Secrets of London
[18.05.1964] Jęcząca Marta - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [18.05.1964] Jęcząca Marta (/showthread.php?tid=2096)

Strony: 1 2


RE: [18.05.1964] Jęcząca Marta - Atreus Bulstrode - 23.07.2024

Bulstrode nigdy chyba nie przeczytał żadnego romansu. Ciężko było mu więc w tym momencie powiedzieć, czy kłębiące się w nim uczucia był w stanie porównać do tego co czuł, kiedy kartkował książki opisujące podobne porywy serca. Co jednak wiedział to to, że chciał aby Lorraine była tak blisko niego. Czuł wtedy unoszący się dookoła niej słodki zapach, dokładnie widział znajdujący się na ustach uśmiech czy też mógł z łatwością wpleść palce w jej włosy. Teraz jednak tylko trzymał ją za rękę, splótłszy z nią palce i zastanawiając się czy mógł jeszcze jakoś bardziej przechylić szalę na swoją korzyść. Bo przecież nie miał wątpliwość, że Malfoy nie tylko rzucała na niego jakiś dziwny czar, ale tkwiła w nim teraz razem z nim. Jej aura rozbłyskała barwnymi kwiatami, które mile łechtały jego ego i poświadczały o rosnących w niej uczuciach. Gdyby było to możliwe, pewnie zebrałby ich teraz pełen bukiet i wręczył go jej z zadowolonym uśmiechem.

Patrz, oto dowód tego, że cokolwiek teraz jest między nami jest jak najbardziej prawdziwe.

Ale jedyne co mógł teraz zrobić to uśmiechnąć się do niej zadziornie. Była tak blisko, że powoli zaczynał żałować narzuconych przez niego warunków i doszedł do wniosku, że powinien był żądać zapłaty już przed wykonaniem zadania. Szkoda, że kiedy Malfoy tak mu się na tej szyi wieszała, kiedy przycisnął ją do siebie, ujmując ją w talii, sama nie doszła do podobnych wniosków. Że chciała złożyć na jego ustach pocałunek już, teraz, zaraz.

Owijała go sobie dookoła palca i gdzieś pod tym ogólnym zachwytem i satysfakcją, Atreus był tego wręcz boleśnie świadomy. Ale przecież nie zamierzał przerywać tego, co właśnie robiła z nim Lorraine, odnajdując w tym zbyt wiele przyjemności.
- Drobny katar nie przeszkodzi mi przecież ani we wrzuceniu Anthony'ego do jeziora, ani w wygraniu... mistrzostw. - dokładniej to Pucharu Domów, ale przecież nie miała zamiaru się jej teraz na głos czepiać o takie szczegóły.

Lorraine zabrała się za zbieranie pośpiesznie swoich rzeczy, a Atreus patrzył na Martę i bardzo starał się nie wyglądać na obrzydzonego. Nie lubił jej. Może nawet by jej współczuł, gdyby nie to jak była nieznośna i popadała w histerię. Nie dało się z nią normalnie porozmawiać, bo była jak beczka oleju z rogu buchorożca, gotowa wybuchnąć w każdym momencie. W najlepszym razie obryzgiwała wtedy ludzi wodą z umywalki, a w najgorszym cofała wodę rurami i robiła prysznic czymś, co dawno powinno być spłukane systemem kanalizacyjnym.

Już se w głowie układał jakąś sprytną odpowiedź na te jej żale, których wcale nie chciał słuchać, ale Lorraine się do niego zwróciła i to jej poświęcił całą swoją uwagę. Spojrzał na nią, troszkę z głupią miną, bo przecież powiedziała do niego kochanie, a to się nie zdarzało codziennie. To już? Zaklepane, przyklepane, chodzą razem? Niech on tylko powie chłopakom jak łatwo poszło.
- Nie - odpowiedział jak ostatni idiota, nie widząc chwilowo tego znaczącego ruchu brwiami i zreflektował się dopiero w momencie, kiedy Marta zawyła znowu, pobudzona niezrozumieniem i własnymi wspomnieniami. Zanim się obejrzał, Lorraine też zaczęła sobie robić z niego zwierzę pociągowe, ale w tym momencie nawet niespecjalnie mu to przeszkadzało. W końcu mieli układ, prawda?

