Secrets of London
1969 / Make peace with your broken pieces - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: 1969 / Make peace with your broken pieces (/showthread.php?tid=2015)

Strony: 1 2 3


RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Edge - 19.10.2023

Z każdą kolejną sekundą, jaka mijała, ten uścisk na przedramionach Alexandra stawał się coraz lżejszy, ale Flynn nie zabrał swoich rąk. Widział w jego oczach, że znowu zrobił jakieś niewytłumaczalne dziwactwo, więc nawet nie próbował podejmować się wyjaśnienia, dlaczego w ogóle pozwolił sobie na taki odruch. Zwłaszcza, że wcale nie był człowiekiem pod tym kątem skrzywdzonym - wręcz przeciwnie, prędzej on krzywdził innych i to chyba był właśnie problem - bo kiedy to byli inni, to się wcale tak nie wahał, ale to był Alexander właśnie.

- Że... - że chciałem coś powiedzieć, ale mi głos ugrzązł w gardle, bo jesteś obok... - nic - dodał po kolejnej, długiej dawce ciszy.

Ale na drugie pytanie nie mógł nie odpowiedzieć, bo to zmieniało absolutnie wszystko. Gdyby się go bał, to drugi Bell by się nie zdecydował na podjęcie dalszych kroków. No, tylko co z tego? To nie było przecież takie proste, że jak się czegoś chciało, to się o tym mówiło, a przynajmniej nie w jego przypadku. Może gdyby nie był taki diabelnie niezręczny, wszystko mogłoby odbyć się bez słów, ale na to było już za późno o kilka załamań nerwowych, które przeżył tam na podłodze.

- To nie jest tak, Al - odezwał się wreszcie, ale nawet on wiedział, że to nie było w nawet najmniejszym stopniu wystarczające. Jeżeli się kogoś chciało, to musiał się odzywać, musiał to z siebie wydusić choćby na siłę. Byłoby tak łatwo po prostu go teraz pocałować, odwrócić jego uwagę od tego wszystkiego, co powiedział, od tych wszystkich strzępków myśli porozrzucanych tu i ówdzie. Flynn czuł jednak, że to byłby już kompletny szczyt jego tchórzostwa - nie zrobić tego to jedno, ale nawet nie spróbować, nie podjąć tego wysiłku. Jak mógł tutaj wrócić. Nie dał mu niczego w zamian za te wszystkie lata, a teraz jeszcze wzbraniał się przed tym, żeby tak po prostu dać mu siebie.

Splótł palce swojej lewej ręki z jego prawą, przysunął się bliżej. Kiedy ich ciała przylegały do siebie ściśle, ułożył swój podbródek na jego barku i ponownie zniżył głos do szeptu. To był ten sam ton, którego używał w dzieciństwie, ale nie brzmiał podobnie, z tego piskliwego głosiku pozostało niewiele.

- Nie boję się ciebie. Boję się tego, jakie to wszystko jest ostateczne. Tego, że jak się do czegoś przyznam, to już nigdy nie będę żył w świecie, w którym się nie przyznałem. Tego, że jak cię pocałuję, to już nigdy nie będę żył w świecie, w którym tego nie zrobiłem. Już nigdy tego nie cofnę i... - głośno przełknął ślinę - nawet jeżeli kiedyś nie będziesz mnie takim chciał, takim zwyczajnie popsutym, to nigdy nie wrócimy do tego co było wcześniej.




RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Overseer - 20.10.2023

No tak. To nic nie znaczyło, a potem mogliśmy się zastanawiać, dlaczego większość ludzi uważała cyrkowców za dziwaków. A potemu, gdyż po prostu dziwakami byliśmy, a Flynn potwierdzał tę regułę jak mało kto. Był mistrzem dziwactwa, ale miało to swoje uroki. Przynajmniej niewiele się zmienił przez te lata i po prostu musiałem się na nowo nauczyć jego alfabetu i słownika. Tak też, zanotowałem w głowie, że jęknięcia rzekomo nic nie znaczyły. Rzekomo, bo dla niego to tak naprawdę pewnie był ciąg rozmyślań i przewidywanych zdarzeń.
Flynn dużo milczał. Od zawsze tak miał, że dużo milczał. W tych momentach pomiędzy wypowiadaniem pełnych zdań czy słów a pojedynczymi sylabami... Ja wiedziałem, że tam musiało się coś kryć, coś, czego nie chciał z siebie wyrzucić, bo przecież nie mógł siedzieć jak ten debil czy też leżeć, tam w środku, w sobie mieć totalną ciszę i pustkę, a potem z dupy mówić ngk. Unikał tematu, więc pozostawał zamkniętą księgą. Nie byłem pewien, czy powinienem ją otwierać, czy właśnie tego ode mnie oczekiwał, czy raczej sam zamierzał ją powoli otwierać, a może po prostu pozostawić totalnie zamkniętą na innych... Tylko że wtedy pewnie pozostałby na podłodze i w dupie miał mnie, jakieś rozmowy, a przecież patrzył mi w oczy, utrzymywał kontakt i błądził gdzieś tam po swoim umyśle. Flynn, ty kurwiu mały.
Każdy kontakt - nawet ten milczący, w ramach prostych bądź skomplikowanych gestów - był jakimś takim zagadkowym zlepkiem, który zapewne z opóźnieniem miał mi komunikować prawdę, która się za nim kryła, albo nie mówić nic, pozostawiając mnie w niedopowiedzeniach. Mimo to, tej ciszy i skrajnego zachowania, zastygłem w bezruchu, czując jego dłoń splecioną z moją własną. Ba!, wstrzymałem oddech w niepewności, w końcu pękając i chwytając nadmiary powietrza, bo Flynn, ten właśnie Flynn, za którym tak tęskniłem, był teraz tak blisko mnie, że czułem jego zapach.
Flynn się bał, unikał spojrzenia. I mówił. Na drobną chwilę się otworzył, przez co zamknąłem oczy, wsłuchany w jego głos. Nawet objąłem go odruchowo wolną ręką by czuł wsparcie, że nie był z tymi myślami sam. Nie wiem, co o tym wszystkim myślałem, ale cholernie się wzruszyłem, bo to było coś, co sam bym mógł powiedzieć, ale może ujmując to nieco inaczej, z innej perspektywy. Bardziej tęskniłem za tym, co było, za tym, co już nie powróci. Ale... przecież mogło coś przyjść.
Wyplątałem dłoń z jego dłoni i przytuliłem go mocno, na misia. Może właśnie tego potrzebował? Ja z pewnością tego potrzebowałem. Wszyscy tu potrzebowaliśmy wsparcia, bo demony przeszłości ciągnęły się za każdą sierotą, niezależnie od tego, co w życiu zrobiła. A to był jeszcze Flynn, mruk-zawadiaka, dzikus, kurwikleszcz i mój przyjaciel od zawsze... i na zawsze?
Nie zmuszałem go by na mnie spojrzał. Mogłoby to być dla niego kłopotliwe, peszące, powodujące chęć ucieczki, więc tak wtulony postanowiłem powiedzieć swoje. Może mądrości całego świata nie zjadłem, ale...
- Niezależnie od tego, co zrobisz, a czego nie zrobisz, to będzie ostateczne. Wyobraź sobie, że jak się do czegoś nie przyznasz, to nigdy nie będziesz żył w świecie, w którym się do tego przyznałeś. Jeśli, cóż, mnie nie pocałujesz, to już nigdy nie zaznasz świata, w którym to zrobisz. Tego też nigdy nie cofniesz, rozumiesz? - zapytałem, choć nie oczekiwałem odpowiedzi. Przełknąłem ślinę, zastanawiając się, czy aby nie zrobię w jego głowie jeszcze większej czarnej dziury. - Nie możesz żyć nadzieją, że brak działania nic nie zmieni, bo kiedy ty będziesz stał w miejscu, reszta będzie szła do przodu, się zmieniała, przeobrażała, a ty zostaniesz z tyłu sam. Też tęsknię za tym, co było. Bardzo tęsknię za nami, bo byliśmy super kolesiowskim duetem... i to byłoby spełnienie moich marzeń, gdybyś został i gdyby między nami znowu było super, a może nawet lepiej, ale... jeśli będziesz wycofany, jeśli będziesz uciekał przede mną i resztą cyrku, bał się działania albo chociażby nie chciał tu być, to... nic z tego nie będzie - odparłem, te ostatnie słowa właściwie szepcząc, bo nie chciałem ich wypowiadać głośno by się przypadkiem nie spełniły. Nie chciałem by się spełniały.
Wplotłem palce jednej w rąk we włosy Flynna. Taka burza ciemnych loków, nieładu, kosmosu. Wziąłem głęboki wdech, czując go całym sobą i marzyłem o lepszych nas.

@The Edge


RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Edge - 22.10.2023

Flynn był człowiekiem skomplikowanym jeżeli chodziło o słowa, ale stawał się otwartą książką jeżeli chodziło o dotyk. Skorzystał z tego, że Alexander objął go ręką bardzo szybko - on się już wcale do niego nie przybliżał, on na niego napierał, sklejając ich jak największą powierzchnią ciała. Człowiek, który chciałby w tym dostrzec dotyk przyjacielski lub braterski, musiałby żyć bardzo głęboką ułudą - to był dotyk zwyczajnie pożądliwy, tylko przygaszony mocno dużą dozą niepewności. Wysłuchał całej tej odpowiedzi w ciszy, gładząc go przy tym ręką po ciele, ale widać po nim było, że średnio to do niego trafia. Mógłby jak normalny człowiek odpowiedzieć, ale nie był normalny i wolał to wszystko puścić mimo uszu zamiast się wdawać w liryczną przepychankę na temat tego co było lepszym rozwiązaniem - cierpieć bo się coś zrobiło, czy cierpieć bo się nie zrobiło nic. Flynn nie widział różnicy, ale z doświadczenia wiedział, że bycie biernym było po prostu łatwiejsze. Kiedy kobiety tak zawzięcie walczyły o swoje prawa i równość, on całkiem silnie walczył o swoją degradację - naprawdę lubił, kiedy ktoś inny za niego decydował i nadawał mu jakiś sens. Tam sam z siebie... To trochę nie istniał. Jakby go nie było, tylko tak sobie egzystował bez celu. Potrzebował oczu, które na niego patrzyły. Ust, które mu mówiły, że miał nie zostawać w tyle za wszystkimi.

