![]() |
|
[04.06.1972] Fortuna favet fortibus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus (/showthread.php?tid=2164) Strony:
1
2
|
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - Maeve Chang - 28.09.2024 Maeve przez chwilę trwała w tej bezpiecznej przestrzeni stworzonej z własnych rąk, spleciona z Lorraine, podczas gdy chaos wokół nich przybierał na sile. Zaklęcia świstały tuż obok, tłum ludzi falował niczym wzburzone morze, a jednak wszystko to zdawało się być odległym hałasem, jakby działo się na innej płaszczyźnie rzeczywistości. Skupiona na Lorraine, na intensywności jej spojrzenia, ledwo zwracała uwagę na bieżące zamieszanie. To, co działo się teraz, nie miało znaczenia - liczyła się tylko ona. Chang czuła, jak świat wiruje wokół niej, ale była tego świadoma tylko częściowo. Pocałunek, który dzieliła z Lorraine, wchłonął ją całkowicie - ciepło, intensywność i bezkompromisowość tej chwili sprawiły, że wszystko inne przestało mieć znaczenie. Kiedy ich usta się zetknęły, na moment zapomniała o misji, o chaosie wokół, o wszelkich zagrożeniach. Istniała tylko Lorraine i to nieoczekiwane pragnienie, by zatrzymać czas. Jednak nagły powrót do rzeczywistości był gwałtowny. Poczuła, jak Lorraine drży, jej ciałem przeszedł skurcz lęku. Maeve uniosła wzrok, odrywając się od ciepłych ust dziewczyny, a jej oczy natychmiast ogarnęły obraz panującego wokół chaosu. Tłum napierał, zaklęcia świszczały nad ich głowami, a krzyki mieszały się z dźwiękami łamanych straganów i przekleństw funkcjonariuszy. Widok brygadzisty, wyciągającego kolegę z uścisku gigantycznej rosiczki, niemal wywołał na twarzy Maeve uśmiech, ale jej myśli były już skierowane na jedno - bezpieczeństwo Lorraine. Nie miała czasu na zastanawianie się nad swoimi emocjami. W głębi serca, choć podświadomie, poczuła niepokój - adrenalina uderzyła do głowy niczym wrząca krew i wraz z trzeźwością umysłu dotarło do niej, że może ten pocałunek był zbyt śmiały, zbyt publiczny, zbyt narażony na spojrzenia innych. Lorraine zawsze była ostrożniejsza, bardziej skryta. Jednak Maeve była gotowa na ryzyko, gotowa była pójść o krok dalej, nawet jeśli oznaczało to wystawienie ich relacji na światło dzienne. Przyznając się bez bicia, miała głęboko w poważaniu opinię przybłęd szlajających się po Horyzontalnej, a gdyby chodziło o samo rozjuszenie Brygady, zaczęłaby się przed nimi rozbierać. Tym razem jednak chodziło nie o jej buńczuczną osobę, a o drogą jej sercu wiłę, która chciała być pisana tak, jak ją widzieli - nieskazitelnie czystą, nieskalanie piękną. Nie mogła jej winić, że chciała bronić swojego dobrego imienia - ona przynajmniej wiedziała, jak to jest takowe posiadać. Jej dłoń delikatnie zsunęła się z twarzy Lorraine, ale nie puściła jej całkowicie. Zamiast tego przyciągnęła ją bliżej, ich ciała niemal się stykały, a Maeve szepnęła z cichym, ale stanowczym tonem: - Spokojnie. To nie my jesteśmy gwiazdami tego spektaklu - W jej głosie brzmiała pewność, ale Maeve czuła, jak adrenalina krąży jej w żyłach. Chciała zapewnić Raine, że nic im nie grozi, bo nikt nie zwróci uwagi na dwie niemogące nasycić się sobą nawzajem kobiety, kiedy wokół gorzeje taki rejwach. Malfoy mogła jednak spostrzec, że mimo swoich zapewnień, Mewa raz po raz podnosiła swoje spojrzenie i bacznie zerkała sponad jej srebrzystej głowy na wirujący w chaosie tłum. Gotowa rozedrzeć zębami krtań każdego, kto ośmieli się do nich zbliżyć ze złymi intencjami. Jednocześnie naprzemian obserwowała Lorraine, jej drżące spojrzenie, usta jeszcze rozchylone po ich pocałunku, pełne obaw. Maeve czuła, jak coś w niej się przełamało - nie lęk, ale coś na kształt determinacji. Była gotowa zrobić wszystko, by