![]() |
|
[14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat (/showthread.php?tid=2065) Strony:
1
2
|
RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 20.10.2023 Czy kogoś z nich w ogóle obchodził ten quidditch w tym momencie? Oczywiście to nie tak, że Laurentowi było wszystko jedno i że mogli rozmawiać o niebieskich migdałach, ale... w zasadzie to nie, jednak nie. Faktycznie mogli rozmawiać o czymkolwiek - mógł to być quidditch, a mogłoby być twierdzenie pitagorasa. Świat widziany oczami Olivii był zupełnie inny od tego, który widział on, a to wystarczyło, żeby chcieć go poznać. Nie w tym rzecz. Zastanawiał się, czy rudowłosa ma w zwyczaju tak się otwierać i uzewnętrzniać ze swoimi niedociągnięciami i problemami, czy może w jakiś sposób działał na nią stres? Albo napięcie? Może nie czuła się na wystarczająco rozluźnioną, a może... zupełnie coś innego chodziło jej po głowie? Tak czy inaczej blondyn zaczynał odbierać to wrażenie, że jakiekolwiek słowa by tutaj w danej chwili nie przeleciałyby, byłyby tylko tłem dla głównej scenerii. Hmm, wrażenie. Jak to słodko i zupełnie niewinnie brzmi wobec wszysktich gestów, spojrzeń i przyjmowanego tonu. Jej reakcji na przypadkowy dotyk (a może zrobiła to celowo?), na zaciszne biuro i powolne gubienie słów. Nie własnych - tych jego. Więc nasza mała bohaterka kiedyś grała w quidditcha, ale to żadna strata, że przestała, drużyna się rozpadła, żaden to żal i była trochę niezdarna, a przynajmniej nie miała koordynacji oko-ręka odpowiednio szybkiej, żeby coś złapać. - Zapamiętam, żeby tej pięknej kobiecie podawać wszystko do rąk własnych. Jaką zbrodnią byłoby obicie tego czółka... - Zerknął na nią z aksamitnym uśmiechem, nim wzrok odwrócił. Powietrze wypełniło się kolejnym zapachem - teraz już nie perfum, a herbaty. Malin i dzikiej róży. Przeniósł filiżanki na stolik, układając jedną po swojej stronie, drugą po jej, rzecz jasna na spodku. Porcelana była pięknie zdobiona, malowana na wzór sztuki włoskiego renesansu z elementami tamtejszych krajobrazów nawiązujących do życia codziennego dawnej Italii. Laurent przyniósł również cukiernicę, miód - cała zastawa była, rzecz jasna, w komplecie. - Mam nadzieję, że wybaczysz mi samodzielny dobór herbaty. Maliny, dzika róża i kwiat lipy są doskonałe na rozgrzanie. - I chociaż mogło się okazać, że kobieta nie przepadała za tym połączeniem to gotów był zaryzykować tą jakże "samolubną decyzję", żeby przekonać się, czy trafi. Bo strzelał w to, że przepadała za taką herbatą. Szczególnie, że nie była kupioną w sklepie gotową mieszanką, a prawdziwymi liśćmi kwiatów i suszonych owoców. - Olivio. - Wypowiedział jej imię, smakując je na krańcu języka. Kobieta sprawiała wrażenie dość rozkojarzonej, ale to nie był minus. Nie, skądże. Imiona były ważną częścią życia. Coś znaczyły. Określały nas, opisywały, kiedy o kimś mówiłeś i chciałeś czasem ująć jego charakter to nagle okazywało się, że taka Olivia... była po prostu Olivią. Albo AŻ Olivią. Cały szereg naszych cech, wszystkich wypadkowych, mieścił się w tym jednym, magicznym słowie, które nadano ci przy poczęciu. Laurent lubił je wypowiadać - te imiona. Zapamiętywać wraz ze wszystkimi emocjami, które były wnoszone wraz z tą osobą do jego historii. - Żaden problem. - Odpowiedział po krótkiej pauzie, jaką zastosował. - Jak już się trochę ogrzejesz pokaż mi proszę te eliksiry i rozliczymy się zawczasu, żeby potem mieć go tyle, ile zapragniesz. - Dla siebie samej. Ewentualnie mniej elegancko można by było powiedzieć: żebyś potem miała mnie samego na tyle, ile zapragniesz. Usiadł po przeciwnej stronie, zakładając nogę na nogę i odruchowo poprawiając koszulę, żeby dobrze się układała. Laurent dotykał spojrzeniem skóry Olivii jak delikatny pędzel wrażliwe płótno malarskie. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 20.10.2023 Zaczęła się zastanawiać, czy Laurent kadził tak każdemu, czy może jednak była wyjątkowa? Lekko przekrzywiła głowę, a gdy Prewett odwrócił się po herbatę, szybko otaksowała jego sylwetkę wzrokiem. Z wierzchu wydawał się być idealny, na dodatek pochodził z dobrze usytuowanej, bogatej rodziny. Może był przyzwyczajony do tego, że wystarczy kilka słodkich słówek, by kobiety padały mu do stóp? Nie, nie wykluczała tej opcji, tak samo jak i opcji, że po prostu taki był i taki miał styl bycia. Uśmiechnęła się lekko, uciekając wzrokiem do Dumy akurat, gdy Laurent się odwrócił. - Zdecydowanie będzie to lepsza opcja, niż rzucanie w moją stronę czegokolwiek - zgodziła, się przenosząc - znowu, ale tego nie musiał wiedzieć - wzrok na jego twarz. Uśmiechnęła się, kiwnięciem głowy dziękując za herbatę. Drgnęła jednak, gdy wypowiedział jej imię. Nieco zaniepokojona tą zmianą tonu uniosła lekko brwi, czekając w napięciu. Czy to ta słynna scena, w której główny bohater, tak dobry i miły, nagle przeinacza się w potwora, wcześniej budując napięcie? Od tego zaczynały się wszystkie interesujące książki, które czytała. Lecz nie - Laurent był... sobą. Nie zmienił się w potwora, nie wyrosła mu trzecia ręka. Nie porósł futrem ani nie wyciągnął różdżki, by zaatakować. Napięcie, które przez kilka sekund było widoczne na twarzy Olivii, ustąpiło. Laurent pozostał Laurentem, czyli