Wtulił się w tego misia, bok głowy oparł o jego klatkę piersiową, rękę nie obejmującą go wokół, bezczelnie położył mu na udzie.

- Al, ja już nie jestem tym dzieckiem. Prawie nic z tego ducha we mnie nie zostało.

On siebie już w lustrze nie poznawał. Może jakieś skrawki, strzępki dzieciństwa którego w gruncie rzeczy nie miał, nawet to wieczne milczenie miało swoje nowe powody istnienia, inny obraz. Ta gula w gardle blokująca wysłowienie się bolała i smakowała inaczej niż trzynaście lat temu. Prawie nic z tego dziecka w nim nie zostało, ale to w pewnym sensie przecież dobrze, bo to dziecko wcale nie było tutaj szczęśliwe, skoro uciekło od niego i tyle czasu nie chciało wracać, gdyby się nie rozdzielili na tyle i nie dorośli osobno, to... wcale nie mieli gwarancji tego, że wszystko potoczyłoby się dobrze.

- Nie będę ci już nigdy tym kim byłem wcześniej. To wy mnie chcieliście wychować na druha i kompana, ja samego siebie wychowałem na szmatę do podłogi.

Nie zaśmiał się, kiedy to próbował z siebie wydukać, bo to wcale nie był żart - dla niego to było całkiem trafne porównanie. Może nawet powinien wrócić na tę podłogę i się temu oddać już zupełnie, to by chociaż częściowo odpokutował te wszystkie winy co mu ciążyły na sercu, ale on się przecież nie zmienił w dobrego człowieka tylko w zepsutego. I ten zepsuty człowiek jakim się stał na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zabrnął w to już tak daleko, że teraz by po prostu nie zniósł, gdyby Alexander go zechciał od siebie jednak odepchnąć - zadarł głowę do góry, żeby mu skraść pierwszy w ich życiu pocałunek, ledwie sekundy po tym, jak się w rozmowie sprowadził do roli przedmiotu.

- Nie cofnę tego, ale bycia najgorszym ścierwem też nie cofnę. Polubisz mnie takiego?




RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Overseer - 23.10.2023

Niejednokrotnie marzyłem o tym, czy to za dnia w trakcie pracy, czy to w nocy, nie mogąc zasnąć, że Flynn był ze mną, że mi pomagał albo dokuczał, albo nie robił nic, ale po prostu był. I to jakby się już spełniało, bo faktycznie tu był, i teraz ja oraz cyrk mieliśmy być pełniejsi, bardziej na miejscu, bardziej swoi. Cichy szept moich słów o tym, że nic z tego nie będzie obijał się z tyłu mojej głowy, powodując niepewności w moim sercu, ale nie chciałem pozwolić im wygrać, szczególnie że on tu serio był i miałem okazję czuć go całym sobą. Tak blisko.
Może w to tak do końca nie wierzyłem? A zdawało się to być takim naturalnym, takim normalnym, choć przecież kompletnie takim nie było. Osiem bitych dni nie odzywaliśmy się do siebie by teraz przerwać to milczenie i się do siebie zbliżyć. Może o tym śniłem? Albo marzyłem? Bałem się i jednocześnie czułem ulgę, że był tu przy mnie, ze mną, tak blisko. Dotykałem go, a on dotykał mnie. Podobało mi się to, te powolne ruchy jego palców na moich plecach sprawiały, że czułem się spokojniejszy, że ten strach zanikał, jakby były słodką obietnicą świetlanej przyszłości, misternym zaklęciem, że wszystko skończy się szczęśliwie, z happy endem. Czułem, że teraz wszystko się zmieni, że będziemy druhami na dobre i na złe, że wszelkie koszmary się skończą i nie będę już podwójną sierotą.
Tylko nie potrafiłem zrozumieć... Flynn wysyłał mi sprzeczne sygnały, z jednej strony pragnąc bliskości, a z drugiej poniżając siebie ile wlezie. Był super facetem, sporo przeszedł, ale to tak jak każdy z nas. To nie oznaczało, że był gorszy, że nie zasługiwał na szczęście. Czy on próbował mnie tym odtrącić? A właściwie sprowokować mnie, bym to ja zrobił ten krok? I potraktował go jak tę szmatę do podłogi, za którą się uważał?
Ale czy szmata do podłogi byłaby tak blisko mnie, przytulałaby się do mnie i całowała mnie w ten sposób? Czy w ogóle by mnie całowała? Czy ja całowałbym ją? I przytulał do siebie, dając jej schronienie przed tym wszystkim, co na zewnątrz i być może częściowo wewnątrz?
Na drobną chwilę wszystko zniknęło, pustka zawitała do mojego umysłu by zaraz wybuchnąć całą paletą myśli. Nie sądziłem, że Flynn mnie pocałuje. Myślałem, że się wycofa ze swoimi planami czy co to tam było. Byłem pewien, że będzie unikał tego, co może się zmienić, a czego nie chciał... Sam już nie wiedziałem, ale uśmiechałem się, kiedy nasze wargi dopadł na powrót chłód powietrza. A to coś znaczyło, wiedziałem, co znaczyło, ale chyba się bałem, nie byłem pewien i... Ty kurwikleszczu.
Patrzyłem mu w oczy, te biedne błyszczące oczy. Zapierały mi dech, czego się nie spodziewałem, tego wszystkiego, nie tak to sobie wyobrażałem, ale z tym było mi jakoś lżej, może nawet lepiej niż mógłbym sobie wymarzyć.
- Polubię cię każdego - odparłem ze ściśniętym gardłem, chcąc go bardziej zapytać o to, czy już mnie nigdy więcej nie zostawi, ale nie mogłem go o to pytać. Nie mogłem zabierać mu wyboru, wolności. Nie zniósłbym tego. - Cieszę się, że tu jesteś. Ale też się zmieniłem i obawiam się, że będę teraz tym, który będzie cię gonił do roboty - stwierdziłem z uśmiechem, o wiele szczerszym i szerszym. Zagryzłem wargę, myśląc o tym pocałunku, o jego ręce na moim udzie, o jego głowie na mojej piersi.
- Chodź tu szmato - powiedziałem zaczepnie, łapiąc go gwałtownie dłonią za podbródek, lekko ścisnąłem, ale tylko dlatego by ponownie go pocałować. Już nie tak niewinnie. Nasza niewinność zniknęła paręnaście, nawet więcej lat temu.

@The Edge


RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Edge - 24.10.2023

Nie uwierzył mu. Bo w to się nie dało uwierzyć. Mógł go polubić, kiedy byli tylko porzuconymi przez rodziców chłopaczkami, a Flynn milczał jak grób, nie potrafiąc się przed nikim otworzyć. Mógł go polubić teraz. Niby się do czegoś tam przyznał, ale najbardziej pikantne detale zachował dla siebie. Szmata. Proste słowo, generowało wiele gorzkich skojarzeń, ale wcale nie te obnażające go w byciu potworem. Te zaczerwienione oczka nie należały do kogoś niewinnego, kogo zniszczył świat, nawet jeżeli z miłości bardzo chciało się nagiąć rzeczywistość na jego korzyść.

- Nauczyłem się wielu nowych rzeczy.

Mógł być zaganiany do nowych robót. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, jakoby nabyte umiejętności czyniły go cennym artystą. Noże, którymi zranił w swoim życiu tak dużo osób, że bał się takie przypadki policzyć, mogły stać się nowym, wspaniałym elementem przedstawienia. Dłonie, które potrafiły utrzymać czyjąś głowę pod wodą tak długo, że oponent przestawał się ruszać, były w stanie utrzymać w górze jedną z akrobatek na tyle, na ile tylko potrzebowała do wykonania kolejnej sztuczki. Te szpargały, bez których nie tylko czuł się nagi, ale i bez których nie mógł zasnąć - żyletki, żyłki, łańcuch, kłódki - elementy pułapek, dzięki którym mógł stać się tym, kim się stał - staną się największym hitem przedstawienia. Jego ofiary będą oglądały te występy z piekła i dławiły się z goryczy, widząc, jak The Edge wyswobadza się z nich na oczach tłumów. Gdyby tylko mieli szansę przyjść wcześniej na taki występ, to nie daliby się tak zaskoczyć...

Chciał mu o tym opowiedzieć. O tym, co tam robił dla złych ludzi w Londynie, ale jak to wszystko odkopać podczas jednej nocy? I jak się zmusić do przerwania takiego pocałunku, żeby się dalej besztać? Ta potrzeba rozmyła się dokładnie w tym momencie, w którym ich usta połączyły się drugi raz. A kiedy zrobiły to po raz trzeci, Flynn nie pamiętał już nic z tego, co chciał mu pleść, przecież to nie było nic ważnego. Mógł to zrobić jutro. Pojutrze. Albo jak go ktoś o to zapyta. Najlepiej nigdy. Nie miał na to czasu, kiedy był przez kogoś kochany.