Na domiar złego Marta wciąż się jeszcze jąkała i coś tam chlipała pod noskiem, trochę nieśmiało spoglądając w ich stronę w poszukiwaniu atencji, której Atreus ani myślał dawać jej w nadmiarze.
- Ej Marta? - zapytał, absurdalnie wręcz zblazowany. Poczekał, aż ta na moment się zamknęła i podniosła na niego spojrzenie, czekając co też od niej chciał. - Powiedz, mogę policzyć ci piegi na nosie?

Duch zawył rozpaczliwie, wściekając się w trybie natychmiastowym. Miało to trochę wad, na przykład koszmarnie bolały od tego uszy i zanim się obejrzeli, Martusia już robiła półwoltę, żeby wcelować w jakiś kran, gotowa go rozsadzić. Plusy były takie, że wreszcie się zamknęła.
Bulstrode cofnął się pośpiesznie, licząc że Malfoy posiada na tyle zachowawczego instynktu, żeby zrobić dokładnie to samo. Naparł plecami na drzwi, łokciem aż nazbyt łatwo znajdując klamkę i naciskając ją. Umywalka zadrżała niebezpiecznie, a oni wypadli przez drzwi akurat, kiedy z kranu trysnął potężny strumień wody pod ciśnieniem. Dość szybko też, spod drzwi zaczęła tworzyć się kałuża.
- Mam nadzieję, że zdążyłaś zebrać wszystko? - oparł się o pobliską ścianę, w rękach wciąż ściskając rzeczy, które mu w nie wcisnęła. Rzucić je na ziemię? Chyba nie. Chociaż teraz wolałby mieć wolne ręce.


RE: [18.05.1964] Jęcząca Marta - Lorraine Malfoy - 23.08.2024

Oparła się plecami o ścianę, oddychając ciężko, zziajana przez chwilę po szybkim sprincie przez zalaną łazienkę. W uszach wciąż wibrował jej donośny głos Marty – głos, który wydawał się dochodzić jakby z daleka, zza zasłony doczesności – niosąc się głuchym echem w przestrzeni wyobraźni.

Wrzask ducha mroził krew w żyłach i powodał, że włosy stawały dęba. Wyjąca zjawa stanowiła wypaczenie porządku ustalonego przez Pramatkę na początku świata – aberrację w niekończącym się kręgu życia – głośna, krzykliwa, ale przecież nic nie znacząca: Lorraine wolała już towarzystwo wisielców w Little Hangleton, które z ich kośćmi zwieszającymi się z drzew były cichsze i bielsze od samej śmierci. Przycisnęła zazdrośnie do piersi gruby, wyświechtany zeszyt z przepisami, by za chwilę wepchnąć go do torby, czując ulgę, że jest już po wszystkim. Wreszcie mogła odetchnąć. Ze wstrętem spojrzała na obniżenie w posadzce pod drzwiami łazienki, gdzie zaczęła się tworzyć pokaźna kałuża: to Marta dawała upust swojej złości, próbując utopić się w muszli klozetowej. Dobrze, że Lorraine przyszła tutaj ze wsparciem – nie miała tego dnia ochoty na trzecią niechcianą kąpiel, stosowanie próby wody wobec czarownic w dwudziestym wieku było nie tyle okrutne, co zwyczajnie głupie – Atreus skutecznie odwrócił uwagę Marty, rzucając w jej stronę niewybredną propozycją zliczenia piegów na nosie ducha. Mocne słowa jak na szóstoklasistę, pomyślała, rozbawiona.