bajki można było włożyć między karty ksiąg. Zdecydowanie musiała przestać węszyć wszędzie nieprawidłowości czy spiski. To, że na świecie działo się zło nie oznaczało, że każdy był zły, prawda? Eliksiry. Tak, przecież nie przyszła tutaj, by bawić się z psem czy oglądać abraksamy. Najpierw jednak herbata. Nie należała do miłośniczek, bardziej do amatorek, ale potrafiła docenić kunszt i smak. Ostrożnie sięgnęła po porcelanę, wiedząc że jedna taka filiżanka była zapewne więcej warta niż tuzin jej. Oczywiście jeśli mówili o złocie, bo wspomnień nie dało się wycenić. A pod ich kątem Olivia potrafiła być sentymentalna. Pod palcami czuła przyjemne ciepło, a w nozdrza uderzał przyjemny zapach malin i róży. - Oczywiście, że wybaczę. W końcu jesteśmy u ciebie. A połączenie malin z lipą i różą jest interesujące samo w sobie, co już czuć po zapachu. Czy wiedziałeś, że niektórzy mugole próbują zielarstwa? Nie mają co prawda tak mocnych ziół jak my, ale niektórzy zdecydowanie czują i wiedzą więcej, niż moglibyśmy przypuszczać - przerwała tylko na chwilę, by zanurzyć usta w naparze, uprzednio lekko dmuchając na taflę aromatycznej, gorącej cieczy. Lubiła pić gorącą i ciepłą herbatę, letnia według niej traciła smak. - Wiedzą na przykład, jak łączyć lipę z dziurawcem, żeby wzmocnić organizm i wyleczyć się z choroby. Doceniają miód a nawet lawendę czy werbenę. Wszystko to jest łatwodostępne, nie może się równać z naszym dyptamem czy niebezpieczną mandragorą, ale to pokrzepiające, że natura może łączyć z pozoru dwa różne światy. Dokończyła ostrożnie, odkładając filiżankę na spodek. - Jest przepyszna, doskonale dobrane proporcje. Lipa równoważy kwaśność malin, a dzika róża nadaje odpowiedniego aromatu i goryczy - mówiła to szczerze, jednak jej ręka już sięgała do torby. O dziwo zniknęła weń nie dłoń, a całe przedramię. Olivia ostrożnie gmerała w środku, by niczego nie przewrócić. W końcu jednak wyciągnęła spory pakunek, otoczony brązowym papierem. Ostrożnie postawiła go na stole i zaczęła od rozwijania sznurka, a potem opakowania. W środku znajdowała się kartonowa skrzyneczka, a w niej na trocinach i gazetach - szczelnie owinięte miękkimi materiałami fiolki. Z niemal chirurgiczną precyzją Olivia zaczęła stawiać je na stole, tuż obok słoiczków z maściami, które wyciągnęła nie wiadomo skąd. - Pierwszy to eliksir wigoru. Dodaje energii, jest doskonały dla osłabionych po chorobie zwierząt, chociaż należy postępować z nim ostrożnie. Nie chciałbyś przecież, żeby abraksamy nagle zaczęły tryskać wigorem i przestały się słuchać, prawda? Trzy krople do porcji jedzenia na dzień przez dwa dni - to da zwierzętom czas na zjedzenie czegoś, chociażby lekarstw. Zaczęła, pokazując Laurentowi fiolkę z turkusowym płynem. Pięknie się mienił i nie wyglądał na taki, który mógłby spowodować jakieś kłopoty, jednak Laurent powinien wiedzieć, że przy eliksirach trzeba szczególnie uważać. Jedna kropla za dużo i będzie miał po stajni, bo konie ją rozniosą. - Tutaj jest uspokajający. Jest dość słaby, bo musiałam zachować odpowiednie proporcje i domyślam się, że napojenie nim jakiegokolwiek rozjuszonego zwierzęcia byłoby trudne, dlatego bez obaw możesz podać całą fiolkę. Mam ich pięć, tak jak chciałeś. Jak obezwładnisz zwierzę, wystarczy natrzeć wargi i język eliksirem, bo wlanie go może spowodować, że się zadławi - powiedziała, obracając w palcach jedną z fiolek z bladosrebrnym płynem. Uśmiechnęła się lekko. - Ta tu to maść rozgrzewająca, wystarczy natrzeć klatkę piersiową, a ciepło rozchodzi się po całym ciele. Ojciec często z niej korzysta, gdy musi rozgrzać zwierzę, które wyciągnęli z wody zimą i zamarza. Działa niemal natychmiastowo, nie są potrzebne dodatkowe koce. I w końcu... Olivia zawahała się. Puknęła ostrożnie paznokciem w fiolkę z bladozielonkawym płynem, wpatrując się weń z wahaniem. - Kojarzysz eliksir wiggenowy, prawda? To jest coś podobnego, jednak działa wyłącznie na zwierzęta. Nie wiem, jakie skutki miałoby wypicie takiej ilości tojadu i mordownika na człowieka, ale na abraksamy będzie jak znalazł. To duże i silne zwierzęta, więc nawet jak wlejesz za dużo, to nic im się nie stanie, dawka w nim nie jest końska. Ale dla człowieka najpewniej będzie zabójcza - ostrzegła, wlepiając błękitne oczy w Laurenta. Miała poważną minę i uważny wzrok - zupełnie nie przypominała siebie sprzed kilku chwil, gdy tak zachwycała się zwierzętami i paplała o lataniu na miotle. - Tutaj masz antidotum. Starczy na dwa razy. Odtruje z praktycznie wszystkiego - włącznie z ugryzieniami magicznych zwierząt. A tutaj... Sięgnęła znowu do torby i wyciągnęła metalowe pudełeczko. Obróciła je w palcach kilkukrotnie, zanim zdecydowała się podać je Laurentowi. W końcu jednak się uśmiechnęła i wyciągnęła rękę. - To na ochwat. Rozpuść jedną tabletkę w wodzie i napój konia, a potem przemywaj kopyta eliksirem odkażającym i po tygodniu będzie jak nowy. Ojciec mówił, że to częsta przypadłość u koni, ale mało kto wie, że przyczyną jest zakażenie całego organizmu, nie tylko kopyt. