![]() |
|
[20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent (/showthread.php?tid=2149) Strony:
1
2
|
RE: [20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent - Laurent Prewett - 19.11.2023 Nie potrafił się odnaleźć w myśli, że jego własne życie mogło być dedykowane czemuś innemu niż próbie stania się lepszą wersją siebie. Nie tym rozpłakanym crybaby, nie tym słabym chłopaczkiem, którego można przeciągać po korytarzu za włosy, nie tym wiecznie zamyślonym marzycielem, którego ideologie były śmiechu warte, bo przecież nie trafiały w to realne i brudne życie. A gdyby mógł poświęcić się sztuce? Czy potrafiłby tworzyć, pisać, malować? Być jednym z tych, których dzieła podziwiali? Być podziwianym, kochanym. Błyszczeć na scenie, sprawiać, żeby każdy mógł się uśmiechać, albo wzdychał. Chciał lśnić. Błyszczeć. Wkładał w to całą swoją energię, wszystko, co tylko miał i co posiadał. Więc jak miał to robić bez starania się dla... kogoś? To tylko pozornie było zupełnie bezzwrotne, bo Laurent chciał chłonąć te dobre reakcje ze wszystkich bajek, jakie tworzył. Wypadałoby wydorośleć, przestać marzyć o bajkach, o księciu na białym koniu, zanurzyć się w szarej rzeczywistości i... tak żyć z dnia na dzień. Chyba tak nie potrafił. Nie - potrafił. Nie chciał. - Czuję się brudny, kiedy zaczynam to robić. Jakby to był największy grzech, jaki mogę popełnić. - Myślenie o sobie, egoizm, pióro wyrwane z własnych pleców, żeby zapisać nimi własną historię. Samemu sobie być panem i władcą - tak, tego chciał. Mieć lekki los, żeby móc wsłuchiwać się w pieśni Morza, ale pozostać przy lądzie, z którym tak wiele go łączyło. Wiele miłości, sympatii, ciepła. Morskie tonie były mu znane, ale nie były tak gościnne jak próg domu Bulstrode. Chociażby ten próg. - Nienawidzę tego, że w ogóle ci o tym mówię. To poniżające, że jestem taki żałosny. - Tak samo jak poniżając było to, że nie potrafił być mężczyznom, jakim powinien być. Odważnym, silnym, dumnym. Że był taki słaby i rozmemłany, że te problemy w ogóle się tak w nim nawarstwiały - robienie z igieł wideł, doprawdy. Przecież nic się nie działo. Powinien otrzepać spodnie i iść dalej. Odetchnął z roztargnieniem, z irytacją - ale nie na Florence. Na samego siebie. Odwzajemniał dotyk jej dłoni, czerpiąc ulgę z tego kontaktu. Jak zawsze, jeśli przychodziło do niej to... była jak kotwica dla statku zagubionego w czasie sztormu na morzu. Zapewniała stabilność - nie ważne, jak mono uderzały fale w burtę. Sięgnął drugą dłonią po sok, żeby upić z niego kilka łyków i nawet chciał pochwalić, że jest pyszny - i idealnie łączył się z zapachem tego obranego przez nią jabłka leżącego na talerzyku, ale jej pytanie spowodowało, że jego ruchy zwolniły, a twarz nabrała obcego wyrazu. Jakby został tu ciałem, ale myślami daleko, bardzo daleko stąd. Co zrobić, kiedy możesz już wszystko? Kiedyś marzyło mu się serce z kamienia. Takie, które będzie odporne na wszystkie obrażenia, które nie pozwoli być mu studnią, w jakiej ludzie topili swe żale i smutki. To było parę lat temu, ale nadal pamiętał to niewypowiedziane życzenie. Niewypowiedziane - bo nie chciałby nie odczuwać tego piękna świata tylko po to, żeby pozbyć się bólu. Nie mówił więc o sercu z kamienia - o sercu ze szkła jednak nie chciał mówić również. Jeśli wypowie wszystkie te życzenia to czy nie będą tylko bardziej niemożliwe do spełnienia? - Chciałbym śpiewać. - Może mógł od tego zacząć..? - Jeździć po świecie i błyszczeć w reflektorach. Miałbym pokój wysypany złotem i ubierałbym się w złoto, jadeit i serendibity. Nie martwiłbym się. Bo mógłbym pomóc wszystkim. Wyleczyłbym Zimnych. Pomógł znaleźć Atreusowi równowagę. I wielu