Powinien mu to powiedzieć? Powinien wiele rzeczy. Powinien się pewnie od niego trzymać na dystans, żeby go nie zepsuć, nawet mu się to udało na krótki moment, kiedy pchnął go na tę wymiętą pościel, ale bardzo szybko znów znaleźli się blisko. Powinien trzymać ręce przy sobie, bo to był człowiek po prostu dobry, a nie dobry mimo czegoś, ale on sam już taki dobry nie był i z każdym kolejnym stęknięciem coraz mniej go to obchodziło. Alexander mógł zasnąć tej nocy z Flynnem przyklejonym do swoich pleców, oddychającym ciężko, obejmującym go jeszcze przed chwilą rozedrganymi rękoma, rozgrzanym jak piec. Obudził się opatulony kołdrą, ale bez niego. Zimna pościel przesiąknęła jego zapachem, wokół panował zaduch, poza tym nic - nie było tu ani tego koca, pod którym spał na podłodze, ani jego ubrań, ani jego samego.

Nie, nie uciekł. Palił nad strumieniem, siedząc na ziemi, z dala od kogokolwiek. Ścieżkę do zguby musiała pokazać Alexandrowi jedna z ich sióstr, która zmarszczyła brwi kiedy tylko usłyszała imię Flynna, bo czemu niby Al szuka tej podłej mendy z samego rana. A on, widząc go nadchodzącego z oddali, jak gdyby nigdy nic uniósł dłoń z otwartą paczką do góry, częstując go ostatnim papierosem.




RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Overseer - 28.10.2023

Obudziłem się wczesnym rankiem, zbyt wczesnym by racjonalnie myśleć. Było mi zimno, więc okryłem się szczelnie kołdrą. Właściwie zakryłem nią całą głowę, chcąc kompletnie pod nią zniknąć, i właśnie wtedy poczułem ten zapach, taki inny, ożywczy w mojej pościeli. Zaciągnąłem się nim głęboko i, cóż, przebudziłem się na momencie, rozumiejąc, czemu spałem bez koszulki. Zły pomysł. Dobry pomysł. Cóż, można było rozważniej.
Dobre, bo wspominałem to uczucie, które mnie przeszyło intensywnie, prawdziwie, energicznie, kiedy Flynn pchnął mnie na łóżko. Momentalnie znaleźliśmy się wzajemnie w naszych objęciach... I wciąż w nich pozostawałem, kiedy zasypiałem. Pamiętałem jak mnie obejmował, wtulony w moje plecy, a mi się wtedy tak lekko oddychało. Emocje opadały, zanurzenie coraz sprawniej wkradało się pod powieki i spałem. Do teraz. Jak zabity.
I może lepiej byłoby, gdybym pozostał zabitym, bo moją pierwszą myślą po przebudzeniu, po tym jak w pobliżu nie ujrzałem Flynna, kiedy nie było żadnej z jego rzeczy, nawet durnego koca na podłodze... Byłem pewien, że znowu to zrobił. Że uciekł i zostawił mnie samego. Ewidentnie wcale w niego nie wierzyłem, ale jakbym mógł, skoro sam mówił te rzeczy... i sam w siebie nie wierzył, nie sądził, że jest godny czegokolwiek, a jeszcze te jego słowa o o tym, że robił złe rzeczy.
Chciałem by wiedział, że jest, że jak najbardziej jest godny, więc ubrałem się czym prędzej i wybiegłem, mając nadzieję, że go jednak gdzieś znajdę w okolicy albo dogonię. Sam nie wiedziałem, co robiłem. Liczyłem na fart od losu, więc mi ulżyło, kiedy ktoś mi wskazał palcem drogę i kiedy faktycznie na jej końcu zobaczyłem, że tam siedział. Właściwie, to mi odrobinę ulżyło, ale tylko odrobinę. Przynajmniej nigdzie nie uciekł. Jeszcze nie uciekł.
Chwyciłem za ostatniego papierosa z paczki, ale jeszcze go nie zapalałem. Usiadłem obok Flynna i się zastanawiałem. Wahałem się, czy mogłem... Czy śmiałem może bardziej? Bardzo tego pragnąłem, ale ta walka moich myśli nie pozwalała mi rzucić słowem przed siebie, bo też miałem swój kodeks, taki właściwie jak całego cyrku, ale... Nie mogłem pozwolić sobą pomiatać i mącić sobie w głowie, ani czuć się gorszym, bo coś. Ani się bać. W sumie na niewiele słabości mogłem sobie aktualnie pozwalać.
Podniosłem spojrzenie na Flynna z tego papierosa chłodnego i nierozpalonego. Może zrobiłoby mi się lepiej, gdybym go w końcu zapalił, ale... Tak, Flynn doskonale mógł wywnioskować, że się wahałem, że walczyłem ze sobą, ale w końcu zamierzałem to z siebie wyrzucić. Niech mi walnie milczeniem w twarz albo czymś innym, ale przynajmniej będę wiedział, nie będę żył w niepewności.
- Potrzebuję, żebyś mi obiecał, Flynn... Przyrzeknij mi to, że nigdy więcej mnie nie zostawisz - poprosiłem, patrząc tak na niego i czekając z przeogromną nadzieją oraz z jeszcze większym strachem. Drżałem. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, że było mi aż tak cholernie zimno ze stresu. A też poranek nie należał do najprzyjemniejszych.