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 21.10.2023 Chciał uchodzić za idealnego. Nie, musiał uchodzić za ideał. Nie istnieli na tym świecie ludzie idealni, a on miał całą listę wad - jak każdy człowiek na tym świecie. Niektóre z nich były oczywiste, nie dało się ich ukryć, ale z odpowiednią wprawą można było je przedstawić w takim świetle, że zamiast ujmować uroku to go dodawały. Albo przynajmniej stawały się pewnym podkreśleniem dla tych mocnych stron. Z Laurenta nie był żaden samiec alfa, a pewność siebie i moc charakteru była ceniona, szczególnie wśród rodów czystej krwi. Wiedział, że musi w takim wypadku nadrabiać czymś innym, żeby nie być zajączkiem wśród hien na pożarcie. W końcu jednak docierałeś do punktu postępowań wobec ludzi, że większość była mydleniem oczu i staranną ekspozycją bardzo wielu dobranych elementów. Gesty, spojrzenia, słowa, ton głosu, nawet ubiór i dobrana do niego biżuteria. Cholera, nawet wypielęgnowane dłonie, przypiłowane paznokcie i sposób, w jaki siadałeś w fotelu, by prezentować sobą pełne otworzenie przed drugim człowiekiem. Ale to wszystko było ułuda. Nie, nie wszystko. Większość. Ponieważ jego zachowanie wobec Olivii czy słowa, jakie do niej kierował, były jak najbardziej szczere. Laurent nigdy nie zastanawiała się, co by chciał ubierać. Oczywiście patrzył na to, czy mu się coś "podoba", ale nie dumał, czy nie wolałby ciemniejszych ubrań, a ubierał się niemal zawsze w jasne poza specjalnymi okazjami czy momentami, gdzie wybierał się do lasu, gdzie wszystko, co jasne, stawało się zaraz zielono-brązowe. Nie zastanawiał się nad tym, kim chciałby być w przyszłości. Nie dumał, czy podoba mu się to, kim się miał stać. Albo raczej - zastanawiał się nad tym wszystkim, tylko odpowiedź była zawsze ta sama. To nie ma znaczenia. Prawda nie miała żadnego znaczenia w jego życiu. I to nie było życzenie, jak ktoś mu kiedyś powiedział. To była klątwa. Nawet by mu przez głowę nie przeszło, że ktoś mógłby się go wystraszyć i pomyśleć, że zaraz zamieni się w potwora. - Nie wiedziałem. - Mało interesował go świat mugoli. Był dziki, obcy, nieprzystępny. Przez to fascynujący, ale nie mający miejsca w jego życiu. Głównie sprawiali problemy, Ministerstwo potrafiło przez nich szaleć, a czarodziejom dziać się krzywda. Natomiast chętnie o nich słuchał, jeśli ktoś miał coś ciekawego do powiedzenia - tak jak w tym wypadku Olivia. - Niektóre rośliny są rzeczywiście łatwo dostępne, ale nie miałem pojęcia, że mugole znają ich właściwości, to dość... - poszukał przez sekundę odpowiedniego słowa - niepokojące i fascynujące jednocześnie, zważając na to, ile mugole potrafią sprawić problemów Ministerstwu. Interesuje cię mugoloznawstwo? - Podobało mu się to, jak Olivia chętnie dzieliła się swoją wiedzą, jak chętnie w ogóle - mówiła. Lubiła skupiać na sobie uwagę? Czy może nikt nie chciał jej zazwyczaj słuchać, kiedy miała coś do powiedzenia? Ewentualnie tak po prostu miała, jak niektórzy nieco nadpobudliwi ludzie, że lubili dużo mówić. Wręcz: musieli dużo mówić. Z tym, że kobieta nie mówiła dla samego mówienia, jakkolwiek by to nie brzmiało. Nie skakała po tematach jak szalona, nie mówiła trzy po trzy. Dość ciężko mu było znaleźć odpowiednie podejście do Olivii. Starał się wbić w jej rytm i sądził, że znał podstawę - że nie należała do kobiet, które łatwo wpadają w męskie ramiona. - Cieszę się, że ci smakuje. - Skinął głową, z małym plusikiem odnotowując brak lenistwa w jej pochwale, jaka została tutaj poczyniona. Nie "jest dobra". Podzieliła się tym doznaniem, jakże prostym i jednocześnie oszałamiająco trafnym. - Poczekaj proszę moment. - Odezwał się, kiedy zaczęła mówić dalej i machnął różdżką, żeby wprawić w ruch samopiszące pióro, które podleciało tu razem z pergaminem. - Mów proszę dalej. - Co prawda większość z tego doskonale wiedział, jak stosować, natomiast nie uważał się ani za człowieka nieomylnego, ani z doskonałą pamięcią, a tym bardziej - wielkiego znawcę eliksirów, nawet jeśli potrafiłby rozpoznać większość z nich. Eliksir eliksirowi był nierówny niekiedy, nawet jeśli nazwa się zgadzała. Bo ten alchemik lubił dodawać jeszcze to, tamten robił gęstszy wywar, a trzeci rozrzedzał ile się dało. Laurent nie miał jak na razie żadnego stałego dostawcy, a zapotrzebowanie w jego pracy czasem było znikome, a czasem, jak już przysłowiowo "jebło" to po całości. Pióro więc pisało, a on słuchał uważnie i tylko odruchowo co jakiś czas kiwał głową, albo celowo - kiedy pytała, czy to kojarzy na przykład. - Wspaniale, bardzo ci dziękuję. - Machnął różdżką, by odesłać pióro i złapał pergamin, żeby upewnić się, czy zostało zanotowane to, co Olivia powiedziała - błędy były tutaj nie ważne, ważne, żeby merytoryczność została zawarta. Wyciągnął okulary z kieszeni i założył je na nos. I tak, chyba wszystko się zgadzało. - Czy mam sporządzić przelew na skrytkę Gringotta, czy wolisz galeony na miejscu? - Spojrzał znad pergaminu na niewiastę badawczo. Małe zamówienie to nie było, więc złoto by się tutaj posypało, dlatego proponował bezpośrednią transakcję bankową. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 21.10.2023 - Nie. Robię to z nudów - odpowiedziała, wzruszając ramionami z taką lekkością, jakby w tej chwili mówiła o wyborze koloru firanek do domu, a nie przyznawała się do obserwowania innego świata. Nie była wielką pasjonatką mugoli, lecz byłaby idiotką, gdyby siebie okłamywała - w niektórych kwestiach byli niezmiernie fascynujący. - Chociaż niektórzy tak by pewnie powiedzieli. Lubię chodzić do mugolskich pubów i klubów, patrzeć jak się zachowują i jak sobie radzą bez magii. Obserwować, czy rozumieją sugestie i potrafią patrzeć. A potem znikać, gdy zaczną coś podejrzewać lub zadawać za dużo pytań. Na twarzy Olivii pojawił się dziwny uśmiech, który w połączeniu z błyskiem w oku nadał jej iście łobuzerskiego wyglądu. Dopiero wyraz jej twarzy zmienił się tak, by pasować do stereotypu o rudych. Czy jednak ograniczała się tylko do obserwacji, czy może - przysłowiowo - szturchała niedźwiedzia kijem, czekając na katastrofę? W tej chwili miała w sobie coś, co świadczyło o tym drugim, miała w sobie jakąś iskrę godną osoby, która balansuje nad przepaścią i jest pomiędzy. Ale to wrażenie szybko zniknęło - jeszcze szybciej, niż się pojawiło. Zapewne miała za uszami więcej, niż widać było to na pierwszy rzut oka. Ale to akurat nie powinno nikogo dziwić - przecież w kontaktach biznesowych zawsze chciało się przedstawić w jak najlepszym świecie. Tylko tutaj ta granica między prywatą a biznesem została zatarta, być może przez to, że znali się z widzenia, a być może z innego powodu. Olivia odchrząknęła, na dobre rozwiewając swoje wrażenie trouble makera. - Do Gringotta, będzie bezpieczniej. Czasy są niepewne, wolę nie nosić ze sobą więcej, niż powinnam - powiedziała, ponownie wzruszając ramionami. Tym razem jednak jej twarz przesłonił cień troski i napięcia, zapewne spowodowanego sytuacją w Anglii. Orientowała się tyle, ile powinna - zło toczyło walkę z dobrem na pełnych obrotach i lepiej, żeby zło nie złapało jej ze złotem. Skupiła się więc na obserwacji mężczyzny, gdy czytał wszystko to, co powiedziała. Mile ją to połechtało, nikt nigdy nie robił notatek z jej wywodów. Z niejakim zaskoczeniem spojrzała na okulary na jego nosie, a potem z jeszcze większym szokiem zdała sobie sprawę z tego, że mówi szybciej, niż myśli (jakby to było jakieś zaskoczenie w jej przypadku). - Pasują ci. Okulary w sensie. Posłała Laurentowi uśmiech i sięgnęła po herbatę, nie chcąc zagęszczać niepotrzebnie atmosfery. Trochę grała na zwłokę, a trochę nie wiedziała, jak się zachować. Laurent był nieziemsko przystojny i obrzydliwie bogaty, na dodatek lubił zwierzęta i wydawał się mieć dobre serce. Ale wiedziała doskonale, że nigdy nie powinno się oceniać ludzi na podstawie pierwszego wrażenia. Ono często bywało mylne, chociaż ucieszyłaby się, gdyby tu było adekwatne do tego, jaki Prewett był. - Ja tylko robię część eliksirów, zwykle dostawami zajmuje się matka, ale gdy tylko wspomniałam, że kojarzę twoje imię i nazwisko ze szkoły, to wepchnęła mi zamówienie i poinformowała, że przyjdę. Współpraca z nią jest trudna, ale na szczęście wszystkich klientów to niezwykle uzdolniona czarownica. Tak między nami to mam wrażenie, że po prostu bała się zimna, nie przepada za nim - powiedziała, unosząc wzrok znad filiżanki. - Ale dobrze się stało. New Forest jest przepiękne, cieszę się, że mogłam je zobaczyć chociaż na chwilę. Domyślała się, że czas jej wizyty dobiegał końca. Czuła to też w atmosferze. Obiecał jej coś jednak, ale nie zamierzała się narzucać. Być może wpadnie tu znowu pod jakimś pretekstem niekompletnych eliksirów, bo tych abraksamów nie odpuści, nawet jeśli Laurent zapomniał, że miał jej je pokazać. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 21.10.2023 Pasja, zainteresowania, hobby. Nudy. Wielu ludzi się nudziło. Wielu czarodziei - niezależnie od statusu krwi. Wielu też zapadało w chandrę, jakby żyli w wiecznym śnie zimowym. Ogarniała ich szarość i nijakość, dlatego próbowali szukać kolorów. Jak dotąd Laurent spełniał swój cel i... wyławiał te kolory dla nich. Raz lepiej, raz gorzej, raz bardziej trwale, innym razem będąc tylko kwiatem jednej nocy. Nie rozumiał jednak, jak w tym świecie, w którym było tyle interesujących rzeczy, można się nudzić. I jeśli czym się zajmujesz, bo się nudzisz, to nie interesuje cię to? Po twarzy Laurenta i jego oczach zza okrągłych okularów widać było skupienie i zainteresowanie kierowanymi do niego słowami. Trochą jakby wykonywał teraz obliczenia matematyczne przed tablicą i na szybko rozpisywał sobie wzory, żeby potem móc ułożyć odpowiednio liczby, jakie się pojawiały. To, z jakąś... nonszalancją to powiedziała, tak naturalnie, albo może właśnie - zaczepnie? Ludzie czasem kochali udawać, że coś jest im obojętne, podczas gdy rzeczywistość prezentowała się zgoła inaczej. Analizował to. Analizował ją. Jej nudę, którą przykrywała mugolami. To zaś, co powiedziała potem i co zaprezentowała tylko utwierdziło go w przekonaniu, że to nie była żadna obojętność. To było poszukiwanie uczuć. Zastrzyków emocji od tańczenia na krawędzi, od bawienia się cudzym kosztem. Co mu się już wcale nie podobało, szczególnie, że bawiła się na granicy bardzo niebezpiecznego świata. Mugole byli groźni. Stanowili zagrożenie dla świata czarodziei, a ich węszenie potrafiło prowadzić do bardzo przykrych tragedii. Prowokowała, żeby zobaczyć reakcję czy może mówiła całkowicie szczerze? Nie potrafił powiedzieć. Ten błysk był jak wyzwanie, które prosiło się o odpowiedzenie. - Lubisz bawić się uczuciami