ochronić Lorraine, ale by pokazać jej też, że nie ma się czego wstydzić. Chciała, żeby Lorraine poczuła się wolna, chociażby na tę krótką chwilę w epicentrum zamętu. Słysząc rozedrgany ton głosu ukochanej, wypełniony chwytającymi za serce nutami wzbierającego płaczu, westchnęła z ciężkością. Spojrzała na Lorraine ze smutkiem w oczach, z serdecznym politowaniem. Jakby Maeve serce się krajało na myśl o tym, że takie czcze zmartwienia dręczą wiłę od środka. - Moja miła, jak miałabym cię zostawić - jęknęła, przesuwając delikatnie dłonią po jej głowie, zjeżdżając w dół jej jasnych włosów. - Jak miałabym to zrobić, kiedy zazdroszczę twojej krwi, bo w przeciwieństwie do mnie może być z tobą bez ustanku? - Zapytała, nie licząc na odpowiedź. Złożyła ostrożny pocałunek na jej czole, pozwalając mu trwać o kilka uderzeń serca za długo - jakby chciała dać Lorraine czas na zrozumienie, że nigdzie się nie wybiera, że jej troski są bez pokrycia. Przecież gdyby tego Malfoy sobie zażyczyła, to nawet po śmierci Chang nie zaznałaby spokoju - nawiedzałaby ją tak długo, jak tylko Lorraine stąpałaby po ziemi. Zaklęcia nadal przemykały nad ich głowami, a tłum zaczynał się coraz bardziej kotłować. Maeve spojrzała przez ramię, zauważając dym, który unosił się nad rozwalonymi straganami, oraz nieudolnych brygadzistów, próbujących zapanować nad sytuacją. Uciekający diler z bukietem piwonii był już tylko niewyraźną plamą gdzieś w oddali. Obojętnie - na ten moment już się nie liczył. Chwyciła Lorraine mocniej za rękę, jej dotyk ciepły i pewny, i pociągnęła ją w stronę bocznej alejki, z dala od zamieszania. Nawet jeśli przez chwilę pozwoliły sobie na nieostrożność, Maeve była pewna, że mogą stąd wyjść bezpieczne. Lorraine mogła być w ich związku tą, która prowadziła, ale to Maeve była tą, która szła przodem, która chroniła - i nie miała zamiaru pozwolić, by cokolwiek to zmieniło. - Chodźmy stąd. Buzię masz prześliczną, ale nie chcę jej oglądać plakatach gończych - oznajmiła, zerkając na nią przez ramię z rozbawieniem. - I nie martw się, ciąg dalszy nastąpi. Chcesz znaleźć gdzieś nieopodal damską łazienkę? - Maeve uniosła sugestywnie brwi, choć to nie potrzeby fizyczne kierowały nią w tej chwili. Przede wszystkim chciała odciągnąć nieustannie wijące się myśli ukochanej, które niechybnie właśnie rozbierały całe zajście na części pierwsze i używały właśnie tych części jako budulca dla kolejnych zmartwień. Nie miała nic przeciwko temu, że obecnie Lorraine wiele rzeczy zachowywała dla siebie i choć chciała poznać, co siedzi w tej anielskiej głowie, nie zamierzała rozłupywać jej czaszki, byle się tylko dowiedzieć. Była pewna, że pewne aspekty osobowości Lorraine same wypłyną na wierzch, z czasem - z momentem, kiedy w końcu poczuje się w pełni pokochana. RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - Lorraine Malfoy - 02.10.2024 – Zimna to krew – odpowiedziała krótko Lorraine, starając się nadać swojemu głosowi harde, niemalże wyniosłe brzmienie – a Ty nigdy nie jesteś zimna. Ty ogrzewasz moje serce, Maeve. – Krew kipiała w niej, wrzące w arteriach pożądanie zawsze związane z potrzebą absolutnego oddania: chętnie krwawiła dla tych, których kochała, bo miłość w oczach Lorraine była ofiarnym przymierzem, krwawą komunią. Malfoyowie zawsze płacili swoje długi, a jak inaczej spłacić dług miłości, jeśli nie krwią? Maeve była pierwszą, która chciała krwawić dla niej – Maeve, która przeniknęła żyłami prosto do jej serca. Wróżba przepowiadała jej szczęście w miłości i interesach, ale Lorraine wątpiła, by lokowanie uczuć w wili było dobrą inwestycją. Zdołała opanować twarz i drżące wargi, niebieskie oczy przestały szklić się niebezpiecznie, zniknął