![]() |
|
[sylwester 1967r] Talk Show Host - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [sylwester 1967r] Talk Show Host (/showthread.php?tid=1956) Strony:
1
2
|
RE: [sylwester 1967r] Talk Show Host - Laurent Prewett - 06.10.2023 Bądź kimś innym. Kiedy pragniesz zostać lepszą wersją siebie - czym się wtedy stajesz? Kim? Perfekcje nie istniały, było tylko snem mitomanów, którzy gubili się w rzeczywistości bardziej od marzycieli. Nie potrafili już przejrzeć przez całun życia i śmierci, które to pannice splotły go razem. Widzieli tylko obraz swojego świata wetknięty w sztywną ramę. To nie świat powinien być obrazem. Świat powinien być właśnie ramą. Ciągle zmieniającą się, deformującą, żeby się dostosować i dopasować. Czy wiesz..? Człowiek był stworzeniem, które przystosowywało się do perfekcji. To była największa z zalet ludzkości poza inteligencją, jaka została im dana. Nawet jeśli niekoniecznie wszyscy świecili przykładami mądrości, a ci mądrzy byli w sumie w mniejszości. Mógłbyś zostać kimś innym..? W nowym świecie - opuszczając dom, by założyć inny, własny. Żeby zadomowić się w jakimś zaciszu i żyć zupełnie inaczej, niż dotychczas. Zostawiając przeszłość za sobą - niech te mosty spłoną. Mimo wszystkich chęci i tej niezwykłej zdolności przystosowania się, człowiek miał niezwykłe skłonności do tego, żeby wracać na stare śmieci. Opętańcy, którym brakowało piątej klepki, poszukujący ciągle kontaktu z rodziną, która ich odtrąciła, bo przecież krew jest gęstsza od wody. Potem tylko pozostawały pytania dlaczego i co jeszcze łączy cię z tymi ludźmi. Echo więzi emocjonalnej? Wołanie krwi, które przechodziło przez serce, docierało do mózgu, więc jakoś musiało cię łączyć z ludźmi, których chyba nawet nie kochałeś? Albo kochałeś w jakiś pokrętny sposób, bo właśnie do tego zmuszały krwinki czerwone? Dla Laurenta nie miało teraz znaczenia, co było poza ścianami tej szklarni. Nie miało znaczenia, jakie chwilowo mieli obowiązki wobec swoich rodzin ani to, co robić powinni, a czego dopuszczać nie powinni się pod żadnym względem. To był Raj - a czy nie w Raju właśnie powstał Pierwszy Grzech? Jabłko mogło mieć bardzo wiele twarzy i kusić zawsze tak samo swoim zapachem. Jak Bellamy pachniał? Nie miał okazji tego poczuć pośród tych intensywnych woni kwiatów, którymi można było się upoić. A może pachniał właśnie jak róże? I przyjdzie mu zostawić kropelkę krwi na jego jasnej skórze? Delikatnej jak jedwab, przyciągającej jak ten srebrzysty puch za szklanymi ścianami? - Jesteśmy w raju, panie Dupont, do którego nie zagląda żadne wścibskie oko. W tej śmiałości nie ma grzechu. - Owszem, ta konwersacja się zmieniała i nabierała innego wyrazu, a Laurent cały czas sprawdzał, czy nie ulegnie ona złamaniu. Załamaniu. Czy nie będzie zdziwionego, albo obrzydzonego spojrzenia. Nie było. Zmieniało się to w nitkę, którą owijałeś na paluszek cały czas, powolutku i sumiennie, z lekkimi przerwami, żeby dostroić swoje kroki. Ale tutaj nawet nie było czego dostrajać. Wszystko toczyło się tak płynnie, tak gładko... Oczywiście, że to spotkanie wyglądałoby inaczej, gdyby byli na przyjęciu, wśród ludzi. Nie byłoby tak odważnych słów, Laurent co najwyżej powiedziałby parę pochlebstw, które trzymały się ram kultury, tylko