@The Edge


RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Edge - 28.10.2023

Pierwszą reakcją, kiedy tylko usiadł obok, było natrętne wręcz przysunięcie się do niego tak, żeby stykać się jak największą powierzchnią siebie. Chciał się nawet ułożyć na jego obojczyku, wtulić w tak znane mu już teraz ciało, ale... Coś było nie tak. Ciemne oczy Flynna badały go bardzo uważnie. Chłopak sunął wzrokiem to po tych drżących rękach, to po papierosie, to po jego twarzy i tym spojrzeniu pełnym strachu. Nie miał pojęcia, co zrobił, że wywołał w nim taką reakcję. Bo to był on? Czy coś, co go spotkało po drodze, może jakiś zły sen, cokolwiek?

Wszystko tylko nie on, błagał rzeczywistość w myślach.

Siedząc naprzeciwko tego strumienia, młodszy Bell myślał o swoim bracie, o tym zbliżeniu, przez które całą noc nie zmrużył powiek. Był cholernie zmęczony i niepewny jutra, ale jednocześnie żył tym ciepłem, Alexandrem przyciśniętym do wymiętej pościeli. Na początku nie mógł przetrawić tego, że to wszystko stało się naprawdę. Teraz kiedy dopalał trzecią pod rząd fajkę, nie potrafił już wyobrazić sobie świata, w którym to się nie stało. Gdyby Al mu teraz wysyczał jakiś dyrdymał o jednorazowości, albo (błagam nie) o żałowaniu minionej nocy, to Flynn by po prostu wstał, wbiegł pomiędzy drzewa i już nigdy do cyrku nie wrócił... Okropnie to pewnie brzmi, ale odetchnął z ulgą, kiedy powodem drżenia jego rąk okazał się być strach przed odrzuceniem.

Wtulił się w niego jednak, objął go ręką w pasie, ułożył głowę na tym obojczyku.

- Nigdzie się nie wybieram - zapewnił go, a później zamilknął. Po krótkiej chwili dotarła od niego jednak waga tych słów. Nie powiedział tego delikatnie, nie zadał mu żadnego pytania. Potrzebuję, przyrzeknij. Mógł myśleć, że to była prośba, ale w oczach Flynna to było żądanie, jakaś wyższa potrzeba duszy. Zacisnął palce na jego ubraniu, raz jeszcze podniósł twarz do góry. - Przyrzekam ci. - Nie dopowiedział tego, ale istniało tu jednak dopowiedzenie: nie zostawi go tak długo, jak Al będzie go chciał. Jak przestanie go pragnąć lub przestanie być sobą, nić pomiędzy nimi zerwie się szybciej niż rozcięta nożycami. - Znajdę tu sobie coś do roboty, żeby być przy tobie... Nie kłamałem, mówiąc o nauczeniu się nowych rzeczy. Wiedza to jedyna rzecz, którą można zabrać ze sobą, kiedy się co chwilę planuje kolejne przeprowadzki.




RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Overseer - 29.10.2023

Flynn wyglądał mi na zmęczonego, znużonego, ale zdecydowanie ożywionego na mój widok, na moją bliskość. Próbowałem pocieszać się w myślach, że będzie teraz wszystko w porządku, ale obawy były silniejsze, szczególnie po tym porannym szoku, po widoku pustej przyczepy. Drżałem i czekałem na jego łaską, na chociażby drobne słowo i mógłbym dać sobie po mordzie, kiedy wtulił się we mnie i zapewnił, że nigdzie się nie wybiera. Nie wierzyłem. Nie ufałem. Bałem się jak diabli, że otworzyłem się przed kimś, kto zniknie z mgnieniu oka, mimo że to właśnie na nim, na tym, The Edge’u, Flynnie moim należało mi od zawsze najbardziej. To bolałoby po wielokroć. Bardziej niż jego wcześniejsze odejście.
Przełknąłem ślinę i przytuliłem go do siebie, ale odetchnąłem dopiero wtedy, kiedy faktycznie na mnie spojrzał i dodał, że mi przyrzeka. Przyrzekam ci - tak powiedział, patrząc prosto w moje oczy. Sam miał niezwykle ciemne brązowe, niemalże czarne, ale lśniły miłością i oddaniem. Może nie miało być tak źle? Może jedynym moim zmartwieniem miały być finanse cyrku i jego też programy? Och, chyba ukochałbym za oszczędzenie mnie przez los i postawienie na mojej drodze tylko takich... drobnostek? Heh.
- To cieszę się, Flynn. Nawet nie wiesz, jak ja bardzo się cieszę - stwierdziłem już z ulgą, z lekkim uśmiechem, który wpłynął na moje wargi. Przygarnąłem go zaraz do siebie wolną ręką, bo w drugiej wciąż trzymałem papierosa. Zapaliłem go magicznie, w końcu nadszedł i na niego czas. Teraz znacznie lżej było wciągnąć dym. Wcześniej raczej nie dałbym rady. Podałem go zaraz Flynnowi, gdyby chciał się jeszcze zaciągnąć... Jakby nie patrzeć, to był jego ostatni. I się nim ze mną podzielił.
- Powiem ci, że przydadzą nam się nowości. Trzeba trochę zmienić program występów, żeby zdobyć więcej widzów - przyznałem zaraz rzeczowo, skoro już Flynn wspominał o tych swoich nowych umiejętnościach, ale jakoś nie potrafiłem się na nich zanadto skupić, bo znowu czułem Flynna, jego zapach zmieszany z papierosami, nieco przewiany wilgotnym powietrzem. Potargałem go ręką po tych przydługich, czarnych włosach, po czym cmoknąłem w czubek głowy.
Niesamowite, że po tych nastu latach znowu mogliśmy się cieszyć swoją obecność. Nad wyraz inną, bo nie byliśmy już dziećmi, dojrzeliśmy, zmieniliśmy się, byliśmy teraz na innych etapach swojego życia, ale ponownie razem. Czułem, że teraz mogłem wszystko z Flynnem u boku. Będziemy teraz niepokonanym duetem i wyniesiemy ten cyrk na przestworza. Nie, nie zamierzałem go wysadzać. Staniemy się supersławni i nawet problemy finansowe znikną. Teraz będzie już tylko dobrze.


RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Edge - 04.11.2023

Chyba przestał być trzeźwy. Upił się nim już kompletnie, bo nawet nie zauważył tego podawanego papierosa, zbyt zajęty podziwianiem tego, jak wyglądał uśmiechnięty Alexander. Podobała mu się ta naiwność i lekkość. Ludzie, z którymi miał do czynienia w Londynie, to byli (z drobnymi wyjątkami) ludzie momentami do cna źli. Okazywali mu zimno i szorstkość, zawsze z uwagą ważyli słowa, oczekiwali od niego o wiele więcej niż po prostu być. To było tak dziwne, a jednocześnie tak przyjemne dla serca - zostać przyjętym do cyrku mimo zachowania się jak kompletny palant, zostać objętym mimo tego, że śmiał porzucić ich bez słowa. Ich, w tym jego.

Wtulił się w starszego Bella, z ochotą korzystając z oferowanej mu bliskości i ciepła. Lgnął do tego jak ćma do światła, zaczepiał go też przy każdym kolejnym słowie - to szczypiąc delikatnie w bok, to składając delikatny pocałunek na szyi lub policzku.

- Masz zajawkę na bycie popularnym? - Zapytał, niby się trochę śmiejąc, ale nie wybrzmiała w tym żadna drwina, nawet jeżeli nie podzielał entuzjazmu względem rośnięcia w tę popularność. Wolał (zarówno ze względów na ściągającą go przeszłość, jak i czysto personalne rzeczy) życie w cieniu, nie wychylanie się za mocno, żeby cię nie zauważył nikt kto nie powinien. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że dla Bellów te występy były głównym źródłem utrzymania.

Chciał zadać mu jeszcze kilka pytań, ale nie potrafił ułożyć ich w głowie. Został wpuszczony do tego łóżka tak szybko, ciężko było więc nie zacząć doszukiwać się w tym ukrytych rzeczy - wierzył w chemię, która pchała go do łóżka przy pierwszym spotkaniu, ale to przecież było coś więcej, nikt go po jednym lodzie nie prosił o jakieś obietnice na miarę przysięgi wieczystej. Co więc działo się w głowie Alexandra? Czy był tu bardzo samotny? Otaczało go tak wiele dobrych osób, w tym świetle Flynn nie czuł się w żaden sposób wyjątkowy - kleszcz pamiętany z ucieczki bez słowa - czy naprawdę mógł być po tych wszystkich latach aż tak ważny?

- Zrobiłeś się naprawdę przystojny przez te wszystkie lata, kiedy mnie nie było. Zdziwiłem się, jak w twoim wozie nie zastałem żony... - Powiedział nagle, zupełnie zmieniając temat. Chciał w jakiś zgrabny sposób przejść do tego, czy to co wydarzyło się wczoraj miało pozostać pomiędzy nimi. Przyzwyczaił się trochę do bycia czyimś brudnym sekretem. Nic nie szkodziło, że zdekryminalizowano takie akty, wciąż nie były czymś mile widzianym w wielu społecznościach.




