Secrets of London
[luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana (/showthread.php?tid=2136)

Strony: 1 2


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Murtagh Macmillan - 17.11.2023

Przynieś kajdany, o pani. Jam więźniem twego serca.



Oblicze chłopaka rozświetliło się wewnętrznym blaskiem, kiedy tylko usłyszał od niej zgodę. Tak naprawdę nie oczekiwał, że ona się zgodzi. A przynajmniej nie tak szybko. Był przecież już gotowy paść na kolana i błagać o jej zgodę, więc kiedy odpowiedziała "tak" tak szybko, poczuł się nawet w dziwny sposób nieco zawiedziony. Nie narzekał jednak - ocalała dzięki temu nie tylko jego duma, ale też nowe spodnie. Zamiast tego uścisnął mocniej jej dłonie, ucałowując je z zapałem.
- Tak! Och, Dianuś... - wykrztusił tylko, pragnąc wyrazić jak bardzo ją kocha, jak bardzo jest wspaniała i łaskawa dla jego podrzędnej, słabej osoby, ale nie znajdując do tego odpowiednich słów.

Pozwolił jej się dotykać, głaskać i pod tym jej dotykiem spalał się, rozpadał na tysiące gorejących kawałków. Była dla niego tym czym benzyna dla iskry, podsycała w nim pasję i tą gorącą, szczenięcą miłość, której się wydawało, że już nigdy nic na świecie nie będzie silniejsze i bardziej wyraziste.


Nieśmiało budziła się we mnie nadzieja, że oto stąpam po wodzie, zamiast w niej tonąć.


Nie obchodził go jej ojciec. W tym momencie czuł, że tamten mężczyzna równie dobrze mógłby być drzewkiem na drodze pożogi ich uczuć. Nie miał szans się temu oprzeć, tak samo jak jego rodzice. Oddałby za Dianę wszystko, włącznie z własnym życiem, więc jej obawy zupełnie go nie zraziły.
- Najdroższa, jeśli twój ojciec jeszcze raz podniesie rękę na którekolwiek z nas, będzie to ostatni dzień w którym będzie tą rękę posiadał. - zapewnił jej, kładąc na jej dłoni swoją i przyciskając ją mocniej do swojego policzka. Mogła wyczuć pod dłonią lekką szorstkość młodzieńczego zarostu, ostrość jego rysów i zaciśnięte mocno szczęki. I mówił poważnie. Będzie walczył z każdym i zniszczy każdego kto ją skrzywdzi. Wtedy tego nie wiedział, ale to jedno postanowienie miało w nim przetrwać jeszcze przez wiele lat. Teraz jednak zaczął już w głowie planować ich ucieczkę, oceniać co było im niezbędnie potrzebne i co zrobią kiedy już zejdą na ląd w Nowym Świecie. Właśnie dlatego jej pytanie zupełnie zbiło go z tropu. To przecież nie kobieta miała się oświadczyć mężczyźnie a odwrotnie, on powinien ją prosić o rękę. A ponieważ Diana nie pozostawiła mu zbyt dużego wyboru, upadł na jedno kolano przed nią.
- Nie mam pierścionka, żeby udowodnić ci swoją miłość, ale mam całego siebie, którego ci ofiaruję. Diano Burke, wyjdziesz za mnie? - zapytał, ze łzami w oczach. Boże, jak on był szczęśliwy! Pragnął zatrzymać tą jedną sekundę na wieczność, wykuć ją w pamięci by móc do niej wracać wciąż i wciąż. Jej wyraz twarzy, para ich oddechów, ośnieżona altanka i ich wspólna miłość, pokonująca wszystkie bariery.


Boję się tylko tego, że mogę cię stracić.




RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Diana Mulciber - 27.11.2023

Pod jej palcami migotał, błyszczał jak pierdolona gwiazda, której składała najdroższe sercu życzenia. Marzenia, za które oddać mogła wszystko i wszystkich – chociaż tutaj i teraz, pod żebrami tej przeklętej altanki, to właśnie czyniła. Gotowa była zostawić za sobą kronikę całego, niekrótkiego, choć kompletnego, życia. Wszystko dla namiętności która wyścielała serce i szeptała, że nigdy bardziej nie pokocha, nigdy nie wypije ambrozji euforycznej miłości, nigdy nigdy nigdy, na pewno nie bez obecności niego, Murtagha. Ich serca wybijały ten sam rytm, miał być tym jedynym i przeznaczonym, wierzyła w to uczucie niczym najbardziej oddana kapłanka i za to uczucie była gotów zginąć.
– Tak. Chcę być twoja. Już na zawsze – wyszeptała wzruszona.
Nawet nie targana emocjami tak silnymi jak dziś, była skłonna do czynów impulsywnych oraz lekkomyślnych; rzęsiste łzy zbierające się pod powiekami, głosy zaklęte w fałdach głosowych i dużo, ale to bardzo dużo pokładów młodzieńczej, jeszcze infantylnej naiwności. Bo młodość rządziła własnym dekalogiem i nikt jej tego nie mógł odebrać, a przynajmniej nie miał takiego prawa. Otarła jego łzy, pieczętując deklarację żarliwym pocałunkiem, obietnicą, której świadkami byli oni oraz niebo, zsyłające na nich dryfujące niespiesznie płatki śniegu.
Ale niepokój, zżerający ją od już od poranka, albo i wczesnych godzin nocnych, powrócił. Wykleił ściany żołądka, potrząsnął jej drobną osobą i zatrząsł gwałtownie. Coś zaigrało majakiem w kącie oka, przebłysk, tudzież zagubiona świetlna łuna szukająca schronu, choć najpewniej to tylko śnieżny płatek.
– Musimy uciec dziś. Teraz, zaraz.
Nie miała planu, ale żadne z nich nie przygotowało się na taką możliwość. Wzięła kilka wydechów i spróbowała wyciszyć choćby na chwilę zmącone emocjami wnętrze. Posiadała kilka pamiątek na których jej zależało, nie wspominając już o szatach i bibelotach, bez których trudno byłoby jej odejść. Uzgodnili, że razem udadzą się do domu Murtagha, a następnie ukradkiem do posiadłości Burke, gdzie po raz ostatni, pożegna się z dalekimi od idylli dziecięcymi oraz nastoletnimi echami, gdzie raz na zawsze odejdzie od murów domu, który nie chciał jej pokochać, ani przytulić do piersi z troską i matczyną ciepłotą.
Ale przecież było to wszystkim co w życiu znała.
I oto właśnie stali, przed kominkiem, do którego wkroczyć miała tuż po teleportacji ukochanego.
– Kocham cię.
Ścisnęła jego dłoń, zanim rozmył się w oparach magii.
***
Diana nigdy nie pojawiła się w domu Macmillana, a chłopak nigdy nie otrzymał od niej żadnego listu.
Wspominała go tak długo, na ile pozwalało jej złamane na tysiące skrawków serce; krwawiące, ukrzyżowane i przebite. Usta tęskniły za chłopięcymi wargami, węch za bliskim, wdzierającym się do duszy zapachem, przy którym tak bardzo chciała zasypiać, a na które antidotum szukała w świecie używek.
Nawet szamotaniny z przyszłym mężem nie potrafił wyleczyć i wybić z głowy tej głupiej, parszywej miłości. Niedługo później pozostały jej już tylko zaklęcia, kojące i zacierające ostatnie szczęśliwe emocje wygrawerowane w gorejącym sercu.
Zapominała. Coraz bardziej i głębiej zamazywała granicę między snem a jawą. Umysł nigdy nie zapomniał jednakże jednego - roziskrzanego wejrzenia oczu ukochanego na chwilę przed ich ostatecznym rozstaniem. Ale po pewnym czasie nawet i temu obrazowi przypisała miano przedziwnego snu. A raczej koszmaru o fatalnym szczęściu.

„Gdy pochylisz nade mną twe usta pocałunkami nabrzmiałe
usta moje ulecą, jak dwa skrzydełka ze strachu białe —
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko,
i o twarz mi uderzy płonącą czerwoną rzeką.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.

Postać opuszcza sesję