tyle, albo aż tyle. Nie był wybitnym znawcą kwiatów i ziół, tak jak prawdziwi ogrodnicy czy zielarze. Były natomiast takie kwiaty, których nie dało się nie podziwiać - chociażby z daleka. Albo, ach, zasuszyć ich kwiat, by zatrzymać je na wieczność. Laurent najbardziej kochał to, co ulotne. To są prezentowało właśnie Epifyllum - Kwiat Jednej Nocy. Zakwitał, a wraz z nim zakwitało serce, ciesząc się do widoku, który należało pilnie zapisać w pamięci. Chwila bowiem przemijała - jak przemijał szybko czas tego kwiatu. Czy maki pasowały do Bella? Wyglądałby wśród nich zjawiskowo. Kontrastując swoją ciemnością z czerwienią, ale wpasowując się delikatnością ruchów. Mężczyzna wydawał się ważyć każdy gest, ale może to było tylko wrażenie. Może to wszystko było tak naprawdę przygotowaną przez niego sceną, a Laurent był tutaj ćmą zwabioną przez płomień ognia. - Więc zaszczycił mnie sam stwórca tego sakrum na ziemi. - Ciekawe... Więc Bellamy miał naprawdę dłoń do kwiatów. Dłoń, którą właśnie ujął jego rękę. Zgiął swoje palce, by musnąć jego skórę i uniósł ją, spoglądając na ozdobione biżuterią palce. - Chciałbym mieć tyle czasu, aby go trwonić... - Było to poruszająco smutne ciągle za czymś gonić, gnać, ciągle do czegoś dążyć, ciągle się starać, bo to, co masz i co jest teraz to było za mało. - Ale również dbam o kwiaty... - Uniósł jego dłoń jeszcze wyżej, spoglądając uważnie w niebieskie oczy. Czy dłoń cofnie? Zabierze ją? Wycofa się? Czy Bell sprawdzał samego siebie w tym momencie i tego, czego sam chciałby zaznać? Przylgnął policzkiem do jego dłoni, ocierając się lekko o jego miękką skórę. Kłamstwo? Nie. Choć czasem bardzo trudno było się odnaleźć, kiedy rzeczywistość ktoś zamieniał w bajkę. RE: [sylwester 1967r] Talk Show Host - Bell Dupont - 07.10.2023 Nie było nic gorszego od niemożliwości bycia sobą. I Bellamy doskonale o tym wiedział, bo sam nie mógł w pełni być sobą. Tylko że prawda była tak, że on sam nie miał pewności, kim tak właściwie był. Ciężko było dowiedzieć się o sobie prawdy, jeśli traciło się kontrolę i świadomość tego, co się działo i co robiło. Jego przypadłość była ciężka, otrzymanie jakiejkolwiek pomocy również nie należało do najłatwiejszych. Nie mówiąc o tym, jak kłopotliwe to było dla jego rodziny, która usilnie starała się zachowywać dobrą twarz. Z czasem problem stawał się poważniejszy i znacznie łatwiej było udawać, że tego problemu nie było, niż faktycznie się nim zająć. Dla rodziny było to znacznie lepszym wyjściem z sytuacji, a Bellamy po prostu musiał ulec, bo i jemu wydawało się, że tak było najlepiej. Niestety, szybko uzmysłowił sobie, że rozwiązanie, na jakie wpadli jego rodzice, nie należało do najlepszych. Początkowo był zły, że jego rodzina zdecydowała się na wysłanie go do Londynu. Uważał, że było to dla nich najwygodniejsze i nikt nie przejmował się tym, jak odbije się to na nim. Początkowo, jak można się domyślać, nie było łatwo. Bellamy nie był w stanie odnaleźć się w nowym mieście i kraju. W Londynie był zupełnie inny świat, było tu głośno i tłoczno, co stanowiło wyraźny kontrast do przestronnego i spokojnego podparyskiego dworku Dupontów, do którego był już przyzwyczajony. Na szczęście w Londynie odnalazł swoje miejsce – sklep babki, który stanowił dla niego marną