RE: 1969 / Make peace with your broken pieces - The Overseer - 06.11.2023

Moje życie nabierało właśnie nowego tempa - tak się czułem, dokładnie tak. Motylki w brzuchu dawały o sobie znać z każdym mniej lub bardziej czułym gestem Flynna, jak gdyby serio czarami wywoływał tam istny taniec tych owadów. Swoją drogą, nie wiem, czy mnie ta wizja bardziej intrygowała, czy bardziej przerażała. I ciekawe, czy Flynn Bell byłby skłonny do takich gestów, takiej magii...? Albo czegoś, co mogło przypominać mieszkanie mi w głowie...? Tylko ze już wcześniej, zanim się pojawił, zanim zdecydował się szeptać w mroku mojego wozu, już wtedy czułem tęsknotę za nim. Tak usilną, że aż doprowadzała mnie do szału, a teraz tu był i jeszcze obiecał mi, przyrzekł pozostanie. Czegóż mógłbym chcieć więcej?
Przymknąłem oczy, skupiając się na jego drobnych pocałunkach. Tak blisko. Mój policzek owiewał jego oddech, mniej lub bardziej niepokojony. Wyobrażałem sobie jak wędruje z tymi swoimi ustami ku moim ustom. Tak, chciałem by znowu mnie całował, chciałem się z nim całować. Chciałem abyśmy razem ponownie odpłynęli daleko stąd, do innej przestrzeni.
Ale otworzyłem oczy i spojrzałem na niego, wyrwany z rozmyślań, z krainy fantazji. Śmiał się, tak pięknie się śmiał, więc nie miałem mu tego za złe, że sprowadzał mnie na ziemię, jednocześnie odrywając mnie z jej powierzchni z każdym tym dotykiem pocałunkiem, rozbawieniem. Ale wracałem na ziemię, bo na ziemi było moje miejsce, no nie?
- Bardziej coś w stylu, że teraz jestem poważnym panem zarządcą tego pierdolniczka na kołach - zauważyłem czule, patrząc na cyrk majaczący wcale nie tak daleko. Bliżej niż by się można spodziewać. Może nawet ktoś nas widział z tej odległości... Nie przeszkadzało mi to. Nie miałem nic do ukrywania, tak myślałem. Może za wyjątkiem tych gorszych dni. Na szczęście nie zdarzały się za często.
I Flynn miał takie śliczne, ciemne oczy. Niezwykle biedne, sprawiające, że człowiek mu od razu współczuł, ale też widziałem w nich swoje odbicie, widziałem nuty radości i energii, życia i zabawy, miłości i fascynacji. Nie mogłem się nie uśmiechać, szczególnie widząc swój uśmiech w tych dwóch, niemalże czarnych źrenicach. Zagryzłem wargę. Z jego oczu mój wzrok padł na jego usta... Te usta, co jeszcze chwilę temu mnie obcałowywały. Może jednak śniłem...? Albo byłem na scenie i grałem...? Może oboje graliśmy piękny spektakl o dwóch porzuconych chłopcach, którzy ponownie trwali ramię w ramię obok siebie?
- Żony? Raczej nie mam miejsca na żonę w swoim fachu - zauważyłem delikatnie uśmiechnięty, może z lekką nostalgią, ale nie wyobrażałem sobie zakładania własnej rodziny, kiedy ja już miałem rodzinę i, kto wie, może jeszcze całą masę sierot do odratowania? Poza tym żona musiałaby mi robić wyrzuty, kiedy robiłbym piękne oczka do klientek... I potrzebowałbym więcej czasu dla niej, a o ten czas było u mnie ciężko. Kurde, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nad własną rodziną.
- A to nie jest tak, że już od małego byłem przystojny...?! - zapytałem, zamierzając jednak nie rozważać tych rodzinnych spraw teraz i się też nieco odgryźć. Odgryźć...
Tak, odgryzienie się miało być tu na miejscu, więc popchnąłem Flynna na trawę, pewnie paskudnie mokrą, ale w dupie tam. Zaraz możemy wziąć kąpiel w stawie i się wysuszyć magią czy przy ognisku. Teraz za to przygwoździłem go do ziemi swoim ciałem by pocałować te jego wargi. Och, jak ja tego chciałem. Tak bardzo chciałem, że jednak mnie poniosło i nie skończyło się na niewinnym całusku. Chwyciłem jego dłonie w tym szaleńczym akcie, może nieco despracyjnym, miłosnym tańcu namiętnego, drapieżnego pocałunku.
- Z kolei te twoje paskudne oczy... Flynn, te twoje oczy mnie prowokują - odparłem cicho, zaraz też szeptem dokończyłem. - By zedrzeć z ciebie ubranie i wrzucić cię do lodowatego stawu.
Jeśli o gejowiznę chodziło i jakieś pisiąt twarzy Grey’a, to co działo się w cyrku, pozostawało w cyrku...?

@The Edge