![]() |
|
[ 03.06.1972 ] – I don't want you - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [ 03.06.1972 ] – I don't want you (/showthread.php?tid=2070) Strony:
1
2
|
RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 19.10.2023 Vincent rzadko miał okazję na potyczki słowna ze swoim przeciwnikiem. Raczej był jak myśliwy tropiący zwierzynę, ale nie polował na bezbronne zwierzęta. Polował na ludzi, którzy nie działali zgonie, traktowali zwierzęta w podły sposób, a one nie mogły się bronić. Prewett był człowiekiem pełnym sprzeczności – pokazywał się wszystkim jako ten zły podły i niedobry, ale gdy nikt nie patrzył latał po lasach tropiąc zabójców zwierząt, którzy trzymali je w podłych warunkach, sprzedawali na czarnym rynku i zabijali w niecywilizowany sposób. Nawet Brenna Longbottom przez nie była w stanie go wrzucić do jednego wora, nie mogła zakwalifikować go jako jednostkę dobrą lub złą. Robił swoje brudne interesy na Nokturnie, przemycał imigrantów, których wrzucał do różnych prac na podziemnych ścieżkach, na zlecenie brata, czy innych szefów robił wiele niechwalebnych czynów. W szkole z Lycoris, czy innymi osobami w pewnym sensie walczył, aby nie czuć się związanym z innymi; aby być osobą niezależną – nie wyszło. Darzył szacunkiem Brenne, a za Lycoris gdzieś w podświadomości szalał. Zamilkł na chwilę spoglądając przez okno na ulice magicznego Londynu. Naprawdę nie tego oczekiwał po tym spotkaniu, naprawdę nie wiedział, co miał poczynić i co zrobić. Ponowne spotkanie tej kobity spowodowało, że jego serce na moment się obudziło, rozerwało te pajęczyny, które je obrosły i przypomniały mu, że była jeszcze ta kobieta na świecie. O pięknych piwnych oczach, które mroziły krew w żyłach, policzkach mocno zarysowanych, które czyniły jej twarz po prostu pociągającą. Lubił jej słowa, które mogłyby niejedną osobę odstraszyć, czy też zranić, lubił jej spojrzenie pełne chłodu i obojętności. Było w niej coś, co mogło odstraszyć, ale jego wręcz przyciągało. Zawsze lubił niebezpieczeństwa, zawsze lubił igrać z życiem, oraz losem, a ona? Ona najwyraźniej miała w sobie ścieżki przeznaczenia połączone z jego własnymi. Los, fatum – chciało, aby się połączyli, zetknęli, spojrzeli na siebie jeszcze raz po tylu latach. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Cyniczny, wredny, zagadkowy, pewny siebie. Wrócił do niej spojrzeniem, przesunął po wargach, policzkach, oczach, włosach. Gdzieś w jego głowie narodziła się myśl, że chętnie by ich dotknął, przesunął po nich, a nawet delikatnie szarpnął, aby obejrzeć jej twarz w innej emocji niż obojętność. Wiedział, że nie powinien od niej wiele wymagać, ale lubił wyzwania, lubił to jaka była. Pochylił się ku niej ponownie wpatrując się w nią równie nachalnie. – Lubię słuchać twojego głosu, skarbie, więc będę ci zadawać najbardziej absurdalne pytania dzisiejszego wieczoru, abyś mogła tymi usteczkami jak najwięcej się wypowiedzieć – oczy mu zabłysły w sposób diaboliczny, a uśmiech stał się bardziej zadziorny i łobuzerski. – I to fakt, ze mną nie będzie tak łatwo – oparł się o krzesło i założył ręce za głowę – ale nie zależy mi na ślubie teraz, więc co zrobimy? Coś czuje, że bez dobrego argumentu nam nie odpuszczą. Mój brat to wrzód na tyłku w takich sprawach, a mocno się na mnie teraz wkurwił i mi nie odpuści – przejechał dłonią po swoich włosach i usiadł już prosto. Naprawdę denerwowało go siedzenie w tym miejscu. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Lycoris Black - 18.11.2023 Nie tętniła złem i czarnoksięstwem; bardziej znudzona, aniżeli faktycznie rozgorzała złością, prowokowała ludzi dla własnej uciechy, aby wypełnić jakoś to zblazowane życie, które przyszło jej wieść na połach magicznego Londynu. I choć swojego bytowania nie uważała za skrajnie nudzące – gdzieś w głębi duszy czekała na to, co wydarzy się podskórnie; co zaskoczy ją i zjedna sobie słowami tak, było to warte przeżycia – zamiast tego pochylała się nad zwłokami, badając zgony lege artis, tonąc w papierologii, a ostatnimi czasy za jedyne towarzystwo uważając Flintównę. Bo w gruncie rzeczy, rzadko kiedy opuszczała prosektorium, a korytarze ministerialne przemierzała z gracją spowitej mrokiem burzy; nie przeszkadzało jej to nader, na pewno nie w sferze świadomości, podświadomie jednak, czekała zawsze na osobę, która zdejmie z jej ust niemą obietnicę. Nie widziała go od lat i, o dziwo, nie chciała na niego zwymiotować, co w mniemaniu Lycoris było chyżym sukcesem. Pewne życiowe zakręty chciały, aby ich drogi się przecięły nieodwołalnie – ponownie mogła tonąć w jego oczach, które – choć sama by tego nie przyznała – były całkiem ładne. Głębokość tego wejrzenia budziła w niej coś dziwnie atawistycznego – chęć mordu i namiętności zarazem. Przyłapała się jednak na tym, że każdego mężczyznę, porównywała do Theona. Nie była to miłość szklana i czysta; w zasadzie niepewna była, czy to w ogóle była jakakolwiek miłość, skoro nie odzywali się do siebie od dłużących się tygodni, a przy spotkaniu w Ministerstwie, mijali się bezsłownie. Może dlatego ostatnimi czasy urosła w cynizm i butność?; z pewnością nie wiedziała, jak obchodzi się z uczuciami tak kruchymi i niekowalnymi w obróbce. Uśmiech nijak nie lokował się na wargach i choć mogłaby rzucić szelmowskim grymasem – zamiast tego patrzyła na niego, jak Atena skuta w marmurze – nieustępliwa i zobojętniała. Coś w tym spojrzeniu było zagadkowego; coś, co świadczyło o poczuciu wyższości. Lubiła myśleć, że jest ponad to, co ludzkie, ponad uczucia wszelakie; teraz jednak rodziła się w niej wątpliwość, czy faktycznie była tą odwieczną dominantą, czy to nie nią los bawił się parszywie jak kukiełką. – Zajebiście, bo ja też lubię słuchać swojego głosu. Twojego niekoniecznie – prychnęła, oczy ogniskując w jego wejrzeniu, unosząc wysoko brwi. – A twój brat mnie nie obchodzi. To nie mi będzie prawił morały i głosił kazania – spuentowała, opierając się o krzesło z rękami skrzyżowanymi na piersi. – Myślałam, że jesteś już dużym chłopcem – dodała kąśliwie po chwili. RE: [ 03.06.1972 ] – I don't want you - Vincent Prewett - 20.11.2023 Uśmiechał się obserwując ją uważnie. No cóż był w sytuacji delikatnie bez wyjścia. Mógł w sumie pierwszy raz w życiu z własnego powodu zerwać założenia swojego brata, który oczekiwał od niego ustatkowania się, bo taką wolę narzucił na niego ich własny ojciec, albo siedzieć tu i patrzeć na ładną kobietę nie za bardzo wiedząc, co zrobić. Ewidentnie nie wykazywała się jakąkolwiek chęcią do tego, aby zarzucić planem na ich sytuację. Pojawiła się i na tym jej rola się skończyła, on też się pojawił, ale nie wiedział, co miał uczynić. W pewnym sensie mógłby spróbować z nią spełnić oczekiwania rodziny, bo zawsze wzbudzała w nim odpowiednie i przyjemne emocje w przeciwieństwie do innych kobiet, które zwykle były na jedną noc, a nawet i to nie spełniało jego oczekiwań. Przejechał kciukiem po wardze i podniósł się tym samym sprawiając, że stolik się zachybotał. – Możemy tu siedzieć i siebie obrażać nawzajem, ale to nie rozwiąże naszego problemu, albo powiesz mi czego chcesz – wysunął się z ciasnego miejsca rozprostowując nogi. Nie cierpiał siedzieć na krzesłach w restauracjach. Wolał jeść u siebie lub w drodze gdziekolwiek niż udawać, że delektowanie się posiłkami w takim miejscu jest w jakikolwiek satysfakcjonujące. Siedzenia w tym miejscu były zawsze dla niego za małe, za ciasne i niewygodne. – Nie myślę jak kobieta i nigdy tego nie będę robić, ale potrzebuję konkretów, czy chcesz tego ślubu, czy masz wyjebane w swoich rodziców, w przyszłość i… we mnie – mruknął i odpalił kolejnego papierosa zaciągając się nim tak mocno, że połowa wypaliła się prawie za pierwszym razem. – I tak jestem dużym chłopcem, ale moja rodzina nie należy do... łatwych rodzin – był uzależniony od swojego brata, wręcz pracował dla niego, więc czasami musiał zadbać o to, aby połechtać jego ego. Nie należeli też do świętych osób, otaczali się aurą złota i blasku, ale w głębi kryła się zgnilizna, którą Vincent musiał ukrywać. |