![]() |
|
[1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings (/showthread.php?tid=2102) |
RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 30.10.2023 Jakież to górnolotnie, wielce pomyślane. Szanse. Co widziały szare oczy patrzące na tego wyuzdanego człowieka? Najgorszą rzecz, jaką można w kimś zobaczyć - bo wspomnienie. Wspomnienie tego, kim był, kim byli razem, ale brak perspektyw na coś oczywistego. Na dziś. Na jutro. Myśli przypełzały jak zdradliwe karaluchy, wierciły się i wpijały w skórę, wyżerały tkanki i rościły sobie prawo do tworzenia rozjazdów na skróty. Mógł udawać, że mu nie zależało i może nawet udałoby mu się okłamać Flynna, ale te myśli... one mówiły o tym, że to jutro może nadejść. Że perspektywicznie mógł mu pomóc i jeszcze z większą miłością można by podejść do poszukiwania wspólnego jutra. Poznając się na nowo. Badając. Migało to światełko jak oświetlenie dróg w mugolskich miastach, gdy żarówka się zepsuła, pomiędzy każdym uderzeniem serca. Więc... tak, zdecydowanie były tu szanse. Tylko że ta droga była obudowana całkiem wysokimi kamienicami o tym, że kiedy ktoś raz nie mógł zaufać tobie, skoro samemu sobie nie mógł, to jak wierzyć, że znów nie wydarzy się coś podobnego? Krąg braku zaufania nagle zaczynał się rozszerzać, a wiara zamierała. Pewnie gniła na poboczach tej autostrady karaluchów. Z drugiej strony wielu by powiedziało, że choć to brzydko ujęte, że mózg zniżany był do tak paskudnych zwierząt wraz ze swoimi procesami i emocjami, to też byliby ci, co powiedzieliby, że każdy proces dotyczący Wrony porównywalny był tylko do karaluchów. Albo do larw much, które wyżerały wszystko, nawet jeśli miały pożreć żywcem, byle dostać to, czego pragnął. Więc? Wierzył kiedyś w tego człowieka - jak naiwnie - i dostał bardzo, baaardzo bolesną nauczkę. Można by było powiedzieć, że sam to rozdrapał, że nie powinien, ale jak to już z takimi robalami i gnijącym mięsem - niestety same do niego ściągały. Nie był obłaskawiano darem zapomnienia. To był błąd. Elektryzujący dotyk człowieka, który chciał na nowo zaznać smaku miłości. Choć dla Flynna to chyba byłoby już tylko zaspokojenie pragnienia cudzego ciała. A przynajmniej taka wizja na to wszystko rozciągała się, tak właśnie perspektywicznie, przed oczami Caina. O ten płomień chyba nie spalisz sobie piór, Wrono. W końcu były mocniejsze niż skrzydła ćmy. - Niestety - nie rozumiem bardzo wielu rzeczy. - Czy się dziwił temu? Ani trochę. Zrozumieć Flynna - to wcale nie było takie trudne i nie trzeba było do tego bardzo znać jego historii i tego, co się działo z jego życiem, zanim go poznał. Owszem, to pozwoliłoby zrozumieć o wiele lepiej, dogłębniej, gruntowniej. Cain się napatrzył na ludzkie historie i miał ich zazwyczaj serdecznie dość. Potrafił stworzyć kilka scenariuszy tego, co Flynn robił, co się podziało w tym świecie, w którego ciemności zatonął, że było tragicznie, że w ogóle tam skończył - bo przede wszystkim... och, bogowie, jak to zabrzmi... Ten morderca nie miał złego serca. Cain lekko pokręcił głową do swoich myśli, do tego, co powiedział Flynn, do... chyba do wszystkiego i całego świata, ale uśmiech znów witał na jego wargach. Wyprostował się w końcu i spojrzał na swoje ramiona, strzepując je dłońmi, gdyby ostała się tam jakaś kora z drzewa, do którego Edge postanowił go przytulić. Jakże miło i czuło z jego strony. Zogniskował spojrzenie na Flynnie - zaciekawiony pytaniem, jakie zostało zadane. Nie, nie sądził, że te dzieciaki były Edga, natomiast czy widział w nim ojca..? W zasadzie... chyba odpowiedź nie spodobałaby się czarnowłosemu. Bo brzmiałaby: tak. Uważał, że by się nadawał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Każdy był mądry i mówił, że on się nie nadaje do rodzicielstwa, a potem ci, co uznawali inaczej nagle okazywało się, że warci nie są złamanego grosza. Pijacy, popierdoleńcy i zwyrodnialcy krzywdzący swoją rodzinę. Choć to prawda, że gdyby go nie znał to nie myślałby taką kategorią. Brakowało mu bardzo wiele obrazu i historii przed oczami, ale... tak. Tak brzmiałaby jego odpowiedź. Gdyby tylko odpowiedź wysunęła się z jego ust. - A czy ja wyglądam na kogoś, kto mógłby zabić? - Zapytał tym lekkim, trochę żartobliwym tonem, jakim miał często w zwyczaju mówić, z typowym dla siebie uśmiechem, mało poważnym. Odpowiedź była odpowiedzią - i podobno to bardzo niegrzeczne i nie powinno się tak robić. Na szczęście Flynn był ostatnią osobą, która by go gnoiła za brak ogłady. Wygląd. Pozory były sztuką, którą opanowały nawet zwierzęta przystosowując się do tego perfekcyjnie, maskując wśród traw, udając martwe czy upodobniając do gałęzi drzew i kwiatów, albo udając większe czy jadowite drapieżniki. Więc... jeszcze raz, jak wyglądał Flynn? I jak wyglądał Cain? Na szczęście (chyba na szczęście) w uszach Caina wypowiedź czarnowłosego nie zabrzmiała dwuznacznie, a nawet jeśli to uraza nie została przyjęta. Problem z poczuciem własnej wartości nie został tutaj nawet muśnięty czy zadrapany, bo może Cain nie miał rozbuchanego ego, to nie był też osobą, która chodziła z głową nisko. Czemu miał tego Flynn nie mówić..? Odpowiedzi mogło być nawet kilka - chociażby dlatego, że był bardzo zamkniętym człowiekiem, a też Bletchley nie uważał naciskania i wypytywania za coś, co dobrze mu zrobi w życiu prywatnym. To był pewien instynkt - detektywistyczny, związane z pracą spaczenie. Był jednak doskonale nauczony, że we własnym przypadku lepiej naprawdę unikać nadmiaru wiedzy. Cain już rozchylił wargi, chcąc powiedzieć dokładnie te słowa: niczego mi nie jesteś winien, ale zatrzymał się przed pierwszym dźwiękiem. Zatrzymał też na krótko dech w płucach. Słowa Flynna były jak nóż. Ouch. Więc wargi zamknął i odetchnął głęboko, choć spokojnie, mierząc mężczyznę przed sobą nieodgadnionym spojrzeniem. Świdrował go oczami, jakby mógł zobaczyć wszystko w tych brązowych tęczówkach i jeszcze więcej - zanurzyć się w lśniącym brązie i zobaczyć prawdziwe lasy, podczas gdy w lustrach odbijał się tylko ich cień. Tak, rozumiał za mało, za mało wiedział i koniec końców - wiedział jedno wielkie nic o człowieku przed sobą. Nie dlatego, że nagle się dowiedział, że zawsze był cyrkowcem. To spojrzenie trwało i trwało, i trwało... Nieskończoność i jeden dzień dłużej. - I co wtedy zrobisz? - Zapytał z zainteresowaniem, choć przybrał poważniejszy ton. Nie pogrywaj ze mną, Wrono. Ale grał, och grał! Choć czy mu to dobrze wychodziło? Ten krupier był naprawdę kiepski w rozdawaniu kart. Ale gdy twarz była zasłonięta, mógł się okazać i samym Flynem. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 03.11.2023 Zgrzany od rozmowy i wszystkich związanych z nią myśli, Flynn ściągnął bluzę i przewiązał ją sobie w pasie, po czym westchnął ciężko. Potrzebował dłuższej chwili na zebranie myśli, więc naprawdę długo milczał, chociaż normalnie na takie pytanie od razu by odpyskował, najpewniej grożąc przy tym rozmówcy palcem. Ten człowiek wciąż w nim siedział, wciąż dało się rozpoznać w nim Crowa, ale nabrał też nieco nowego charakteru, odległego od czasów, kiedy byli ze sobą z Cainem blisko. Nie golił już sobie głowy - kolejne potwierdzenie, że rzucił dawne życie, bo za czasów pracowania na Nokturnie, zarzekał się, że włosy zapuszczali tylko kompletni idioci chcący ułatwić mu złapanie ich za głowę podczas bójki. Dziś miał tak bujne, czarne, kręcone włosy, że aż prosiły się o wplecenie w nie palców, co też sam Flynn zrobił, żeby odgarnąć je sobie wreszcie z twarzy. Nie był już nawet pocięty na rękach, o tym jak często chodził w bandażach, przypominały tylko wygojone blizny. Brak wyłamanych palców. Musiał mieć niedawno mocno spuchnięte oko, ale sam przed chwilą mówił, że Bulstrode dał mu w twarz i był tym tak oburzony, jakby naprawdę mocno wykraczało to poza jego codzienność. - Dziwne jak na kogoś, kto widzi i pamięta absolutnie wszystko. Najwyraźniej naprawdę nigdy o tym nie wspomniałem. Co za bajzel. - Parsknął, bo najwyraźniej go to bawiło. To, jak bardzo potrafił namieszać tym, że nie lubił mówić dużo. - Jak na razie, to wyglądasz na kogoś niezwykle zagubionego, ale ty zawsze miałeś takie spojrzenie. Podkrążone oczy Bletchleya wyrażały ciekawość, ale ciekawość ukrytą za kilkoma grubymi warstwami zmęczenia. Teraz kiedy ich przytłaczała ta mnogość wspomnień i emocji, on mu jak gdyby nigdy nic okazywał troskę. Musiał się zgubić. Albo w życiu, albo w jego oczach. Chyba jednak bardziej w życiu, bo jak źle musiało się dziać, jeżeli człowiek szukał go tylko po to, żeby na niego spojrzeć z oddali, a później chcieć uciec. A potem jeszcze się do tego przyznać! W świetle tego ciężko było nie wspominać tego, jak Cain do tej pory żył. Tego brudnego mieszkania, którego się tak strasznie wstydził i zawsze próbował w nim posprzątać, zupełnie jakby Crowa miała obchodzić sterta rozrzuconych ubrań. Nie zamierzał drążyć tego tematu na siłę, skoro za pierwszym razem nie zdecydował się odpowiedzieć, ale ciężko było nie podejrzewać, że od tamtego czasu nie poprawiło mu się wcale. - Zepsuję wszystkie te śliczne wspomnienia, które nas łączą - odpowiedział mu spokojnie. Jasne, że mógł mu mocniej grozić, bo przecież wiedział o Bletchleyu na tyle dużo, żeby bardzo barwnie opowiedzieć co z takimi informacjami zrobić, ale wcale nie chciał szukać w nim wroga. - Jestem w tym całkiem niezły. Ale wolałbym, żebyś po prostu zachował to dla siebie, o ile w ogóle chcesz tego słuchać. - Bo niby zapytał, czy mu o tym opowie, ale ilość wysłanych w tej rozmowie sprzecznych sygnałów była przytłaczająca. - Tam o - wskazał głową kierunek po swojej prawej - bliżej cmentarza jest ławka. Poczekaj na mnie, a ja pójdę powiedzieć bratu, że wszystko jest w porządku. - Prawie nikt przecież Flynna nie odwiedzał, a on z tym gościem od razu wybiegł do lasu i nie wracał od dłuższej chwili. Alexander musiał usłyszeć o tym już z trzy razy, a Alexandra lubił irytować co najwyżej szczeniackimi zaczepkami. Poczekał na jakąś odpowiedź, reakcję. Nie darował sobie wyciągnięcia w tym czasie paczki papierosów, żeby zapalić kolejnego z nich. Zaoferował je również Bletchleyowi. Jeżeli się z nim teraz ostatecznie nie pożegnał, Flynn bez słowa odszedł w stronę cyrku, skąd wcześniej wyszarpał Caina na siłę. I nie było go dobrych dziesięć minut, podczas których pewnie dopiął to, co porzucił widząc go w oddali. Propozycja opowieści okazała się nie być żartem - faktycznie wrócił i szukał Bletchleya przy tej ławce, tym razem trzymając coś w ręku. Nie, nie był to nóż. To był talerz. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 03.11.2023 Nie podobało mu się to, że ten człowiek ciągle w nim siedział. Że Crow siedział w nim. Nie podobało mu się to, że patrzył w te pieskie oczy sam czuł się jak pies. Opuszczony. Zostawiony w niby znajomym, bo własnym, mieszkaniu, które znowu zaczęło być całkowicie i żałośnie puste, którego nie było sensu już sprzątać, w które nie wkładał żadnego wysiłku. Bo po co i dla kogo? To, co wydawało się głupie i co go paraliżowało wstydem przed Flynnem stało się w jakiś sposób elementem przynoszącym ulgę i przede wszystkim... Cain się zaczął bardziej starać. Dla siebie, dla niego, mimo tego, że Crow chuja kładł na ten bajzel nieporządek, ważne, że było gdzie usiąść i gdzie odpalić fajka. Strzelał dobre miny do złej gry, no bo w sumie co miał zrobić? Otworzyć siebie, te emocje, swoje serce? Przed kim - przed tą Wroną, która podziobała i... odleciała spłoszona, a potem nie miała odwagi się nawet odezwać? Rozumiał, naprawdę rozumiał. Niestety jego zdolności do pojmowania pewnych decyzji ludzi i analizy ich zachowań nie pomagała wcale w tym, żeby był coraz bardziej szczęśliwy. Prawdę mówili ci, co powtarzali, że im niewiedza jest błogosławieństwem. Lat przybywało, a wraz z nimi robiło się Bletchleyowi coraz ciężej. Matka, ojciec, chory kuzyn, Śmierciożercy, Beltane, śmierć, ból, krzyki. Ułomny problem z zaufaniem człowiekowi. Strach przed tym, że ktoś znowu odejdzie tak, że już go nie zdołasz złapać. Ludzie upadali, ale dopóki mogłeś podnieść ich z kolan i te kolana otrzepać - było okej. Cain, koniec końców, był tylko pierdolonym człowiekiem. I mógł rozumieć - a kurwa bolało ciągle tak samo a może i bardziej. Nie było szczęku tłuczonego szkła, kiedy złamane zostało serce, bo nawet na to sobie nie pozwolił. Zmiętą kartkę można schować do kieszeni jak całą resztę papierków, a potem wszystko wyrzucić do tego samego kosza ze stosem biletów i opakowań po cukierkach. Ten Crow, który siedział we Flynnie i ten Flynn, który mówił do niego ustami Edga zabił mu takiego ćwieka, że Cain nie wiedział, co odpowiedzieć. I nie było się do czego uśmiechać. Nie to, że nie mógł - bo mógł. Nie chciał sam się konfrontować z własną rzeczywistością, a spoglądanie na ten świat tak, jakby cofnąć się do cichych, ciemnych czterech ścian - komu to miało służyć? Zagubione spojrzenie. Nie spodziewał się takich słów, bo też niekoniecznie sam o sobie tak myślał. Wyrównywał wszystkie doznania do jednej linii, umykał wspomnieniom, patrzył prosto i starał nie splatać więzi z ludźmi wokół. Wydawało mu się, że jego życie jest bardzo skoncentrowane na jednym punkcie. Skupione - nie zagubione. Ale w sumie..? Na pewno..? Poziom nijakości i rozmazywania się rzeczywistości był gorszy od tego peta, który zgasił wcześniej Edge. - Nie chciałeś rozmawiać o rodzinie - nie dopytywałem. To nie tworzyło bałaganu. Zadowalanie swojej ciekawości kosztem twojego samopoczucia nie było moją intencją. - Jego samopoczucia. Bo Cain nie był złotym, wspaniałomyślnym człowiekiem, oj nie. Było minęło. Sądził, że to była jego przyjaźń, jego miłość ponad śmierć i na sądzeniu się skończyło. Przegrał - trudno. Nie było się nad czym rozwodzić i nad czym płakać. Tak sobie wmawiał. - Jeśli mnie zostawisz w lesie to na pewno będę zagubiony. - Odparł, swoim zwyczajem, żartem. Jego możliwość odnalezienia się w lesie, gdyby go tam zostawiono, byłaby tragikomedią. Rozróżnianie drzew na podstawie tego, co zapamiętałeś, wcale nie było zabawne i mózg mu się gotował. Ha... chyba Flynn był po prostu ostatnią osobą, po tych latach, po której spodziewałby się takich słów. Nawet nie wiedział co miało znaczyć to "takich". Tak mało