imitację rodzinnej szklarni i lawendowych pól. Doceniał jednak nawet to, bo dzięki temu mógł robić to, co lubił. Każdy kolejny rok spędzony w Londynie sprawiał, że przybliżał się do tego, co miał we Francji. Jego londyński ogród stawał się jego prywatnym oczkiem w głowie, oazą spokoju i przyjemnością. – Nie ma nic złego w grzechu – powiedział, uśmiechając się tajemniczo. Grzech był zresztą pojęciem, które nie powinno ich obowiązywać. Cóż oni czynili, co było złe w oczach jakiejkolwiek istoty wyższej? Zresztą… Bellamy nie wierzył w nic poza sobą. Nie oddawał czci niczemu, a jedynie swojemu ciału, o które dbał, bo przecież miał tylko jedno. Wszelkie czynności, które mogli teraz zrobić, jedynie w oczach społeczności mogły być grzeszne i tylko dlatego, że ludzie chcieli je takimi widzieć. – Niestety tylko współtwórca – poprawił go, bo o ile traktował to miejsce jako swoje największe dzieło, to nie miał sumienia przypisywać sobie całości tego wyczynu. Szklarnię wybudował bowiem ojciec Bella, a pracował w niej on wspólnie z matką. To właśnie dzięki nim miejsce to prezentowało się tak pięknie, chociaż obecnie Bellamy już mniej uczestniczy w utrzymywaniu szklarni we względnym porządku. Chociaż smuciła go świadomość swojej nieobecności tutaj, to cieszył się z każdych odwiedzin i z faktu, że miejsce to cały czas wspaniale się prezentowało. – A co cię powstrzymuje? – dociekał. Może był w tym momencie zbyt wścibski, niemniej jednak interesowało go to, czym zajmuje się jego rozmówca. Nie wiedział, skąd wzięła się ta nagła ciekawość, ale nie przeszkadzało mu to. Laurent jakoś dziwnie na niego działał, co w pewnym sensie strasznie go intrygowało, ale też przerażało, bo nie był przekonany, co było powodem. Zastanawiał się również, do czego mógłby się posunąć. Oczekiwał więc tego, co może się wydarzyć. Nie cofnął swojej dłoni. Nie chciał wzbraniać się przed dotykiem, bo tego zawsze mu brakowało. Powinien korzystać z tej okazji i wiedział, że będzie żałować, jeśli tego nie zrobi. – Muszę przyznać, że żałuję, iż nie poznaliśmy się wcześniej – wyjawił, uśmiechając się lekko. Z pewnością ich znajomość byłaby ciekawa, chociaż zawieranie znajomości było dla Bellamy’ego niezwykle trudnym zadaniem. Coś mu jednak podpowiadało, że Laurent mógłby stać się wyjątkowo miłym kompanem do rozmów i spędzania czasu. Przyciągnął lekko jego dłoń i musnął jego nadgarstek ustami. Zrobił to lekko, prawie niewyczuwalnie, jednak był przekonany, że jego sygnał był dość jasny. RE: [sylwester 1967r] Talk Show Host - Laurent Prewett - 08.10.2023 Wierzył w Boga. Wierzył w Matkę. Wierzył w bożków i istoty, którym oddawano cześć na sabatach - bo jak w nie nie wierzyć? Przy cudach, jakie działy się wokół nich, przy magii, która przepływała przez ich żyły i osiadała na tym świecie tak jak kurz osiadał na meblach i tańczył zawsze w powietrzu, bo nie sposób było się go pozbyć. Tak i magii nie dało się wyplenić. A może dało? Może jednak świat miał jeszcze pokazać, że Los miał co innego dla nich wszystkich w planie? Jeśli więc ktoś mógłby na nich spoglądać, unosić swoje brwi w zdumieniu, albo krzywić się w zniesmaczeniu to tylko siły, które nie mogły przekazać tego sekretu dalej. Albo mogły..? W niesmacznych snach i wizjach, które były w stanie