i zostawać niedopowiedzianą tajemnicą, która zostawia tylko posmak róż i malin na krańcu języka? - Powoli się wyprostował - bo siedział nieco pochylony w jej kierunku, kiedy też spoglądał na fiolki, ich ilość, porównywał naklejki z tym, co miał tutaj napisane. Teraz zgiął kartkę i odłożył ją na stolik. Tak, to prawda - w biznesie trzeba wypaść jak najlepiej. Ponieważ reputacja była czymś, co było ciężko kupić, a jedno złe słowo wystarczy, żeby stracić bardzo lukratywnego klienta. Wystarczy, że coś mu się nie spodoba. Że masz złe opinie polityczne, że krzywo na niego spojrzysz, albo będziesz popierać charłaków. To nie był łatwy świat. - Dziękuję za komplement. - Poważny nastrój został przecięty tą gładką - jego zdaniem - wstawką. Podniósł się z fotela, zostawiając chwilowo kobietę samą, żeby podejść kilka kroków do biurka i poszukać tam kwitów do Gringotta, które akurat na wierzchu nie leżały. Więc nawet nie zauważył, że to było jej nie wiem, jak się zachować. W zasadzie Olivia zdawała się tańczyć bardzo gładko na tym spotkaniu, utrzymując zainteresowanie i jednocześnie je przyciągając - a o to w zasadzie chodziło. A przynajmniej w jego pojęciu tego spotkania. - Przyzwyczaiłem się już do mroźnych wiatrów, ale nawet one nie byłyby mnie w stanie wygnać w głąb lądu, a tym bardziej do Londynu czy innego miasta. - Cuchnących, śmierdzących miejsc, gdzie więdły kwiaty. On tam wiądł. Jego matka też tam... zwiędła. Podpisał kwitek i z uśmiechem zadowolenia wrócił do stolika, kładąc go na stoliku i przesuwając w kierunku rudowłosej damy. - Proszę bardzo w takim razie. Puszczę sowę jeszcze do banku, by nie było wątpliwości. Skoro więc formalności mamy za sobą... to jeśli dopiłaś herbatę i się rozgrzałaś możemy podejść do abraksanów. - Zgodnie z tym, co jej obiecał. Nie miał fenomenalnej pamięci i jak każdemu człowiekowi zdarzało mu się zapomnieć. Tego jednak nie zapomniał. - Zostań. - Zwrócił się tutaj do Dumy, który już uniósł łeb, kiedy jego pan ewidentnie zamierzał wyjść. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 22.10.2023 Olivia uniosła brew. Uczuciami? Nie miała pojęcia, na jakiej podstawie Laurent wysnuł taki wniosek, ale czuła się w obowiązku, by skontrować jego wrażenie o niej. Nie mogła przecież pozwolić, by zakodował sobie, że jest... Kimś, kto grzebie w uczuciach i gra na nich ostrożnie, by potem zadać ostateczny cios. To nie była ona. - Nie. Nie bawię się uczuciami innych, to niehonorowe - powiedziała, ostrożnie wyplątując się z szaty, którą narzucił na jej ramiona. - Igranie z uczuciami jest nie w porządku i nigdy bym nikomu czegoś takiego nie zrobiła. Lubię po prostu sprawdzać, co wiedzą i ile wiedzą. Niewiedza z naszej strony to ogromne zagrożenie, powiedziałabym że na równi z ignorancją. Nie uważała mugoli za niebezpiecznych. Byli w gorszej pozycji - oni nie mieli magii, nie wiedzieli tyle, ile czarodzieje. Ale ignorowanie całkowicie ich świata było bezcelowe i głupie. Ich światy, mimo że z pozoru kompletnie inne, przetykały się i przenikały, ignorując sztywno wyznaczone granice. Olivia uważała, że stawianie nieprzesuwalnych granic nie było mądrym posunięciem w większości przypadków. - Londyn potrafi być pięknym miejscem, chociaż nie powiem, żebym kochała smród i zaduch, który tam panuje. Ale ma... Inny klimat, inaczej wpływa na człowieka - i nie każdy mógł sobie pozwolić na mieszkanie na uboczu. Olivia ostrożnie wstała i odwiesiła płaszcz w to samo miejsce, z którego Laurent go wziął. Musnęła odruchowo materiał palcami w zamyśleniu, nim wróciła na kanapę. Rozgrzała się, nie był już jej potrzebny. Gdy Laurent przesunął kwitek w jej stronę, tylko rzuciła na niego okiem, a potem schowała go do torebki, do książeczki z podobnymi papierkami. Sprawa załatwiona. - Myślałam że już nie zaproponujesz - roześmiała się, po raz drugi ruszając się z kanapy. Była wygodna, aż żal było ją opuszczać, podobnie jak ciepłe wnętrze biura Laurenta, ale pragnienie by zobaczyć wielkie, skrzydlate konie było silniejsze. Coś jednak tknęło Olivię, zanim wyszli. - Zamówiłeś dużo eliksirów... Czy wszystko z nimi w porządku? Wydawała się szczerze zaniepokojona losem abraksamów. W zasadzie to nie wiedziała, czy wszystko z nimi okej i Laurent po prostu zrobił zapasy, czy może też któryś jest chory i lepiej byłoby zostawić go w spokoju. Doskonale wiedziała, jak każdy myślący człowiek, że chorych zwierząt nie powinno się niepotrzebnie wystawiać na stres, a wizyta obcego na pewno stresowa była. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 23.10.2023 Przechylił lekko głowę i skinął nią. Jego spojrzenie wyrażało zainteresowanie i tym skinięciem pokazał pewnego rodzaju aprobatę - dla zaprzeczenia. To były dobre słowa. Bo rzeczywiście zabawa czyimiś uczuciami była... była okrutna. Laurent lubił klarowne, jasne sytuacje, w których nie było wielkiego napięcia w oczekiwanie na kocham czy nie kocham. Nie lubił ich, bo nie potrafił dać żadnej pozytywnej odpowiedzi drugiej stronie. W końcu ideały nie istniały, tak jak nie istniały książęta na białych rumakach. Nawet jeśli Laurent mógł ubrać się na biało i, cholera, przylecieć na pegazie niby Grecki heros. Sposób, w jaki przedstawiła to potem... widać było, że się nad tym zastanawia, waży, ale może nie ocenia? Albo ocena nie była tak ciężka, by położenie wagi jakkolwiek zmieniać. Bo to nie było coś, za co można przekreślić człowieka, czy wskazać jego wartość. Było za to ciekawym podejściem - w takim ujęciu. I potwierdzało małą teorię, że jednak było w tym zainteresowanie, a nie tylko próba zabijania nudy. A może właśnie to oznaczało dla niej zabicie nudy - zainteresowanie się czymś? - Zainteresowanie, zaintrygowanie, pragnienie - wiedzy - ciekawość... to także są uczucia. - Można powiedzieć, że zaprzeczenie od strony Olivii poszło dlatego, że myślała o tych, jak to niektórzy ładnie nazywają, uczuciach wyższych... - Więc ta wymiana, w której tańczysz na granicy, niebezpiecznej swoją drogą - czy to też nie jest zabawa ich błogosławioną nieświadomością? - Laurent nie miał pro czystokrwistych przekonań, ale świat czarodziei już nie raz i nie dwa widział, jak się kończyło mieszanie mugoli i pokazywanie im świata, którego widzieć nie powinni. Mogła stać się komuś krzywda, albo i bardzo wielu osobom. - Choć, oczywiście, poszukiwanie wiedzy bardzo się chwali. - Dodał tutaj z uśmiechem na ustach, żeby nie pozostawić wątpliwości co do tego, co sądził o tym ciekawym zagadnieniu. Że to nie była z jego strony krytyka, medal miał przecież dwie strony. - Nie mógłbym nie dotrzymać obietnicy... proszę, zostaw na razie. Zmarzniesz znów. - Dotknął jej dłoni, kiedy chciała odwiesić płaszcz i zachęcająco przesunął go nieco z powrotem w jej kierunku. Przecież jaki to miałoby sens, żeby znów jej pozwolił marznąć? - Zwrócisz mi po przechadzce. - Wyszli razem na zewnątrz. - Z eliksirami? - Zapytał odruchowo, ale nie. Chyba nie o to chodziło. Spoglądając na niepokój na jej twarzy zdecydowanie nie to. - Jeden z abraksanów nadwrężył ścięgna, ale poza tym skończyły mi się po prostu zapasy. Natomiast zachorował jeden hipogryf w rezerwacie, dlatego musimy się nim zająć. - Ścięgna u koni czy abraksanów były rzeczą, która czasem decydowała o ich życiu lub śmierci. Konie, które nie mogły już biegać, często, stety czy niestety, oddawane były do rzeźni - bo nie było już z nimi pożytku. Laurent by czegoś takiego nie zrobił, nawet przez myśl by mu to nie przeszło, prędzej serce by mu wyskoczyło przez żebra. Tym nie mniej oznaczało to tyle, że jeśli problemu szybko się nie rozwiąże to koń już nie pobiegnie. Nie uniesienie nikogo na grzbiecie. W skrajnych przypadkach nawet poruszanie się bywało trudne. - Będziesz musiała wybaczyć mojemu przyjacielowi, Michaelowi. Ma bardzo trudny charakter i z natury nie lubi obcych. - Choć powiedział to tonem jak najbardziej ciepły, który nawet mógłby wskazywać na żart, to akurat mówił całkiem poważnie. Skierowali się nie do stajni, a na wybieg, gdzie nieskrępowane niczym i nikim biegały te wspaniałe, majestatyczne zwierzęta podziwiane przez wielu. - Michaelu! - Zawołał Laurent, kiedy się zbliżyli i jeden z abraksanów wyrwał się galopem ze stada - biały jak śnieg, wielki, umięśniony rumak, który zarzucił łbem i długą grzywą w biegu. Gdyby się nie zatrzymał zgniótłby ich, staranował. Ale zatrzymał. Zwolnił parę metrów przed nimi, aż w końcu całkowicie wyhamował. - Dzień dobry, Michaelu. Poznaj proszę moją znajomą z czasów szkolnych, Olivię. Nie będziemy was niepokoić, chciałem jej jedynie pokazać stado. - Powiedzenie, że robił to rzadko było niedopowiedzeniem. Prowadzał tutaj zarówno osoby, które były zainteresowane pieniężnie, jak i te, które chciały mieć możliwość spojrzenia na te istoty przez wzgląd na... znajomość. Na różne znajomości, jakie Laurent tworzył. - Dzień dobry, Olivio. - Odezwał się rumak, unosząc dumnie łeb i błyskając na nią, nawet nie ukrywając, że nieprzychylnie, czerwonymi ślepiami. - Nie będę przeszkadzał. Nie zbliżaj się do źrebiąt. - Ostrzegł tutaj kobietę. Bo rzeczywiście młode ganiały obok swoich matek, choć o wiele dalej na łące i kręciły się obok nich jeszcze dwa abraksany. Michael odsunął się i zawrócił, by skierować się do reszty stada. Laurent ruszył za nim i zachęcająco skinął na Olivię. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 24.10.2023 Olivia nie do końca wiedziała, czemu Laurent skinął głową i co mu chodzi po głowie, ale uznała to za dobry znak. Głównie dlatego, że ona wolała sytuacje jasne i pewne - przynajmniej po jakimś czasie. Nie lubiła być zwodzoną i zwodzić. Wychodziła z założenia, że na samym początku ludzie się muszą dotrzeć, obojętnie czy była to relacja romantyczna, czy tylko koleżeńska. Ale gdy znali się na tyle, by sobie ufać, to zwodzenie było… Tak, okrutne to niezwykle adekwatne słowo, wyłączając oczywiście przekleństwa. - Są, oczywiście, ale nie o takich uczuciach mówię. W innym przypadku każdy, kto zrani czyjeś uczucia albo chce chronić drugą osobę przez zranieniem, byłby skurwysynem, a przecież nie o to tu chodzi - odpowiedziała gładko, uśmiechając się gdy przesunął w jej stronę płaszcz. - Dziękuję. I nie wiem, czy jestem w stanie ci odpowiedzieć na to pytanie. Kryje się za tym jakaś fascynacja. Lubię to napięcie, gdy czują się skołowani, ale nigdy nie posuwam się dalej czy do rzeczy niebezpiecznych, jak mówisz. Zwykle nawet z nimi nie rozmawiam, po prostu obserwuję. Eksperymentuję, jak wolisz, czysto