wiedział - dziwne, jak to ujął Flynn - o tym świecie, a najmniej o sobie samym. Bo gdyby zanurkował pod powierzchnię własnych uczuć i myśli to co by tam znalazł? Ten ocean bez dna chyba by go zatopił. Ale teraz, mimo całej maskarady, spojrzał na Flynna z poczuciem zranienia. Pokazał mu to. Musnął tą powierzchnię uczuć i pozwolił im na chwilę wyciec spod powierzchni maski, jaką nosił. - Już je zepsułeś. Nie wystarczy? - Ten żal i głęboki smutek, jaki go przenikał... ta tęsknota i jednocześnie poczucie bycia wzgardzonym, porzuconym, opuszczonym w potrzebie zaoferowania komuś lepszej i prawdziwej części siebie, potrzebie dbania o kogoś i tego, by ktoś zadbał o ciebie. Wiedział - nie był święty. Zdawał sobie sprawę z tego, że potrzeba uniesień była jak lek na te nieszczęścia, które na niego spadały. I chyba... chyba to było wszystko. Tylko nie rozumiał. Nie rozumiał, bo wydawało mu się, że przecież widział jakie to było prawdziwe, żarliwe i głębokie. Teraz widział tylko popiół dawnych ognisk. Tak, tutaj mogło się podziać o wiele więcej między nimi. O wiele więcej złego. Wrogowie. Nigdy tak nie pomyślał o tym mężczyźnie i chyba zabolało go tak bardzo to, że Flynn chyba uznał, że mógłby. I przede wszystkim, że mógłby się tutaj fatygować tylko po to, żeby nazbierać garść kolejnych tajemnic i potem... ach, ale przecież to byłoby w jego stylu, prawda? Dokładnie w jego stylu - tak grał. Przecież to Flynn. Czyli... kto aktualnie? Nie odpowiedział. Nie skierował się jednak w kierunku przeciwnym, czy też 'wyjściowym'. Poszedł powoli we wskazanym kierunku. Towarzystwo świergotu ptaków nie brzmiało przy tym jak marsz żałobny, choć kierunek był iście wisielczy. Gdybym stanął nad dobrze wykopanym grobem to oszczędziłbym nawet kłopotów. Zatrzymał się przy ławce spoglądając w kierunku cmentarza. W tej myśli nie było nawet cienia żartu. Ciepły, letni dzień zachęcił wręcz do tego, żeby się wyłożyć na trawie. Ciepło... Przyłożył dłonie do twarzy, żeby osłonić oczy od słońca. Pod powiekami trwało odtwarzanie slajdów - gładkich i płynnych jak filmy ze swoimi dźwiękami, zapachami i dotykiem. I one przyśpieszały i cofały się, przewijały i migotały, zmieniały się to płynęły z nurtem. Zaciskał przez chwilę dłonie na włosach do stopnia, w którym zaczęły drżeć przez krótki moment, nim puścił. Nie podobały mu się te rany, które Flynn w tych wspomnieniach nosił ani te zgolone włosy. Z tymi było mu do twarzy. Naprawdę z tym życiem było mu do twarzy... Tylko w zasadzie - jak żył? Obrócił głowę, kiedy usłyszał kroki zmęczony jeszcze bardziej niż tych paręnaście minut wcześniej. - Zostałeś kucharką? Noże masz do krojenia ogórków? RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 03.11.2023 Czasami nie wystarczy. Czasami ludzie prosili się o to, żeby nadepnął na nich butem mocniej, bo nie rozumieli prostych przekazów. Na własne nieszczęście, Edge zrozumiał ten ukryty pod rzuconym mu na odchodne pytaniem i całą podróż, od odwrócenia się, aż po powrót do Caina, spędził z takim lekkim, upierdliwym uciskiem w żołądku. Czy poczuł się nagle za niego odpowiedzialny? Nie, to wciąż wydawało się odległe, ale jednocześnie - strasznie nie chciał widzieć go skrzywdzonego, wcale nie zależało mu na poznaniu bólu jaki wywołał porzucając Bletchleya w taki sposób - celowo i świadomie zagrał to jak skończony tchórz, żeby nigdy tego nie zobaczyć. Przewidział to już wtedy - tę rozpacz, która nie pozwoliłaby mu go zostawić, bo się nie porzucało w potrzebie kogoś kogo się kochało. Łatwiej było nie wiedzieć co u niego słychać i wspominać go dobrze, wyobrażać sobie inne, lepsze życie, jakie go czekało po odwróceniu twarzy w inną stronę. A gdyby tam został? Czy czekało go jakiekolwiek życie? Tym co obiecała mu Fontaine była śmierć. Wybór nie był tu szczególnie trudny. Nim się do tego Caina leżącego na trawie zbliżył, zatrzymał się jeszcze na krótki moment, spoglądając na niego z oddali. W oczach Flynna chłopak zawsze był cholernie przystojny, ująłby to nawet słowami: agresywnie przystojny, ale posiadał w sobie nutę spokoju i delikatności, graną o wiele intensywnej w takich właśnie momentach. A on to lubił. Lubił ciszę takich miejsc, przesiadywał w nich godzinami, milcząc i wpatrując się w otaczającą go scenerię. W innych okolicznościach pewnie położyłby się obok i trwał tak, nie mówiąc absolutnie nic. Tylko jakieś słowa powinny się wreszcie z niego wylać, nie mógł się wiecznie śmiać z jego niewiedzy, bo już go takim zobaczył, dostał w twarz gorzkim słowem, sam też wiele takich rzucił, a teraz miał wrażenie, że pociął sobie o nie język. Raz jeszcze upuścił na ziemię papierosa i przygniótł go butem, a potem ruszył przed siebie, wątpiąc we wszystko, co ułożył sobie w głowie. Nawet w te najbardziej oczywiste rzeczy. Usiadł obok, talerz bezwstydnie położył mu na brzuchu, po czym wyłożył się obok. Bokiem. Tak, żeby podpierać głowę na łokciu i widzieć jego twarz, ze zgiętą w kolanie nogą. - Mhm - odpowiedział, o wiele ciszej niż mówił wcześniej - ale do mojej restauracji nie ma za dużych kolejek, to chyba przez to, że nie umiem ugotować nawet makaronu. - Na tym talerzu leżały pokrojone ciasta. Po dwa kawałki, nieduże, wyjątkowo estetyczne, nie pasujące zupełnie do człowieka, którego do dzisiaj wyganiano z kuchni, żeby przestał przynosić gotującemu pecha. - Moja siostrzyczka - powiedział to tonem sugerującym po prostu młodszą siostrę, nie było to pogardliwe - usłyszała, że „odwiedził mnie kolega” - to nie powinno go bawić tak bardzo jak go bawiło - więc kazała mi poczęstować cię ciastem. Widzę, że nie tylko ona się o ciebie troszczy, bo - leniwie uniósł spojrzenie w górę, mrużąc oczy przy patrzeniu na tarczę słońca - siedzimy tu już z miesiąc i jedyne co widziałem to chmury i mgła. Brałem to miejsce za przeklęte. Ale pewnie to jego rzeczywistość nie lubiła na tyle, aby go tym słońcem uraczyć. Znów opuścił spojrzenie na niego i w takim zawieszeniu już trwał. Nieułożone loki znów opadły w dół, ale nie poprawiał ich już, po prostu tak leżał i zastanawiał się jak właściwie miałby taką opowieść zacząć. Od którego momentu? Z jakich warstw musiał się obnażyć, żeby to wszystko wyjaśnić, ten kocioł jaki uczynił ze swojej egzystencji, tę plątaninę person, jakie przyjmował na przestrzeni lat. Był uosobieniem kabla od słuchawek, który poplątał się w kieszeni. To wcale nie było takie proste, chociaż osoby lepiej obyte z bajarstwem streściliby to pewnie w jednym akapicie i wcale się przy tym nie wysilili. Na czymś się skupiał, coś mu przez łeb płynęło, jakiś strumień myśli próbował wydostać się na zewnątrz, ale zajęło mu absurdalnie dużo czasu wyduszenie czegokolwiek. Znowu zwlekał z tym tak długo, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy Flynn odezwie się dzisiaj, czy odłoży to wszystko na jutro (ewentualnie na nigdy). - Pewnie się tego nie domyśliłeś, ale Crow to nie jest moje prawdziwe imię - zaczął od żartu, ale ten żart był wstępem do czego innego - Flynn też nie, chociaż powiedziałem ci wtedy, że tak. Bo w pewnym sensie jest prawda, tylko... - Przykrył twarz dłonią. Bo to wcale nie miało iść tak, w wyobraźni brzmiało o stokroć lepiej, nie sugerowało też kolejnego kłamstwa. - Oh, kurwa - warknął ociężale, przejeżdżając palcami w dół twarzy. - Nie wiem jak mam ci coś takiego opowiedzieć. Wolałbym chyba zagrać w te durne karty z pytaniami. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 03.11.2023 Ucieczka była łatwa, prosta i przyjemna. Układałeś sobie wszystko w głowie tak, żeby to wymieść miotełką i potem siup! Prosto do kosza. Z kosza zbierasz worek, wynosisz do śmieci, śmieci zbierano i wywożono... Jak łatwo było pozbyć się problemów! Szczególnie, kiedy te problemy same zabierały się z daleka od ciebie. Wystarczyło już tylko "nie wracać na stare śmieci", jak to lubiano czasem mówić. Był hipokretynem ten, który krytykował uciekanie, bo jak odważnym trzeba być, albo jak pewnym siebie, żeby powiedzieć sobie przed lustrem: ja nigdy nie uciekłem. Łatwo pomylić odwagę z głupotą. Nie przepadał za papierosami, choć czasem też palił. W zasadzie to mógłby powiedzieć, że nie lubił tego zapachu, którzy tłumił wszystkie inne, jakie można było chłonąć zmysłami, a potem powiedziałby, że w zasadzie to to lubi - ten dym. Zapach dymu prawie zawsze był taki sam i nie trzeba było go w pamięci dzielić na wszystkie odczuwalne wonie. Chciał jednak poczuć zapach Flynna inaczej. Jak po kąpieli, czystego, kiedy skóra była rozgrzana nie od emocji i rozmów toczonych, a od ukojenia gorącą wodą po długim dniu. Przy rozluźnionych mięśniach, ponieważ było bezpiecznie, nikt nie musiał się pilnować, nikt nie musiał uciekać i oglądać się za plecy. Jego zapach na świeżym swetrze wyciągniętym z jego szafy. Wsunąć nos między te niepokorne kłaki pałętające się wokół jego twarzy, musnąć nim policzek, potem na szczękę. Odetchnąć nim - jak kiedyś. Więzień przeszłości. Najlepsze więzienie było tym, gdy więziony nie widział kajdan ani krat. Takie, w którym jeszcze sam najchętniej zostawał, choć otwierałeś mu drzwi i mówiłeś, że ma cały świat. Nie. I tak, potem byli jeszcze ci, którzy nie tylko chcieli w więzieniu zostawać, ale też chcieli być w nim zniszczeni. Chęci, niechęci... przecież Cain wcale nie chciał w tym miejscu tkwić, dlatego poruszył się dalej w swoim życiu. Po co więc do niego wrócił? Na pewno nie po tą fajkę, którą chciał go poczęstować Edge, ale do szczęścia mu nie była potrzebna. Flynn już i tak palił za nich dwóch. Prześledził jego krok i uniósł głowę, kiedy położył mu na brzuchu talerz. Z ciastem. Gotująca Wrona..? Potraifł sobie wyobrazić go jako ojca - alee jako piekarza? To już trochę wyższa szkoła jazdy. Jeden, drugi trybik... Potrafił sobie go wyobrazić w kuchni, ale niekoniecznie gotującego. Co najwyżej żonglującego nożami. - To chyba zależy czego oczekujesz od restauracji? - Właściwie to nie zależało, ale zwiedzili za duży kawałek Nokturnu, żeby nie wiedzieć, o co w tym żarcie chodzi. Jest knajpa, wchodzisz do niej, prosisz o kartę dań a wszyscy patrzą na ciebie w szoku. Bo jedyne rzeczy, jakie się tu gotuje, to ludzkie marzenia. Jeśli nawet ci podadzą jedzenie to po to, żebyś jak najszybciej stąd wypierdolił. O ile nie wypierdolą cię przed podaniem obiadku. Ponieważ czarnowłosy mówił dalej, a spoglądanie na niego z tak wykrzywioną głową było niewygodne przełożył talerzyk na trawę, pomiędzy nich, również przekręcając się na bok. Wtedy chyba byli o przynajmniej dwa odcienie bardziej szczeniaccy niż dziś. A ciasto i tak zawsze cieszyło tak samo. Opuścił to miejsce, trafił na Nokturn, uciekł z Nokturnu i wrócił z powrotem, do rodziny, która nie była rodziną, nie podobało mu się, jak... ach. A może nie podobał mu się dodatek "namiastka". Tak, to było skomplikowane, a tym bardziej mieszało się, kiedy brakowało danych. Uniósł wzrok ku niebu razem z tymi brązowymi jak angielskie dęby oczami. Leniwe popołudnie, które zupełnie niepotrzebnie wprowadziło kroplę chaosu do ich życia. I to przez ciebie, kolego Cainie. Flynn Bell - 10% romantyka i 90% chuja. I te 10% wystarczyło, żeby posłać mu kilka serduszek z własnych ust. - Musi być miło mieć taką siostrę. - Piekącą ciasta, która pozdrawia kolegów... w zasadzie to się nawet nie dziwił, że go to rozbawiło. Gdyby miał powiedzieć, kim jest dla niego Flynn to powiedziałby, że dawnym znajomym. Przecież to byłaby prawda. Tak samo prawdziwa jak to, że to przyjemne ciepło zapraszało do snucia marzeń i bezkarnego popołudnia pomiędzy puchem chmur. Cain przymknął oczy, ciesząc się dotykiem promieni słońca na powiekach i widokiem leżącego obok Flynna pod powiekami. Takiego... teraz spokojnego, w tym stroju, który krzyczał "dotknij mnie" chyba do każdej kobiety, którą kręciły charakterni, źli chłopcy. Zdaniem Caina mężczyzna zawsze wiedział, jak się ubrać, żeby podkreślić swoje walory i przybrać rolę Węża Edenu. Cisza. Nie przeszkadzała mu wcale. Wyłączył się. Jego świat był wyspą, małą i maleńką, gdzie budował swój zamek z piasku. Nie przypływały tam codzienne troski i znoje, ale też nie witało wielkie szczęście. Znalazł tam jednak coś osobliwego, bo przecież dawno nie widzianego. Mógł więc się zatrzymać na tym czymś, a raczej - kimś. Poodłączać po kolei wszystkie bodźcie, które nie były potrzebne w odbiorze, wspomnienia, zatapiał myśli jedna za drugą - były muszelkami rzucanymi w fale. Te przyjemnie obmywające stopy znużone wędrówką. A wszystko to dlatego, że na tej plaży leżał mężczyzna, który poruszył go swoim nieszczęściem. Takim głębokim, że sądził, że mógł go z niego wyleczyć. Okazało się, że tylko się nim zaraził. Choroba przeniknęła i do jego głowy. Lecz leżał tu - tak samo zjawiskowy jak pierwszego dnia, choć wtedy wszystko było pierwsze i wszystko o wiele bardziej intensywne. Te kolory. Te kolory sprawiły, że kompletnie stracił swój rozum. Teraz ich nie było, albo po prostu nie były takie same. Nie zmieniało to jego smutnego spojrzenia, mimo braku ran nie zniknęły blizny, mimo czasu nie przeskoczył nad tym, jak pewne rzeczy trudno było mu powiedzieć. Odezwał się, a Cain wyrwał się z tego stanu i powoli obrócił spojrzenie na zakazanego bożka z obrazu opisanego, że nic w życiu nie dzieje się dwa razy tak samo. Ale możesz spotkać dwa razy tę samą osobę. - Chcesz mi pokazać? - Nie wiedział, czy do kogokolwiek innego skierowałby takie słowa. To było dla niego trudne, jak wiele rzeczy. A potem przekrzywił głowę i uniósł jedną brew z miną typu "huh?" na facjacie. - Jakie karty z pytaniami? RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 04.11.2023 Flynn palił nawet nie za ich dwójkę, a za całą grupę. Właściwie, to już sięgnął ręką do kieszeni, żeby tę paczkę z niej wyciągnąć i wypalić przy nim trzeciego już papierosa, chociaż rozmowa wcale nie trwała na tyle długo, żeby udawać, że był w tym jakikolwiek rozsądek. Bannery rozwieszone po mugolskich dzielnicach trąbiły teraz głośno, że palenie niszczy zdrowie, on się tym najwyraźniej nie przejmował. Śmierć była ostatnim, co go w jakimkolwiek stopniu przerażało. Ostatecznie się na to nie zdecydował, ale tylko i wyłącznie dlatego, że Cain przewrócił się na bok i dotarło do niego, że musiałby dmuchać mu dymem w twarz. - Cóż za