Secrets of London
[5.05.1972] Cain & Victoria | What a plot twist you were - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17)
+---- Wątek: [5.05.1972] Cain & Victoria | What a plot twist you were (/showthread.php?tid=2103)

Strony: 1 2


RE: [5.05.1972] Cain & Victoria | What a plot twist you were - Cain Bletchley - 19.10.2023

Odkrywanie było nieuniknioną częścią poznawania się. Kwestia, jak to odkrywasz. Według Victorii igiełki trafiały na mur, ale tak naprawdę wbijały się gładziutko w tę poduszeczkę. Gdyby trafiały na mur nie byłoby żadnej reakcji. A były! Zmęczone, ukryte, ale mogły być nawet śnięte i półzdaniowe - to zawsze była jakaś reakcja. Więc dostawał dokładnie to, co chciał i nie było tutaj bezwartościowych szpilek, które pogięłyby się na czymkolwiek albo z brzdękiem opadły na podłogę. To było jego takie małe zwycięstwo, jak dla niej małym zwycięstwem mogło być poczucie tego, że nie dała się sprowokować. Było? Nie poddawał tego wielkiej analizie, nie tworzył wzorów obliczenia nachylenia kątów prostych i tych całkowicie popierdolonych, nie zliczał delty ani pitagorasa. To nie była jakaś gra w szachy - to była tylko zwyczajna rozmowa. Specyficzna, bo nie ograniczona do "mam na imię Ania, mam 22 lata i nie piję od dwóch". Dopytana o te "dwa" Ania odpowiedziałaby "nie, no gdzie dni... dwóch godzin!". Każdy miał swoje małe zwycięstwa w tym życiu. W jego życiu więc byłaby ta poduszeczka zwycięstwem, gdyby faktycznie zliczał punkty. A nie zliczał. Gdyby chciał wygrać. Nie zależało mu na tym. Albo gdyby chciał wbić te szpilki w skórę, w żywe mięso, żeby sprawić ból. Gdyby tego chciał to zamiast mówić "ale jesteś cieplutka" podskoczyłby i powiedział, żeby więcej mu dłoni podawała. Bo ni chuja nie było to miłe i przyjemne. Nie wypełniałby za niej 1/4 dokumentów po godzinach, zamiast dać odpocząć głowie w domu. Z drugiej strony w zabawach, nawet tych dziecięcych, już uczono rywalizacji. Kto więcej razy zostanie złapany ten jest większym przegrywem, bo znaczyło, że gorszy. To wszystko było tak zabawne, bo toczyło się zupełnie za zamkniętymi drzwiami ich umysłów i nikt nie wiedział, o co chodzi temu drugiemu mimo tej toczącej się gry. Jedyne, co odróżniało go aktualnie od jej maski, jaką zakładała, było to, że się uśmiechał i jego głos nie brzmiał jak głos trupa. Bo ten jej brzmiał. I również nie był przy tym przyjemny do słuchania, kiedy zastanawiasz się, czy ta kobieta zaraz nie padnie na tym krześle, jeśli wysili się trochę za bardzo.

- Daj spokój, przyznaj, że się wewnętrznie zaśmiałaś. - Zachęcił ją z tego pytania o to, czy to były żarty czy też nie. - Zrozumiałem. - Przyjął do wiadomości to, że nie miała kiedy. Pewnie sam by polazł po powrocie najpierw do Harper się pokazać, chociaż twarzą, że jest, ale to była jego kuzynka, zwariowana bo zwariowana, ale jednak rodzina. Kto nie był wariatem w tych słodkich i radosnych czasach? Szczególnie pracując w BUM albo w biurze aurorów. Głupio by było, gdyby Moody rozsyłała akta aurorów pocztą, więc było zrozumiałe, że w szpitalu w łóżeczku sobie tego nie poczytała, ta Młoda Brzózka wannabe. - Hehe, nie, kiedy miałem? - Pokazał papiery z góry na dół. - Czytałem, czytałem. - Uspokoił ją. Więc miał pogląd na to, co jego koleżanka z pracy potrafiła. - Ulga. - Położył dłoń na sercu i spojrzał na nią z uśmiechem, w tym jednym słowie dźwięczał wręcz śmiech. Bo to była ulga. Co prawda po mieście poruszał się bez problemu, ale w terenie to już zupełnie inna para kaloszy. Tak, ta kobieta brzmiała naprawdę sympatycznie. To znaczy - brzmiała jak zajebana mułem i kompletnie źle, ale chodziło tak o jej charakter. Przez moment na nią spoglądał, szczególnie kiedy tak powiedziała o tym, że ona dopiero otwiera teczkę, a on szufluje już kolejną. Szkoda mu się jej zrobiło. To gówno... Cain nie chciał się przy tym zatrzymywać myślami, ale przystanął na moment. Drgnął, oderwał od niej spojrzenie i opuścił je znów na kartki.