naukowe podejście. Bardzo pięknie ubrała w płaszczyk cudownych i eleganckich słów najzwyklejszą w życiu wścibskość i chęć pchania nosa w nie swoje sprawy. Nawet jeśli oboje wiedzieli, że za tym “poszukiwaniem wiedzy” kryje się bezczelna ciekawość, to przynajmniej była ona ładnie opakowana. W metaforyczne pudełko z czerwoną wstążką. Ruda otuliła się szczelniej płaszczem, gdy wyszli na zewnątrz. Od razu poczuła na swojej twarzy chłodny powiew wiatru. Zadrżała przy tym pierwszym kontakcie, dziękując w duchu Laurentowi po raz kolejny za to, że nie pozwolił jej odwiesić płaszcza. - Rozumiem. Cieszę się, że to tylko ścięgno i będę trzymać kciuki za hipogryfa. Jeśli chcecie, mogę porozmawiać z ojcem, na pewno zna kogoś, kto zajmuje się wyłącznie leczeniem magicznych stworzeń. Ale jeśli on go zna, to pewnie już jest przy chorym hipogryfie w rezerwacie - powiedziała lekko, raźnym krokiem idąc obok mężczyzny. Z oddali widziała srebrzysto-białe zwierzęta. Czuła niezdrową ekscytację na samą myśl o tym, że podejdzie do nich tak blisko. Zupełnie jakby po raz pierwszy w życiu miała takiego dotknąć. Była tak zaaferowana, że z początku nie dosłyszała połowy tego, co mówił do niej Laurent.- Co? Miała jeszcze dodać jaki Michael, ale nie zdążyła, bo Prewett już wołał rzekomego Michaela po imieniu. Olivia otuliła się szczelniej płaszczem. Dobrze, że mocno zaciskała szczęki, by zęby o siebie nie dzwoniły, bo inaczej niechybnie szczęka by jej opadła na ziemię, gdy w odezwie na wołanie podbiegł do nich jeden z abraksamów. - Dzień dobry, Michaelu. Miło cię poznać. Nie będę zbliżać się do źrebiąt i nie będę was niepokoić - mimo że była zaskoczona jego słowami, to przywołała na twarz ciepły uśmiech. Starała się, by nie odebrał jej jako osoby, która przyszła do zoo pooglądać zwierzątka i pociumciać nad młodymi. Doskonale wiedziała, że abraksamy są dumne. I pamiętliwe jak cholera, tak jak niemagiczne konie. Dlatego też odczekała, aż oddali się od nich na pewną odległość, po czym przysunęła się do Laurenta tak, że otarła się o jego bok. - Jest wspaniały. Szepnęła tak, by abraksam jej przypadkiem nie usłyszał. Jeszcze by go uraziła albo uznałby ją za bezczelną. Ale nie mogła się powstrzymać przed komentarzem. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 25.10.2023 Laurent miał definitywnie złe wyobrażenie tych konwersacji, jakie zachodziły między kobietą a jej mugolskimi ofiarami. To wyobrażenie zostało zweryfikowane przez wyjaśnienia. Skąd w ogóle taka wizja? Lisicy, która wpełza między kury i uśmiecha się do nich ślicznie udając jedną z nich, a za uśmiechem chowa rząd ostrych zębów? Nie pił jednak do krzywdy, jaka mogła wywrócić życie człowieka do góry nogami - zrozumiał, że to były znajomości przypadkowe i nie robiące żadnych nadziei. A przynajmniej z jej strony miały nie robić, bo wyobrażał sobie, że kiedy tak piękna kobieta zagadywała mężczyznę, to ten jednak nadzieję sobie robić mógł. Kiedy ona prezentowała zainteresowanie nim, jego hobby, jego wiedzą, kiedy okręcała sobie go wokół paluszka. Tak, taką miał wizję, kiedy o tym powiedziała po raz pierwszy. Głównie przez ten uśmiech - jej uśmiech. Ten błysk w oku. Było w tym coś niebezpiecznego, co zapewne wielu pociągało - ludzie w końcu lubili osobistości z charakterkiem. Na pewno podziałało na blondyna, który teraz przed nią siedział, bo pokazało zupełnie inne kolorki kobiety, która wpatrywała się w otaczające go istoty i szczebiotała na ich temat. Powiedzieć, że mu się nie podobała ta iskra w niej byłoby kłamstwem. Nie podobała mu się jednak wizja kogoś, kto rzeczywiście czerpie przyjemność z igraniem na emocjach głębszych. Bo faktycznie - do tego pił wcześniej. Dalsza część już była w zasadzie jego wybrnięciem z sytuacji i gładką próbą przejścia z tematem na obszar prywatny, ale jednocześnie zmywający tamto chwilowe, nieprzyjemne wrażenie, jakie mogło zostać na nich obojga. Uniósł brwi w zdziwieniu, słysząc takie brzydkie słowo z ust tak pięknej kobiety. To było coraz częściej spotykane. Pewne zasady, normy zachowań rozluźniały się i przekleństwa potrafiły latać na lewo i prawo nawet wśród tych, którzy tak szumnie uznawali się za inteligencję tego świata. Nie skomentował tego jednak, bo to nie tak, że mu to wielce przeszkadzało. To słowo w zasadzie idealnie pasowało do zdania, jakie powiedziała. Przeszkadzało mu dopiero wtedy, kiedy co drugie słowo to była rzucana kurwa. - Masz rację. To złożona sprawa. Świat nie zawsze jest taki prosty i hojny, żeby pozwalać nam zawsze na szczerość. - Kłamstwa i niedopowiedzenia chodziły po tym świecie parami i przybierały ludzkie twarze. Można się co najwyżej oszukiwać, że tak nie było, a naiwność Laurenta czasami pozwalała mu w błogosławiony niemal sposób zapominać o tym, jacy ludzie potrafili być źli i podstępni. Nie zmieniało to tego, że sam przecież częstokroć wolał kłamstwo niż prawdy. Nie uważał, że prawda powinna być wyższą wartością wyznawaną przez ludzi, że to do niej powinno się dążyć. To było zbyt niebezpieczne. Zbyt niepewne - a ci, co mniej wiedzieli, zazwyczaj lepiej spali. - Dziękuję, mam magizoologa, który zajmuje się stworzeniami w rezerwacie. - To było naprawdę miłe z jej strony, bo w końcu mogła przynieść