innym osobom. Wygoniłbym widma. Doprowadził Lorda Voldemorta przed sąd ze wszystkimi złymi ludźmi... - Było w tym świecie tak wiele do zrobienia. Tak wiele rzeczy do osiągnięcia - tych małych i tych wielkich... Czy w ogóle wystarczyłoby mu dnia? - I gdybym już to wszystko naprawił to pojechałbym do Marsylii i... - to wcale nie powinno aż tak boleć. - ... wziąłbym ślub. - Zamknął oczy, czując już łzy tańczące na krańcach powiek, próbujące się wydostać. Zdawał sobie sprawę z tego, jaką to było sprzecznością do tego, co powiedział jeszcze przed chwilą, ale nie potrafił wykrztusić ostatnim słów. Może powinien dodać, że pomógłby sobie ze wszystkimi problemami, ale jakoś po tych torach nie przetoczyły się teraz jego myśli. RE: [20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent - Florence Bulstrode - 19.11.2023 - Dość często myślę o sobie i nie uważam, że w ten sposób grzeszę. Nie oznaczało to, że nigdy nie myślała o innych, bo robiła to dość często: o swoich krewnych, o tej garstce przyjaciół, o pacjentach. Ale jednocześnie przy tym wszystkim nie zatracała siebie, własnych ambicji i upodobań. I nigdy nie chciała być kimś innym tylko dlatego, że wtedy mogłaby stać się bardziej wartościowa w cudzych oczach. I nie uważała, że to czyni ją... nie dość dobrą. - Potrzebujesz równowagi, Laurencie. Nie mówię, żebyś zapomniał o innych, ale żebyś pamiętał przy tym o sobie. Nie każę ci przestać się starać, ale abyś nie robił tego tylko dlatego, że ktoś ma konkretne oczekiwania. A zwracanie się do rodziny czy przyjaciół, gdy wszystko idzie nie tak, nie jest w żaden sposób żałosne. Żyli w paskudnych czasach, kiedy sypało się coraz więcej i więcej. W życiu Florence - być może jeszcze - mimo eskalującej coraz bardziej wojny nie stało się aż tak wiele rzeczy złych, by zaczęła gubić krok. Laurent jednak zawsze był wrażliwszy, a cień mrocznego znaku już po raz drugi sięgał ku New Forest. Nieszczęśliwa miłość, wszystkie błędy Edwarda, to wszystko nakładało się na siebie i zaczynało go przerastać. Raniło ją to, ale starała się zachować nieporuszoną minę. Jeśli zaskoczyły ją jego marzenia i to, że nie miały nic wspólnego z New Forest, nie dała tego po sobie poznać. Bo może tak naprawdę w tym tkwił problem. Kto wie? Może New Forest nie stworzył dla siebie, ale by pomagać i coś udowodnić. - No cóż, obawiam się, że Atreus sam musi zdecydować, czy przyjmie czyjąś pomoc i od kogo chciałby ją otrzymać. - A ona mogła mieć tylko nadzieję, że byłaby to pomoc jej, ojca, Oriona czy Laurenta, a nie jednego ze ślizgońskich kolegów, którzy zdawali się lekko podchodzić do życia, do problemów, może pod pewnymi względami tak bardzo do Atreusa podobni, ale zdaniem Florence nadających się na wsparcie głównie gdyby jej brat chciał kogoś pobić. Wtedy na pewno by mu pomogli i okazali się niezastąpieni. Jedyne jednak, co mogła zrobić, to jasno sygnalizować, że gdyby brat pomocy czy rozmowy potrzebował, ona jest obok. - Doprowadzenie... Voldemorta przed oblicze sprawiedliwości też nie zdaje mi się możliwe do zrealizowania... I czy na pewno chciałbyś zaangażować się w walkę z nim? - spytała wprost. Sam mówił przecież, że nie ma już siły, że brakuje mu piór, które mógłby oddać innym. Istniały sposoby, by mógł się zaangażować, Florence o tym wiedziała. Ale widząc jego chwiejny stan nie uważała, że byłaby to dobra droga. Czy wkraczając na nią, nie rozpadłby się tylko jeszcze bardziej? - Ale jeśli chodzi o śpiew, co cię powstrzymuje? Selwynowie pewnie byliby zachwyceni wpuszczając na scenę kogoś, kto potrafi oczarować śpiewem, jeżeli to naprawdę to, czego byś pragnął. RE: [20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent - Laurent