- Zdanie niektórych nie interesuje mnie tak bardzo, żeby chcieć koniecznie je poznać. - Tak, zrozumiał, że odnosiła się do tego samego, o czym mówił on. To zaś, co inni mówili, a to, że sam wyrabiało się zdanie - przecież już tę rozmowę przerobili, prawda? Tylko zupełnie na odwrót. Uniósł dłoń i przybił piątkę kobiecie w powietrzu. To znaczy - tak na odległość, unosząc znowu z rozbawionym uśmiechem na nią spojrzenie. Tak na chwilkę. Słowo bezpieczeństwa na to zasługiwało. - Oddzielał moją strefę bezpieczeństwa od niewidzialnej Victorii Lestrange, która nie chciała wypełniać arkuszy. - Niestety tak to było z pracą, że nie chciała "odpracować się sama". - Miło poznać tą widoczną. - Dorzucił gładko. W końcu zapowiadał - czy będzie miło miało się okazać. I tak - było miło.

Dogadają się w tym biurze.




RE: [5.05.1972] Cain & Victoria | What a plot twist you were - Victoria Lestrange - 19.10.2023

To dobrze, to znaczyło, że każdy wychodził z tej małej wojenki zwycięski, a nikt pokonany. To dobrze wróżyło na przyszłość, skoro nie pozabijali się przy pierwszej dłuższej, przeprowadzonej sam na sam rozmowie, a na pewno też się przy tym nie pobili, ani nic nie spłonęło. Może więc nie będzie tak źle szła przyszła współpraca, skoro pomimo sporych wątpliwości (przynajmniej od strony Caina), Victoria, która absolutnie nie była w żadne szczytowej, ani w ogóle tak naprawdę w żadnej formie, zdołała go do siebie swoim chłodnym obyciem (i chłodnym dotykiem…) nie zrazić. Miało być tylko lepiej, tak?

– Zaśmiałam – przyznała, nadal się nie uśmiechając. – A nie było tego widać? – jasne, ze nie było, bo nie wybuchnęła śmiechem, ani nic z tych rzeczy. Ale nie brzmiała na obrażoną, nie robiła fochów, nie wywracała oczami – znaczy, że było dostatecznie śmieszne, by nijak tego nie komentować. Do Harper zaszła, ale jej nie zastała, z pewnością będzie ją próbowała łapać później, ale rozumiała, że sprawa była napięta na tyle, że nawet szefowa nie musiała siedzieć na miejscu, cholera wie co robiła. Victoria nie zamierzała spędzić całego dnia pod jej gabinetem i całować się z klamką, dlatego poszła do siebie – i dobrze zrobiła, bo przynajmniej mogła się zapoznać z Bletchleyem. Miło się do niej uśmiechał i jej też było przez to milej. Jej próby były jakie były, bo po prostu nie miała na to tyle siły, ile by sobie życzyła. Ale pomalutku do celu… Kiwnęła tylko głową na wiadomość, że zapoznał się z jej aktami, więc tę formalną część mieli już za sobą.

Uśmiechnęła się niieeeeco bardziej, kiedy odpowiedział jej pięknym za nadobne i właściwie użył podobnego zwrotu, który ona chwilę wcześniej wobec niego – że mało ją obchodzi zdanie jego poprzedniego partnera i woli przekonać się sama. To mówiło jej tylko, że nie ma do czynienia z tłukiem, a z facetem, który słucha, i to słucha uważnie. Rzecz jasna nie miała prawa wiedzieć, że to było jego przekleństwo – pamiętać absolutnie wszystko… Ale to nic, mogła na tej podstawie wyciągnąć własne wnioski.

– Rozumiem – powiedziała bez cienia wyrzutu, spoglądając na swoją kupkę, aż w końcu odkorkowała atrament i wzięła do ręki pióro. Zrozumiała z jego słów, że nie wiedział czego się po niej spodziewać i trochę się tego obawiał. Nie mogła go za to winić, bo ludzie zwykle mieli o niej zupełnie mylne wrażenie nim zdołali ją choć odrobinę poznać. Nie była pewna z czego to się właściwie bierze. Z nazwiska? Ze statusu w świecie czarodziejów? …teraz to może i z nagłego rozgłosu. – Mówiłam, że miło – wytknęła mu cicho, nim wczytała się w pierwsze linijki dokumentu, który jej się trafił.

To miał być długi dzień – dla niej długi, skoro ostatnie jeśli nie przeleżała, to spędziła w ciszy i samotności. A kiedy rozniosło się, że wróciła do biura, to nagle wiele osób chciało ją zobaczyć i na własne oczy dowiedzieć się, jak wygląda ktoś, to wlazł do Limbo, a potem wypełzł stamtąd… żywy.

W którymś momencie musiała zamknąć drzwi pokoju na klucz.


Koniec sesji