Secrets of London
[02.07.72, ranek, posiadłość Gauntów] Głosy w naszych głowach - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [02.07.72, ranek, posiadłość Gauntów] Głosy w naszych głowach (/showthread.php?tid=2042)

Strony: 1 2


RE: [02.07.72, posiadłość Gauntów] Głosy w naszych głowach - Cathal Shafiq - 11.11.2023

– W razie potrzeby poświadczę więc im, że twój umysł wypełniają gęste ciemności i mortadela – odparł Cathal, takim tonem, że ciężko było powiedzieć, czy to żart, czy nie.
Sarah faktycznie nie wydawała się szczególnie miła. Tyle że Cathal też niekoniecznie był miłym człowiekiem. Nie zachowywał się jak na dżentelmena przystało, czemu więc ona miałaby postępować jak uprzejma dama? Poza tym nie znał jej, a raczej mógł ją widzieć jako dzieciaka, którego obraz utkwił gdzieś w głowie, ale nie wiązał się z żadnymi emocjami. Nie oczekiwał, że będzie przyjazna – ba, wręcz jak na Gauntównę wydawała się i z takim zachowaniem aż nazbyt sympatyczna, i to sugerowało mu, że mogła próbować pewne rzeczy ukrywać za niewinną buzią i żartobliwym sposobem wypowiadania się.
W jego opinii, może niesprawiedliwej, nie istnieli dobrzy potomkowie Gauntów.
– Niechęcią? Powiedziałbym raczej: pogardą – sprostował. A potem nagłe przeprosiny, i równie nagła zmiana zdania, sprawiły, że znów zwrócił na nią wzrok. Tym razem jakby uważniejszy niż wcześniej. Sarah Macmillan chyba po raz pierwszy podczas tej rozmowy faktycznie zdołała przykuć na chwilę jego uwagę: czymś go zaskoczyć. – Dobrze, nie wybaczę. Zresztą, dlaczego miałabyś potrzebować mojego wybaczenia? – skwitował w końcu jej słowa. Przestał ją obserwować dopiero, kiedy zaczęła opowiadać o roślinach, które szalały w Anglii…
Bo nie, nie wiedział. Spędzał ostatnio większość czasu w Walii, gdzie pewnie problem był albo mniejszy, albo on sam skupiony na innych rzeczach nie do końca go dostrzegał, od czasu do czasu wpadając do londyńskiego mieszkania. W Little Hangleton był ostatnio ze dwa razy, ale rozplenionymi chwastami w ogródku domu Isabelli Gaunt prawdopodobnie zajął się Ulysses Rookwood, Cathal nie zauważył więc niczego podejrzanego.
– Dolina Godryka – mruknął. To miejsce wywoływało bardzo konkretne skojarzenie. – Najwyraźniej pan Latajek albo popsuł tam coś bardziej niż się wydawało, albo sprowadził gniew bogów na nas wszystkich – odparł, odruchowo używając określenia, którym tak od dwóch lat szafowała Nell Bagshot w ich ekipie, że większość członków zespołu zaczęło przyjmować je za coś naturalnego.
Potrząsnął głową, dość odruchowo. Zdawało mu się, że słyszy syk, ale mogło to być tylko złudzenie. Czasem sam nie był pewny: czy w jego głowie odzywa się Salazar, duch ojczyma, czy jego własny głos. W każdym razie, trochę mimowolnie, uniósł różdżkę i wycelował w rośliny, szepcąc zaklęcie, mające wyciąć te najbliższe, które zaczynały już porastać ścieżkę, wiodącą do hodowli.
Do diabła z tym wszystkim, pomyślał.

@Sarah Macmillan


RE: [02.07.72, posiadłość Gauntów] Głosy w naszych głowach - Sarah Macmillan - 22.11.2023

Oh, Sarah potrafiła być nie tylko niemiła, potrafiła być też zwyczajnie stuknięta.

- Dodaj tam jeszcze księżyc. Jego ciemną sthronę. Bahrdzo chciałabym być księżycem, niech więc tkwi w moim umyśle. Niech zapiszą to wielkimi litelami.

Chociaż na to ludzie lubili mówić, że bujała w obłokach. Ku jej rozbawieniu mówili tak o niej najczęściej wtedy, kiedy się najzwyczajniej w świecie rozbudziła używkami. Ale tego, chociaż było to jakimś lekiem na to wszystko złe co działo się wokół, nie powinna już raczej tego robić... Na pewno nie po tym, jak ją wynosili z palarni, do dzisiaj przeżywała to zdarzenie nie mogąc powstrzymać kłującego uczucia wstydu.

A ten pan bezimienny - to w ogóle był dziwny człowiek, nawet lokalna dziwaczka mogła to stwierdzić dosyć otwarcie.