Odkąd zorientowała się, że większość uczniów unika łazienki na piętrze, przychodziła tutaj czasem, by warzyć eliksiry. Pytała kiedyś kuzynkę, która skończyła Hogwart kilka dobrych lat temu, czy wścibski duch ma w zwyczaju donosić nauczycielom na wybryki uczniów, ale ta stwierdziła, że Marta ma tak krzywo – nierówno, poprawiła się szybko Eden, dziwnie zmienionym głosem, nie krzywo, nierówno – pod sufitem, że można jej łatwo wmówić co tylko się zechce. Pamiętała swoje pierwsze spotkanie z Jęczacą Martą: ukryła się w nawiedzonej toalecie w trakcie przerwy obiadowej, zbyt przejęta sobą, by zauważyć ducha martwej uczennicy, która – na pół obrzydzona, na pół zafascynowana impetem, z jakim Lorraine wyrzyguje zawartość żołądka – zawisła nad kabiną, z miną sugerującą, że nie do końca wie, czy powinna nastraszyć Malfoyównę, wyśmiać ją – czy może pocieszyć. Lorraine zdecydowała  że najlepszą taktyką w stosunku do martwej, zbłąkanej duszyczki z kompleksem niższości będzie – co za niespodzianka – bycie miłą. Szkoda, że zapomniała o tym dzisiaj, kiedy w napadzie szału kazała Marcie, w ramach wyjątku, pograć w “połącz-kropki” na piegach zdobiących jej widmowy, haczykowaty nos, zamiast na nerwach Malfoy.

Przypomniała sobie, że już nie raz słyszała z ust Marty o tajemniczej Olivii. Zwykle puszczała jednak mimo uszu zawodzenie ducha, nie wsłuchając się w treść utyskiwań martwej dziewczyny. Właśnie, była martwa, więc czemu nie mogła pozostać martwa? Gdyby Lorraine nie spodziewała się, że podobnym pytaniem wywoła kaskadę łez, zadałaby je płaczliwej zjawie. Może Marta zbyt wiele razy nie zdała z klasy do klasy, żeby zdać sobie sprawę, że istnieje inne wyjście niż wieczne tułanie się po hogwarckich korytarzach: że życie nie jest jednym ze szkolnych przedmiotów, które można repetować w nieskończoność, tylko ciągłą zmianą, cyklem reinkarnacji? Bo Marta nie została skazana na wieczne mazgajenie się, stwierdziła Lorraine, sama wybrała sobie taki los. Kimkolwiek była Olivia, której tak nie cierpiała Marta – zapewne kimś z lat młodości zjawy, która pojawiła się w Hogwarcie wtedy, kiedy do szkoły uczęszczali jeszcze Armand i Miranda Malfoyowie – jakiekolwiek krzywdy wyrządziła Marcie, wszystko to była przeszłość. Przeszłość, którą Marta przeżywała wciąż na nowo i na nowo, kiedy wszyscy dookoła niej myśleli o przyszłości, nie oglądając się na to, co dawno już minęło. Niemożliwy do ukojenia żal martwej – choć przecież nieumarłej – dziewczyny dawno już przestał kogokolwiek wzruszać. Kolejny wybuchający kran, kolejna zniszczona muszla klozetowa, kolejna pęknięta rura, z której tryskała woda, tylko tak Jęcząca Marta mogła zapłakać nad swoim losem, który nie budziło w nikim współczucia, a jedynie irytację. Bo Marta była martwa, a Lorraine była żywa – tak samo jak żywy był chłopak obok niej, jak świat za oknem, opanowany pędem wiosny – Lorraine była żywa, i nie zamierzała umierać, nie bez zdanych SUMów.