Prewett - 21.11.2023 Najtrudniejszym procesem było teraz dla niego znalezienie punktu, który pozwoliłby mu wyjrzeć na powierzchnię. Bez strachu o to, jak samemu sobie będzie spoglądał w oczy w lustrze (bo już miał z tym problemy, coraz bardziej nie podobało mu się to, co widzi) i o to, jak spojrzą na niego inni. Ci "inni" byli bardzo zdefiniowani. Bo chociaż chciał uznania i pewnego konkretnego odbioru osób wokół, to przede wszystkim poszukiwał uznania w oczach osób, które były najbliżej. Jak właśnie Edward, którego odtrącenie było dla niego najcięższym przeżyciem ostatnich miesięcy. Jeśli nie licząc zabójcy, który odwiedził go w snach. Jednak wyjść na spotkanie jego potrzebom i zachować siebie - całkowicie go to łamało. Był kartką papieru, którą ojciec podarł w swoich rękach i sam teraz próbował się posklejać. Teraz z pomocą Florence. A wkrótce - z pomocą osoby, która miała jakiekolwiek pojęcie na ten temat od strony wykształcenia. - Wiem... rozumiem. - Niby to wiedział, niby rozumiał, a jednak jakoś... sam nie wiedział. Tak jakby miał przestać być sobą tylko dlatego, że przestanie być tymi osobami, za jakie chciał się podawać. I czym było w końcu to "bycie sobą" jeśli nie udawanie lepszej wersji, jaką się jest? Miał zaakceptować i... no właśnie, to nie chodziło o to, żeby zaakceptować i zupełnie przestać o cokolwiek dbać czy przestać się starać, tak jak Florence powiedziała. Nie potrafił zrozumieć, jak miał pogodzić jedno z drugim. Gdzie miał się zatrzymać, żeby już nie wymiotować własnymi wnętrznościami, bo przecież tak bolał go brzuch. - Zapytałaś o to, co chciałbym zrobić, gdybym mógł zrobić wszystko. Rzeczy "niemożliwe" byłyby pierwsze do realizacji. Jeśli tylko mógłbym je przekroczyć. - Ale teraz rozumiał, że to pytanie zawierało rzeczy możliwe do realizacji. Takie, które mógłby spełnić. Wiele osób musiało same sobie poradzić z problemami. Nie chciał nawet robić niczego na siłę, bo przecież nie o to chodziło w życiu. Tak jak on wcale nie chciał, żeby na siłę mu pomagali. Jeśli miał popełniać błędy to chciał je popełnić. Ale sam. I z jednej strony nie wahał się prosić o pomoc, kiedy jej naprawdę potrzebował, żeby zniwelować swoje słabe strony, z drugiej strony kiedy zawierucha działa się w jego sercu chował się jak małża w muszli. I nikogo nie chciał do siebie dopuścić. - Mam obowiązki. I chyba nie dałbym rady występować. To coś innego niż zaśpiewać komuś piosenkę. - Mógłby być gwiazdą sceny? Zupełnie nie wiedział. Nie miał zielonego pojęcia, czy by się do tego nadawał. - A gdybym mógł coś zrobić osiągalnego... to chyba chciałbym zostawić to wszystko za plecami, wyprowadzić się, kupić dom, może w Como, we Włoszech, drugi w Anglii. Tylko czy by mnie to uszczęśliwiło? Pewnie na parę chwil. - To było straszne, to co mówił, zdawał sobie z tego sprawę i znów - wcale nie chciał tak brzmieć, tak bardzo tragicznie, jakby nic go nie zadowalało. Naprawdę nie chciał wychodzić na takiego człowieka, ale już kiedyś to powiedział - nigdy nie czuł się naprawdę szczęśliwy. Owszem, miewał szczęśliwe chwile, ale nigdy nie był w swoim życiu po prostu szczęśliwy. - Będę sprzedawał dom w New Forest. Nie chcę już tam mieszkać. Może naprawdę kupię jakiś domek letniskowy w Italii. Zawsze mi się podobały Włochy. Może czas wydać coś z tego złota. - Zgromadzonego żarłocznie i po smoczemu. Selkie kochały błyskotki - Laurent nie był w tym wcale gorszy, a wręcz przeciwnie. RE: [20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent - Florence Bulstrode - 21.11.2023 Florence starała się - naprawdę się starała - zrozumieć, w czym tkwiły problemy. Ale chociaż dostrzegała je same, widziała też ich źródła, miała