sugestywne pytanie. Podejrzewa mnie pan o coś, panie władzo? - Uśmiechnął się, mówiąc to wyjątkowo zaczepnym tonem głosu, chcąc wymusić pewnie skojarzenia. Nie rozwijając tej myśli, sięgnął do tego wspomnianego wcześniej talerza, bo skoro nie mógł przerywać sobie wypowiedzi zaciąganiem się dymem, to mógł zrobić to jedzeniem. - Jest urocza, w ten taki boleśnie niewinny sposób - wyznał. Coś go w tym piekliło - ta świadomość jej naiwności - nie będzie go tu przecież zawsze, żeby ją wyciągać z tarapatów i zakładać pułapki na oknach, nie będzie mógł zawsze opowiadać bajek, że w Londynie był szczurołapem. Żył świadomością tego, że ta przeszłość prędzej czy później po niego wróci - odnajdowało go coraz więcej osób, poza tym Bellowie upierali się, aby podążać za sabatami, a następny miał odbyć się w Londynie. Ten gnój zamknął oczy i leżał w tym słońcu, w tej ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła, w ciszy okolic opuszczonego cmentarza, a Flynn... Jego głowa była głośna. Nie chodziło już nawet o te wszystkie sceny i zdania przepływające strumieniem przez wybujałą wyobraźnię, ale przez sam fakt jak mocno biło mu serce. Szum w uszach stawał się nie do zniesienia, ale czuł przecież na skórze, że to było piękne, bezwietrzne popołudnie. Przecież to było kurwa okrutne, żeby to wszystko rozkopywać, czy oni na pewno oboje tego chcieli? Ktoś się ich o to tak szczerze zapytał, czy po prostu dali się pokierować własnym ciałom i teraz leżeli naprzeciwko siebie rozdzieleni niby tylko tym talerzykiem, ale w rzeczywistości jakąś metaforyczną przepaścią, nad którą próbowali złapać się rękoma? W takich momentach człowiek aż chciał zacisnąć ręce po obu stronach głowy i krzyczeć, ale zamiast tego zamarł. Byłoby miło, gdyby jednak uniósł kąciki ust w górę, nawet jeżeli sytuacja temu nie sprzyjała. - Pokazać co? Całe życie? Co trzymam w rozporku? Mrugnij dwa razy, jeżeli nie napatrzałeś się ostatnio - odpowiedział szybko, kontynuując panikę towarzyszącą mu przy początku tejże wypowiedzi. Balansowali na zbyt cienkiej granicy dyskomfortu, więc nie potrafił wyrazić się inaczej, tak jak by się tego oczekiwało po dorosłym człowieku. W tym wieku mózg podobno rozwinął się już całkowicie, ale jego był chyba permanentnie uszkodzony, nawet jeżeli zawsze mu mówiono, że zachowywał się doroślej niż inne dzieci. On wcale nie był doroślejszy, on miał cholerną traumę - te doświadczenia, które go do niej doprowadziły, stanowiły większości dzieci i wcale ich nie potrzebował. Potrzebował czuć się bezpiecznie, ale nikt mu nigdy tego nie zapewnił w wystarczającym stopniu, dlatego miał naprawdę wypaczone poczucie bliskości. - Nie mów, że nigdy nikt z tobą w to nie grał? - Wydawało mu się, że w Hogwardzkich murach to i flirt musiało być czymś powszechnie znanym. - Czarownica dodawała do wydań różne idiotyczne gadżety, w tym takie z zestawami pytań. Kiedy wszyscy wracali na wakacje do Londynu, to grali w to w Dziurawym Kotle. Było całkiem śmiesznie, póki nie pojawiało się pytanie „jaką masz relację z matką”, która dla nas obu jest ekwiwalentem zadania „idź do domu” podczas gry w butelkę. - Tak, wspominał swoje dzieciństwo, chociaż nigdy tego nie robił, ale czuł się do tego zmuszony. I pierwszy raz wspomniał przy Cainie, że tę matkę posiadał i że istniała pomiędzy nimi jakaś relacja, ale tak naprawdę ciężko było uznać to za prawdę, bo to była relacja z jakąś jej urojoną na przestrzeni lat wizją. Posiadał tylko jedno jej wspomnienie, ich ostatnie „spotkanie”, o ile można było to tak nazwać. Wiedział, że najgorszy jego element był rzeczywisty, był czymś zapisanym mu w kartach, które odczytali Bellowie, ale... reszta? Pamiętał czarne, kręcone włosy, pamiętał buty, pamiętał nawet ich dokładny rozmiar - a może nie pamiętał, może sobie to wszystko dopowiedział, bo wyobraźnia lubiła sobie takie rzeczy dopowiadać. Kiedyś przysiągłby perfekcję w tym jak dobrze zapamiętał wygląd jednej z kontrahentek, a później nie poznał jej na ulicy. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 04.11.2023 Gdybyś się przyjrzał to patrząc na Flynna dojrzałbyś powoli zaciskające się palce szkieletu na jego barku. Nie naciskały i nie zaciskały się jak kajdany. Nie. One się rozluźniały, czasami puszczały, niekiedy przesuwały się czule po jego żuchwie jak dłoń kochanka, któremu nie było dość jego smukłego ciała. Bywały też chwile, w których puszczały całkowicie. Kostuchna, która chodziła z Wroną jak stara przyjaciółka, potrafiła rozmyć się w promieniach słońca tak jak zły sen. Tylko czy to jeszcze dla niego był w ogóle zły sen? Brązowe oczy nie zaklinały rachunku sumienia, nie mięły go i nie wyrzucały razem z tymi niepotrzebnymi miłostkami lat przeszłych. Za to każda plamka w jego oku była tą miłością, której oddał okruszynę siebie i zaklął ich na wieki, żeby na pewno zapamiętali. Niech tęsknią - bo on tęsknić przecież nie będzie. Lubił to ten kościotrup z kosą w wolnej dłoni, którego czarna szata rozkładała się za plecami Flynna jak prawdziwe, krucze skrzydła. Śmierć nie widziała granic. Nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Nie ważne dla niej było, czy w czarnowłosym były jeszcze wyrzuty sumienia, czy już wyzbył się ich całkowicie - ważne było to, co zostawił za sobą i jaką ścieżkę zaznaczył przechodząc przez wszystkie etapy swojego życia. Palenie papierosów było jak zwieńczenie długoletniej współpracy i jednocześnie ostatnim z problemów z Flynna wedle głoszonych ostrzeżeń o tym, jakie to niezdrowe. Niezdrowe - ale modne. Nawet jeśli nie modne - kojące. Zajmowałeś czymś dłonie, na moment skupiałeś myśli, mogłeś mieć pretekst, żeby nie patrzeć w jednym kierunku, kiedy próbowali to na tobie wymóc. Papieros - poezja, liryka i dramat tego małego świata Flynna Bella. Człowieka o wielu imionach i o jeszcze większej ilości ucieczek na koncie. Koniec końców nie miało znaczenia, co to uzależnienie z nim uczyni, ani to, czy przeżyje do następnego dnia, w którym paskudna mgła i chmury ustąpią miejsca bajecznemu słońcu. Nie miało to znaczenia, bo na drugi dzień Flynn Bell będzie martwy. I to wszystko, co zostawi za plecami, nie będzie już jego problemem. Swoim parszywym nawykiem ucieczki zrobi dokładnie to, co wychodziło mu przez te lata najlepiej. - O bardzo wiele rzeczy, panie Bell. - Uśmiech zatańczył na jego twarzy i znalazł odbicie w oczach. Tych, które były naprawdę fatalną informacją o nim samym. Jedno zdanie, jedno pytanie i już umysł potrafił być pobudzony, wręcz zachęcając do tego, żeby wyciągnąć kajdanki i zrobić z nich prawidłowy użytek. Zupełnie nie myślał o swoich poprzednich słowach takimi kategoriami, ale gotowość na to, że kto jak kto, ale Flynn podoła odpowiedniemu wysupłaniu [nieświadomych] podtekstów musiała być wpisana w moment obcowania z nim. Lub wieczne zaskoczenie. Czarnowłosy miał w sobie coś, co sprawiało, że nie dało się przy nim nudzić. Tak samo jak nie można było się na niego napatrzeć. Marząc o jakimś lepszym dniu, lepszym tygodniu... lepszym życiu. Z myślą, że warto przejść przez Piekło dla chociażby jednego dnia spokoju, by potem był wspomnieniem, do