Czy zdążyła zabrać wszystko…? Torbę o magicznie powiększonym wnętrzu rzuciła na podłogę, ledwie udało im się wydostać z łazienki – aż zagruchotała cała kontrabanda, którą tam chowała. Podręczniki do eliksirów i butelka ognistej dla Anthony’ego Borgina pozostawały, póki co, w pieczy Atreusa, zaś różdżka – tkwiła bezpiecznie w kieszeni szaty wierzchniej, którą Lorraine z ulgą zarzuciła na ramiona. Ucieszyła się, bo szata zdążyła wyschnąć na zalanym słońcem parapecie, a kiedy przytuliła na chwilę policzek do miękkiego materiału, owionął ją znajomy zapach perfum: duszący, ciężki – ciężki w taki sam, kojący sposób, w jaki ciężki jest kot zasypiający na kolanach podczas wieczornej drzemki w fotelu przed kominkiem w pokoju wspólnym – przede wszystkim zaś słodki, bardzo słodki, słodszy od wszystkich wyrobów Miodowego Królestwa razem wziętych. Tyle tylko pozostało ze starannie kreowanego przez lata wizerunku ślizgońskiej księżniczki: ulotna woń perfum zwiniętych z toaletki ciotki. Zawsze gładkie włosy, spuszone teraz pod wpływem wilgoci, skręciły się bowiem w niewielkie fale, potężnych cieni pod oczami nie maskował żaden makijaż, a cały posiadany przez dziewczynę dobytek jeszcze przed chwilą spływał wodą z klozetu. 

Zapomniałam o godności – rzuciła cynicznie w odpowiedzi, odwracając twarz w stronę chłopaka, by obdarzyć go krótkim, zmęczonym uśmiechem. Daleko jej było do księżniczki, ale przynajmniej stał przed nią prawdziwy rycerz. Nie był, co prawda, odziany w białą zbroję – jak legendarny król Artur u wybrzeży Avalonu – tylko w zwykłą szatę do gry w quidditcha, ale Lorraine wyjątkowo nie wybrzydzała: jej spojrzenie prześlizgnęło się po twarzy Atreusa, szukając… No właśnie, czego?

Policzek lekko jej drgnął, kiedy zobaczyła, w jak opłakanym stanie są podręczniki, które tak hołubiła – przeklęta Marta, pomyślała, bardziej jednak ze smutkiem niż z irytacją, mam nadzieję, że utknie w kolanku od zlewu – sięgnęła po jedną z trzymanych przez Atreusa książek i pogładziła delikatnie porwaną obwolutę, starając się nie pokazać po sobie, jak bardzo się przejęła całym zamieszaniem. Otworzyła podręcznik w losowym miejscu, z ulgą stwierdzając, że część zapisanych na marginesie uwag wciąż jest w miarę czytelna, choć w wielu miejscach atrament rozmył się, tworząc brzydkie plamy na pożółkłych ze starości stronach. Jeszcze kilka lat temu wróciłaby do tej łazienki, by cisnąć w zjawę zniszczoną książką. Zobacz, co narobiłaś, miała ochotę wysyczeć – jak ten wąż, o którym z takim przerażeniem wspomniała Marta – och, tak, chętnie rzuciłaby na tę wstrętną zmorę urok – urok tak silny, że ta wszędzie widziałaby tylko roje węży – słyszałaby ich gadzie podszepty w szumie płynącej wody, w syczeniu rur biegnących głęboko pod zamkiem, w przytłumionych głosach uczniów przemykających korytarzem – błyszczące kafelki przypominałyby połyskliwe, wężowe łuski, a z kranów zdobionych serpentynowymi ornamentami skapywałby jad. Zmieniłaby jej łazienkę w posiadłość Quirrellów w Little Hangleton, skąd sączyły się rozleniwione syki gadów, jedynych mieszkańców dawno podupadłej ruiny, będących żywą manifestacją niegdysiejszej chwały Salazara Slytherina. Ale teraz – teraz tylko zacisnęła palce na książce, starając się powstrzymać dojmujący smutek, ogarniający ją na myśl o godzinach ciężkiej pracy, które poświęciła na szukaniu wszystkich tych informacji po różnych podręcznikach, notowaniu uwag profesora Slughorna i poprawianiu własnych błędów w trakcie samodzielnego warzenia eliksirów. Westchnęła cicho. Jakoś sobie poradzi. Przynajmniej odzyskała swoje rzeczy. 