pewien problem w ogarnięciu całokształtu, bo dla niej niektóre rzeczy były tak oczywiste i naturalne, że trudno jej było postawić się w cudzych butach. Specjalista był tu więc bez wątpienia dobrym wyborem, bo pod tą jasną czupryną zebrało się więcej spraw niż nawet Florence kiedykolwiek podejrzewała. A osobiste zaangażowanie zawsze wszystko utrudniało. - Czasem dobrze pomyśleć o rzeczach niemożliwych. Nie obraziłabym się za lek na wszystkie choroby i Voldemorta osadzonego w Azkabanie - powiedziała w końcu. – Ale teraz faktycznie powinniśmy się trzymać tego, co zrobić możemy. Cóż, zawsze możesz spróbować wystąpić raz czy dwa, niekoniecznie na deskach teatru, jeżeli masz ochotę i sprawdzić, czy to dla ciebie, czy wręcz przeciwnie Ale nie, nie zamierzała nalegać. Wszystko ostatecznie sprowadzało się do jego decyzji. Cofnęła wreszcie rękę i obróciła filiżankę, już prawie pustą, nieco mechanicznym gestem. Bycie szczęśliwym: Florence wątpiła, by istniało wielu ludzi faktycznie szczęśliwych. Życie polegało na chwytaniu tych momentów szczęścia i radzeniu sobie z problemami między nimi, z cieszeniu się drobiazgami i rzeczami ważniejszymi - ale nie sądziła, by mówienie tego teraz było tym, co Laurent powinien usłyszeć. Zwłaszcza, że gdzieś w Bulstrode narastała złość na to, że ten nie czuł się już bezpiecznie w New Forest: na śmierciożerców, którzy go stamtąd wypłoszyli. Była stworzona do neutralności, ale nie miała szans tej neutralności zachować - nie, kiedy jej brat i jej bratnia dusza trafiali do Limbo, gdy nagle praca szpitala została zdezorganizowana, bo ranni z Beltane go wypełnili, nie, gdy ciało Arabelli Bulstrode pokrywała czernią klątwa, nie kiedy widmo śmierciożerców zasiało strach w duszy Laurenta. Gdyby kilka tygodni temu nie powiedziała Patrickowi, że oferuje swoją pomoc, pewnie zrobiłaby to teraz, z samego gniewu. - Dlaczego nie? Jeśli ci się znudzi, zawsze możesz je sprzedać. Moja matka niedawno wygrała w Vegas domek w Toskanii, gdybyś chciał się gdzieś zatrzymać, by się tam rozejrzeć, pewnie na to pozwoli. Choć na twoim miejscu jeszcze wstrzymałabym się ze sprzedażą domu w New Forest, póki nie upewnisz się, że nie chcesz tam bywać choćby od czasu do czasu. A w Anglii myślałeś o konkretnym miejscu? I pamiętaj, mój drogi, że tutaj możesz zostać tak długo, jak tylko zechcesz. Nasz dom jest twoim domem. Wolałaby może i mieć go blisko w Anglii, ale jeśli słońce Włoch miało wyleczyć jego duszę - niech tak będzie. Poza tym tam, z dala od deszczowych Wysp, będzie przynajmniej bezpieczny. A w Wielkiej Brytanii nikt już bezpieczny nie był. RE: [20.07.1972] I really wish I was cold | Florence & Laurent - Laurent Prewett - 23.11.2023 To się wydawało takie nieodpowiednie i abstrakcyjne - porzucanie tego, na co tyle lat pracowałeś, z czym związana była twoja rodzina, żeby co? Zacząć sobie śpiewać. Poruszył lekko dłonią w geście mówiącym, że zbytek problemu, chyba szkoda sobie tym zawracać głowy. A może..? Odetchnął i uśmiechnął się poprzez to zmęczenie i wyjałowienie emocjami. Uśmiech kierowany tak do Florence, do własnych myśli jak i do wszystkiego, co się działo w jego życiu i wszystkich ludzi, którzy w tym uczestniczyli i mieli okazję przyłożyć do tego swoją dłoń. Wtrącić swoje pięć groszy w tę zaplątaną, szaloną historię, gdzie niewiele trzeba było kroków, żeby przechodzić z białych, atłasowych salonów prosto do uliczek czerwonych latarni. Niewinność malowano tutaj co najwyżej uśmiechem Laurenta i jego dobrym sercem, które traciło na swoim cieple i blasku, jak przygasał on sam. Jak tracił swoje zasady, swoją stabilność. Powrót na deskę, która była jego tratwą płynącą przez Amazonkę stanowił