni chłopcy potrafią być obleśni - w końcu zmuszona była obcować z nimi trochę częściej, aniżeli tego chciała, bo to oni stanowili lwią część jej klienteli (zwłaszcza, kiedy rozchodziło się o handel substancjami wyskokowymi), i choć zdążyła się już przyzwyczaić do ich głupawych żartów - czasem miała jednak serdecznie dosyć płci przeciwnej. A już w ogóle, gdyby Malfoy wiedziała, że kogucia pewność siebie Augusta wynika z tego, że uważał się za silniejszego od niej i od Paxton - że czuje się dumny z tego, że triumfowałby nad smarkatymi dziewczynkami w pojedynkowym starciu - zapewne wyśmiałaby go, rozbawiona tym, jak absurdalnie przedstawiała się cała ta sytuacja... Tak się puszył z wyimaginowanej wygranej z kimś, kto mu "nie dorastał do pięt"? Widać był tym typem człowieka, który na chochliki kornwalijskie wyprawia się z armatą, zapominając, że te prędzej niż zaczną gryźć ziemię, pogryzą go w dupę. Lorraine nie była dziewczyną imponującej postury, dopiero niedawno zaczęło jej przybywać centymetrów wzwyż, ale i tak pozostawała nieco wyższa od filigranowej wręcz Aveliny, która nie mogła mieć dużo więcej ponad półtora metra. Kiedy jednak starsza uczennica zbliżyła się do prefekta, i, bez ani krztyny strachu w pociemniałych ze złości, brązowych oczach, zaczęła pastwić się nad ślizgonem - nagle zaskakująco otwartym na możliwość negocjacji, jak zauważyła mimochodem Lorraine - kiedy wbiła mu palec w klatkę piersiową gestem oskarżającym, pełnym wyrzutu, a zarazem pozbawionym lęku, wtedy - w słabym blasku świetlika rozpraszającego mrok cieplarni - drobna postać krukonki rzucała cień dłuższy niż najwyższa z hogwarckich wież w słoneczny dzień. Lorrie nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek mogłaby stanąć bez strachu przed obliczem takiego wielkiego, głośnego chłopa, wciąż bowiem raczej mimowolnie kuliła się w sobie, kiedy dochodziło do takich bezpośrednich konfrontacji, skrywając jednak swoją wrażliwość pod maską złośliwości, zaś urażoną dumę - tuszując obojętnością. Malfoy, mimo tych wszystkich kpin z bojowej postawy Augustusa, mimo tych zrywów śmiałości i ślepej brawury, nie ufała mu bowiem ani trochę, i niepokoiło ją, co ten może odwalić z tą swoją różdżką. Zbyt nawykła była do scen przemocy w rodzinnym domu. Większość czasu robiła zatem dobrą minę do złej gry - tak, jak zwykła postępować w kontaktach z większością ludzi zamieszkujących zamek - matka zawsze powtarzała, że można pokonać znakomitą większość ludzi samą siłą umysłu, choć Lorraine nie pytała, czy Miranda ma na myśli starą maksymę, że "słowa to broń potężniejsza od pięści", czy może legilimencję, którą czasem sondowała głowę pijanego ojca, kiedy myślała, że córka nie widzi. Ulga rozlała się zdradzieckim ciepłem w piersi dziewczyny, kiedy Avelina dała wreszcie sygnał do odwrotu. Napięcie, do tej pory ciągle obecne w wątłych ramionach Lorraine, nieco zelżało, choć serce Malfoy zabiło szybciej, kiedy starsza koleżanka - tak, zostały koleżankami tej nocy, choć żadna z nich nie spodziewała się takiego obrotu spraw - ujęła ją pod ramię. Lorraine nie lubiła dotyku, bała się go, ale i zaczęła niedawno zdawać sobie sprawę, że łaknie jego walidacji i kojącej mocy. Ostrożnie splotła rękę z ręką Aveliny. Chciała wrócić do dormitorium. Czuła się zbyt zmęczona, by móc wykrzesać z siebie więcej inwektyw w stronę Rookwooda, zresztą, Paxton powiedziała wszystko, co należało w takiej sytuacji powiedzieć. Może gdyby Lorrie była nieco starsza, zwęszyłaby naiwniactwo Rookwooda, i zaczęła szukać dziury w całym - na przykład, jak podejrzanie błyszczały oczy Augustusa, gdy Avelina niecierpliwie odrzuciła ze złością włosy - ale arkana chłopięco-dziewczęcych podchodów były jej, póki co, obce. Wykrzesała z siebie blady uśmiech w stronę krukonki zaraz po tym, jak ostatni raz posłała chmurne spojrzenie obrażonej księżniczki w stronę Rookwooda. Może na szlabanie będą w stanie zrewanżować się panu prefektowi pięknym za nadobne? RE: [10 luty 1962] U pana Dumbledore'a w ogródku | Avelina, Lorraine i Augustus - Augustus Rookwood - 08.04.2024 Już chciałem jakoś odpowiedzieć na tę zuchwałość Aveliny, nawet otwierałem usta by przystąpić do kontrataku albo mrożącego krew w żyłach ostudzenia jej zapału jakimś srogim syknięciem, ale jej zachowanie, jej otwartość, bezpośredniość właściwie, a przede wszystkim jej palec wbijający się w moją pierś zadziałał niczym emocjonalny wyłącznik. Buta, brawura czy jakakolwiek oznaka wściekłości wyparowała. Wpatrywałem się w nią oniemiały, próbując pojąć swoim młodym umysłem, co też się działo. Kim była ta dziewczyna, która właśnie dyktowała mi warunki? Tak hardo, niezłomnie... Avelina. Łamało mi serce, że nie pozostało nam zbyt wiele czasu na ukradkowe spotkania. Łamało mi serce, że unikała tych spotkań, że stawały się coraz rzadsze. Nie potrafiłem tego tolerować, dlatego nie dałem jej dziś spokoju, chciałem się odegrać, wygrać coś, może bardziej ugrać, ale zamiast tego otrzymywałem Avelinę, za którą będę tęsknił jeszcze bardziej. Wpatrywałem się w jej oczy, próbując odgadnąć jej myśli, ale nic nie bylem w stanie wyczytać. Żadnych zaproszeń, żadnych wyzwań, żadnych sugestii... Czysta niechęć do mnie. I nie umknęło mi, rzecz jasna, że użyła przy tym rynsztokowego słownictwa. - Idźcie. Rozważę twoją propozycję, Paxton. Ten jeden raz, dziewczyny, bo przy następnym nie będę taki łaskawy - stwierdziłem beznamiętnie, ściskając różdżkę w swojej dłoni. Mogłem zrobić wszystko. Ukarać je w jakiś drobny sposób, bo by mi się upiekło, ale zamiast tego stałem nieruchomo, dumnie, niczym posąg i nawet nie mrugałem, w głowie mając przy tym gonitwę myśli. Zostawiły mnie samego w półmroku. Mogłem swobodnie przemyśleć cała zaistniałą sytuację, a przy okazji rozważyć prośbę Paxton. Nie zamierzałem tego uznawać za żądanie. Jeszcze tak mi na głowę nie weszła. Koniec sesji
|