Podnosząc wzrok znad książki, napotkała spojrzenie błękitnych oczu Atreusa. Poczuła mrowienie w palcach, które dotykały wcześniej jego twarzy, przyjemny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa, kiedy przypomniała sobie kojący ciężar rąk chłopaka opierających się o jej talię. Starała się nie myśleć o tym, jak blisko siebie wciąż stali. Oddychała już spokojnie, ale serce wciąż biło jej nieco szybciej: zapewne przez Martę, której stłumione wrzaski słychać było zza łazienkowych drzwi. Czy powinna coś powiedzieć? Nigdy nie była nieśmiała, ale czasem potrafiła być szalenie zamknięta – separowała się emocjonalnie od ludzi, skazana na wieczne przyciąganie ich w sposób czysto fizyczny – lubiła grać charyzmatyczną duszę towarzystwa, ale czasem wolała być trochę ciszą sobą. Jesteś taka skryta, mówiła Miranda, gładząc ją po włosach, a Lorraine zaciskała wtedy zęby, czekając aż zacznie szarpać – palce macochy zamieniały się w szpony szybciej niż u rozwścieczonej wili – nigdy nie wiem, jakie myśli chodzą ci po głowie – nie wiem, dopóki nie zajrzę do środka. Lorraine nie wiedziała, co tkwi w głowie Atreusa Bulstrode’a. Większą część ich rozmowy spędziła na snuciu domysłów na ten temat, zastanawiając się, jakie są intencje chłopaka. Zawsze tak robiła: zbyt dużo myślała, tracąc wręcz czasem rozeznanie w tym, co było paranoicznym urojeniem, a co rzeczywistością – co było prawdziwe. 

Oczy Lorraine wpatrywały się uważnie w twarz Atreusa, a choć na ich dnie czaiła się obietnica uśmiechu, dziewczyna wydawała się jakby poważniejsza. Palce zabębniły bezgłośnie o okładkę podręcznika. 

Chciała, żeby to było prawdziwe.

Więc – wciąż podpierając bokiem ścianę, wskazała podbródkiem na stos książek w dłoniach Atreusa: zawiesiła głos, zastanawiając się przez chwilę, jak odpowiednio ująć w słowa to, co chciała mu powiedzieć – Dziękuję. Za to, że odciągnąłeś uwagę Marty.


RE: [18.05.1964] Jęcząca Marta - Atreus Bulstrode - 29.08.2024

Marta wyła i wyła, i nawet ciężkie, stare drzwi do łazienki niewiele w tym wszystkim pomagały. Upiorny głos sączył się przez szpary, ale Atreus zamiast strachu czy uczucia, jakby krew ścinała mu się w żyłach, czuł rosnącą irytację. Zawodzenie martwej dziewczyny były dla niego przede wszystkim nieznośne - ta beczała bez powodu, jak zwykle z resztą, bo gdyby była odrobinę mniej bezproblemowa to by tam weszli, zabrali wszystkie rzeczy i sobie poszli. Kulturalnie. Ba! Gdyby nie była jaka była to pewnie w ogóle by go tutaj Lorraine nie zaciągnęła, bo Martusia nie urządziłaby jej prysznicu. A w ogóle, to Bulstrode był zdania, że gdyby okularnica nie była taka okropna, to nie skończyłaby martwa w tym kiblu.