walkę z piraniami i aligatorami. Najtrudniejszą z tych potyczek było wygrać z własnymi mięśniami, żeby go nie zawiodły i doniosły do celu podróży. - Może kiedyś. - Był wdzięczny za jej słowa, za zachętę, bo w zasadzie to ona go ośmieliła, to ona sprawiła, że się uśmiechnął, że pomyślał, że rzeczywiście - może kiedyś będzie to możliwe, że się zastanowi, pomyśli, zbierze w sobie odwagę, chęci i przeliczy możliwości na zamiary, kiedy stanie na tych pięknych deskach, na których stało wielu śpiewaków, aktorów i recytatorów, żeby zaśpiewać. Nawet jeśli miałby śpiewać dla siebie samego, albo dla najbliższych przyjaciół czy rodziny. Wiedział, że jego głos miał moc przynoszenia radości ludziom, jeśli tylko wystarczająco się postarał. Lubił to uczucie. Kiedy wpatrywali się w niego tak, jakby sam był obrazem van Gogha czy rzeźbą Michała Anioła. Tak, jakby sam był sztuką. - Nie będę się śpieszył ze sprzedażą, o to się nie martw. - Szczególnie, że to było dla niego wygodne przenosić się do domu, gdzie miał niedaleko do samej stajni i zarządu New Forest. Mógł korzystać z publicznej sieci, ale po co? Nie zwykły, mimo wszystko, podejmować takich decyzji pod wpływem impulsu. Jedynym mankamentem była ta niechęć, żeby przetapiać pieniądze za nic. Może ktoś chciałby tam zamieszkać tymczasowo, żeby się zaopiekować tym domem..? Może Alexander..? - Jeszcze nie jestem pewien. Gdzieś nad morzem, rzecz jasna. - Tak jakby wymagało to dopowiadania... a chyba nie wymagało? - A może bym kupił mieszkanie gdzieś w Londynie, żeby mieć szybki i bezpośredni dostęp na Pokątną, jeśli naprawdę kupię dom w klimatach śródziemnomorskich. Chętnie skorzystałbym z tego domku, żeby pooglądać okolice i zorientować się w cenach i tak dalej. - Nawiązał do tego domku w Toskanii, które zaproponowała Florence. Lepiej i łatwiej było się skupić na rzeczach przyjemnych i na nie ukierunkować, niż myśleć o dramacie, jaki mogli zgotować Śmierciożercy. Chociaż Laurent w to nie bardzo wierzył. Przecież nie zadzieraliby z Prewettami... prawda? Chyba nie do końca taka prawda. Raczej pobożne życzenia i naiwne myślenie. Powoli dopił ten truskawkowy sok, jaki został mu sprezentowany. Czy też - koktajl. Smakował go, bo dopiero teraz, z trzecim czy czwartym łykiem dotarł do niego prawdziwy smak tych truskawek. Nie zmienił smaku, nie stał się bardziej truskawkowy. To jego umysł został trochę odblokowany po wypłynięciu chociaż minimum tego syfu. Przez moment pociągnął temat Włoch, mieszkania w innym miejscu, przez moment zapytał o tą Francję, w której mogła żyć, ale delikatnie - nie chciał rozdrapywać ran. Słowa przepływały między nimi - niekoniecznie łatwe i proste. Ale to była Florence - jeśli istniał ktoś, komu mógł powiedzieć dwa słowa więcej, do kogo mógł pójść z prośbą o pomoc... to do kogo, jeśli nie do niej? Nie było takich słów ani gestów, które potrafiłyby wyrazić jego wdzięczność względem niej. W pewnym momencie wstał i przesunął krzesło koło niej, żeby się do niej przytulić. Jej zapach, jej spokojne bicie serca, dotyk delikatny, ale jednocześnie taki pewny. Pewny siebie samej - bo Florence Bulstrode nie potrzebowała ani korony, ani berła, ani tronu ze złota, żeby być królową. Potrzebował tej prostej, matczynej bliskości, czując się jak małe, zagubione dziecko w tym świecie bez marzeń i snów, które niszczyły różane łąki i rozpraszały deszcze płatków stokrotek. Tu jedyne, co można było znaleźć to duszący dym i ogień. Nie w tym domu i nie w objęciach Florence. Ona miała moc, żeby trzymać to za swoimi ścianami, chociaż chyba dopiero teraz naprawdę poczuła, jak blisko była ta wojna i jak mocno skrobała i ocierała się o progi jej domu. Koniec sesji
|