- Pogaldą... a jednak tutaj stoisz. - I mówił tak o nich, chociaż im to już wszystko było tak obojętne jak im to, że w zeszłym roku spadł tutaj śnieg, a może nawet bardziej. Próbowała jednak wierzyć, że po drugiej stronie tego świata, w głębi, w którą porwało Atreusa i Victorię, mogli wieść jakieś świadome istnienie, przynajmniej do czasu powrotu do cyklu. - No właśnie, chodzi o to, że mam je gdzieś. - Kim on w ogóle był, co miał jej wybaczyć, żarty o mortadeli? - Przyzwyczaiłam się do przeplaszania za nic i phróbuję się tego oduczyć, bo nikt nie thraktuje mnie dobrze ani poważnie.

Czyniło ją to zdenerwowaną. Nad wyraz zdenerwowaną. Oczywiście każdy normalny człowiek uznałby ten poziom agresji, jaki był dostrzegalny w jej działaniach za absolutną normę zdrowego człowieka, ale dla niej to była przecież kompletna przebudowa moralności - ostatnim miesiącom zawdzięczała kompletnie nowe koncepcje nawiedzające myśli, co w połączeniu tym diabelskim podszeptem kuszącym do robienia rzeczy niegodziwych...

Nie, to nie było aż tak dramatyczne. Przynajmniej jeszcze nie.

- Pan Kto? - Latajek? Nie było ciężko domyślić się, o kogo chodzi, bo kto inny swoim durnym działaniem zaburzył harmonię tego świata? - Skądś ty się ulwał? W tych stlonach jego pszeciwnicy nazywają go Czahrnym Dzbanem. - Założyła, że go nie lubił, bo jeżeli ktoś gardził jej przodkami, otwarcie darzył ich pogardą... No to jego chyba też? Po niej ciężko było stwierdzić cokolwiek, wpatrywała się w niego niemrawo, nie mogąc zdecydować co ten typ właściwie robił - niby coś gadał, jakby chciał to miejsce puścić z dymem, a teraz ścinał chwasty. Była wyraźnie skołowana, ale jednocześnie nie zadawała żadnych pytań, tylko biernie mu się przyglądała, wiernie kultywując przybraną przed laty funkcją tła wszelakich wydarzeń.




RE: [02.07.72, posiadłość Gauntów] Głosy w naszych głowach - Cathal Shafiq - 22.11.2023

- Naprawdę chciałabyś być księżycem? Skoro wiecznie orbituje wokół planety, zawsze jedynie jej satelita, pożyczająca cały swój blask od Słońca?
Do Macmillanówny jednak to z pewnością pasowało. Księżyc w końcu kojarzono z boginią, a Macmillanowie byli kapłanami. W samym Shafiqu zaś nie było czegoś takiego jak wiara - widział już zbyt wiele zniszczonych ołtarzy, które poświęcano bóstwom.
Dla niego wszyscy bogowie byli martwi.
- Siła przyzwyczajenia. Ciężko ją zwalczyć - skwitował jej słowa, wzruszając przy tym lekko ramionami. Różdżka poruszyła się raz, drugi, trzeci, kiedy torował ścieżkę ku hodowli. Byleby uciszyć... właściwie nie był pewny co. Wspomnienia, szepty, wyrzuty sumienia? - Obawiam się, że ludzie rzadko traktują kogoś źle tylko dlatego, że ta osoba za dużo przeprasza.
Jeśli miałby na coś stawiać, to składały się na to i wada wymowy, i cały sposób wysławiania, i ten przedziwny wygląd, i choroba, odbijająca się w oczach oraz na ciele, i pewna nerwowość, którą zdawała się promieniować. Ale po zaledwie paru krótkich zdaniach, kilku chwilach - trudno było wyrokować z całą pewnością.
- Czarny Dzban? - powtórzył Cathal, bo nie, nie miał o tym pojęcia. Tak naprawdę przecież nie był przeciwnikiem Voldemorta: nie przepadał za nim, owszem, tak jak nie przepadałby za kimkolwiek, kto nagle ubzdurał sobie, że zasłużył na władzę nad światem, a przynajmniej nad Anglią, bo zwyczajnie nie miał chęci klękać przed żadnym tyranem. W jego gronie też nie było nikogo, kto darzyłby Voldemorta jakąś bardzo mocną niechęcią, więc nie znał tego przezwiska. Odkąd Nell ochrzciła Voldemorta Latajkiem przed dwoma laty, jeszcze w Egipcie, gdy  ci cali "śmierciożercy", "mroczne znaki" i "Voldemort" zdawali się dalecy i wręcz nieco egzaltowani, to określenie utarło się w ich ekipie. I używali go nawet teraz, gdy słoneczny Egipt zamienili na deszczową Anglię i stało się jasne, że ci, których brali za śmieszną grupkę pajaców, jaką bez wątpienia szybko aurorzy wrzucą do Azkabanu, zagrażają wszystkim. Także im, choć trzymali się przecież z dala od konfliktu, tkwiąc gdzieś na wykopaliskach w Walii. - Nie powiedziałbym, że jestem jego przeciwnikiem. Raczej nie widzę powodów, by darzyć go szacunkiem. A Vol de la mort oznacza po francusku Lot śmierci. Moją przyjaciółkę rozbawiło to przed laty do tego stopnia, że nazwała go Latajkiem - skwitował, sam nie wiedząc po co to wyjaśnia. Nie zawsze postępował racjonalnie. I nie zawsze postępował tak, jak chciał. Bo choć naprawdę pragnął puścić to miejsce z dymem, nie potrafił - i nie tylko przez wspomnienie matki oraz świadomość, że wtedy głosy w głowie nie dałyby mu żyć.
- Miło było poznać, panno Macmillan - oświadczył wreszcie, opuszczając różdżkę. Posłał jej ostatnie spojrzenie, nim skierował się do wyjścia: nie chciał wchodzić do środka, do opustoszałych sal, kiedy kręciła się tutaj Sarah.