głos wysadzany łzami i dziwne zacięcie w spojrzeniu. Nie, ona nigdy nie zaznałaby spokoju: Lorraine nosiła czasem swą miłość jak otwartą ranę, robiła z siebie ofiarę, ostentacyjnie demonstrując uczucia. Lorraine była szczera, ale zamiast przyznać się do szczerości, odrzucała ją: szczere słowa i szczere gesty nagle nabierały znamion manipulacji, były bronią, która kaleczyła jej miękkie ciało, tylko po to, by zaraz zawisnąć nad cudzym gardłem. Lorraine nie potrafiła inaczej, ale próbowała: chciała wierzyć, że Maeve widzi jej próby, że widzi jej szczerość. Nie była pewna, czy usłyszała jej deklarację pośród krzyków, bo ledwo zdołała poruszyć ustami: ale kiedy kobieta składała pocałunek na czole wili, Lorraine przyciągnęła jej dłoń i złożyła na swojej piersi, w miejscu, gdzie czuć było drżenie serca. Nie bądź kimś, kto potrzebuje, aby prowadzić go przez życie za rączkę, przestrzegała ją zawsze macocha, zawsze chłodna, zawsze zdystansowana – z postępem lat i choroby coraz bardziej izolująca się od ludzi wokół – a choć to nie jej krew płynęła w żyłach Lorraine, zgorzknienie Mirandy zdążyło przeniknąć w krwiobieg przybranej córki, która powtarzała za nią: nie bądź kimś, kto desperacko błaga o czułość. Tylko że przy Maeve nie musiała nigdy błagać. Maeve sama schwyciła jej dłoń, splótłszy palce w niemej deklaracji i pociągnęła Lorraine w stronę bocznych uliczek, odchodzących od placu na Pokątnej, gdzie organizowany był coniedzielny kiermasz. Dobrze pamiętała moment, w którym pierwszy raz biegły tak razem przez Nokturn, przeciskając się przez gardziele dusznych zaułków – uczepionych pasożytniczo kadaweru głównej ulicy niby pijawki żerujące na potężnym cielsku dogorywającego potwora z głębin – pamiętała moment, kiedy roześmiana Maeve odwróciła głowę, by spojrzeć na zziajaną Lorraine: słońce padło na twarz kobiety, a lekko rozchylone, pełne usta zdawały się mówić “patrz teraz, patrz na mnie” – więc Lorraine patrzyła. Patrzyła, aż zgubiła krok, potykając się o nierówny bruk, bo zamiast patrzeć pod nogi, patrzyła na Maeve – dziką i pełną życia – patrzyła na nią, dopóki nie padły wyczerpane na leżanki w jednej z bocznych sal Palarni Changów, zanosząc się śmiechem. Własnymi, wątłymi rękoma wyrwała ją z ciemności Podziemnych Ścieżek by móc podziwiać jej oblicze w świetle dnia – niby pokraczna antyteza Hadesa, który podstępem uwiódł piękną Persefonę, porywając ją prosto z ramion matki – niegdyś czuła wyrzuty sumienia za każdym razem, kiedy widziała czujne spojrzenia sióstr Maeve odprowadzające ją do wyjścia, ale teraz chętnie patrzyła im w oczy. To, co się nie zmieniło, to była łatwość, z jaką poddała się woli kobiety, gotowość, by pójść za nią na oślep, gdziekolwiek skieruje swoje kroki. Ścisnęła dłoń Maeve, kiedy przeciskały się przez tłum. Zaraz, co? Łazienkę…? Lorraine uniosła nieznacznie brwi. Och, zrozumiała po chwili, czując, jak krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach, rozlewając się na policzkach rumieńcem, który – jak miała nadzieję – skrył się w półmrok alejki. W wieczornym wydaniu Proroka napiszą pewnie, że złodziej uciekł z bukietem piwonii dla kochanki, nie o tym, że pewna metamorfogini skradła wili całusa – i serce. – Nie – powiedziała tonem, który brzmiał jak “tak” – musimy najpierw odwiedzić port. Kotwica, Maeve, kotwica – to znak od losu! Pomyśl, czy jest lepsze miejsce, by się ukryć albo uciec z Londynu? Na pewno go tam dopadniemy. – Pociągnęła ją za sobą, nagle rozbawiona, “buzię masz prześliczną, ale nie chcę jej oglądać plakatach gończych”, mówiła Maeve: cóż, jeden list gończy w te czy wewte był małą ceną za bukiet kwiatów dla ukochanej. Bukiet zroszony cudzą krwią. Koniec sesji
|