Nie wiedział jak dokładnie umarła, ale tego chyba nikt nie był do końca pewny. Chodziły na ten temat różne plotki, a sam duch, kiedy miał trochę lepszy dzień, cedził coś o wielkich oczach. Potem był koniec. To z kolei pozwalało na snucie niestworzonych historii, o których zapominało się po pięciu minutach, bo kogo niby obchodziło to jej całe biadolenie.

Atreus odetchnął wreszcie, kiedy wrzaski Marty dosłownie utopiły się w gwałtownym wybuchu w muszli klozetowej, a kałuża tworząca się pod drzwiami powiększyła się nieco, kiedy kolejna fala wody wylądowała na podłodze. Woźny będzie miał co sprzątać i w sumie ta myśl poruszyła nieco ślizgonem, bo ostatnie czego chciał to zostać przyłapanym na miejscu zbrodni. Może i nie była to jego wina, bo wszystkiemu zawiniła przecież Marta, ale Starszy Inżynier od Mopa miał to do siebie, że łapał każdego uczniaka podejrzanego o przewiny, albo takiego co się znalazł za blisko miejsca wypadku bo tylko nieświadomy przechodził.

Atreus uśmiechnął się do Lorraine lekko, w ostatniej chwili gryząc się w język, bo jego głupia głowa bardzo chciała jej odpowiedzieć, że to już zgubiła dawno, albo że na znalezienie jej było już za późno. Zwyczajny odruch, pewnie w każdych innych warunkach byłby absurdalnie zabawny, ale niekoniecznie w momencie, kiedy adresowany był do dziewczyny która mu się podobała. Lorraine mogła uważać, że daleko jej do księżniczki, ale dla niego niewiele jej brakowało. Była ładna i nie dlatego, że przyciągał do niej jej wili urok, albo wygładzał jej rysy twarzy w chłopięcych oczach. Miała ładne włosy, sylwetkę i cerę. Na jej buzi nie musiał liczyć piegów, które tak złośliwie wypomniał okularnicy, która właśnie spuszczała się pewnie rurą aż do samego jeziora.

Mimowolnie spojrzał na jej rzeczy, przemoczone teraz do suchej nitki. Zbyt długo leżały w kałużach wody, które spuściła na nie Marta i teraz wyglądały zwyczajnie tragicznie. Ale w przeciwieństwie do Malfoy, która najchętniej by zjawę wyklęła i obłożyła jakąś obrzydliwą klątwą, wydało mu się niezwykle dogodne. Nie było mu żal podręczników, bo sam nigdy nie musiał się tym przejmować - kiedy coś mu się popsuło, mógł sobie kupić nowe i nie myśleć o tym więcej, automatycznie więc zakładał, że inni też mają ten przywilej. Pomijając też jego ogólną niechęć zaadresowaną do Marty, mógłby jej teraz uścisnąć rękę, gdyby tylko było to możliwe i gdyby tylko nie jęczała jak opętana, bo dzięki jej głupim wybrykom mógł w ogóle robić z siebie bohatera.

Atreus znowu podniósł spojrzenie na Lorraine, zaglądając jej tym samym w oczy. Cokolwiek kryło się w jego głowie, pozostawało jedną wielką tajemnicą, ale uśmiechnął się do dziewczyny lekko. Poprawił trzymane podręczniki tak, żeby zajmowały mu jedną rękę, a drugą sięgnął do dłoni blondynki.
- Cała przyjemność po mojej stronie - rzucił, a gdzieś w tym uśmiechu pojawiła się cwaniacka nuta. Mógł to robić z sympatii, ale nie zamierzał przecież zapominać o jej małej obietnicy co do tego, jaka czeka go za to nagroda. - Ale chodźmy stąd, bo jak nas woźny złapie, to już nie uda mi się nas uratować. Znam takie jedno fajne miejsce, chodź - mówił, jakby składał jej właśnie najsłodszą obietnicę pod całym słońcem, kiedy pociągnął ją korytarzem, jak najdalej od sączącej się spod drzwi kałuży.

Koniec sesji