którego warto wracać w najtrudniejszych chwilach. Ciekawe, czy Flynn zdawał sobie sprawę z tego, jak bolą palce, kiedy toniesz i chwytasz się brzytwy..? Tak, na pewno wiedział. Jego dłonie przeszły tyle złego. Jego serce i umysł przeszły też zbyt wiele w tym parszywym życiu. Powinien pytać, czy to jego rodzina siostra? O tą rodzinę Bellów? O ich cyrk? Nie chodziło o to, czy mógł - bo przecież nikt mu tego nie bronił. Flynn zresztą sam ewidentnie chciał zacząć opowieść, a pytania pomocnicze były... och, no wiesz. Pomocne. Tylko co dokładnie chciał z siebie wykrzutsić i o czym opowiedzieć? Co znaczyło, że imię Flynn nie było prawdziwym? Nie było nerwów, napięcia w Cainie, na jego twarzy nie pojawił się grymas zagubienia czy niezrozumienia. Był tam spokój i cierpliwość. Zrozumienie dla zagubienia i brak ponaglenia. Wiedział przecież - ten typ tak miał. Potrzebował swojego czasu i swojej przestrzeni, żeby to ułożyć, żeby to, co w nim dygotało się uspokoiło. I tak, z braku laku papierosa można zamienić na pyszne ciasto. To przynajmniej oddalało palce Kostuchy o przynajmniej pięć milimetrów. To wszystko nie powinno być tak przyjemno-smutne. Z kim teraz Flynn spędzał swój czas, kogo całował, komu powierzał swoje kruche poczucie bezpieczeństwa i spokój ducha? O kim myślał i z kim spędzał czas? Cain sam nie wiedział, czy bardziej było to egoistyczne z jego strony, czy może ze strony Flynna. Czy mogli mówić o ułożeniu sobie żyć... Bletchley nie mógł o tym powiedzieć. Trzymanie się krańca przepaści było męczące. Nie miał na to siły ani ochoty. Wolał puścić. Spaść. Może Pan Bóg będzie litościwy i da mu skrzydła. Lecz krzyk, chaos... nie. Otchłań była pełna i pusta jednocześnie. Opadanie w nią, bezwładne, brak walki i poddanie się było wolnością. Czystą, niczym nieskrępowaną wolnością. Przecież gdyby nimi pojawiła się przepaść to musiałby ją zapamiętać, right? - Shhh... - Wyciągnął dłoń. To znów było trochę zbyt odruchowe i naturalne. Nakrył swoją ciepłą dłonią jego dłoń. - Spokojnie, Flynn. Nie musisz mówić ładnie, składnie, ani szybko. Daj sobie czas. - Czy naprawdę ten czas mieli? To był jakiś jego odruch opiekuńczy, który był tak podskórny wobec tego mężczyzny, że Cain w zasadzie dopiero po tych słowach się zorientował, że to wcale nie musiało być na miejscu, że to przecież w ogóle było pokręcone i popieprzone. Znajomy. Były. Nie potrzebował wielce dojrzałego wypowiadania się z jego strony ani elokwencji. Nawet nie potrzebował, żeby mówił składnie ani po kolei. Bo rozumiał. Albo przynajmniej był taki full of himself, że mówił sobie, że akurat to rozumiał - że nie każdemu łatwo było mówić o rzeczach, które były skomplikowane i bolesne. To, że miał traumę... to było widoczne z pojedynczych elementów, do którego dopełnienia brakowało mu bardzo istotnych elementów opowieści z książki opisanej jako "Biografia Wrony lub Flynna Bella." Moglibyśmy ją też zatytuować "Opowieść o Upadku". - Cokolwiek chcesz mi pokazać. - Lekko wzruszył ramionami, ale nie w takim geście, że wszystko mu jedno, tylko w takim delikatnym drgnięciu pokazującym, że to proste, a on jest otwarty na wszystko. - Mogę je zobaczyć tutaj. - Dotknął lekko palcem jego czoła. Niesforny... chłopak. Flynn był już mężczyznom, ale naprawdę poziom jego dojrzałości sprawiał, że chciało się o nim czasem myśleć per "chłopak". Prychnąłby nawet z rozbawienia na zakończenie opowieści o kartach, bo to było całkiem prawdziwe, ale tego nie zrobił. Poniekąd. Cain by śmiał się wtedy z innymi i powiedział, że ma znakomitą relację. Bo jaką inną mógłby mieć. W końcu Cain za swoimi uśmiechami i spojrzeniem krył cały wielki świat. To ich różniło, prawda? Flynn uciekał z podkulonym ogonem, a Cain zostawał w tym samym miejscu jakby nic się nie stało. - Ach, to... - Ale czy to było tutaj najważniejsze w tej opowieści? Na pewno nie. Gdyby Flynn miał kochającą mamusię i tatusia to czy by tak skończył? Może... bo czasami głupota dzieci sprawiała, że znikali rodzicom sprzed oczu. - Rozczaruję cię - nie grałem w to. Kto by mi potem zapłacił za kurację w Lecznicy Dusz po usłyszeniu tych wszystkich odpowiedzi? - Których potem nie mógłby wymazać z życiorysu - zażartował sobie. - Mam zostać twoimi kartami? - Zapytał, jeśli Wrona nie życzył sobie grzebania w jego głowie, co go wcale by nie zdziwiło. Albo raczej: mógł zostać jego pytaniami. To, co cenił w relacji z Flynnem... to była ta intymność, w której miał poczucie, że nawet najbrzydsze sekrety mogą stać się lekkie. I zrozumiałe. Cain nie potrzebował tak bardzo fizyczności. Potrzebował emocji i myśli. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 09.11.2023 Jego serce co...? Brakujące słowa chyba umknęły pomiędzy którymiś z kolei uśmiechami, jakie Cain posyłał w jego kierunku, samemu drażniąc się z nim na przekór własnym myślom próbującym doprowadzić go do porządku. Bell, nosząc nie od wczoraj odznakę hedonizmu jako wytłumaczenie wszystkich, nawet najbardziej niecnych występków w tym temacie, nie zamierzał się już zatrzymywać. - Najpierw mnie pan, panie Bletchley - bo sam zaczął tę grę - skuje w kajdanki czy postawi - celowo zrobił tutaj przydługą pauzę poświęconą na wgryzienie się w trzymany w palcach kawałek ciasta - w stan oskarżenia? Nie wiem, czy zacząć marzyć już teraz, czy czekać na list z Ministerstwa. - Cudem powstrzymał się przed brutalizacją użytego języka, chociaż i tak przekroczył już granicę wulgarności, nawet jeżeli bazował na niedopowiedzeniach. Naruszenie podstawowych zasad etyki słowa? Językoznawcy by go pewnie zamknęli za niektóre określenia w więzieniu. Tak żeby już nigdy publicznie gęby nie otworzył. Zwłaszcza, że chociaż perswazja stała u niego na poziomie wyszczekanego dzieciaka, a objęcia Pejto to go co najwyżej dusiły, to najbardziej skurwiałe chwyty erystyczne były podstawą jego marnej egzystencji. Ciekawe, już tak poza tym ciągnącym się dowcipem, na jakie nazwisko by mu taki list zaadresowali, skoro nie posiadał żadnych oficjalnych dokumentów. W świecie ludzi bez przeszłości był jedną z najjaśniejszych gwiazd - wymazanie swojego życiorysu było jednym, ale nie posiadanie go wcale, nawet w formie listu ze Szkoły Magii, który otrzymał każdy inny Bell - to było coś. Wisienka na torcie bycia absolutnie nikim. Podobała mu się ta chwila. Nawet mimo zawieszenia, nawet mimo tego, że nie mógł się wysłowić. Prawdziwe pęknięcie, rysa na wyrazie jego twarzy, pojawiła się dopiero wtedy, kiedy Cain mu to werbalnie wytknął. Nie zasłonił się już rękoma, nie dawał po sobie poznać, że się z tym źle czuje, ale w jego spojrzeniu pojawiło się to coś, nagła niechęć skwitowana zaciśnięciem zębów - bo zauważanie to jedno, ale mówienie o tym głośno wyzwalało w Bellu najgorsze z całej listy kompleksów. Ludzie potrafili się pięknie kochać, ale nie potrafili się pięknie różnić. Nawet będąc w relacji na skraju ogólnie przyjętej normalności, trzeba było mierzyć się z tym, że niewiele od tej zasady odbiegała. Nie musiał, ale chciał. Chciał być taki jak inni. - Nuh-uh, to akurat było wkurwiające - przyznał, marszcząc brwi, ale nie darował sobie