eliksiry, zabrać kwitek i odejść stąd tak o. Kiedy na nią spoglądał widział autentyczną miłość do magicznych stworzeń, zapewne gdyby mogła to wytuliłaby je wszystkie po kolei... ale by tego nie zrobiła z uwagi na szacunek do tych stworzeń. Nie, dopóki ta istota sama nie chciałaby zostać przytulona. Znał to uczucie z autopsji, w końcu sam chciał otoczyć opieką każde z żywych stworzeń. Wobec ludzi również się to zaliczało. Może brzmiało to abstrakcyjnie, ale Laurent kochał ludzi. I wierzył w nich, wierzył w czarodziei. Uważał, że w tych czasach, w jakich żyli, było to tym istotniejsze, żeby taką wiarę zachowywać i nie wątpić w każdą osobę, którą spotyka się na drodze. Michael mierzył przez moment Olivię spojrzeniem. Tak, duma zdawała się opisywać wręcz jednym słowem tego rumaka bardziej niż niejednego czarodzieja. To stworzenie wydawało się gotowe umrzeć za swoją dumę, jak i zaciekle o nią walczyć. Nie ważne, z kim. Ale Michael był też próżny, chociaż udawał, że tak nie jest. Paroma komplementami czy okazaniem mu szacunku łatwo było go do siebie przekonać. Dlatego ten uśmiech i uprzejme powitanie sprawiło, że spojrzenie czerwonych oczu na tle śnieżnej sierści zelżało i przestało być aż tak intensywne. W akceptacji. - Hahaha... powinnaś mu to powiedzieć, Uwielbia komplementy. - Odpowiedział jej cicho. - Też tak uważam. - Szepnął i objął ją ramieniem, kiedy tak do niego... hm, przylgnęła? Dotknęła jego ramienia? Tak czy siak objął ją od tyłu, by zachęcająco poprowadzić ją w przód, do pięknych abraksanów, ale zaraz cofnął swoją rękę. Zainteresowane wierzchowce podeszły, inne się cofnęły bardziej niechętne do nowej osoby, a jeszcze inne ignorowały zupełnie. Nie wszystkie z nich jednak mówiły ludzkim głosem. Spędzili tutaj chwilę czasu. - Będę musiał wracać do obowiązków, tym nie mniej dziękuję za przemiły czas. - Naprawdę bardzo miło było spotkać Olivię, zobaczyć, jak dojrzała, jak, jego zdaniem, nabrała skrzydeł i animuszu prawdziwej kobiety. Choć chciałby ją zobaczyć w bardziej eleganckim wydaniu, to na pewno. - Jeśli miałabyś kiedyś ochotę odetchnąć od miejskiego zgiełku - zapraszam. W czerwcu już będzie o wiele przyjemniej. - Zapewnił ją, bo i słońce już świeciło cieplej i mniej było takich wiatrów, jak dzisiaj. Odprowadził ją prosto pod kominek, odbierając od niej swoją szatę. RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 25.10.2023 Gdyby ona sama myślała o sobie tak, jak Laurent myślał o niej, zapewne zostałaby najpewniejszą siebie kobietą na świecie. Olivia jednak uważała się za całkiem przeciętną kobietę, która nie powinna się wychylać. Znała swoje wady, skrzętnie ukrywała zalety, by niepowołane osoby nie zwróciły na nią uwagi, co było kluczowe w tych czasach. Czuła jednak bijącą od Prewetta energię, która ją onieśmielała. Poniekąd domyślała się i czuła na sobie wzrok mężczyzny, lecz odczytywała to po prostu jako naturalną fascynację. Ot, tak jak i ona rzucała mu ukradkowe spojrzenia, nie przewidując, że zaraz miałoby się to przerodzić w cokolwiek większego poza uprzejmą wymianę zdań. A jednak zaprowadził ją do stada - bo przecież Olivia pojęcia nie miała, czy pokazywał swoje konie każdej napotkanej osobie - i przedstawił rumakowi, który był tak dumny, jak i łasy na pochwały. Widziała, że jego spojrzenie zelżało, ale nie zamierzała pchać się jak klin między wódkę a zakąskę. - Absolutnie, to byłoby niegrzeczne - odpowiedziała z udawanym oburzeniem, chociaż po części naprawdę tak uważała. Tylko głupiec by teraz piszczał do absakrama, że jest piękny, majestatyczny i dostojny. Zostałoby to na pewno odebrane zupełnie na opak, co mogłoby mieć fatalne skutki. Trąciła lekko obejmującego ją mężczyznę, wzmacniając swoją wypowiedź niczym dziecko. Nie podchodziła do zwierząt nachalnie, nie wyciągała też rąk. Dopiero gdy same zdecydowały się trącać ją chrapami, odważyła się lekko dotknąć pyska jednego z najbardziej ciekawskich koni. Miały jednak to do siebie, że po zaspokojeniu pierwszej ciekawości wracały do swoich zajęć. Nie była interesująca dla abraksamów - ot, można było ją poniuchać, przywitać się lub dmuchnąć na jej włosy, ale że Olivia nie reagowała zbytnio, by nikogo nie przepłoszyć, to musiała wydać się okropną nudziarą. - Również dziękuję, Laurencie. Nie miałam pojęcia, że tak kochasz zwierzęta. Może w innym czasie, w przeszłości, gdybyśmy rozmawiali częściej, zainspirowałbyś mnie do tego, by poświęcić swoje życie tej dziedzinie. Ale nie narzekam, dzięki temu co robię mogę łączyć je dwie, a przy okazji zachwycać się magicznymi zwierzętami bez konieczności ciężkich obowiązków - puściła do niego oko, oddając mu płaszcz. To jak z dziećmi - fajnie, że były, ale w dawkach pozwalających na zabawę i rozpieszczanie, bez konieczności sprzątania i karmienia czy wystawania nad łóżkiem, gdy są chore. - Z przyjemnością cię kiedyś odwiedzę, choćby zimą. Przytuliła go na pożegnanie zanim zdążyła pomyśleć, co robi. Był to tak naturalny odruch, że zanim do niej dotarło, co zrobiła, już łapała w dłoń proszek i upuszczała go w kominek. - Na Pokątną - powiedziała, nie spuszczając z mężczyzny wzroku, dopóki szmaragdowe płomienie nie pokryły jej w całości, by przenieść Olivię z powrotem do Londynu. Koniec sesji
|