ogarnąć człowieka? To już by zakrawało na paranoję, od tej zaś obaj panowie byli bardzo dalecy. Czy więc nie było niczego złego w grzechu? Jeśli nie było w nim niczego złego - czemu zwał się grzechem? Ale nie było niczego złego w miłości. W zbliżeniu dwóch ciał, w przyciąganiu, przecież to nie mogło być złe, jeśli przynosiło tyle radości. Nie mogło, prawda? A jednak w oczach społeczeństwa - było. Tego samego, które tutaj nie istniało. Laurent uniósł różdżkę, by osłaniające ich szyby przyciemnić - pokryć szronem, śniegiem, by wszystkie sekrety tego miejsca naprawdę zostały ich sekretami. By to nie był grzech, a więc by nie było niczym złym. Cokolwiek by się nie stało. Cokolwiek by się nie działo. Takim sposobem we wnętrzu zrobiło się nieco ciemniej, ale i przytulniej przy zapalonych latarenkach rzucających półmrok na liście i kwiaty. Laurent prawie mógł usłyszeć miarowe bicie serca skrytego za ciemną koszulą Bellamyego. A może to jego, które przyśpieszyło w ten przyjemny sposób, w tym wyczekiwanym rytmie? Uśmiechał się z lekkim rozbawieniem i rozczuleniem jednocześnie na te słowa, w odpowiedzi na uśmiech mężczyzny. To wydawało się takie proste, kiedy wysuwało się z jego gardła. Blondyn nie zamierzał burzyć tej prostoty. - Mam pomysł, kto mógłby mnie powstrzymać. - I potrzymać również. Laurent wyciągnął drugą rękę do Bella i przesunął palcami po linii jego szczęki, by oprzeć ją na jego szyi, zsunąć tymi palcami nieco w dół, za jego kołnierz. To specyficzne uczucie nie malało - tylko bardziej narastało. Otumaniało o wiele lepiej i skuteczniej niż alkohol. Bo skoro ciągle nie było wycofania od Duponta, skoro każdy gest mężczyzny zdawał się otarty na jego gesty, dopasowywać do jego dotyku to apetyt nie malał. Tylko rósł. W oczekiwaniu na to, żeby zakosztować, jak smakuje ten współtwórca Raju. - Przeszłość to historia, mój drogi. Jutro to tajemnica. A dziś... dziś to dar. - Odparł na jego słowa o tym, że żałuje braku wcześniejszego poznania. Nie było czego żałować. Historię zostawiali za plecami, a to, że mogli się poznać dzisiejszej nocy było darem. Mogli go pielęgnować w każdym następnym dniu, tygodniu i miesiącu, albo pozwolić odejść do historii wypełnionej tym smakiem. Kwiat Jednej Nocy. Bo Laurent na pewno zamierzał sięgnąć do Francuza, który osiadł w Londynie aby go poznać i jednocześnie zostać poznanym. Wrażenie o tym, że to byłaby naprawdę miła znajomość było obopólne. Dreszcz przeszył jego ciało od tego muśnięcia, ledwo wyczuwalnego. Sama obserwacja tego ruchu, kiedy powoli unosił jego nadgarstek, kiedy pochylił swoją piękną, marmurową twarz. Do niego. Dla niego. Och, Bellamy... Nagle całe myślenie o winach i przewinach umknęło i Bell wydawał się najbardziej niewinną i subtelną istotą tego świata. Gwiazdka migocząca na granacie firmamentu, którą możesz ująć w dłonie. Byleś to robił tak delikatnie, aby jej nie uszkodzić. Laurent oparł się pośladkami o szafkę za sobą, przyciągając dłońmi mężczyznę do siebie, żeby złożyć pocałunek na jego wargach, na jego policzkach, na jego szyi, żeby przesunąć dłońmi po jego ciele, gdy temperatura rosła i można było zapomnieć o tym Bożym świecie. Zapomnieć o tym, że za szybami trwała zima i kąsał mróz. Raj skrywał w końcu wiele grzechów. Koniec sesji
|