wplecenia palców w jego, skoro Cain znowu półświadomie dążył do kontaktu fizycznego. Zamierzał zatrzymać go przy sobie, nawet jeżeli tylko na kilka sekund. Bo tych kilka sekund było wystarczającym świadectwem, że nie było to jednostronne, on sam takich sytuacji przecież nienawidził - kiedy się jakiekolwiek czułości odbijały od człowieka jak od ściany, zostały porzucane bez odzewu. Tak się nie robiło ludziom. - Nie dam ci się wprowadzić w stan hipnozy... Nie chodziło nawet o uległość, jaką trzeba było hipnotyzerowi okazać, nie o obnażenie ze swojej prywatności... Nie miał aż takiego problemu z poznaniem przez Caina zdarzeń, które go ukształtowały i doprowadziły do ich rozstania, ale kiedy myślał o tym, jak wiele można było odkopać za pomocą tego cholernego wahadła i jak wiele można było usunąć kilkoma ruchami sznurka... To chyba najgorszy koszmar na świecie - dowiedzieć się o sobie czegoś, co twój umysł przykrył peleryną niewidką, żeby kolejne lata życia były jakkolwiek znośne. Burzenie muru, jakim był mechanizm obronny. W dodatku czuł się z tym niepewnie. W tej niepewności zacisnął palce na jego dłoni nieco mocniej, bo się znowu zastanawiał nad prawdziwym powodem jego przyjścia. To wszystko nie mogło być takie proste. - Kuracja w Lecznicy, co? Nie wstydź się, ze mną też zwykle nie chcieli grać, bo nigdy nie byłem szczególnie wylewny. Dałbyś wiarę? - Żartował dalej, nawet mimo tej ciemności dostrzegalnej znów w jego oczach. - Ale na twoje pytania odpowiem. - Chociaż nie wiedział do końca czy powinien, nie z powodu własnego charakteru, a przez to, jak go to życie nadal prześladowało. Fontaine wciąż nie dawała mu spokoju - czy gdyby ich takimi zobaczyła, podjęłaby się realizacji planów sprzed lat? Jakby go zabiła po tych wszystkich latach, Bell pewnie nie wybaczyłby sobie tego nigdy. - Mam na imię Fleamont - rzucił nagle, kończąc wypowiedź sprzed kilku chwil. Nazwiska nie znał. Wiedział tylko, że to imię absurdalnie do niego pasowało, bo go Alexander zawsze przeżywał od kleszczy i innych pasożytów. Pewnie jego matka była jakąś wieszczką i się tej pamiętnej nocy ratowała przed zmarnowanym życiem. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 10.11.2023 Prowokacja. Zaraz, kto ją zaczął? Flynn, oczywiście, że Flynn. Jeśli ktoś miałby być czemuś winny to przecież tylko ten człowiek o kruczych skrzydłach i równie kruczych oczach. A niby pieskie oczy. A niby Wrona. Posłaniec Śmierci, który zakręcił się wokół tego hedonizmu od niechcenia i już tak pozostał. Kiedy, gdzie? Może nawet to pamiętał, gdy pierwszy raz oddał swoje ciało w ręce innego, albo sam przygarnął w swoje ramiona ciało innej. W jedną czy drugą stronę malował swój rachunek sumienia. Zwykła karteluszka, więc na koniec zberezieństw wyrywał ja z licznika i rzucał na ziemię, żeby splunąć i zadeptać. Nie było niczego trudnego w gaszeniu niedopałków, skoro twoje życie już i tak płonęło. Jedna czy dwie osoby w tę czy tamtą... dobre usprawiedliwienie rozgrzeszało. Nie musisz klepać pacierzy przy relikwiarzu, kolana by tylko bolały od zimnego kamienia. Po co, no po co, skoro zamiast tego można przytulić się do pleców kogoś, kto otacza cię opieką. Czyli... czyje teraz? Nie chciał pytać i nie chciał wiedzieć. Nie chciał uczestniczyć w życiu, które nie było jego i myśleć o tym, że choć przez moment do niego należało. Może i Fynn budował świetne pułapki, równie świetnie radził sobie z burzeniem mostów i spalaniem ludzkich uczuć, ale tylko głupiec dwa razy nabiera się na tę samą sztuczkę. Dlatego właśnie Cain leżał tutaj i wyciągał do niego dłoń i dawał się złapać w tę grę myśląc o tym, żeby rzeczywiście pochylić się do słodkich teraz od ciasta ust Wrony. Wyciągnąć te kajdanki, wbić go w nie i sprawdzić, jak bardzo łaskocze trawa nagą skórę. Dlatego, ponieważ mógł mieć świetną pamięć, a był jednocześnie jebanym debilem. - Pominąłbym Ministerstwo. Niektóre sprawy trzeba załatwiać na własną rękę. - Bo prawo nie chroniło w odpowiedni sposób. Bo czasem lepiej dokonać samosądu niż zabrać skurwiela przed Wizengamot, który niczego nie zrobi z oskarżonym poza pomachaniem palcem. Ale TO wcale nie było tu i teraz istotne. Ważne były ręce, kajdanki, hmm... kilka innych istotnych punktów znalazłoby się na tej liście. - Zapobiegawcze skucie podejrzanego jest bardziej niż wskazane. Albo już od razu winnego. Nie będę się bawił w półśrodki, to byłby samosąd. - Podłożył jedną rękę pod głowę, zastanawiając się, jakie myśli krążyły pod tymi zwichrowanymi włosami. Czerwień była dominantą. Zawsze nią była. Tutaj pulsowała swoimi odcieniami, wplatając się w pojedyncze, inne paski. Dla Caina to było zawsze jak płomienie. ]On był płomieniem. Tak silnie i intensywnie pobudzającym do życia, że byłby jak większość tych idiotów czekających przy telefonie, aż zadzwoni po tym jak wyszedł po paczkę fajek. Ale nigdy nie wrócił. Nigdy też nie zadzwonił. Brzydkość języka Flynna może przeszkadzała ludziom pruderyjnym, ale Cainowi daleko do takiego było. Nawet jeśli sam nie rzucał szczególnie często kurwami. Kurwy były za to wystarczająco często rzucane w jego domu. Leciały zaraz za tłuczonymi o ścianę talerzami. Lingwistycy mogli sobie więc pisać listy i zażalenia (albo rzucać kurwami zaraz za tłuczącym się z kimś Flynnem), ale Cain skorzystałby co najwyżej z możliwości przyciśnięcia go do ściany i wyszeptania zachęcająco, że może zachować swoje prawo do milczenia, tym nie mniej jest to niewskazane. Niech krzyczy i wkurwia lingwistów dalej. Tylko niech krzyczy z rozkoszy. - Mnie to porusza. - Wyszedł z takim... wielkim słowem. Bo Cain niekoniecznie chętnie się otwierał. Niekoniecznie chętnie pokazywał głębię swoich uczuć i niekoniecznie chętnie nadawał im imiona i wypowiadał je na głos. - Znasz tą zależność. Im bardziej ci zależy, tym łatwiej się człowiek sypie. - Spojrzał na ich dłonie. Tak i bardziej sypały się słowa w ustach Flynna. - Zawsze mogłem czekać. - Zawsze czekałem. Na wszystko. Na Ciebie. Co dokładnie było wkurwiające? To, że się zaciął? To, że sugerował, że potrzebował więcej czasu? Czy to, że w ogóle powiedział, że nie musi być wspaniałym mówcą, heraldem ludów? Może wszystko. A może wkurwiało go jeszcze coś innego, co niekoniecznie widział gołym okiem. Nie lubił tego, że nie potrafił się wypowiadać - to pamiętał. Jakby można to było wyprowadzić (i spłycić) do prostego zdania: nie lubił wychodzić na kretyna. To było niesamowite, że Flynn miał tyle do zaoferowania swoim umysłem, a jednocześnie miał problem z mówieniem. Czerwień zabuzowała od pętających go emocji zdenerwowania. I dusił je w sobie. I mimo wszystko nawiązał kontakt, od którego Bletchley drgnął, niekoniecznie się tego spodziewając. Czy Flynn potrzebował zapewnień, że jest dobrze i że dobrze będzie? Czy potrzebował... więcej słów kierowanych do niego czy może właśnie mniej? - Nie mówię o hipnozie. Mówię o legilimencji. - Hipnoza... to była ciężka sztuka. Dla obu stron. Tak, hipnoza potrafiła przeszurać człowieka przez najgorsze piekło, najgorsze gówno. Potrafiła niszczyć system obronny i całkowicie go pozbawiać. Ale potrafiła również