![]() |
|
[12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip (/showthread.php?tid=2144) Strony:
1
2
|
RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 04.11.2023 Poruszył wąsami, utrzymując się ponad powierzchnią wody, a pyszczek mu się cieszył przeogromnie. Philip nie mógł go zrozumieć przy tych zabawnych, foczych dźwiękach, ale potwierdził - że na pływanie przyjdzie jeszcze czas i niekoniecznie było to dzisiaj. Szczególnie, że czekało na nich zamówienie, kelnerka pewnie się bardzo przykro zaskoczy, jeśli nie wrócą odpowiednio szybko, pojawią się komplikacje, jakich nie chcieli i nie potrzebowali. A był głodny. Laurent się znaczy. Po takim wysiłku, jakim był dzisiejszy dzień i jeszcze przy tej małej nieprzygodzie, jaka go spotkała - ICH spotkała - nie marzyło się nic więcej poza ciepłą kawą, obiadem i potem miękkim łóżkiem. Z przyjemnością zamknął czarne ślepia przystosowane do ciemnych, głębokich morskich toni, wysuwając łepek ku dotykającej go dłoni. Nie wyglądało jakby miał coś przeciwko, a zdradzając tajemnicę dalej - nie miał niczego przeciw, wręcz przeciwnie. Dotyk był miły, ciepły i czuły. Wody Tajwanu były w końcu nagrzane od słońca i panującej wokół temperatury, to nie była woda wokół brzegów Anglii, tak zimna, że tylko najbardziej odważni zanurzali się w niej poza latem, a i latem nie wszyscy byli do tego chętni. Przyzwyczajony do innych temperatur Laurent powiedziałby wręcz, że jest dla niego zbyt ciepłe tutejsze morze, ale z drugiej strony było to naprawdę przyjemne, kiedy zanurzałeś się niżej, gdzie już panował chłód. Tak jakby Matka Woda chciała przekazać, że nie ma w niej takiego miejsca, gdzie jedno z jej dzieci nie byłoby mile widziane. Podstawił się przez chwilę do głaskania, nim obrócił łeb to w stronę restauracji, ale stąd była ona niewidoczna - zasłaniało ją molo - to w stronę skał, gdzie zniknęła syrena. Odsunął się tylko na kawałek i już zamiast białej foki był Laurent, który potrzepał głową, żeby pozbyć się blond włosów ze swoich oczu. Pieśń mogła się skończyć, ale ciągle go coś tam goniło. Do domu. Choć to przecież nie miało niczego wspólnego z jego domem, a te syreny zapewne niczego z jego krwią selkie. Obrócił wzrok na Philipa trochę tęskny, trochę smutny, trochę rozkojarzony, ale widok jego uśmiechniętej twarzy na powrót wywołał uśmiech i na jego ustach. - Mój bohater. - Nie zamierzał ryzykować i okazywać tu żadnych wielkich czułości, bo przecież nie brakowało spacerowiczów na plaży. Może i bohatera wcale nie potrzebował, ale i tak był wdzięczny, że się pojawił. Wcale nie musiał rzucać się do morskich toni, żeby go szukać z obawy przed tym, co się stało. Bo mogło się stać wiele rzeczy. Mógł zasłabnąć, mogło się coś stać... syrena wcale nie musiała odpłynąć. A może wcale jej tu nie było, choć dotyk jej dłoni i ust na wargach był bardzo realny. - Przepraszam, że cię zmartwiłem, musiałeś się wystraszyć. - On byłby bardzo wystraszony, gdyby Philip nagle wpadł do wody w ubraniach i nie wynurzał się przez dłuższy czas. To nie była sytuacja, jaką by przewidywał na dzisiejszy dzień. - Śpiew syreny ściągnął mnie w dół... - Znów spojrzał tam, gdzie istota zniknęła, ale nie ważne, ile razy tam spojrzy - raczej jej nie dojrzy. I chyba to lepiej. - Odpłynęła gdzieś tam... - Poinformował go, żeby się nie zaczął stresować, że są teraz obaj zagrożeni, wskazując na oddalone skały. Wygrzebali się w końcu z wody, mokrzy, co Laurentowi wcale nie przeszkadzało. Choć faktycznie - gdyby chciał się kąpać to jednak ściągnąłby swoje ubrania. Wrócili do restauracji machając różdżkami - ta mała przygoda w zasadzie pozostawiła po sobie śmiech i zupełnie nic poważnego się nie wydarzyło. Ruch różdżek powoli doprowadzał do stanu użytkowego ciuchy, żeby zostały wysuszone, włosy . Zdziwionej kelnerce bardzo ulżyło, kiedy zobaczyła, jak wracają, dopytała, czy im nie smakowało, że odeszli, czy wszystko w porządku - trzeba było biedaczkę uspakajać, że to było tylko chwilowe odejście. A wrócili akurat, kiedy te pyszności poleciały na stół. Laurent rozłożył się na wygodnym siedzisku, teraz jeszcze bardziej zmęczony niż wcześniej. Mógłby chyba tutaj zasnąć, gdyby nie te zapachy, jakie rozciągała nad nimi kuchnia. Zjadł z przyjemnością. To była prawdziwa rozkosz dla kubków smakowych, włączając w to niesamowite lody, jakie tutaj oferowali. Ta podróż to był dopiero początek. Koniec sesji
|