@Sarah Macmillan

Postać opuszcza sesję



RE: [02.07.72, posiadłość Gauntów] Głosy w naszych głowach - Sarah Macmillan - 04.12.2023

- Tak, to właśnie powiedziałam. - Zakomunikowała to dokładnie tym tonem, jakiego używało się do powtarzania dzieciom oczywistych rzeczy. Nawet nie oczywistych, w sensie nie po prostu oczywistych - takich najbardziej oczywistych oczywistości. - Chciałabym być księżycem.

Nie wszyscy ludzie chcieli być planetą, wokół której orbitowali inni. Niektórzy, nawet odkładając na bok kwestie wiary, chcieli trwać obok kogoś, wspierać go i pięknie wyglądać w jego obecności. Magicznie - powiedziałaby, gdyby ktoś ją o to zapytał. Księżyc, oprócz bycia symbolem Pani Matki, był czymś niezwykle mistycznym, był powiernikiem nocnych sekretów, widział wszystko to, co chciało ukryć się pod osłoną nocy - spokój, bezbronność, zaraz obok tego uczynki niecne, ludzkie upodlenie. Skrywana głęboko, wewnętrzna, rosnąca w każdym ciemność.

Chciałaby być księżycem.

- Pewnie masz lację - przyznała, nawet mimo bardzo silnej niechęci do przyznawania mu racji, bo ją tą anonimowością drażnił coraz mocniej - ale od czegoś trzeba zacząć. - Plan czynienia się kimś silniejszym niż dnia wczorajszego napawał ją lekkim optymizmem. Jeszcze kilka takich kroków, jeszcze kilka razy powie nie i może... Może przestanie być traktowana w taki sposób. Może przestanie być cieniem swoich kuzynek, może przestanie być nader ruchliwą i rozgadaną Sarunią, z której można było podśmiewać się w wolnych chwilach... Ale nie zamierzała się tym dzielić z kimś przypadkowym, bo dobrze wiedziała, że spotkałoby się to ze ścianą obojętności. Jeżeli miała się tym z kimś podzielić, zwierzyłaby się dobremu przyjacielowi. Komuś, kogo takie słowa napełniają głębokim i nieprzezwyciężonym smutkiem, a ona te swoje myśli krążące i niespokojne będzie mogła zapleść i zwrócić ku punktowi, który jej faktycznie słuchał.

- Okej, zanotuję, że z choinki.

Koleś ogólnie dziwny był, nawet świadomość jej to podsuwała do myśli tym swoim charakterystycznym półgłosem, Cathal sprawiał wrażenie kogoś, kto psuł swoją powagą nastrój za każdym razem, kiedy inni bawili się i dokazywali. Na jej nieszczęście tacy faceci mieli w sobie jakiś nieopisany magnetyzm. Co prawda trzymał tylko tyle, ile im się udało zakryć wszystkie swoje sekrety, ale trzymał jak diabli - no bo się chciało ich poznać.

Ale ona miała teraz swoje problemy. Za dużo problemów, żeby go o cokolwiek dalej wypytywać, albo go zatrzymać kiedy odchodził.

- Miłego dnia, bezimienny.

Wróciła do swoich spraw. Nie obawiała się tego, że nagle wróci, bo nikt kto nie powinien znaleźć się w środku, nie przekroczy drzwi tego domu bez zwrócenia na siebie uwagi węży.

Koniec sesji