sztuczny system ochrony wymusić. Sprawić, że zapomnisz. To potrafiło strasznie zakręcić w głowie i wpłynąć boleśnie na życie. - Hipnoza... - Nie kontynuował od razu czując mocniejsze zaciśnięcie palców mężczyzny na jego własnych. Na moment pozwolił temu słowu zawisnąć w powietrzu, w zamyśleniu. - Nie. Jeśli chcesz mi coś pokazać albo o czymś opowiedzieć - poczekam. Nie chciałbym do tego narzędzia, które jest bezwzględne. - A przynajmniej było dość bezwzględne w jego rękach. Bo był cholernie dobrym hipnotyzerem. A zaufanie, Cain? Co z zaufaniem. Gdyby jemu ktoś zaproponował hipnozę, niechby i taki Patrick Steward, również by się nie zgodził. Więc to zaufanie... czym w ogóle było? Czy w ogóle warto było sobie nim zawracać głowę? A potem spojrzał na Flynna jak na skarb. Po chwili zamyślenia, kiedy przesuwał pytania przez swoją głowę i chciał powiedzieć, że to nie jest zobowiązujące. Powtórzyć, że jego historia nie dyktuje jego spojrzenia na człowieka, którego widzi - ona ledwo wyjaśnia niepewności. Że nie musi się zmuszać. Mogliby sobie to na nowo przerobić, lecz nie. Nawet uśmiechnął się na to stwierdzenie o nie byciu duszą towarzystwa, a raczej - nie byciu zbyt wylewnym. Otworzył oczy nieco szerzej, mając ten odruch - przyciągnąłby go do siebie. Ale nie poruszył się. Przynajmniej nie zrobił żadnego ruchu poza podparciem się łokciem o trawę. - Fleamont. - Powtórzył, smakując brzmienie tego imienia i uśmiechnął szeroko. Dla każdego innego człowieka byłby większym chujkiem. Ale Flynn był jego słabością. Był wtedy - i jak widać - pozostawał nadal. Każdego innego skwitowałby, że nie musiał być taki wylewny, albo że spoko - ale zostanie przy poprzednim imieniu. Ewentualnie wzruszyłby ramionami. - Jakie piękne imię. - Można było polemizować, czy to było szczere z jego ust, bo brzmiał niemal na podekscytowanego. Te zmęczone oczy wręcz rozbłysły. Ale to trwało chwilę, bo zaraz Bletchley zważył swoje emocje i wycofał się z ich wylewnością, schował je w sobie i potem dalej - w Puszcze Pandory. Było się tu z czego cieszyć? Czuł się tak, jakby dostał od Flynna bardzo drogi prezent... ale w zasadzie z jakiej okazji? Mieli tu naprawdę udawać, jakby nic się nie stało, skoro wydarzyło się tak wiele i... co dalej? - Chujowy ze mnie onomastyk, ale brzmi idealnie. - Ale na pewno zamierzał sprawdzić, co znaczyło to imię. Na chwilę zawiesił swój głos. - Co się stało, że zniknąłeś. - Wybaczyć to jedno. Ale w pełni się pogodzić z samym sobą - drugie. RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 12.11.2023 Rozpoczęli to wymienianie się zaczepkami delikatnie, ale przy Flynnie ciężko było tę delikatność zachować. Facet był tak subtelny, jak subtelna była jego biografia - wcale. Skoro Cain wciąż w to grał, skoro nie opuścił głowy ani nie uciekł spojrzeniem w bok, to dał mu przyzwolenie na pójście o krok dalej, ale taki naprawdę duży. Dla pobudzenia wyobraźni celowo i wręcz bezczelnie zaczesał za ucho garść tych swoich ciemnych pukli, bo dobrze wiedział, co można było z nimi zrobić w scenie, jaką zamierzał tu przytoczyć. - Rękę? Panie władzo, skoro już jestem skazańcem, choćbyś i mi nią przyjebał, to nie zmyje tych wszystkich win. Mój anioł stróż szepnął mi na ucho, że Bóg preferuje pokuty na kolanach. Mówiąc to, brzmiał śmiertelnie poważnie. I bardzo świadomie mu tę scenę w wyobraźni wyrysował. Jeżeli jego anioł stróż faktycznie istniał, to musiał być wiecznie zajęty albo pijany. A może po prostu uciekł przez to, że Flynn pozostawał od lat głuchym na jakiekolwiek religijne dyrdymały ateistą. Nie znaczyło to oczywiście, że się na religii nie znał - wręcz przeciwnie, dobrze poruszał się zarówno w podstawach wierzeń mugolskich jak i w koncepcji wędrówki energii magów. Żadna z nich nie pozostawiała w nim jednak żadnych złudzeń - śmierć była ostatecznym końcem, inaczej to wszystko nie miałoby sensu. Ale pieprzyć te wszystkie koncepcje, to było opium dla ludzi słabych i niezdolnych do pogodzenia się z własnym przeznaczeniem. Każda z nich, gdyby tylko była tą prawdziwą, skazałaby jego duszę na stracenie. Między innymi za to, jak z nich drwił, wypaczając święte dla nich rzeczy na potrzeby swoich nachalnie wciskanych Cainowi, erotycznych fantazji. - Legi... nie pracujesz już w policji? - Zadał głupie pytanie, ale odpowiedź dotarła do niego dopiero po dłuższej chwili. Te dwie rzeczy nie przeczyły sobie przecież, świat nie był czarno-biały. To nie bycie policjantem było tutaj przeszkodą, tylko niechęć w wyobrażaniu sobie Bletchleya w scenie, w której korzysta z czegoś wątpliwego moralnie, lub kiedy wpada w tarapaty. Z jakiegoś powodu preferował sytuację, kiedy jego najgorszym błędem był... on. - Bezwzględne dla kogo? Zaryzykuję rzucenie tekstem, że masz na to za miękki brzuszek. Poryczałbyś się po jednym wspomnieniu, nieważne jakbyś je ze mnie wydobył. - A tego, że go to bardzo porusza, że człowiek się sypie, jak mu zależy, Flynn nie skomentował wcale. Bo tego nie zrozumiał. Naburmuszył się tylko na moment i odetchnął ciężko. To zdecydowanie wykraczało poza jego strefę komfortu. - Zamiast wpisywać mi to imię w akt urodzenia - chociaż tak naprawdę nie miał pojęcia, czy posiadał jakiś akt urodzenia - matka mogła po prostu podpisać w szpitalu ten dokument, że mnie nie chce. - Nie podzielił jego entuzjazmu (a to czy był udawany to inny temat), ale miał ku temu dosyć oczywiste powody. Dali mu to imię ludzie, którzy go już (a może nigdy) nie chcieli. Więc jakie to było imię? Żadne. Brzmiało bardziej jak ciekawostka, którą mógł się podzielić, niż coś, co go faktycznie określało. - Poza tym - onomastyk, hę? Zapomniałeś wyjaśnić mi trudne słowo. - Bardzo dobrze by się bawił, gdyby Cain nie zadał żadnego pytania? Bo czy to wszystko było głupie? Pewnie nawet bardzo, ale powrót do tego kontaktu był przyjemny, dlaczego więc miałby z tego zrezygnować, robić sobie pod górkę? Chciał czuć przyjemność, a nie wieczną rozpacz. Niestety pytanie zostało zadane, a ich splecione dłonie nagle wydały mu się być strasznie ciężkie. - Z twojego życia czy z Londynu? - Jeszcze raz mocniej zacisnął palce na jego ręce, a potem puścił ją, żeby się szybkim ruchem podnieść do siadu. Nie wstał z ziemi, ale teraz już po prostu musiał sięgnąć po trzeciego papierosa, a wciąż nie zamierzał dmuchać mu dymem w twarz. - Ah, odpowiedź jest w sumie taka sama - rzucił, chwytając za porzuconą paczkę. Odpowiedział dopiero po zaciągnięciu się drugi raz. - Byłem pewny, że jakbym cię nie zostawił, skończyłbyś w najlepszym przypadku z roztrzaskaną głową. Przestałem wykonywać jej polecenia bez oporu, więc zaczęła mi grozić. - Strzepał opadający popiół ze swoich spodni, wpatrując się jakikolwiek punkt inny niż twarz Bletchleya. - Odbiło jej już do końca. - Nie powiedział tego z pogardą, jakiej można się było po tym spodziewać. Bo to nie była taka opowieść. On przecież Fontaine kochał. I nie kiedyś - kochał ją wciąż, tylko nie był już sam pewien, czy to uczucie żywił do niej samej, skoro wciąż na niego polowała, czy po prostu do wspomnień, w których wciąż jeszcze przypominała człowieka i otaczała go ciepłem. |